Herling-Grudzinski_Gustaw_-_Inny_swiat.pdf
(
570 KB
)
Pobierz
Gustaw Herling-Grudziński
Gustaw Herling-Grudziński
Inny świat
Zapiski sowieckie
Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne,
odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy; tu trwał martwy za życia
dom, a w nim życie jak nigdzie i ludzie niezwykli. Ten oto zapomniany zakątek
zamierzam tutaj opisać.
DostOjewski, Zapiski z martwego domu
Krystynie
Od Autora
Należy chyba zacząć od przedstawienia, na użytek czytelnika polskiego w Kraju,
zwięzłej historii Innego Świata. Napisałem tę książkę w ciągu roku, od lipca
1949 do lipca 1950, w Rugby i w Londynie. Ukazała się najpierw po angielsku w
znakomitym przekładzie śp. Andrzeja Ciołkosza i z przedmową Bertranda Russella.
Spotkała się z dobrym przyjęciem prasy i czytelników. Za wydaniem angielskim
poszły inne, zarówno normalne, jak "kieszonkowe": amerykańskie, szwedzkie,
niemieckie, włoskie, hiszpańskie (w Argentynie), japońskie, chińskie (w
Hongkongu), arabskie. Najdłużej, bo aż trzydzieści pięć lat, musiałem czekać na
wydanie francuskie: nosi datę 1985, poprzedzone jest wstępem pisarza
hiszpańskiego Jorge Sempruna, obecnego ministra kultury w rządzie Gonzaleza.
Przekład francuski, bardzo dobrze przyjęty, pociągnął za sobą wznowienia w
Anglii i w Ameryce. Lada dzień ukaże się w Londynie przekład rosyjski pióra
Natalii Gorbaniewskiej. Kto wie, czy nie ujrzy kiedyś światła dziennego również
w ojczyźnie tłumaczki. Ostatecznie za trzema stroniczkami w Doktorze Źywago na
opisany w Innym Świecie temat, które taki niegdyś wywołały skandal w ojczyźnie
wielkiego poety, poszedł niebawem Dzień Iwana Denisowicza w miesięczniku Twar-
dowskiego ,,Nowyj Mir". A dziś urządza się w Moskwie wieczór publiczny ku czci
Warłama Szałamowa, autora Opowiadań kolymskich; i coraz częściej mówi się, że
dotrze w końcu otwarcie i masowo do swoich naturalnych odbiorców Archipelag
Gulag.
Po polsku Inny Świat ukazał się w roku 1953 nakładem londyńskiego wydawnictwa
"Gryf. W roku 1965 przejął go Instytut Literacki w Paryżu. Był tam odtąd
pięciokrotnie wznawiany, ostatnie wznowienie datowane jest 1985.
Zbyteczne byłoby roztrząsanie w autorskiej przedmowie problematyki Innego
Świata, skoro czytelnik polski ma teraz dzięki "Czytelnikowi" książkę przed sobą
i może sam towarzyszyć lekturze własnymi refleksjami. Chciałbym tylko,
naruszając trochę elementarne przykazanie pisarskiej powściągliwości i
skromności, zwrócić uwagę na jedną rzecz. "Inny Świat - pisał Ignazio Silone w
prezentacji włoskiego wydania mojej książki - jest nie tylko świadectwem, lecz
także dziełem literackim". Podobne akcenty pojawiają się w przedmowie Russella
do wydania angielskiego i w przedmowie Sempruna do wydania francuskiego. Kładła
też na to nacisk większość obcojęzycznych recenzentów. Zawsze cieszyła mnie
szczególnie opinia krytyka angielskiego Edwarda Crankshawa. Wyrażał on tyle lat
temu pewność, że Inny Świat czytany będzie "długo jeszcze po zlikwidowaniu
instytucji, które opisuje". Obecne oficjalne wydanie polskie jest jednym z
dowodów, że zbliżyliśmy się bardzo do potwierdzenia słuszności tych słów.
Oficjalne, lecz nie pierwsze w Kraju. Inny Świat wydany był wielokrotnie w
"drugim obiegu", w niskich z konieczności nakładach. Wysokonakładowe wydanie
"Czytelnika" pozwala żywić nadzieję, że moja książka trafi teraz do rąk wielu
czytelników krajowych. Jakaż to satysfakcja dla polskiego pisarza emigracyjnego!
Zaiste, habent suafata libelli...
Gustaw Herling-Grudziński
Neapol, 15 listopada 1988
Część pierwsza
Witebsk - Leningrad - Wołogda
Lato w Witebsku dobiegało końca. Po południu słońce prażyło jeszcze przez chwilę
bruk dziedzińca więziennego i kończyło swój bieg za czerwoną ścianą sąsiedniego
bloku. Z podwórza dochodziły kroki więźniów, wystukujące miarowo drogę do łaźni,
i słowa komend rosyjskich, pomieszane z dźwiękiem kluczy. Dyżurny na korytarzu
podśpiewywał, składał co parę minut gazetę i nie śpiesząc się zbytnio,
podchodził do okrągłego okienka w drzwiach. Dwieście par oczu odrywało się jak
na dany znak od sufitu i zbiegało się w małej soczewce "judasza". Spod
ceratowego daszka spoglądało ku nam ogromne oko i objąwszy wahadłowym ruchem
celę, znikało za opuszczoną zastawką z blachy. Trzy uderzenia butem w drzwi
oznaczały: "Przygotujcie się do kolacji".
Półnadzy podnosiliśmy się z cementowej podłogi - sygnał do kolacji kończył
również naszą popołudniową drzemkę. Czekając z glinianymi miskami na gorącą
ciecz wieczorną, odlewaliśmy przy okazji do wysokiego kibla żółtawą ciecz z
obiadu. Strumienie moczu z sześciu lub ośmiu otworów spotykały się, zatoczywszy
łuk jak w fontannie, pośrodku kibla i wkręcały się wirującymi lejami do dna,
podnosząc poziom piany u ścian. Przed zapięciem rozporków przyglądaliśmy się
jeszcze przez chwilę wygolonym rozkroczom; wyglądały dziwnie, jak przygięte
wichrem drzewa na jałowych zboczach polnych.
Gdyby mnie ktoś zapytał, co jeszcze robiliśmy w sowieckich więzieniach, niewiele
umiałbym dodać. To prawda, że ledwie umilkła u drzwi kołatka poranna zwiastuj ą-
11
ca pobudkę, a do celi wjeżdżał kocioł gorącego odwaru z ziela i kosz z dziennymi
racjami chleba, nasza skłonność do rozmów osiągała punkt szczytowy; chcieliśmy
,,przegadać" chleb do obiadu. Katolicy zbierali się wokół ascetycznego księdza.
Żydzi obsiadali opodal rabina wojskowego o rybich ślepiach i fałdach skóry
zwisających z dawnego brzucha, ludzie prości opowiadali sobie sny i wspominali
dawne życie, a ludzie inteligentni zbierali niedopałki na wspólnego papierosa.
Wystarczyły jednak dwa uderzenia butem w drzwi, aby wszystko co żywe ruszało w
skupionym milczeniu, pod wodzą swoich przewodników duchowych, do kotła zupy na
korytarzu. Od chwili gdy w naszej celi zjawił się maleńki, czarny "Jewriej" z
Grodna i obwieściwszy nam, że "Niemcy wzięli Paryż", zapłakał gorzko, ustał na
barłogach szept patriotyczny i skończyły się rozmowy polityczne. W strumieniu
omijającego nas życia płynęliśmy jak martwy skrzep ku bijącemu coraz słabiej
sercu wolnego świata.
Pod wieczór powietrze stawało się chłodniejsze, a na niebie pojawiały się
wełniste obłoki i żeglowały wolno przed siebie, zapalając po drodze pierwsze
gwiazdy. Rdzawy mur naprzeciwko okna wybuchał na chwilę rudym płomieniem, po
czym gasł gwałtownie, dosięgnięty skrzydłem zmierzchu. Nadchodziła noc, a wraz z
nią oddech dla płuc, odpoczynek dla oczu i wilgotny dotyk chłodu dla spieczonych
warg.
Przed samym apelem w celi zapalało się światło. Od tego nagłego przejaśnienia
niebo za oknem pogrążało się w mroku, aby w chwilę potem zapłonąć znowu
migotliwą jasnością. To narożne wieżyczki patrolowały noc krzyżującymi się
cięciami reflektorów. Zanim jeszcze upadł Paryż, o tej właśnie porze zjawiała
się zazwyczaj na małym odcinku ulicy, który widać było z okien naszej celi,
wysoka kobieta w chustce na głowie i przystanąwszy pod latarnią naprzeciwko muru
więziennego, zapalała papierosa. Zdarzyło się parę razy, że płonącą zapałkę
podniosła
12
do góry jak żagiew i znieruchomiała na chwilę w tej niepojętej pozie.
Osądziliśmy, że ma to oznaczać Nadzieję. Po upadku Paryża ulica opustoszała na
dwa miesiące. Dopiero w drugiej połowie sierpnia, gdy lato w Witebsku zbliżało
się ku końcowi, nieznajoma zbudziła nas z drzemki szybkim tupotem nóg,
dudniących w ciszy o bruk ulicy, zatrzymała się pod latarnią i zapaliwszy
papierosa, zgasiła zapałkę zygzakowatym ruchem ręki (pogoda była bezwietrzna),
podobnym do skoków przekładni w kołach lokomotywy. Zgodziliśmy się wszyscy, że
ma to oznaczać Transport.
Z transportem nie spieszono się jednak i przez następne dwa miesiące. Dopiero
pod koniec października z celi, liczącej dwieście osób, wywołano pięćdziesięciu
więźniów na odczytanie wyroków. Szedłem do kancelarii obojętnie, bez śladów
podniecenia. Śledztwo w mojej sprawie skończyło się już dawniej, w więzieniu
grodzieńskim; nie zachowałem się na nim wzorowo, o nie! - i do dziś jeszcze
podziwiam szczerze moich więziennych znajomych, którzy mieli odwagę prowadzić z
sowieckimi sędziami śledczymi finezyjną szermierkę dialektyczną, pełną celnych
ukłuć i błyskawicznych ripost. Odpowiadałem na pytania krótko i wprost, nie
czekając, aż rozgorączkowana wyobraźnia heroiczna podsunie mi na schodach, w
drodze powrotnej do celi, dumne wersety z katechizmu męczeństwa polskiego.
Jedyne, czego pragnąłem, to spać, spać i jeszcze raz spać. Nie umiem fizycznie
opanować dwóch rzeczy: przerwanego snu i pełnego pęcherza. Obie groziły mi
jednocześnie, gdy przebudzony wśród nocy siadałem na twardym stołku naprzeciwko
sędziego śledczego, zwróciwszy twarz prosto w kierunku żarówki o niesamowitej
mocy.
Pierwsza hipoteza oskarżenia opierała się na dwóch dowodach rzeczowych: wysokie
buty z cholewami, w któ-
13
rych młodsza siostra wyprawiła mnie po klęsce wrześniowej w świat, miały
świadczyć, że jestem ,,majorem wojsk polskich", a pierwsza część nazwiska w
brzmieniu rosyjskim (Gerling) kojarzyła mnie niespodzianie z pewnym marszałkiem
lotnictwa niemieckiego. Logiczna konkluzja brzmiała: "jest oficerem polskim na
usługach wrogiego wywiadu niemieckiego". Jaskrawe niedokładności w obu
przesłankach pozwoliły nam jednak stosunkowo szybko uporać się z tym ciężkim
zarzutem. Pozostał bezsporny fakt - usiłowałem przekroczyć granicę państwową
Związku Sowieckiego i Litwy.- Po cóż to, jeśli można wiedzieć? - Żeby się bić z
Niemcami. - A czy wiadomo mi, że Związek Sowiecki zawarł pakt przyjaźni z
Niemcami? - Tak, ale wiadomo mi również, że Związek Sowiecki nie wypowiedział
wojny Anglii i Francji. - To nie ma znaczenia. - Jak brzmi ostatecznie akt
oskarżenia? - "Zamierzał przekroczyć granicę sowiecko-litewską, aby prowadzić
walkę ze Związkiem Sowieckim". - Czy nie można by słów "ze Związkiem Sowieckim"
zamienić na słowa "z Niemcami"? - Uderzenie otwartą dłonią na odlew otrzeźwiło
mnie z miejsca. "To wychodzi na jedno" - pocieszył mnie sędzia śledczy, gdy
podpisywałem przedłożony dokument.
W celi, do której skierowano mnie po odczytaniu wyroku (pięć lat), w bocznym
skrzydle więzienia witebskie-go, zetknąłem się po raz pierwszy z więźniami
rosyjskimi. Na drewnianych pryczach leżało kilkunastu chłopców w wieku od lat
czternastu do szesnastu, a pod samym oknem, z którego widać było już tylko
skrawek ciężkiego, ołowianego nieba, siedział mały człowieczek o
zaczerwienionych oczach i haczykowatym nosie, gryząc w milczeniu suchar czarnego
chleba. Deszcz zacinał już od paru dni. Jesień zawisła nad Witebskiem rybim
pęcherzem, który posikiwał strugami brudnej wody z wylotu rynny nad koszem,
osłaniającym dolną połowę krat i widok na dziedziniec więzienny.
14
Małoletni przestępcy są plagą więzień sowieckich, ale nie spotyka ich się prawie
nigdy w obozach pracy. Nienaturalnie ożywieni, wiecznie czegoś szukający na
cudzych pryczach i we własnych rozporkach, oddają się z zamiłowaniem dwóm
wielkim namiętnościom: kradzieży i onanizmowi. Prawie wszyscy albo nie znają w
ogóle rodziców, albo nie wiedzą nic o ich istnieniu. Na olbrzymich obszarach
państwa policyjnego prowadzą z zadziwiającą swobodą typowe życie
"biezprizornych", podróżując na gapę pociągami towarowymi z miasta do miasta, z
osiedla do osiedla. Żyją z kradzieży towarów ze składów państwowych i nierzadko
kradną z powrotem to, co przed chwilą sprzedali, szantażując nieostrożnych
nabywców groźbą donosu. Sypiają na dworcach kolejowych, w parkach miejskich, w
remizach tramwajowych - za jedyny majątek mając czasem tylko małe zawiniątko,
przewiązane rzemiennym paskiem. Dopiero później przekonałem się, że
"biezprizorni" tworzą obok "urków" (przestępców pospolitych) najgroźniejszą
mafię półlegalną w Rosji, która zorganizowana jest na wzór lóż masońskich.
Jeżeli istnieje w Związku Sowieckim coś w rodzaju szczątkowego czarnego rynku,
to tylko dzięki tym młodym oberwań-com, myszkującym niespokojnie w tłumie,
oblegającym "spiectorgi", skradającym się o zmierzchu ku spichrzom zboża i
składom węgla. Władze sowieckie przyglądają się temu przez palce, uważając
"biezprizornych" za jedynych "prolesów", nie obciążonych dziedzicznie grzechem
pierworodnym kontrrewolucji, za masę plastyczną, z której można wszystko ulepić.
Toteż młodzi chłopcy nauczyli się szybko uważać więzienie za coś w rodzaju
kolonii letnich i bez większego sprzeciwu korzystają z tego okresu wytchnienia
po wyczerpującym życiu na wolności. Do naszej celi w Witebsku przychodził czasem
"wospitatiel" o ewangelicznej twarzy, płowej czuprynie i niebieskich o-czach i
głosem przypominającym łagodny szept w konfesjonale wzywał gromadę
,,biezprizornych" na naukę: "Rie-
15
biata, pojdiom niemnożko pouczitsia". Uszy puchły, gdy "riebiata" wracali z
kursu. Naj ohydniej sze wyzwiska i przekleństwa przeplatały się z frazesami
"politgramoty". Z kłębowiska młodych ciał wybiegały ku nam nieustanne oskarżenia
o "trockizm", "nacjonalizm" i "kontrrewolucję", zapewnienia, że "towarzysz
Stalin dobrze zrobił, zamykając was w więzieniu", a "sowiecka władza zawojuje
wkrótce cały świat" - wszystko to powtarzane z okrutnym, sadystycznym uporem,
tak typowym dla każdej bezdomnej młodości. Nieco później, w obozie, spotkałem
osiemnastoletniego chłopca, który pełnił funkcję naczelnika "kawecze" (kulturno-
wospitatielnaja czast') tylko z tego tytułu, że niegdyś jako "biezprizorny"
uczęszczał na kursy pedagogiczne w więzieniu.
Mój sąsiad pod oknem przyglądał mi się pierwszego dnia podejrzliwie,' żując bez
przerwy skórki czerstwego chleba, po które sięgał do dużego worka, służącego mu
na pryczy za poduszkę. Był jedynym człowiekiem w celi, do którego miałem ochotę
przemówić. Często w więzieniach sowieckich spotyka się ludzi z piętnem tragedii
odciśniętym na twarzach. Wąskie usta, krogulczy nos, łzawiące jak od garści
piasku oczy, urywane westchnienia i kurze łapki zanurzające się co pewien czas w
worku - mogły znaczyć wszystko albo nic. Szedł do ustępu, drobiąc małymi
kroczkami, a gdy przychodziła na niego wreszcie kolej, rozkraczał się niezdarnie
nad dziurą, spuszczając spodnie, unosił ostrożnie do góry długą koszulę i prawie
stojąc, wzdymał się i czerwieniał od nadmiernego wysiłku. Wypędzano go zawsze z
ustępu ostatniego, ale jeszcze na korytarzu zapinał spodnie, uskakując śmiesznie
w bok przed poszturchiwaniami strażnika. Po powrocie do celi kładł się
natychmiast na pryczy i dyszał ciężko, a jego stara twarz przypominała zasuszoną
figę.
- Polak? - zapytał wreszcie któregoś wieczoru.
Skinąłem głową.
16
- Ja jestem ciekawy, czy w Polsce - zaskrzeczał gniewnie - mój syn mógłby być
kapitanem w wojsku.
- Nie wiem - odpowiedziałem. - Za co pan siedzi?
- To nie jest ważne. Ja mogę zgnić w kryminale, ale mój syn jest kapitanem w
lotnictwie.
Po apelu wieczornym opowiedział mi swoją historię. Leżąc obok siebie,
rozmawialiśmy szeptem, żeby nie przebudzić naszych "biezprizornych". Stary Żyd
był od kilkudziesięciu lat szewcem w Witebsku, pamiętał rewolucję i wspominał z
rozrzewnieniem wszystko, co przeżył od chwili jej wybuchu. Został skazany na
pięć lat za to, że w artelu szewców sprzeciwił się używaniu skrawków skóry do
żelowania nowych butów. "To nie jest ważne - powtarzał w kółko - rozumiecie
przecież, że wszędzie są ludzie zazdrośni. Ja wykształciłem syna, ja z niego
zrobiłem kapitana lotnictwa, to jak im się mogło podobać, że ja, stary Żyd, mam
syna w lotnictwie? Ale on napisze podanie i mnie zwolnią przedterminowo. Czy to
kto widział, żeby dawać taki chłam na nowe zelówki?" Podniósł się na pryczy i
upewniwszy się, że "biezprizorni" śpią, rozpruł w marynarce podszewkę pod
rękawem i wyjął spod waty zmiętą fotografię. Spoglądał z niej na mnie człowiek w
mundurze lotnika, o inteligentnej twarzy i zakrzywionym ostro nosie.
W parę minut potem jeden z "biezprizornych" zlazł z pryczy, odlał się do kibla
przy drzwiach i zastukał w okienko. Na korytarzu zabrzęczały klucze, rozległo
się przeciągłe ziewnięcie i o kamienną podłogę załomotały podkute buty.
- Czego? - zapytało rozespane oko w judaszu.
- Obywatelu dyżurny, dajcie zapalić.
- Mleko ssać, gówniarzu - warknęło groźnie oko i zniknęło za blaszaną zastawką.
Chłopiec przywarł obiema pięściami do drzwi i wspinając się na palcach do
ślepego okienka, zawołał głośno:
- Grażdanin dieżurnyj, ja imieju k wam wopros!
17
Teraz klucz zazgrzytał dwa razy w zamku i okute drzwi ustąpiły. Na progu stał
młody strażnik w przekrzywionej na bok czapce z niebieskim denkiem i czerwonym
otokiem.
- Gadaj.
- Nie mogę tutaj, muszę na korytarz.
Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem szerzej, chłopiec wślizgnął się pod ręką
opartą o klucz tkwiący w zamku na korytarz i wrócił po chwili do celi z
zapalonym papierosem. Zaciągając się chciwymi haustami, spoglądał ku nam
niespokojnie i kulił się jak młode szczenię, cofające się przed kopnięciem.
Po kwadransie drzwi celi otworzyły się znowu szeroko, dyżurny przestąpił
energicznie próg i krzyknął ostro:
- Wstawać! Dowódca bloku! Rewizja!
Dowódca bloku rozpoczął rewizję od "biezprizornych", a dyżurny nie odrywał
tymczasem wzroku od dwóch szeregów więźniów, stojących w postawie na baczność
tyłem do prycz, a twarzami do siebie. Wprawne ręce przerzucały szybko sienniki
,,biezprizornych", pogmerały w moim barłogu i zanurzyły się w worku starego
Żyda. Zaraz potem usłyszałem szelest papieru, stłumiony lekko miętoszeniem waty.
- Co to jest? Dolary?
- Nie. Fotografia mojego syna, kapitana Armii Czerwonej, Natana Awramowicza
Zygfelda.
- Za co siedzisz?
- Za szkodnictwo w rzemiośle.
- Szkodnik sowieckiego rzemiosła nie ma prawa przechowywać w celi fotografii
oficera Armii Czerwonej.
- To jest mój syn...
- Milcz. Nie ma w więzieniu synów.
Gdy wychodziłem z celi na etap, stary szewc kiwał się na pryczy jak ogłupiała
papuga na drążku, żując wraz ze skórkami chleba parę powtarzających się
monotonnie słów.
18
Szliśmy na dworzec późną godziną, przez opustoszałe już prawie miasto. Ulice
wychłostane ulewą połyskiwały w czarnym świetle wieczoru jak długie tafle miki.
Powietrzem płynęła duszna fala ciepła, a Dźwina, wezbrawszy gwałtownie, szumiała
niespokojnie pod uginającymi się deskami mostu. W małych uliczkach miałem nie
wiadomo dlaczego uczucie, że ze wszystkich okien biegną ku nam poprzez szpary w
deskach okiennic ludzkie spojrzenia. Dopiero na głównej ulicy ruch ożywił się
nieco, ale grupki przechodniów mijały nas w milczeniu, nie odwracając głów w
naszą stronę, z oczami utkwionymi przed siebie lub w ziemię, z oczami, które
widziały nie patrząc. Pięć miesięcy temu przechodziliśmy przez te same ulice
Plik z chomika:
Pati22
Inne pliki z tego folderu:
Grzeczne dziewczynki nie awansują. 101 błędów popełnianych przez kobiety, które nieświadomie niszczą wła.pdf
(368 KB)
Bios_-_Leksykon_Kieszonkowy.pdf
(2174 KB)
Herling-Grudzinski_Gustaw_-_Inny_swiat.pdf
(570 KB)
Norman Davies - Boze Igrzysko.pdf
(2655 KB)
Inne foldery tego chomika:
PPS-Y
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin