Gadamer. Co to jest prawda.pdf

(194 KB) Pobierz
7961811 UNPDF
CÓŻ TO JEST PRAWDA?
ny będzie podawać, a nawet samemu sobie wmawiać jako
prawdę to, co w rzeczywistości dyktuje mu opinia publi­
czna albo interes państwa. Zachodzi tu ścisły związek między
granicami wyrażania poglądów a brakiem wolności samego
myślenia. Przyznajmy otwarcie, że pytanie: „Cóż to jest
prawda?" w sensie, w jakim zadał je Piłat, po dziś dzień
określa nasze życie.
Ale jest jeszcze inna tonacja, jakiej możemy dosłuchać się
w słowach Piłata, tonacja, jaką słyszał w nich Nietzsche,
twierdząc, że są to jedyne słowa Nowego Testamentu, które
mają wartość. Słowa Piłata mają mianowicie wyrażać nie­
chętny sceptycyzm wobec „zapaleńca". Nietzsche cytuje je
nieprzypadkowo. Wszak i jego krytyczne spojrzenie na
współczesne chrześcijaństwo jest krytycznym spojrzeniem
psychologa na fanatyka.
Ten sceptycyzm przybiera skrajną formę w stosunku Nie­
tzschego do nauki. Nauka, stale żądając dowodów i dając
dowody, jest w istocie równie nietolerancyjna jak fa­
natyk. Nikt nie jest tak niewyrozumiały jak człowiek, który
chce dowieść, że to, co mówi, jest prawdą. Według Nie­
tzschego nauka jest nietolerancyjna, ponieważ jest w ogóle
oznaką słabości, późnym wytworem życia, aleksandryń-
stwem, dziedzictwem owej dekadencji, która bierze począ­
tek od twórcy dialektyki — Sokratesa; przedtem bowiem
nie zdarzała się „nieprzyzwoitość dowodzenia", a szlachetna
pewność siebie obywała się w swoich nakazach i wypowie­
dziach bez dowodów.
Ten psychologiczny sceptycyzm wobec orzeczenia prawdy
nie dotyczy oczywiście samej nauki. Pod tym względem
Nietzsche nie znalazł kontynuatorów. Ale nauka jako taka
wzbudza pewną wątpliwość, która prześwieca jako trzecia
warstwa spoza słów „cóż to jest prawda?". Czy nauka rze­
czywiście, jak sama o sobie twierdzi, jest ostateczną instan­
cją i jedynym siedliskiem prawdy?
Nauka uwolniła nas od wielu przesądów i zdemaskowała
wiele złudzeń. Wysuwane przez naukę roszczenie do prawdy
polega zawsze na kwestionowaniu nie sprawdzonych presu-
pozycji, a tym samym na lepszym rozpoznawaniu tego, co
jest. Ale jednocześnie, w miarę jak postępowanie naukowe
rozszerza się na wszystko, co jest, wątpliwe staje się, czy
założenia nauki dopuszczają w ogóle pytanie o prawdę w jej
pełnym wymiarze. Pytamy z troską, w jakiej mierze z sa-
(vlc
Pytanie Piłata: „Cóż to jest prawda?" (Ewangelia według
św. Jana 18, 38), rozumiane w kontekście, w jakim zostało
zadane, zawiera w sobie problem neutralności. Jeśli bo­
wiem wziąć pod uwagę państwowo-prawne stosunki ówcze­
snej Palestyny, pytanie zadane przez procuratora Poncjusza
Piłata znaczy, że to, co taki człowiek jak Jezus uważa za
prawdę, z punktu widzenia państwa jest całkowicie nie­
istotne. Liberalne i tolerancyjne stanowisko, jakie zajmuje
tu władza państwowa, może budzić zdumienie. Daremnie
szukać by czegoś podobnego w starożytnej, a nawet nowo­
czesnej państwowości, aż po czasy liberalizmu. Tolerancja
taka była możliwa w szczególnej sytuacji prawnej władzy
państwowej, zawisłej między żydowskim „królem" a rzym­
skim procuratorem. Może tak właśnie przedstawia się po­
lityczny aspekt tolerancji; wówczas zadaniem polityki,
która dąży do urzeczywistnienia ideału tolerancji byłoby
ustanowienie podobnej równowagi władzy państwowej.
Łudzilibyśmy się sądząc, że ten problem nie pojawia się
w nowoczesnym państwie, które zasadniczo uznaje wolność
nauki. Powoływanie się na ową wolność jest bowiem zawsze
niebezpieczną abstrakcją. Wolność ta nie zwalnia naukowca
z odpowiedzialności politycznej, z chwilą gdy opuszcza on
zaciszny gabinet oraz chronione przed wejściem osób nie­
powołanych laboratorium i dzieli się swoją wiedzą z opinią
publiczną. Jakkolwiek idea prawdy rządzi życiem badacza
w sposób bezwarunkowy i jednoznaczny, to przecież jawność
jego wypowiedzi jest ograniczona i wieloznaczna. Badacz
musi wiedzieć, jakie będą skutki jego słów, i musi za nie
odpowiadać. Konsekwencja takiej sytuaGji bywa o tyle
przewrotna, że badacz mając na względzie owe skutki, skłon-
*AX
32
3 Rozum, siowo, dzieje
cJL"V
— - -
33
mego postępowania nauki wynika, że jest tyle pytań, na
które musimy znaleźć odpowiedź, a których nauka nam za­
brania? Nauka zabrania pytań, dyskredytując je, to jest
ogłaszając je za bezsensowne. Albowiem dla nauki sens ma
wyłącznie to, co odpowiada jej własnej metodzie dochodze­
nia do prawdy i badania prawdy. Uczucie niezadowolenia
wobec zgłaszanego przez naukę roszczenia do prawdy rodzi
się zwłaszcza w dziedzinie religii, filozofii i światopoglą­
du. Są to instancje, na które powołują się głosy sceptyczne
wobec nauki, aby zaznaczyć ograniczenia naukowej specja­
lizacji i metodycznego badania w stosunku do rozstrzygają­
cych problemów życiowych.
Wydaje się oczywiste, że spośród tych trzech warstw Pi­
łatowego pytania najważniejsza jest dla nas warstwa osta­
tnia, która uwydatnia problem wewnętrznego związku
prawdy i nauki. Należy tedy przede wszystkim oddać spra­
wiedliwość temu wyjątkowemu związkowi, jaki zachodzi
między prawdą a nauką.
czenie prawdy, dokonał niezmiernie ważnego odkrycia.
Oczywiście nie Heidegger pierwszy odkrył, że aletheia to
właściwie tyle co „nieskrytość". Ale Heidegger nauczył nas,
co to znaczy dla myślenia o byciu, że właśnie ze skrytości
i niejawności rzeczy trzeba niejako gwałtem wydobyć praw­
dę. Skrytość i niejawność są ze sobą powiązane. Rzeczy
same z siebie trzymają się w ukryciu; „natura lubi się ukry­
wać" — miał powiedzieć Heraklit. Ale brak jawności cechu­
je także ludzkie słowa i czyny /Ludzkie mówienie nie prze- |/
kazuje bowiem wyłącznie pravray, zna także pozór, złudzę- I
nie, udawanie.-Istnieje zatem pierwotny związek między 1
prawdziwym byciem i prawdziwą mową. Nieskrytość tego,
co jest, dochodzi do głosu w jawności wypowiedzi.
Rodzajem mowy, który w sposób najbardziej czysty rea­
lizuje ten związek, jest nauczanie. Zapewne, doświadczamy
mowy nie tylko i nie przede wszystkim jako tego, co uczy,
ale takie doświadczenie mowy mieli na myśli filozofowie
greccy i ono właśnie powołało do życia naukę i jej możli­
wości. Mowę, logos, można też wykładać jako rozum, o tyle
zasadnie, że Grecy bardzo szybko pojęli, iż to, co pierwotnie ,
zawiera się i ukrywa w mowie, to same rzeczy w ich zro- /
zumiałośei. To rozum samych rzeczy daje się przedstawić I
i przekazać w pewnym szczególnym sposobie mówienia. Ów
sposób mówienia nazywamy wypowiedzią albo sądem. Ję-1
zyk grecki określał to słowem apophansis, późniejsza logi­
ka ukuła pojęcie sądu. Cechą sądu w odróżnieniu od innych
[sposobów mówienia jesTtó, że jego jedyną intencją jest by­
cie prawdziwym, że chce być prawdziwy i oceniany wy­
łącznie według tego, czy ujawnia to, co jest, tak, jak ono
jest. Są rozkazy, prośby, zaklęcia, jest zagadkowe zjawisko
pytania, do którego jeszcze wypadnie nam powrócić, krótko
mówiąc — mowa przybiera niezliczone formy, w których
mieści się coś takiego jak prawdziwość. Ale powołaniem
tych form nie jest wyłącznie ukazanie tego, co jest, tak, jak
ono jest.
Co to za doświadczenie, w którym prawda jest jedynie
tym, co przekazane w mowie? Prawda to nieskrytość. Sens
mowy polega na podawaniu tej nieskrytości, na objawianiu.
Podaję coś i w ten sposób coś jest dane, przekazane komuś
tak samo, jak jest dane mnie samemu. Według Arystotelesa
sąd jest prawdziwy, gdy podaje razem to, co jest razem dane
w rzeczywistości; sąd jest fałszywy, gdy podaje razem to,
NAUKA I PRAWDA
Nie ulega niczyjej wątpliwości, że cywilizacja zachodnia
zawdzięcza swój specyficzny kształt, a także swoją wciąż
rosnącą jednolitość nauce. Ale chcąc pojąć ten związek,
trzeba cofnąć się do źródeł zachodniej nauki, to jest do jej
greckich początków. Nauka grecka jest czymś nowym i od­
miennym w porównaniu z tym, co przedtem wiedziano
i uprawiano jako wiedzę. Stwarzając naukę Grecy oderwali
Zachód od Wschodu i nadali mu jego własny kierunek roz­
woju. Spowodował to szczególnyj^jdo_j,vi«lzy, poznania,
| badania tego, co nieznane, dziwne, osobliwe oraz równie
j s ?c?ególny sceptycyzm wobec tego, co ludzie mówią i co
'podają za prawdę. Pouczającym przykładem jest pod tym!
względem pewna scena u Homera. Oto Telemach na py­
tanie, kim jest, odpowiada: moją matką jest Penelopa, ale
kto jest ojcem, tego przecież nigdy nie można na pewno
wiedzieć. Ludzie mówią, że Odyseusz. Ten skrajny scepty­
cyzm ujawnia charakterystyczną zdolność Greków do prze­
istaczania bezpośredniego głodu wiedzy i pragnienia prawdy
w naukę.
Toteż Heidegger, sięgając do greckiego słowa na ozna-
34
3*
35
co w rzeczywistości nie jest dane razem. Prawdę mowy
określa się zatem jako dostosowanie mowy do rzeczy; mowa
jest prawdziwa, jeśli to, co podaje, stosuje się do danej
rzeczy. Stąd pochodzi dobrze znana z logiki definicja prawdy
jako adaeąuatio intellectus ad rem. Zakłada się przy tym
jako coś oczywistego, że mowa, to jest intellectus, który się
w niej wyraża, może być tak dostosowana, że dochodzi
w niej do głosu tylko to, co jest dane, a więc — że istotnie
podaje rzeczy takimi, jakie one są. Ze względu na to, że
istnieją także inne możliwości prawdy mowy, nazywamy
to prawdą zdania. Siedliskiem prawdy jest sąd.
Zaprezentowany tu pogląd jest może jednostronny i nie
znajduje jednoznacznego poparcia u Arystotelesa. Ale taki
właśnie pogląd ukształtował się na gruncie greckiej teorii
logosu i stał się podstawą nowożytnego pojęcia nauki, jakie
z tej teorii wyrosło. Nauka stworzona przez Greków nie
odpowiada bynajmniej naszemu pojęciu nauki. Właściwą
nauką jest według Greków nie przyrodoznawstwo, a już
na pewno nie historia, lecz matematyka. Przedmiotem ma­
tematyki jest bowiem byt czysto rozumowy, matematykę
można przedstawić w postaci zamkniętego systemu deduk­
cyjnego, a przeto stanowi ona wzór wszystkich nauk. Dla
nowoczesnej nauki charakterystyczne jest zaś, że matema­
tyka stanowi taki wzór nie ze względu na rodzaj bytu przy­
sługujący jej przedmiotowi, ale jako najdoskonalszy sposób
poznania. Nowożytna postać nauki zerwała całkowicie
z postaciami wiedzy, jakie ukształtowały się w Grecji i na
chrześcijańskim Zachodzie. Elementem dominującym stała
się idea metody. W sensie nowożytnym metoda, choć przed­
stawia się rozmaicie w różnych naukach, jest jednoli­
ta. Ideał poznawczy określony przez pojęcie metody, polega
na tym, że dążymy drogą poznania tak świadomie, że zawsze
możemy ponownie na nią wejść. Methodos znaczy postępo­
wanie „drogą, którą idzie się za kimś". Metodyczność zakła­
da stałą możliwość pójścia drogą, którą się raz już szło,
i taką możliwość znamionuje postępowanie naukowe. Ale
tym samym ogranicza się siłą rzeczy zasięg roszczenia do
prawdy. Jeżeli prawdę (veritas) ustanawia dopiero spraw-
dzalność — bez względu na jej formę — to kryterium poz­
nania nie jest już jego prawda, ale jego pewność. Toteż od
czasu klasycznego sformułowania reguły pewności przez
Kartezjusza etos nowoczesnej nauki zobowiązuje do uzna-
wania za wystarczający warunek prawdy tego tylko, co
czyni zadość ideałowi pewności.
Ta cecha współczesnej nauki określa całe nasze życie.
Albowiem ideał weryfikacji, ograniczenie tego, co się wie,
do tego, co można sprawdzić, spełnia się w naśladowaniu.
To właśnie zasada postępowania współczesnej nauki u-
kształtowała cały świat planowania i techniki. Problem na­
szej cywilizacji i ciężka dola, jaką gotuje nam jej stech­
nicyzowanie, nie polega na tym, że brak właściwej in­
stancji pośredniej między poznaniem a praktycznym sto­
sowaniem jego wyników. Niemożliwość takiej instancji
wynika wprost z istoty naukowego sposobu poznania. Sa­
ma nauka jest techniką.
Rzeczą godną uwagi jest, że przemiana, jakiej z chwilą
narodzin nowożytności uległo pojęcie nauki, nie naruszy­
ła fundamentalnego pierwiastka greckiej myśli o bycie.
Nowożytna fizyka zakłada starożytną metafizykę. Heideg­
ger rozpoznał owo sięgające starożytności znamię zachod­
niego myślenia i na tym polega rola, jaką odegrał w kształ­
towaniu się dziejowej samowiedzy teraźniejszości. Rozpo­
znanie to staje na przeszkodzie wszelkim romantycznym
próbom odświeżania dawnych — średniowiecznych bądź
hellenistyczno-humanistycznych — ideałów, ponieważ
stwierdza nieuchronność dziejów zachodniej cywilizacji.
Nie może nas odtąd zadowolić nawet stworzony przez
Hegla schemat filozofii dziejów i dziejów filozofii, gdyż
według Hegla filozofia grecka była jedynie spekulatywną
wprawką do tego, czego spełnienie przyniosła dopiero sa-
mowiedza ducha w czasach nowożytnych. Idealizm speku-
latywny i jego postulat nauki spekulatywnej pozostał bez­
silną próbą restauracji. Nauka — cokolwiek by o niej mó­
wić — jest alfą i omegą naszej cywilizacji.
PRAWDA POZA NAUKĄ
Filozofia nie od dziś dopatruje się w tym problemu. Można
raczej powiedzieć, że całą naszą świadomość cywilizacji
określa fakt, że współczesną naukę prześladuje jak cień kry­
tyka „szkół". W perspektywie filozoficznej zagadnienie
to można sformułować następująco: czy, w jakim sensie
i w jaki sposób można sięgnąć poza wiedzę, która stała się
36
35
tematem nauk? Nie trzeba wspominać, że w praktycznym
doświadczeniu życiowym zdarza się to każdemu z nas. Moż-
na zawsze mieć nadzieję, że inni są przekonani o tym, co się
samemu uważa za prawdę, nawet jeżeli nie można tego do­
wieść. Więcej — nie zawsze uznaje się dowodzenie za wła­
ściwy sposób przekonywania. Wciąż na nowo przekraczamy
granicę możliwości obiektywizowania własnych przekonań,
którą zgodnie ze swoją logiczną formą skrępowana jest wy­
powiedź. Żyjemy wśród form przekazywania tego, czego nie
można zobiektywizować, a form tych dostarcza nam język,
między innymi język poezji.
Tymczasem nauka według swego własnego mniemania
przezwycięża przypadkowość subiektywnego doświadczenia
przez obiektywne poznanie, język wieloznacznej symboli­
ki przez jednoznaczność pojęcia. Powstaje jednak pytanie:
czy w obrębie nauki jako takiej istnieje granica możli­
wości obiektywizacji, wynikająca wprost z istoty sądu
i prawdy wypowiedzi?
Odpowiedź na to pytanie nie jest bynajmniej oczywi­
sta. We współczesnej filozofii istnieje nurt, którego znacze­
nia nie wolno lekceważyć, a dla którego odpowiedź ta nie
ulega wątpliwości. Cała mianowicie tajemnica i jedyne za­
danie filozofii ma polegać na tak dokładnym formułowa­
niu wypowiedzi, by mogły one rzeczywiście jednoznacz­
nie wyrażać to, co ma się na myśli. Filozofia winna stwo­
rzyć system znaków niezależny od metafizycznej wielo­
znaczności języków naturalnych oraz od wieloznaczności
współczesnej kultury i płynących stąd pomyłek i niepo­
rozumień, a zbliżony do jednoznaczności i precyzji mate­
matyki. Logika matematyczna uchodzi tu za środek rozwią­
zania wszystkich problemów, pozostawianych dotąd przez
naukę filozofii. Ten nurt, który narodził się w ojczyźnie
nominalizmu i przeniknął cały świat, przywraca do życia
idee wieku osiemnastego. Jako filozofia napotyka jednak
immanentną trudność logiczną, z czego sam stopniowo za­
czyna sobie zdawać sprawę. Można wykazać, że wprowa­
dzenie konwencjonalnego systemu znaków nie może się do­
konać za sprawą systemu przez te konwencje stanowionego,
że przeto wprowadzenie języka sztucznego zakłada zawsze
istnienie innego języka, którym się mówi. Mamy tu do czy­
nienia z logicznym problemem metajęzyka. I jeszcze z czymś.
Oto język, którym mówimy i w którym żyjemy, ma szcze-
golną pozycję. Jest jednocześnie materialną daną wyjściową
wszelkiej dalszej analizy logicznej. I to nie tylko jako pro­
sta suma wypowiedzi. Albowiem wypowiedź, która ma mó­
wić prawdę, musi czynić zadość nie tylko warunkom logicz­
nej analizy. Jej roszczenie do nieskrytości polega nie tylko
na akcie podania tego, co dane. Nie wystarcza, by to , co jest
dane, było też podane w wypowiedzi. Problem polega na
tym, czy wszystko jest dane tak, aby mogło być podane
w mowie, i czy podanie tego, co można podać, nie przeszka­
dza uznaniu czegoś, co również jest, i jest doświadczane.
Sądzę, że bardzo wymownym świadectwem tego proble­
mu są nauki humanistyczne. W naukach humanistycznych
również jest coś, co można podciągnąć pod pojęcie meto­
dy współczesnej nauki. Każdy z nas musi uznawać spraw-
dzalność wyników poznania za ideał. Ale musimy także
przyznać, że ten ideał bywa nader rzadko osiągany, a ci
spośród badaczy, którzy najusilniej starają się go osiągnąć,
przeważnie nie mają nam do powiedzenia rzeczy naprawdę
ważnych. W naukach humanistycznych zdarza się coś, co
w naukach przyrodniczych jest nie do pomyślenia — oto
badacz może niekiedy nauczyć się więcej z książki dyletan­
ta niż z książek innych badaczy. Oczywiście są to przypadki
wyjątkowe, ale fakt, że się zdarzają, wskazuje, że spraw-
dzalność sądu jest kryterium niewspółmiernym wobec za­
chodzącego tu stosunku poznania prawdy i możliwości jej
wypowiedzenia. Jest to sytuacja tak często spotykana w na­
ukach humanistycznych, że uzasadnione podejrzenia budzi
w nas określony typ prac naukowych, które z przodu i z ty­
łu, a przede wszystkim u dołu, to jest w przypisach, po­
kazują metodę, jaką zostały opracowane. Czy rzeczywiście
pojawiają się tam jakieś nowe pytania? Czy coś zostaje po­
znane? Czy też tylko naśladuje się metodę poznawczą i tak'
wybornie utrafia w jej zewnętrzne formy, że powstaje
wrażenie pracy naukowej? Musimy przyznać, że — odwrot­
nie — największe, najbardziej płodne osiągnięcia nauk hu­
manistycznych pozostawiają daleko w tyle ideał sprawdzal-
ności. Z perspektywy filozofii jest to rzecz bardzo ważna.
Albowiem nie chcemy przez to powiedzieć, że mało orygi­
nalny badacz z rozmysłem stwarza złudzenia i dzięki temu
uchodzi za uczonego, a odwrotnie, badacz płodny to ten,
który w akcie rewolucyjnego protestu odrzuca wszystko, co
do tej pory w nauce obowiązywało. Chcemy raczej uwydat-
38
39
nić pewien faktyczny stosunek, zgodnie z którym to, co
umożliwia naukę, może zarazem ograniczać płodność nau­
kowego poznania. Chodzi tu o zasadniczy stosunek prawdy
i nieprawdy. I
Otóż, chociaż podawanie tego, co dane, jest prawdziwe,
to znaczy pokazuje, jak jest, to jednocześnie określa z gó­
ry, o co w ogóle można dalej sensownie pytać i co w kolej­
nych czynnościach poznawczych ukazywać. Każdy dalszy
krok w poznaniu oznacza jakąś utratę prawdy. Nie chodzi
przy tym o stosunek ilościowy, jak gdybyśmy mogli utrzy­
mać tylko określony, skończony zakres naszej wiedzy. Po­
znając prawdę zarazem zakrywamy prawdę i zapominamy
ją. Ale to nie wszystko. Już bowiem pytając o prawdę je­
steśmy z konieczności skrępowani naszą sytuacją herme-
neutyczną. A to przecież znaczy, że nie jesteśmy w stanie
poznać jakiejś części prawdy, ponieważ ograniczają nas —
choć o tym nie wiemy — przesądy. W praktyce pracy nau­
kowej istnieje również coś takiego jak „moda".
Zdajemy sobie sprawę z tego, jaką potęgą jest moda
i jaką presję potrafi wywierać. Oczywiście słowo „moda"
brzmi w nauce fatalnie, gdyż pretendujemy do wyższości
ponad to, co jest jedynie wymogiem mody. Pytanie tylko,
czy obecność mody w nauce nie należy do samej istoty
rzeczy. Czy sposób, w jaki poznajemy prawdę, nie powo­
duje z konieczności, że każdy krok do przodu oddala nas
od założeń, z których wyszliśmy, pogrąża je w mroku o-
czywistości, skrajnie utrudnia wyjście poza te założenia,
wypróbowanie nowych założeń, a tym samym uzyskanie
rzeczywiście nowej wiedzy? Nie tylko życie, ale także nauka
ulega biurokratyzacji. Pytamy więc: czy należy to do is­
toty nauki, czy też jest to tylko rodzaj kulturalnej choro­
by nauki, schorzenie znane też w innych dziedzinach —
by wspomnieć choćby o ogromnych pudłach budynków
administracyjnych i zakładów ubezpieczeniowych? Może
rzeczywiście należy to do samej istoty prawdy, tak jak
pojawia się ona w myśli greckiej, a zatem i do istoty na­
szych możliwości poznawczych, tak jak ukształtowała je
nauka grecka. Współczesna nauka zradykalizowała tylko,
jak widzieliśmy powyżej, założenia nauki greckiej, które
dają o sobie znać w pojęciach logosu, wypowiedzi, sądu.
Badania filozoficzne, którym w Niemczech mego pokole­
nia nadali kształt Husserl i Heidegger, usiłowały zdać z te-
go sprawę pytając o wykraczające poza logikę warunki
prawdy wypowiedzi. Myślę, że zasadniczo można powie­
dzieć, iż nie mogą istnieć wypowiedzi po prostu prawdziwe.
Teza ta jest znana jako punkt wyjścia Heglowskiej idei
autokonstrukcji rozumu przez dialektykę. „Forma sądu nie
nadaje się do wyrażania prawd spekulatywnych." Prawda
jest bowiem całością. Wszelako krytyka wypowiedzi i są­
du, jaką uprawia Hegel, sama jest jeszcze odniesiona do
ideału całkowitego wypowiedzenia, mianowicie do total­
ności dialektycznego procesu, którą ujmuje wiedza abso­
lutna. Ideał ten jest dalszą radykalizacją pierwiastka grec­
kiego. Granicę, którą logika zdań sama sobie wyznacza,
określa w rzeczywistości nie myśl Hegla, ale dopiero nau­
ki, których przedmiotem było doświadczenie dziejów i któ­
re przeciwstawiały się Heglowi. Tak na przykład w prze­
łomie zainicjowanym przez Heideggera doniosłą rolę ode­
grały prace Diltheya poświęcone doświadczeniu świata dzie­
jów.
PRAWDA JAKO ODPOWIEDŹ
Nie ma wypowiedzi, którą można by ująć tylko ze względu
na podaną w niej treść, jeżeli chce się uchwycić ją w jej
prawdzie. Każda wypowiedź jest umotywowana. Każda
wypowiedź ma założenia, których nie wypowiada. Uwzględ­
nienie tych założeń jest warunkiem zgłębienia prawdy wy­
powiedzi. Otóż twierdzę, że ostateczną formą logiczną ta­
kiej motywacji wypowiedzi jest pytanie. Pierwszeństwo
w logice ma nie sąd, ale pytanie, czemu historyczne świa­
dectwo dają platoński dialog i dialektyczne źródła grec­
kiej logiki. Prymat pytania wobec wypowiedzi oznacza jed­
nak, że wypowiedź jest ze swej istoty odpowiedzią. Nie ma
wypowiedzi, która by nie była jakimś rodzajem odpowie­
dzi. Toteż kryterium zrozumienia wypowiedzi musi być
zrozumienie pytania, na które ona odpowiada. Wydaje się
to rzeczą oczywistą i każdemu dobrze znaną z życiowego
doświadczenia. Gdy ktoś wypowiada stwierdzenie, które­
go nie rozumiem, próbuję sobie wyjaśnić, w jaki sposób
do tego doszedł, jakie zadał sobie pytanie, na które owa
wypowiedź odpowiada. Jeżeli ma to być wypowiedź praw­
dziwa, trzeba samemu zadać pytanie, na które ona odpo-
41
40
Zgłoś jeśli naruszono regulamin