Antoni Kępiński
Rytm Życia
Projekt okładki i stron tytułowych t „
MACIEJ SADOWSKI
L
Lww.
© Copyright by Wisława Kłodzińska-Batruch, Warszawa 1992 ISBN 83-900392-1-4
Wstęp
Autor zdążył jeszcze nanieść korekty do tej książki. Lecz pierwszy, sygnalny egzemplarz Rytmu życia trafił do szpitala o dzień za późno; od dwudziestu czterech godzin Antoni Kępiński już nie żył...
I jak tu nie wierzyć w znaki wróżebne? Okazało się bowiem, że wraz z tą właśnie chwilą rozpoczyna się triumfalny pochód kolejnych i kolejnych dzieł słynnego, owianego legendą psychiatry; fakt to niezbity - między rokiem śmierci Antoniego Kępińskiego, tj. 1972, a rokiem 1978 ukazały się wszystkie ważne jego prace i każda z nich okazywała się kolejnym szczeblem do sławy autora.
Co prawda wcześniej, w Krakowie, znali go dobrze ludzie kultury, w Polsce zaś cieszył się powszechnym uznaniem wśród chorych, cierpiących na rozmaite zaburzenia systemu nerwowego. Tak było za życia Kępińskiego.
Ale dopiero książki ukazały pełen wymiar osobowości filozofa, etyka, nauczyciela całej plejady wybitnych medyków, głównie zaś - człowieka o wielkim sercu i umyśle, jakich dzisiaj spotyka się nader rzadko. Rytmżycialo pierwsze z licznych dzieł Profesora, lecz dzieło od razu gotowe, zawierające w sobie szkicowe lub kompletne rozwinięcie podstawowych pytań, które Antoni Kępiński zadawał samemu sobie oraz wszystkim...
Tak się przy tym złożyło, iż podążając tropem owych pytań, budujemy mapę zasadniczych spraw obchodzących każdego. I nie ma w powyższym zdaniu cienia przesady. Znajdujemy się rzeczywiście w przestrzeni spraw fundamentalnych. Nie jest w gruncie rzeczy istotne, że odpowiedzi starające się opisać conditio humana nie są w stanie czegokolwiek rozstrzygnąć. Jak trafnie stwierdził któryś z myślicieli dawnych wieków, sens poznawania zawiera się w trafnie sformułowanych pytaniach, na które nie istnieją żadne wyczerpujące lub kończące problem odpowiedzi. Bowiem sensem ludzkiego istnienia jest droga, nie cel zamykający wędrówkę. Metaforyczna wykładnia naszego losu - postukujący kosturem wędrowiec, który podąża na spotkanie z... właśnie, z czym lub z kim?
Antoni Kępiński, homo viator jakby żywcem przeniesiony do rzeczywistości z kart rozpraw filozoficznych Gabriela Marcela, wypełnił swój życiorys mądrą i bynajmniej nie cukierkową miłością bliźnich, szczególnie tych, którzy w cierpieniu domagają się otuchy i podpory, a słowa refleksji, jakie w książkach swych zawarł - niby norwidowski „czynu testament" - zyskują wciąż na znaczeniu. ¦
0 wadze rozmyślań Antoniego Kępińskiego najlepiej świadczy powodzenie jego książek, od Rytmu życia (1972) poczynając. Niniejsze wydanie jest już piątym z kolei, a mimo to nie widać w księgarniach egzemplarzy pochodzących z wydań wcześniejszych. Podobnie dzieje się z innymi dziełami. Psychopatologia nerwic (1972) osiągnęła cztery wydania, Schizofrenia (1972), Z psychopatologii życia seksualnego (1973) oraz Melancholia (1974) po trzy wydania, Lęk (1977), Psychopatie (1977), a także Poznanie chorego (1978) po dwa. Tylko Podstawowe zagadnienia współczesnej psychiatrii wydane zostały raz jeden, w 1978 roku.
Można więc bez większej obawy zaryzykować twierdzenie, że gdyby profesor Kępiński doprowadził do końca dwa duże opracowania z zakresu psychiatrii, które projektował wraz z kilkoma uczniami w latach sześćdziesiątych, tzn. Dyskusyjne zagadnienia psychiatrii oraz Psychiatria na co dzień, również i te, nie powstałe ostatecznie, dzieła miałyby szansę odcisnąć się trwale na stylu myślenia całej polskiej inteligencji dojrzewającej w ostatnim dwudziestopięcioleciu. Tak się bowiem stało z dziełami istniejącymi.
Bo przecież wśród mistrzów duchowych już kilku pokoleń Antoni Kępiński zajmuje miejsce niepoślednie. Właściwie nie sposób bez niego i jego prac zrozumieć, czym były u nas intelektualne pokarmy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
Zanim wszelako spróbuję w kilku choćby słowach naszkicować znaczenie myśli Antoniego Kępińskiego dla duchowych wnuków Profesora, chciałbym przedstawić podstawowe fakty biograficzne, gdyż rzadko się zdarza, by ktoś z równą mu konsekwencją usiłował zbudować własną osobowość, wyrzekając się stereotypów i łatwizny.
Antoni Kępiński urodził się w miasteczku Dolina (województwo stanisławowskie), 16 listopada 1918 roku, w rodzinie prawnika, Tadeusza de Nesobia Kępińskiego. Nigdy jednak nie powoływał się na szlacheckie parantele, choć korzenie jego rodu sięgały czasów Kazimierza Wielkiego. Lecz przyszły lekarz był zdania, że o człowieku decydują wyłącznie własne osiągnięcia, nie pochodzenie lub majątek. Ojciec Antoniego był najpierw starostą Doliny, matka, Wanda de Turczynowicz-Su-szycka, nie pracowała aż do śmierci męża. Rodzina wkrótce przeniosła się do Nowego Sącza, gdzie ojciec Antoniego objął starostwo. Tadeusz Kępiński, człowiek prawy, w poglądach zbliżał się do Stronnictwa Ludowego i nie krył niechęci do
piłsudczyków jako sprawców zamachu majowego. Spensjonowano go więc w roku 1926, od tej pory pędził żywot emeryta.
Antoni Kępiński ukończył jedną z najlepszych polskich szkół średnich, słynne krakowskie gimnazjum imienia Nowodworskiego, w klasie o profilu klasycznym. Można przypuszczać, że wtedy właśnie ugruntowały się podstawy jego późniejszej erudycji. W roku 1936 wstąpił na Wydział Lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego, lecz po trzecim roku studia przerwała mu wojna. Walczył, potem przedarł się na Węgry, następnie dłuższy czas spędził w obozie koncentracyjnym frankistowskiej Hiszpanii, Miranda de Ebro, którego zła sława niosła się później przez całą Europę. Z pewnością więc pierwsza część Rytmu życia- poświęcona problematyce humanizmu dwudziestowiecznego i jego zagrożeń w obliczu pytań wyrosłych z istnienia wszelkiej maści „rzeczywistości koncentracyjnych" - oparta została nie tylko na fakcie kierowania zespołem specjalistów analizujących chorobę obozową, czyli tzw. KZ-syndrom, lecz wzięła się też z własnych, bolesnych przemyśleń.
Gdy Kępiński wydostał się po dwu i pół roku z Miranda de Ebro, znalazł się w Anglii. W latach 1945-1946 studiował medycynę na Polskim Wydziale Lekarskim w Edynburgu, gdzie uzyskał dyplom lekarza. Do Polski i Krakowa wrócił 27 lipca 1947 roku, podejmując pracę najpierw w Klinice Neurologiczno-Psychiatrycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, a po jej zlikwidowaniu (1950) do końca życia pracował w krakowskiej Klinice Psychiatrycznej Akademii Medycznej, zajmując stanowiska od lekarza do kierownika Kliniki, którym zresztą został niechętnie, po bardzo długich namowach i z dużymi oporami przed podejmowaniem funkcji specyficznie administracyjnych.
Doktorat {Zamącenie po wstrząsie elektrycznym a typ konstytucyjny i rasowy) obronił w 1949 roku, rozprawę habilitacyjną zakończył w 1960 roku, przez wiele lat pracował jako docent, tytuł profesorski przyznano Kępińskiemu w marcu 1972 roku, na niewiele miesięcy przed śmiercią, choć wniosek czekał od 1968 roku. Zmarł w Krakowie 8 czerwca 1972 roku na chorobę nowotworową, pochowany jest na cmentarzu salwatorskim.
Było w Kępińskim coś fascynującego, niemożliwego do objęcia suchymi ramami życiorysu. Lekarze to środowisko dość hermetyczne, z rzadka tylko akceptujące reprezentantów innych profesji w najbliższym otoczeniu. Tymczasem on się przyjaźnił z aktorami, jak Leszek Herdegen, plastykami, jak Lidia Zamków, pisarzami, jak Jan Sztaudynger. Współpracował blisko Antoni Kępiński z Romanem Ingarde-nem, zaś jego zainteresowania pozamedyczne obejmowały tak różnorodne sprawy, jak ontologia świętego Augustyna, koncepcje fizyki teoretycznej Wernera Heiselber-ga, literatura fantastyczno-naukowa (bardzo np. lubił Władcę pierścieni Tolkiena), książki o zwierzętach. Nie miałoby to, rzecz jasna, większego znaczenia dla nikogo,
poza może najbliższą rodziną Kępińskiego oraz nim samym, lecz warto przywołać tutaj rozległość zainteresowań kogoś, kto twórczo wykorzystuje zarówno Balladę
0 więzieniu w Reading Oskara Wilde'a, jak i rozważania antropologiczne Maxa Schellera.
Nic więc dziwnego, że budził powszechne zainteresowanie, jeszcze spotęgowane nietypowymi reakcjami. Profesor Kępiński prowadził prywatną praktykę medyczną, lecz - potwierdzają to liczne świadectwa - od osób uboższych częstokroć w ogóle nie brał honorarium, które i tak nie było zawrotne, twierdząc że to właśnie on osiąga korzyści w kontakcie z pacjentami, więc na dobrą sprawę sam powinien im dopłacać. Poza tym skandalizował zawsze konserwatywny Kraków, ubierając się w strój nie licujący z profesorską godnością, jeśli tylko tak mu było wygodniej. Równocześnie nie odznaczał się zbytnią wylewnością, pedantyczny, nieco oschły
1 apodyktyczny, choć z uwagą i chętnie wysłuchujący też sądów odmiennych niż własne. Nie krył się za barierą fachowości, o ile to tylko okazywało się możliwe. Publikacje zamieszczał zarówno w periodykach bardzo specjalistycznych, jak Folia Medica Cracoviensiana, Psychiatria Polska czy Przegląd lekarski, ale też dla prezentacji własnych poglądów chętnie wykorzystywał łamy czasopism kulturalnych, od Przekroju, poprzez Politykę lub Tygodnik Powszechny, aż do Twórczości i Literatury na świecie.
A gdy się ukazywały, już pośmiertnie, główne prace Antoniego Kępińskiego, zauważała je natychmiast prasa wszystkich orientacji i na wszystkie litery alfabetu, od Argumentów, do Więzi i Znaku, zaś na temat autora Rytmu życia pisali ludzie skrajnie różni, choćby Piotr Wierzbicki i Jerzy Urban, Bohdan Czeszko i Antoni Słonimski, Zygmunt Trziszka i Olgierd Terlecki, Wiktor Osiatyński i Marek Skwa-rnicki, Józef Tischner i Krzysztof Teodor Toeplitz, Wiesława Grochola i Małgorzata Walendowska, Krzysztof Miklaszewski i Małgorzata Szpakowska.
Równocześnie prace Kępińskiego od razu trafiały do nader szerokiego grona czytelników, szczególnie entuzjastycznie przyjmowane przez młodzież. Jest coś fascynującego w fenomenie popularności dzieł krakowskiego profesora - bądź co bądź parexcellence medycznych. Każdy wszakże, kto pamięta zauroczenia kontrkul-turą, wie, w czym rzecz.
Wśród młodzieży, zwłaszcza o skłonnościach humanistycznych, dominowały wówczas propozycje ujmowania ludzkiej natury inne, niż jej opis w kategoriach nieuchronnej między ludźmi rywalizacji. Szły-za tym próby leczenia chorych zbiorowości, a nie zbuntowanych przeciw normom „zdrowego społeczeństwa" jednostek. Stąd popularność antypsychiatrii i ogromna kariera np. Moreno, Bastide'a (jego Socjologia chorób psychicznych zaliczała się do generacyjnych lektur), Rogersa. W Polsce za czołowego zwolennika psychiatrii „karzącej" -tzn. stosującej
w terapii system wzmocnień szokowych, w rodzaju elektrowstrząsów - uchodził profesor Tadeusz Bilikiewicz, a na drugim biegunie sytuowano reprezentantów psychiatrii, którą niekiedy nazywano „humanistyczną": twórcę teorii dezintegracji pozytywnej, profesora Stanisława Dąbrowskiego oraz właśnie profesora Antoniego Kępińskiego.
Dzisiaj, kiedy trafiają się wśród polskich polityków tacy wychowańcy kontrkul-tury, którzy Jana Jakuba Rousseau uznają za myślowego sprawcę obozów koncentracyjnych, ówczesne opcje specjalistów od ludzkiej psychiki stały się niemodne. Lecz w swoim czasie - tj. w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych - określały styl rozumowania i przeżywania sporej grupy najzdolniejszej młodzieży. Co prawda, dawne bieguny okazały się potem mocno zmitologizowane (np. Kępiński wielce sobie cenił Bitikiewicza, który był zresztą recenzentem autora Schizofrenii na stopień profesorski), lecz dla świadomości zbiorowej nie ma to aż takiego znaczenia.
Liczyły się raczej zainteresowania Kępińskiego psychiatrią humanistyczną oraz antypsychiatrią, dobrze widoczne już w rozprawie z roku 1962 Kierunki humanistyczne w psychiatrii. Ten właśnie styl naukowego rozumowania rozwijany był w całym dorobku Antoniego Kępińskiego i on przyniósł mu uznanie oraz sukces. Kępiński - wzorem takich psychiatrów jak Georges Bastide albo Carl R.Rogers i cały nurt neopsychoanaiizy ze szkoły frankfurckiej rodem (szczególnie Erich Fromm i Karen Horney) - w diagnozach oraz w propozycjach terapii zaburzonej psychiki specjalny nacisk kładł na wyleczenie nie w tym sensie, iżby należało jednostkę wtłaczać pod strychulec społecznej, skonwencjonalizowanej normy, ile w tym sensie, by nauczyć społeczeństwo szacunku dla inności, dla odmienności, dla wszelkich form ekspresji wyrażających ludzki indywidualizm.
Lecz nie należy sądzić, że Kępiński pałał jakąś ogromną miłością do zabaw metodologicznych. Wręcz przeciwnie, jako lekarz-praktyk wszelkie pomysły brał po coś. Obok więc nowych metod Sullivana mnóstwo korzystał z uwag stareńkiego Iwana Pawłowa, sięgał zatem z ochotą do bardzo rozmaitych źródeł. Dla dzisiejszego czytelnika niech to będzie zachętą do uprawiania takiej twórczości jedynie, jaka naprawdę się liczy. Twórczości, dla'której inspiracje należy wykorzystywać raczej jako trampoliny przydatne w twórczym myśleniu, niż jako nieusuwalny gorset krępujący ruch myśli.
Kiedy umierał, miał Antoni Kępiński lat zaledwie 53. Dla naukowca to żaden wiek. Lecz, mimo że odszedł, pozostały jego niezwykłe książki, wciąż i wciąż zyskujące na znaczeniu. Dzisiaj warto je przypominać nie tylko dlatego, że stały się lekturami kanonicznymi co najmniej dwóch generacji Polaków. Rozprawy Kępińskiego są bowiem zaproszeniem do myślenia, próbują odnajdywać związki między wieloma przejawami otaczającej ludzi rzeczywistości, nadal też uczą szacu-
nku, tolerancji, normalnej przyzwoitości wreszcie. Każdy, kto szuka - powinien choć na chwilę spróbować wspólnej drogi razem z Antonim Kępińskim.
Kiedy go chowano, w uroczystych egzekwiach, prowadzonych przez metropolitę krakowskiego, Karola Wojtyłę, szło całe miasto. Nad grobem panowała cisza, zgodnie z wolą zmarłego. Nie było przemówień. I tylko niektórzy pacjenci podobno usiłowali z rozpaczy po stracie swojego lekarza popełniać samobójstwo.
Potem zaś przyszły książki. Testament, który dotyczy nas wszystkich.
Książki Antoniego Kępińskiego, poczynając od Rytmu życia, warto czytać po prostu dlatego, że są to książki mądre.
Tadeusz Lewandowski
«Anus mundi»
„Cóż za monstrum jest tedy człowiek? Cóż za osobowość, co za potwór, co za chaos, co za zbieg sprzeczności, co za dziw! Sędzia wszechrzeczy - bezrozumny robak ziemny; piastun prawdy. - zlew niepewności i błędu; chluba i zakała wszechświata."
(Pascal Myśli)
Heinz Thilo, lekarz oświęcimskiej załogi SS, w rozmowie z Kremerem określił ten obóz jako „Anus mundi". Dosadne to określenie, jak się można domyślać,, było z jednej strony wyrazem obrzydzenia i grozy, jakie budził w każdym obserwatorze obóz koncentracyjny, a z drugiej strony uzasadniało istnienie obozu koniecznością oczyszczenia świata. Motyw oczyszczenia - kałharsis, istotny w życiu, każdego człowieka, niewątpliwie odgrywa niemałą rolę w życiu społeczeństw.
W koncepcji hitlerowskiej obozy zagłady - poza bezpośrednim celem polity-czno-ekonomicznym, polegającym na jak najbardziej efektywnym i najtańszym wyniszczeniu wroga - miały sens głębszy; było nim oczyszczenie rasy germańskiej z tego wszystkiego, co nie zgadzało się z ideałem germańskiego nadczłowieka. Przyświecała tu daleka wizja świata ludzi pięknych, silnych, zdrowych, świata, w którym nie byłoby miejsca dla chorych, kalek, nienormalnych psychicznie, skażonych krwią żydowską czy cygańską.
Dla tego „pięknego" celu trzeba było przejść przez wstrętne okropności obozów koncentracyjnych. Nic też dziwnego, że służba w obozie była traktowana na równi ze służbą frontową, choć esesmani pewnie woleli być bohaterami w obozie niż na froncie. Prawo zachowania życia jest na ogół silniejsze od ideologii; jeszcze lepiej, gdy szczytną ideologią można wytłumaczyć własne tchórzostwo. Zdarzali się jednak tacy, wprawdzie nieliczni, którzy nie wytrzymywali upodlenia służby w obozie koncentracyjnym i wybierali front lub samobójstwo. Większość uspokajała się alkoholem i poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku dla dobra ojczyzny i wielkiej idei.
11
Zdolność przekształcania otaczającego świata, którą można uznać za cechę swoiście ludzką, mieści w sobie największą rozpiętość sprzeczności natury człowieka. Z niej rodzą się bohaterstwo, świętość, poświęcenie, sztuka i nauka, ale też okrucieństwo, znęcanie się człowieka nad człowiekiem, zniewalanie i zabijanie. By zmienić oblicze świata, prowadzi się wojny, męczy ludzi w obozach i więzieniach. Co nie pasuje do struktury, jaką się pragnie narzucić otoczeniu, to staje się obce i wrogie i musi ulec zniszczeniu.
W biologii znane jest zjawisko zaszczepienia obcej struktury. Wirus może zaatakować bakterię, jego materiał genetyczny - DNA (kwas dezoksyrybonukleinowy) dostaje się do wnętrza bakterii, opanowuje jej „maszynerię" biochemiczną tak, że w ciągu kilku minut zaczyna ona produkować setki nowych wirusów identycznych z najeźdźcą. Bakteria żyje nadal, ale jej struktura jest już inna: zamiast swoistego DNA jej procesami biochemicznymi kieruje DNA wirusa; choć pozornie ta sama, w rzeczywistości przestała być sobą, straciła swą istotną strukturę, a tym samym swą tożsamość.
Analogiczne zjawisko - choć na poziomie integracji nieporównanie wyższym - spotkać można w życiu człowieka, gdy owładnięty jakąś ideą, początkowo obcą, a potem jak najbardziej własną, wszystko dla niej poświęca, nic poza nią nie widzi, gotów dla niej oddać życie własne i cudze (na ogół łatwiej cudze). Podobnie jak wspomniana bakteria, zatraca on swą tożsamość; jego myśli, uczucia, czyny przestają być wyrazem jego własnej osobowości, a stają się odbiciem struktury przyjętej z zewnątrz. Ludzie owładnięci tą samą ideą stają się do siebie bliźniaczo podobni; zróżnicowanie społeczeństwa maleje, wzrasta natomiast jego efektywność, w tym sensie, że wszyscy dążą do tego samego celu, niczego poza nim nie widząc. Człowiek, który nie ma znamienia tej samej idei, stoi wskutek tego na przeszkodzie jej realizacji, staje się wrogiem, zawadzającym przedmiotem, który trzeba usunąć z drogi. Wielkość idei - nie chodzi tu o jej doniosłość obiektywną, ale subiektywną, tak jak ją odczuwają owładnięci nią - usprawiedliwia zasadę: cel uświęca środki. Jeśli bowiem ktoś wszystko poświęcił dla idei, to uważa, iż wokół niego też wszystko dla idei poświęcone być musi.
„Chaos", „zbieg sprzeczności", „bezrozumny robak ziemny", „zlew niepewności i błędu", dając się owładnąć jakiejś idei, a wskutek tego tracąc siebie, uzyskuje w zamian porządek, jednolitość, jasność i pewność. Im większe w człowieku wewnętrzne rozbicie, poczucie własnej słabości, niepewności i lęk, tym większa tęsknota za czymś, co go z powrotem scali, da pewność i wiarę w siebie (właściwie nie tyle w siebie, ile w ideę, która właśnie „ja" zastępuje). Wstręt do samego siebie zostaje skompensowany obrazem siebie jako bohatera-wyznawcy idei. Poczucie więzi grupowej zwiększa siłę atrakcyjną tego fikcyjnego modelu. Staje się
12
wobec alternatywy: być takim jak inni lub nie być wcale. Nie być bowiem takim, jak nakazuje wyznaczona ideologia, równa się postawieniu siebie w rzędzie jej wrogów, a wiąc skazaniu się na zniszczenie. Między wyznawcami tej samej ideologii wytwarza się swoiste współzawodnictwo: nie być gorszym od innych, gdyż grozi to wyłączeniem z grupy. Zależnie od charakteru ideologii można się licytować w cnotach lub zbrodniach.
Nie chodzi tu o analizę wartości ideologii hitlerowskiej; jej płytkość, naiwność i pyszałkowatość są oczywiste, a fakt, że przyjęła się w społeczności niemieckiej, należy chyba tłumaczyć szczególną atmosferą społeczną okresu międzywojennego, charakteryzującą się wyolbrzymionym i podsycanym poczuciem narodowej krzywdy. Załamanie się dawnych struktur ideologicznych, poczucie pustki, bezsensu, kryzys ekonomiczny, wojenne urazy itp. stwarzały podatny grunt dla każdej ideologii, która by dawała perspektywy lepszego jutra.
Niezależnie od treści niebezpieczeństwo ideologii jako struktury narzuconej z zewnątrz tkwi w zahamowaniu procesu rozwoju. W miejsce walki przeciwstawnych struktur, z których jedne się rodzą, a inne umierają, dzięki czemu wciąż tworzy się coś nowego i człowiek rozwija się - zostaje wstawiona struktura obca, która wszystkie inne podporządkowuje sobie. Człowiek przestaje się rozwijać i zamienia się w ślepe narzędzie w służbie idei, ślepe, gdyż nie widzi niczego poza wytkniętym celem, a przede wszystkim przestaje widzieć drugiego człowieka, zamiast niego widzi towarzyszy wspólnego wyznania lub przeszkodę w dążeniu do celu, przedmiot, który trzeba usunąć z drogi, zniszczyć.
Claude Eatherly, major Air Force, rano 6 sierpnia 1945 roku dokonał nad Hiroszimą lotu sprawdzającego warunki atmosferyczne i osłonę lotniczą miasta, po czym dał sygnał do nalotu atomowego: go ahead. Dowiedziawszy się, że wybuch spalił 200 tysięcy ludzi, Eatherly popadł w narastający konflikt moralny między otaczającą go glorią bohatera a poczuciem współudziału w zbrodni i potrzebą pokuty. „Kompleks winy" doprowadził go nawet do okresów ostrej depresji, lęków, halucynacji, prób samobójstwa. Eatherly dobrowolnie podjął ciężką pracę fizyczną i dla poszkodowanych w Hiroszimie wysyłał zasiłki pieniężne. Jego korespondencja ze znanym filozofem i działaczem pacyfistycznym, Guntherem Andersem, prześladowanym w czasie wojny przez hitlerowców - jest zawarta w książce No morę Hiroshima.
Nie ma wśród Niemców, a w szczególności wśród tych, którzy byli czynnie zaangażowani w wielkim przemyśle zagłady, majora Eatherly. Ci nieliczni, którzy się dostali w ręce wymiaru sprawiedliwości, nie mieli z reguły poczucia winy, ale za to duże poczucie krzywdy, iż kara spotyka ich za ślepe posłuszeństwo, za spełnianie obowiązku. Uwolnienie się od poczucia winy, które często bywa gorszą
13
kaźnią, niż kara nałożona przez społeczeństwo, zawdzięczają oni właśnie ideologii. To nie oni byli winni, ale ta obca struktura, która im została narzucona, która ich oślepiła i która była głównym motorem ich działania, myślenia, odczuwania. Bez niej są z powrotem „porządnymi ludźmi", uczciwie dorabiającymi się majątku, a może tylko w skrytości ducha wspominają czasem wielkie dni swego „heroicznego" okresu.
Ci, którzy byli przeszkodą, materiałem przeznaczonym na zagładą, by sobą nie zanieczyszczał więcej nowego świata, różnie swój los przyjmowali. Byli tacy, którzy nie zdążyli wyjść z oszołomienia wywołanego nagłym przeniesieniem w piekło obozu, a już przychodził kres ich życia. Inni szli ku śmierci z fatalistycznym przeświadczeniem o nieodwracalności losu. Jeszcze inni chcieli przeżyć za wszelką cenę. A ponieważ w obozie zagłady mogli urządzić się wygodnie tylko ci, którzy innym śmierć zadawali i którzy byli panami, przeto niektórzy starali sią przejąć formy swych oprawców. Byli też tacy, którzy mimo głodu, pragnienia, zimna, bólu, poniżania godności ludzkiej potrafili jakby oddalić się od swego cierpienia i nie myśleć tylko o tym, by zdobyć coś do zjedzenia, by przestało być zimno czy gorąco, by nie bolało znękane ciało. Imperatyw biologiczny jest niesłychanie silny i niemałego trzeba wysiłku woli, by nie myśleć tylko o chlebie, gdy się jest głodnym, o wodzie, gdy się chce pić, lub o bolącym miejscu, gdy boli. Wysiłek ten jednak był konieczny dla zachowania wewnętrznej swobody -wolnej przestrzeni, w której by można było swobodnie myśleć, marzyć, planować, powziąć decyzję, uwolnić się od koszmaru chwili obecnej. Jeśli w życiu obozowym, w tym „anus mundi", tyle było poświęcenia, odwagi, miłości drugiego człowieka, a więc zjawisk w tych warunkach - zdawać by się mogło - zgoła niemożliwych, to właśnie dzięki tej wewnętrznej wofności.
Dla tych, co obóz przeżyli, wspomnienia z tego okresu nie są tylko koszmarem; są też dowodem, że w warunkach na j straszn i ej szych potrafili zachować swoje człowieczeństwo, że wytrzymali ogniową próbę pytania, „jaki ja naprawdę jestem". Często też najpewniej się czują wśród dawnych towarzyszy niedoli, gdyż wiedzą, jacy oni są naprawdę.
Zdawać by się mogło, że w warunkach największego zniewolenia, poniżenia i znękania drugiego człowieka niemożliwe jest bohaterstwo. By się na nie zdobyć, trzeba mieć choć trochę wolnej przestrzeni i własnej siły. A jednak nawet w tych warunkach było ono możliwe i w piekle, jakim był obóz, okazała się też cała wielkość człowieka.
Nie osiągnęli hitlerowcy swego celu, mimo milionów ofiar nie oczyścili świata z tego,-co nie odpowiadało ich ideałowi Herrenvolku, pokazali natomiast światu, do czego prowadzić może obłędna ideologia. Dymy Oświęcimia, miejmy nadzieję,
14
będą przez długi jeszcze czas ostrzeżeniem przed zaślepieniem, nienawiścią i pogardą dla drugiego człowieka. Gotowe formuły myślenia i działania, ślepe słuchanie rozkazu mogą w skutkach być bardzo niebezpieczne i dlatego trzeba na siebie wziąć cały ciężar odpowiedzialności za swe myśli, uczucia i czyny. Claude Eatherly wyraził to następująco w liście do Gunthera Andersa:
„W przeszłości bywały okresy, kiedy człowiek mógł przeżyć życie, nie zaprzątając zbytnio swego sumienia problemami nawyków myślowych i norm działania. Nasze czasy, jak wyraźnie widać, do tych epok nie należą. Przeciwnie, sądzę, że zbliżamy się gwałtownie do sytuacji, w której będziemy musieli zastanowić się na nowo, czy gotowi jesteśmy oddać odpowiedzialność za nasze myśli i uczynki w ręce organizacji społecznych, takich jak partie polityczne, związki zawodowe, Kościół czy państwo. Żadna z tych organizacji nie jest zdolna udzielić nam niezawodnych wskazówek moralnych i dlatego należy zakwestionować ich pretensje do udzielania nam takich wskazówek."
„Anus mundi" ukazał światu człowieka w całej rozpiętości jego natury: obok potwornego bestialstwa - bohaterstwo, poświęcenie i miłość. I wobec tego widoku za Pascalem można powiedzieć: „Ukorz się, bezsilny rozumie; umilknij, głupia naturo; dowiedz się, że człowiek nieskończenie przerasta człowieka."
1
-$.¦>
Koszmar
Rosnąca z każdym rokiem ilość wspomnień, opracowań dokumentarnych i naukowych pozwala coraz lepiej wczuć się w atmosferą obozów koncentracyjnych. Choć każdy, kto sam „tego" nie przeżył, czuje się po trosze jak pani Gudrun ze wspomnień Gawalewicza, pytająca o nocne lampki przy łóżkach w obozie. A nawet ci, którzy obóz przeżyli, dzięki „dobrotliwości" ludzkiej pamięci nie dysponują już świeżym obrazem życia obozowego (zdarza się to tylko w ich snach), lecz jedynie słabym jego odbiciem. Poza tym nie znajdują oni sposobu przekazywania przeżyć, gdyż nie mieszczą się one w zasięgu ludzkiego języka. Pomimo najbardziej wiernego i sugestywnego opisu życia obozowego i własnych cierpień nie można wyjść poza strukturę słowną dla wszystkich zrozumiałą, nie przystosowaną do tego typu przeżyć, toteż najistotniejsze momenty świata obozowego pozostają wyłączną własnością danej osoby, niemożliwą do przekazania innym.
Obóz koncentracyjny określa się najczęściej jednym słowem: koszmar. Czym jest koszmar? Podstawowe znaczenie tego słowa jest następujące: „przygnębiający, przerażający sen, zmora; coś, co ma nastrój takiego snu". W czasie snu występują w dość regularnych odstępach czasu, mniej więcej co jedną do półtorej godziny, okresy charakteryzujące się elektroencefalograficznie szybkimi niskonapięciowymi falami i szybkimi skojarzonymi ruchami gałek ocznych. Gdy się"badanego zbudzi w tym okresie, łatwo podać on może treść marzenia sennego. Nie zdarza się to na ogół, gdy zbudzimy go w innym okresie snu, treść marzenia sennego bardzo szybko bowiem ulega zapomnieniu. Przyjmuje się więc, że charakterystyczna aktywność bioelektryczna mózgu i szybkie ruchy oczu są zewnętrznym odpowiednikiem marzenia sennego. Ruchy gałek ocznych, jak się przypuszcza, są wywołane śledzeniem przez śniącego obrazów marzenia sennego. Obrazy te bowiem mają przede wszystkim, choć nie wyłącznie, charakter wzrokowy. Pewne fakty zdają się przemawiać za tym, że marzenia senne występowałyby rytmicznie przez całą dobę,. gdyby nie działanie bodźców świata zewnętrznego, zmuszających do aktywności i
17
Anus mundi
czuwania, i że siła przeżyć doznawanych w czasie tych marzeń może być większ niż na jawie.
Zawsze człowieka intrygowała treść i znaczenie marzenia sennego. Szukan w nim wskazówek co do przyszłości, z jego pomocą próbowano dojść do najgłębiej ukrytych kompleksów ludzkich i do zasadniczej struktury osobowości (psychoanaliza), posługiwano się nim dla wzbogacenia inwencji twórczej, dla lepszego zrozumienia przeżyć psychotycznych itd. Niestety, podobnie jak z pierwszych lat życia, tak i z marzeń sennych niewiele utrwala się w pamięci, co jednak nie przesądza o ich znaczeniu dla życia na jawie. Może nawet ich znaczenie jest większe, niż się powszechnie przypuszcza, i w miarę pogłębienia naszych wiadomości psychologia marzenia sennego stanie się równie ważna jak psychologia wczesnego dzieciństwa. Pamięć bowiem, jak wiadomo, nie jest dobrym wskaźnikiem wartości; to, co zostało zapomniane, jest dla dalszego rozwoju człowieka nieraz znacznie ważniejsze niż to, co utkwiło w pamięci.
Wśród nielicznych marzeń sennych, które utrwaliły się w pamięci, znajdują się i takie, które określa się jako koszmarne. Gdyby można zapamiętać wszystkie sny, liczba koszmarów byłaby znacznie większa. Nie wiadomo, z czego formuje się treść marzenia sennego, czy tylko z przekształconych przeżyć na jawie, czy też, jak twierdzi Jung, jest w pewnym stopniu autonomiczna, gdyż niektóre motywy snów powtarzają się niezależnie od osobniczej historii śniącego, w różnych kręgach kulturalnych i epokach (archetypy).
Koszmar jest przede wszystkim snem niesamowitym; sytuacje, postacie, cała sceneria odbiegają w nim tak dalece od tego, co się zwykle przeżywa na jawie zarówno w rzeczywistości, jak w marzeniach, a także od innych marzeń sennych, że już sam fakt tak dalece posuniętej „inności" budzi grozę. Łączy się z tym uczucie bezsilności. Towarzyszy ono każdemu marzeniu sennemu, gdyż zasadniczą cechą samego snu jest bezsilność, która w śnie koszmarnym jednak wzmaga się wskutek zbyt wielkiego oderwania się od zwyczajności. Gdy wszystko jest inne niż zwyczajnie, traci się orientację i możność tworzenia planów działania, jest się przez niezwykłą sytuację obezwładnionym. W czasie snu koszmarnego walczy się o własne życie, jego bowiem zasadniczą cechą jest totalne zagrożenie.
Napięcie lękowe snu koszmarnego jest spotęgowane wspomnianym już poczuciem bezsilności. Wszystko dzieje się automatycznie, niezależnie od śniącego, akcja rozwija się jak w makabrycznym filmie, jest się w niej zaangażowanym, ale nie można na jej przebieg wpłynąć. W momentach, gdy sytuacja dojdzie do zenitu, próbuje się wyrwać z koszmaru, przychodzi zbawcza myśl, że to tylko sen, człowiek budzi się zmaltretowany, z bijącym sercem, zlany potem, ale z uczuciem ulgi, że rzeczywistość jest inna. ,, . , s,
18
Zasadnicze cechy koszmaru można by więc ująć w cztery punkty: niesamowi-tości, bezsilności, totalnego zagrożenia i automatyzmu. Te cztery cechy wysuwają sią też na plan pierwszy w przeżyciach obozowych.
Niesamowitość obozu koncentracyjnego odczuwano szczególnie silnie w pierwszym zetknięciu z nim. U większości więźniów występowała „krótkotrwała reakcja psychiczna, objawiająca się przygnębieniem, uczuciem lęku i grozy, poczuciem bezradności, zagubienia i osamotnienia, brakiem apetytu i bezsennością" (Teutsch). Podobnie jak w czasie snu koszmarnego, występowały silne objawy wegetatywne, „takie jak częstomocz, biegunka, drżenie ciała, wzmożone pocenie się, niekiedy riudności, a nawet wymioty" (Teutsch). Podobnie też jak przed koszmarem snu broni się czasem śniący myślą, że jest to tylko sen, tak przed koszmarem obozowym obroną było poczucie derealizacji, nierzeczywistości tego, co otacza. Zdaniem Teutscha występowało ono rzadko (u 5 zbadanych przez niego byłych więźniów), zdaniem innych miało być dość typowe.
Nie trzeba chyba udowadniać, że rzeczywistość obozowa tak dalece odbiegała od rzeczywistości życia na wolności, iż zetknięcie się z nią dla każdego musiało być silnym wstrząsem. Oczywiście ci, którzy przeszli już przez gestapowskie więzienia, byli w pewnym stopniu do nowej rzeczywistości przyzwyczajeni i na ogół pierwsza reakcja była u nich słabsza. Nawet stykając się z życiem obozowym pośrednio, tj. zwiedzając poobozowe muzea, przeglądając zdjęcia, czytając wspomnienia itp, reaguje się w pewnym stopniu podobnie, oczywiście bez porównania słabiej, tj. uczuciem oszołomienia, lęku i przygnębienia lub wrażenia nierealności.
Sytuacja niezwykła budzi zawsze uczucie lęku, który można określić jako „dezintegracyjny", gdyż wywołany jest zaburzeniem istniejącej struktury interakcji, jaka wytworzyła się w ciągu życia między jednostką a jej środowiskiem. Struktura ta umożliwia przewidywanie w pewnym stopniu tego, co nastąpi i planowanie swojej aktywności. Wprawdzie w ciągu życia stale styka się z czymś nowym i niezwykłym, dzięki czemu struktury interakcji z otoczeniem wciąż zostają burzone i budowane na nowo, to jednak nigdy na ogół „nowe" nie jest całkowicie nowe, wiele jest w nim elementów znanych, tak że w niezwykłej nawet sytuacji nie staje się całkowicie bezradnym. Istnieje pewna granica tolerancji na niezwykłość, tj. na to, do czego nie jest się przyzwyczajonym, poza którą występuje reakcja paniczna: strachu i bezradności. Przy tym jedno wzmaga drugie, uczucie paniki paraliżuje celową aktywność, a niemożność działania wzmaga lęk. Trudno w tym miejscu wdawać się w dyskusję, od czego zależy tolerancja dezintegracyjna (tolerancja na niezwykłość). Na pewno odgrywa tu rolę wrodzona dyspozycja, nabyte w ciągu życia obycie się z sytuacjami niezwykłymi, zwiększające plastyczność reakcji i zdolność adaptacji, ogólna sprawność układu nerwowego itd. U osób z ograniczo-
19
li f
nymi zmianami w ośrodkowym układzie nerwowym tolerancja ta wyraźnie maleje; nowa sytuacja może wywołać u nich katastroficzną reakcje. Goldsteina. W związku też ze starczymi zmianami w układzie nerwowym tolerancja dezintegracyjna maleje w podeszłym wieku, stąd przysłowie, że „starego dębu się nie przesadza".
„Ceremoniał powitalny", jakim witano Zuganga w obozie, zwiększał uczucie oszołomienia i własnej bezsilności. Jeśli więźniowi nie udało się wyjść z tego stanu, zmieniał się w bezwolny automat i kończył jako „muzułman". Lekarze, którzy przeżyli obóz, podkreślają, że znikały tam nerwice i choroby psychosomatyczne. Można by jako hipotetyczne wyjaśnienie przyjąć, że zniszczenie struktury przed-obozowego sposobu życia było w tych wypadkach korzystne, gdyż struktura ta była patogenna. Poza tym moment biologicznego zagrożenia mógł tu działać mobilizująco, znosząc nerwicową stagnację i rozchwianie.
Obozy koncentracyjne były obozami zagłady, stanowiły ważną część planu zniszczenia tego, co zagrażało „rasie wspaniałych Niemców". Totalne zagrożenie stanowiło więc zasadniczą cechę życia obozowego i dotychczas pozostaje nie wyjaśnioną zagadką, jak można było przeżyć obóz koncentracyjny. „Dieta zestawiona dla szczurów wedle schematu żywienia w obozach - jak pisze Kowalczykowa -nawet bez ograniczeń ilościowych wywołuje u zwierząt doświadczalnych typowy zespół choroby głodowej już po okresie trzech miesięcy." A głód był przecież tylko jednym z cierpień obozowych, i to nie zawsze na pierwszym miejscu podawanym. Analiza przeżyć obozowych, jak się zdaje, zmusza do rewizji niektórych poglądów panujących do niedawna w medycynie, w których zbytni nacisk kładło się na momenty natury fizjologicznej i biochemicznej przy pewnym lekceważeniu czynników natury psychologicznej. Zdeptanie godności człowieka, utrata najbliższych, brak wsparcia moralnego ze strony towarzyszy niedoli były często silniej odczuwane niż cierpienia natury fizycznej. Większość byłych więźniów i autorów zajmujących się tym zagadnieniem jest zgodna co do tego, że o przetrwaniu decydowała chęć przeżycia, wiara, że obóz nie będzie trwać wiecznie, możność oparcia się o kolegów i przyjaciół. Człowiek, który się załamał, zwykle ginął.
W sytuacji zagrożenia życia szczególnie ostro występuje pierwsze prawo biologiczne: walki o zachowanie życia. W warunkach obozowych przybierało ono drastyczne nieraz formy. Jak pisze Sterkowicz, „łatwo być szlachetnym w warunkach sprzyjających, trudniej jednak in articulo mortis". Brzezicki we wspomnieniach z Sachsenhausen o sobie i swych kolegach-profesorach mówi: „Po miesiącu znikała powoli politura każdego z nas." Wydaje się oczywiste, że w życiu obozowym nie można było stosować norm postępowania obowiązujących w życiu normalnym, stąd trudność oceny moralnej, zwłaszcza dla tych, którzy sami obozu nie-przeżyli. Niemniej jednak-przy całej brutalizacji i biologizacji życia obozowego, wynikającej
20
z faktu, że jedzenie i śmierć było tym jednym, co się liczyło, a wszystko inne zostało zdarte - by przetrwać obóz, trzeba było się w pewnym stopniu wyrwać spod przemożnego prawa zachowania życia za wszelką cenę.. Ci, którzy temu prawu całkowicie ulegli, tracili człowieczeństwo, a z nim często szansę przetrwania. Do cech ludzkich istotnych dla przeżycia obozu należała bowiem zdolność wewnętrznego przeciwstawienia się temu, co się wokół działo, przez stwarzanie innego świata, czy to w marzeniach o przyszłości, czy we wspomnieniach o przeszłości, czy też - bardziej realnie - przez przyjaźń, pomoc współwięźniowi, próby organizowania życia innego niż obozowe itd. Był to jedyny sposób wyrwania sią spod automatyzmu życia obozowego. Prawa biologiczne w maksymalnym swym nasileniu zamieniają człowieka w automat, przestaje on sobą kierować, a rządzi nim głód, ból, lęk przed śmiercią w wypadku pierwszego prawa: zachowania życia, a popęd seksualny w wypadku drugiego: zachowania gatunku. W życiu obozowym drugie prawo wobec konieczności obrony pierwszego schodziło na daleki plan. Paradoks polegał na tym, że walka o zachowanie życia jako normalna reakcja na panującą w obozie tendencję do jego zagłady zwiększała poczucie, że jest się wobec potrzeb biologicznych bezsilnym automatem, a właśnie automatyzm był jedną z cech 'koszmaru obozowego, który przyczyniał się do unicestwienia jednostki w obozie. W ten sposób prawo zachowania życia działało jakby samo przeciw sobie. Człowiek, który nie potrafił mu się przeciwstawić, zwalczyć swego głodu, panicznego lęku, znieść bólu, myśleć choćby przez chwilę o czymś innym niż to, co go bezpośrednio otaczało i boleśnie mu doskwierało, sam siebie skazywał na zagładę. Stawał się bezwolnym organizmem automatycznie walczącym o zachowanie życia, szybko, tracił siły i zmieniał się w „muzułmana".
Makabryczna sceneria obozowa, poniżenie od pierwszego momentu godności ludzkiej, tortury fizyczne i moralne, głód, ból, lęk przed śmiercią i trudna do opisania suma cierpień obozowych sprawiały, że każdy w sytuacji obozowej czuł się całkowicie bezsilny, przynajmniej z początku, zanim zobojętniał i nie wytworzył sobie jakiegoś obozowego modus vivendi. Zresztą nastawienie odgórne w stosunku do więźnów było takie, by traktować ich jako automaty, których siłę roboczą należy wyzyskać aż do całkowitego wyniszczenia. Więzień, poddany działaniu niesłychanej zewnętrznej presji, a jednocześnie oszołomiony niesamowitością otaczającego go świata obozowego, musiał przyjąć narzucony mu sposób widzenia siebie, stawał się bezwolnym automatem, popychanym, bitym, maltretowanym, ślepo posłusznym rozkazowi, marzącym jedynie o zaspokojeniu swych podstawowych potrzeb. Jeśli nie potrafił przeciwstawić się tej zewnętrznej presji, inaczej popatrzeć na siebie, niż czynili to jego oprawcy, wkrótce spełniał ich plan: stawał się „muzułmanem" i umierał w upodleniu. Upodlenie śmierci było bowiem jedną z cech życia obozo-
21
wego. Cechą każdej kultury ludzkiej jest szacunek wobec śmierci i kult zmarłych, w którym wyraża się ludzka tęsknota do nieśmiertelności. Więzień obozu koncentracyjnego, przestając być oficjalnie człowiekiem, musiał być też pozbawiony tego aspektu człowieczeństwa.
Zagadnienie automatyzmu wiąże się z problemem władzy i struktury, którą narzuca ona swoim podwładnym. Ideałem organizacji z punktu widzenia władzy jest stworzenie z podległych jej członków ślepo posłusznych wykonawców. W tym celu należy ich przepoić ideą, tj. strukturą, która ma być w czyn wprowadzana. Gdy ten manewr zaszczepienia ideologicznego się uda, na zasadzie reakcji lawinowej rozwija się automatyzm aparatu władzy. Wszystko, co jest danej strukturze przeciwstawne, musi być zniszczone. Jedyną oceną etyczną staje się ślepe wykonanie rozkazu. Obraz świata ulega uproszczeniu: dobre jest tylko to, co zgadza sią ze strukturą narzuconą przez władzę, a złe, co się jej sprzeciwia. Niszczenie „złego", dając upust tkwiącym w każdym człowieku tendencjom agresywnym, przybiera charakter lawinowy. Poza wyznawaną strukturą świata widzi się tylko zło, które musi być zniszczone, i jego niszczenie jest cnotą.
Mimo że faktycznie zagrożenie życia może nie istnieć przy przyjęciu odpowiedniej konstrukcji ideologicznej, życie redukuje się do pierwszego prawa biologicznego: „zwyciężę lub zostanę zwyciężony", ta pseudobiologizacja („pseudo", bo powstała z fałszywej koncepcji otaczającego świata) prowadzi do brutalizacji życia, zmienia je w koszmar walki o przetrwanie, któremu nie można się przeciwstawić, jest się w tę wa...
kuszaba