Bogowie Bal-Sagoth - Robert E.Howard.pdf

(897 KB) Pobierz
133053737 UNPDF
TylUły oryginałów:
The Dark Man
The Coli of Bal-Sagoih
Opowiadania zwiały zaczerpnięte z tomu
Thr Dark Han and othere
Opracowanie gra faro r Tadeust Luczejko
Redaktor Mirosław Kowaliki
Oto nadeszła noc nagich mieczy I
hord pogaftskich malowana wieża •
Pochyla się pod ciosami młotów
Pochyla i o ziemie uderza.
• Chesterton
Redaktor techniczny Anna Kwainirwska
Korrktor Agata Bołdok
ISBN 83-2Q7-0!Hfl-6
Płatki śniegu wirowały w podmuchach przenikliwego wiatru.
Fale rozbijały się o dziki brzeg, a dalej, w głębi morza huczały nie-
ustannie ich długie, ołowiane grzebienie. W szarym świetle świtu,
wolno sączącego się na niebo ponad wybrzeżem Connacht, szedł .
powoli rybak, twardy jak ziemja, która go zrodziła. Niedbale wy-
prawiona skóra chroniła jego stopy, długi kaftan z jeleniego futra
ledwie okrywał ciało; nie miał na sobie nic więcej. Kroczył na-
przód z tępym uporem, nie zwracając uwagi na gryzące zimno, jak
kosmaty zwierz, którego na pierwszy rzut oka przypominał. Nagle
zatrzymał się. Drugi człowiek wynurzył się zza kurtyny śniegu
i mgły. Przed rybakiem stanął Turlogh Dubh.
Był prawie o głowę wyższy od krępego rybaka i miał postawę ka.
Nie wystarczyło spojrzeć na niego przelotnie — długo wpatrywałby
się weń każdy, czy to mężczyzna, czy kobieta, kto by go napotkał.
Turlogh Dubh miał sześć stóp i cal wzrostu, a wrażenie, że jest
chudy, jakie sprawiał na pierwszy rzut oka, mijało po
dokładniejszym przyjrzeniu się. Był potężny, lecz zbudowany pro-
porcjonalnie, o wspaniałych ramionach i szerokiej piersi. Wielki,
lecz zwartej konstrukcji, łączył siłę bawołu z szybkością i giętkoś-
cią pantery. Każde, najmniejsze nawet jego poruszenie cechowała
niezwykła koordynacja, typowa dla wybitnego wojownika. Tur-
logh Dubh — Czarny Turlogh, niegdyś z klanu 0'Brienów. Istotnie,
miał czarne włosy i ciemną cerę, pod gęstymi, czarnymi brwiami
płonęły jak wulkan błękitne oczy.' A jego gładko ogolonej twarzy
była posępność mrocznych gór i oceanu o północy. Tak jak rybak,
on także stanowił część tej dzikiej zachodniej krainy.
Poltoh Iramlatlon cgpyright C by Piotr W. Cholewa
Warszawa 1937
Państwowe Wydawnictwo „Iskry", Warszawa 1B87 r.
Wydani? I. Nakład 99 700 + 300 egz.
Ark. wyd. 4.1. Ark. druk. 1.5
Papier offset U. V, 10 g. 61 cm (rola)
Wrocławskie Zakłady Graficzne.
Wrocław, ui Oławska 10/11
Zam. nr 1063/B6 K-12
Na głowie miał prosty hełm, bez przyłbicy, pióropusza czy go-
dła. Od szyi do połowy uda chroniła go dopasowana kolczuga, zaś
kilt, z szorstkiej, spłowiałej materii, który nosił pod nią, sięgał do
kolan. Na nogach miał buty ze skóry tak twardej, że mogłaby
powstrzymać ostrze miecza, były jednak znoszone i wytarte przez
długie wędrówki. Długi sztylet w czarnej pochwie zwisał u szero-
kiego pasa opinającego talię Turlogha. Na, lewym ramieniu nosił
niewielką okrągłą tarczę z obitego skórą, twardego jak żelazo dre-
wna, okutą i wzmocnioną stałą, z krótkim, ciężkim szpikulcem
pośrodku. W prawej dłoni trzymał topór i ku niemu właśnie biegły
spojrzenia rybaka. Broń, z trzystopowym drzewcem i ostrzem
o kształcie pełnym gracji, wydawała się lekka i delikatna w po-
równaniu z ciężkimi toporami piratów z północy. A przecież, pa-
miętał, trzy lata ledwie minęły od czasu, gdy takie właśnie topory
zmiażdżyły północne hufce, zadając im krwawą klęskę i na zawsze
krusząc pogańską moc.
— Człowiek musi coś jeść, obojętnie, czy jest wygnańcem czy
nie —warkną] Dalkazjanin.
Rybak wzruszył ramionami. Bezpański człowiek — to ciężki
los. W systemie klanów mężczyzna, którego odepchnął jego własny
ród, stawał się niby umykający przed zemstą syn Izmael. Wszyst-
kie ręce podnosiły się przeciw niemu. Rybak słyszał o Turloghu
Dubhu — niezwykłym, zgorzkniałym człowieku, strasznym wo-
jowniku i zdolnym strategu, którego jednak nagłe wybuchy dziw-
nego szaleństwa naznaczyły piętnem nawet w tym kraju i w tych
czasach sprzyjających szaleństwu,
— Marny dziś dzień — stwierdził rybak nieco nie na temat.
Turlogh posępnie przypatrywał się jego splątanej brodzie
i dziko zwichrzonym włosom.
— Czy masz łódź?
Tamten skinął głową w stronę niewielkiej, osłoniętej od wia-
tru zatoczki. Bezpiecznie zakotwiczona, stała tam łódź, zbudo-
wana z kunsztem wypracowanym przez setki pokoleń ludzi, którzy
swą egzystencję zawdzięczali groźnemu morzu.
— Nie wygląda na zdolną do żeglugi — ocenił Turlogh.
— Nie wygląda? Ty, urodzony i wychowany na zachodnim
wybrzeżu, powinieneś poznać się na niej od razu! Przepłynąłem
nią samotnie do Zatoki Drumcliff i z powrotem, kiedy wszystkie
demony wichru starały się rozerwać ją na strzępy!
— Nie da się łowiO ryb przy takiej pogodzie.
— Czy wydaje ci się, że to tylko wy, wodzowie, odczuwacie
radość narażając swoją skórę? Na wszystkich świętych, żeglowa
łem w sztormie do Ballinskellings i z powrotem dla samej tylko
przyjemności.
— To mi wystarczy — stwierdził Turlogh. — Biorę tę łódź.
— Diabła możesz sobie wziąć! Co to za gadanie? Jeżeli chcesz
opuścić Erin, to jedź -do Dublina i załaduj się na statek swoich
duńskich przyjaciół. .
— Zabijałem ludzi za mniej obraźliwe słowa — ostre spojrze
nie zmieniło twarz Turlogha w groźną maskę.
— A nie intrygowałeś z Duńczykami? I czy nie dlatego twój
klanwygnał cię, żebyś zdechł z głodu na wrzosowiskach?
Topór miał własną indywidualność, podobnie jak jego właści-
ciel. Nie przypominał żadnego z toporów oglądanych kiedykolwiek
przez rybaka. Z pojedynczym ostrzem i trójgraniastymi szpicami
u góry i z tyłu, był cięższy, niż na to wyglądał, tak samo zresztą
jak człowiek, który go nosił. Z lekko wygiętym drzewcem i wspa-
niałym ostrzem robił wrażenie broni zawodowca — szybkiej, groź-
nej i śmiertelnej jak kobra. Głownia była najlepszej irlandzkiej ro-
boty, co w owych czasach oznaczało — najlepszej w świecie.
Uchwyt, wycięty ze rdzenia stuletniego dębu i specjalnie utwar-
dzony w ogniu oraz wzmocniony stal 3, niczym żelazny pręt nie da-
wał się złamać.
— Kim jesteś? — spytał rybak szorstkim tonem, charaktery
stycznym dla mieszkańców krain Zachodu.
— A kim ty jesteś, że mnie o to pytasz? — odrzekł tamten.
Wzrok rybaka powędrował ku jedynej ozdobie, jaką nosił wo
jownik — ciężkiej złotej bransolecie na lewym ramieniu.
— Gładko ogolony i krótko obcięty, na modłę Normanów —
mruknął. —I ciemny... Musisz być Czarnym Turloghiem, wygnań-
cem z klanu 0'BrienóW. Daleko sięgasz; ostatnio, jak słyszałem, na
wzgórzach Wichlow grabiłeś i 0'Reillych, i Oastmanów.
4
4
5
5
—*• Zazdrość kuzyna i gniew kobiety — warknął wojownik ----
Kłamstwa, same kłamstwa. Dość jednak o tym. Czy w ciągu ostat-
nich kilku dni nie dostrzegłeś długiego węża pędzonego wiosłami
od południa?
— Ty brudna świnio!^ — warknął banita wpadając w gniew. —
Księżniczka Erinu omdlewa w łapach rudobrodego zbója z półno
cy, a ty targujesz się jak Sas. - *
— Człowieku, przecież muszę żyć! — krzyknął rybak z nie
mniejszym wzburzeniem. — Zabierzesz mi łódź i będę głodował.
Gdzie znajdę drugą taką? Jest najlepsza w swoim rodzaju.
Turlogh sięgnął do połyskującej na jego ramieniu bransolety.
— Zapłacę ci. Oto obręcz, którą przed bitwą pod Clontarf
król Brian nałożył mi własną ręką. Weź ją, kupisz za nią setkę ło-
' dzi. Konałem z głodu mając ją na ramieniu, lecz teraz, w ostatecznej
potrzebie...
Rybak pokręcił głową. W jego oczach lśnił żar.
— Nie. Moja chata nie jest miejscem dla bransolety, której
dotykały króla Briana. Zatrzymaj ją... i zabierz łódź w imię
wszystkich świętych, jeśli znaczą oni dla ciebie cokolwiek.
— Dostaniesz ją z powrotem, kiedy wrócę — przyrzekł Tur
logh. — A może na dodatek jeszcze złoty łańcuch, który teraz
zwisa z byczego karku jakiegoś pirata z północy.
Dzień był szary i posępny. Wył wiatr, a nieustający monotonny
szum morza rodził zgryzotę w ludzkich sercach. Rybak stał wfiród
skał i patrzył na kruchą łódź. Jej szlak niby wąż wił się mię- • dzy
głazami, póki nie uderzyła w nią potęga otwartego morza, która
niczym piórko uniosła ją do góry. Podmuch targnął żaglem i
smukła łódka skoczyła do przodu, zachwiała się, wyprostowała i
pomknęła z wiatrem. Malała w oczach, aż zmieniła się w maleńki
tańczący na falach punkcik. Potem zadymka śnieżna zakryła ją .
przed wzrokiem patrzącego.
Turlogh po części zdawał sobie sprawę z trudności tego szalonego
przedsięwzięcia. Wychowany był jednak dla walki z niebez-'
pieczeństwami. Zimno, lód, zacinający śnieg z deszczem, które ^
zmroziłyby kogoś słabszego, jego pobudzały tylko do większych
wysiłków. Był twardy i giętki jednocześnie, jak wilk. Wyróżniał się
nawet między tymi, których wytrzymałość zadziwiała najbardziej
zahartowanych wikingów. Kiedy był dzieckiem, rzucono go
w śnieżną zawieję, by sprawdzić, czy ma prawo do życia. Dzieciń-
stwo i lata chłopięce spędził w górach, na wybrzeżu i wśród zacho-
łódź ze
smokiem'na dziobie. Nit' przybiła do brzegu. Doprawdy, niczego
prócz solidnych cięgów nie mogą oczekiwać ci piraci od rybaków
Zachodu.
żako- -
łysał toporem. — Wiedziałem o tym.
— Czy piraci zrabowali coś na południu?
— Banda rabusiów zaatakowała nocą zamek na Kilbaha.
Była bitwa i ci zbóje porwali Moirę, córkę Murtagha, wodza Dal-
kazjan- .
— Słyszałem o niej — stwierdził rybak. — Teraz na południu
zaczną ostrzyć miecze i orać czerwone morze krwi, nieprawdaż,,
mój czarny klejnocie?
— Jej brat, Dermond, nie może się. ruszyć po cięciu^ mieczem
w stopę. MacMurroughowie najeżdżają ziemie jej klanu od wscho
du, 0'Connorowie od północy. Niewielu ludzi można oderwać od
obrony — klan wałczy o przeżycie. Grunt Erinu trzęsie się pod dal-
kazjańskim tronem od czasu, gdy zginął wielki Brian. Mimo wszy
stko Cormac 0'Brien ruszył w pościg za porywaczami, lecz płynie
tropem dzikich ptaków, gdyż sądzi, że napastnikami byli Duń
czycy z Coningbegu. No cóż, my, wygnańcy, mamy własne sposoby
zdobywania informacji — to był Thorfeł Piękny, co włada wyspą
Slyne, zwaną przez wikingów Helni, na Hebrydach- Tam ją zabrał
i tam za nim wyruszę. Pożycz mi swojej łodzi.
— Oszalałeś! — zakrzyknął rybak. — O czym ty mówisz?
Z Connacht na Hebrydy w otwartej łodzi? W taka pogodę? Wie
działem, że jesteś obłąkany.
— Postaram się tego dokonać — odparł roztargnionym gło
sem Turlogh. — Pożyczysz mi łodzi?
— Nie.
— Mógłbym cię zabić i zabrać ją. -
— Mógłbyś — potwierdził spokojnie rybak.
Tak... trzy dni temu widzieliśmy płynącą z wiatrem
To był pewnie Thorfel Piękny —mruknął Turlogh i
dnich wrzosowisk. Póki nie osiągnął wieku męskiego, nie miał na
sobie nigdy żadnej tkaniny, Wilcza skóra była jedynym okryciem
syna wodza Dalkazjan. Zanim go wygnano, potrafił zamęczyć konia
biegnąc obok niego przez cały dzień. Pływania nigdy nie miał
dosyć. Teraz, gdy intrygi zazdrosnych krewniaków wygnały go na ;
odludzie, stał się tak zahartowany, że cywilizowany człowiek nie
byłby w stanie tego pojąć.
Śnieg przestał padać, pogoda poprawiła się, lecz wiatr wiał
ciągle. Turlogh z konieczności trzymał się blisko brzegu, mane-
wrując wśród raf, na które — zdawało się — lada chwila wpadnie
jego łódź. Bez odpoczynku pracował przy żaglu, rumplu i wiośle.
Nawet jeden człowiek morza na tysiąc nie dokonałby tego, co uda-
wało się Turloghowi. Nie wypuszczając steru pożywiał się ze skro-
mnych zapasów, w które zaopatrzył go rybak. Zanim jeszcze do-
strzegł Malin Head, wypogodziło się wspaniale. Morze ciągle było
wzburzone, lecz wiatr osłabł i tylko mocna bryza pchała teraz łódź '
do przodu. Dnie i noce zlewały się z sobą; Turlogh płynął na
wschód. Raz przybił do brzegu, by nabrać świeżej wody i przespać
się kilka godzin. Siedząc przy sterze myślał o ostatnich słowach
rybaka: „Dlaczego chcesz .narażać życie dla klanu, który naznaczył
cenę na twoją głowę?"
Wzruszył ramionami.' Krew geściejsza jest niż woda. Naga
prawda o tym, że jego lud wypędził go, by jak ścigany wilk zginął
pośród wrzosowisk, nie zmieniała faktu, że był to jego lud. Mała
Moira, córka Murtagha i Kilbahy, niczym nie zawiniła, Pamiętał
ją dobrze. Często bawili sie razem, gdy on był wyrostkiem, a ona
dzieckiem jeszcze. Pamiętał jej ciemnoszare oczy, lśniące czarne,
włosy, piękną cerę. Już jako dziecko była niezwykle piękna — wła— ■
ściwie wciąż jeszcze była dzieckiem, gdyż on, Turlogh, był młody,.
choć o wiele lal od niej starszy. A teraz płynęła na północ, by ■
wbrew swej woli stać się oblubienicą norweskiego zbója. Thorfel
Piękny... Turlogh przeklął go imieniem bogów, którzy nie znali
znaku krzyża. Przed oczyma falowała mu czerwona mgła, morze
nabrało barwy karmazynu. Irlandzka dziewczyna branką w skal li
norweskiego pirata... Gwałtownym ruchem steru Turlogh skierował
łódź na otwarte morze. W jego oczach pojawił się błysk szaleństwa.
Podążał ciepłym jeszcze tropem. Dymy snujące się nad brze-
giem, dryfujące szczątki, kawałki spalonego drewna świadczyły, że
Thorfel w podróży nie rezygnował z rabunków. Turlogh warknął
z dziką satysfakcją — mimo sporego opóźnienia był blisko wikin-
ga. Tamten bowiem palił i rabował brzegi'po drodze, Turlogh zaś
płynął kursem prostym niczym lot strzały.
,Był jeszcze daleko od Helni, gdy dostrzegł maleńką wysepkę,
leżącą nieco w bok od kursu. Znał ją od dawna. Była bezludną, ,
mógł jednak znaleźć na niej wodę. Skierował ku niej łódź. Nazy-
wano ją Wyspą Mieczy, nikt właściwie nie wiedział dlaczego. Gdy
zbliżył się do plaży, zauważył coś, co rozpoznał od razu. Dwie ło-
dzie wyciągnięte były na piasek; jedna, toporna, podobna do tej,
którą płynął, choć znacznie większa; druga, długa i niska, bez
wątpienia należała do wikingów. Obie były pusto. Turlogh nasłu-
chiwał przez chwilę, oczekując szczęku broni i bitewnych okrzy-
ków. Panowała jednak niczym nie zmącona cisza. Rybacy ze
szkockich wysp, pomyślał. Banda piratów wypatrzyła ich z morza
albo z innej wyspy i ścigała długim, wiosłowym statkiem. Pościg
potrwał dłużej, niż lego oczekiwali — nie wyruszyliby na pełne
morze w otwartej lodzi. Rozpaleni żądzą mordu rabusie potrafili
jednak gnać za swymi ofiarami po wzburzonym morzu przez setki
mil nawet taką łodzią, jeśli było to konieczne.
Turlogh podpłynął do brzegu, wyrzucił za burtę kamień słu-
żący mu za kotwicę i trzymając topór w pogotowiu wyskoczył na .
piasek. Niedaleko dostrzegł dziwne skupisko podejrzanych kształ-
tów. Kilka susów — i stanął twarzą w twarz z tajemnicą. Piętnastu
rudobrodych Duńczyków leżało nierównym kręgiem w kałużach
8
Długi jest szlak, który wybrał Turlogh z Malin Head do Helni
wprost przez spienione fale. Zmierzał ku małej wysepce, którą
podobnie juk wiele innych małych wysepek leżała pomiędzy Muli a
Hebrydami. Nawet współczesny żeglarz, wyposażony w kom> pas
i mapę, miałby trudności z jej odszukaniem. Turlogh ich nie miał.
Płynął tak, jak podpowiadały mu wiedza i instynkt. Znał ' te
wody jak swój własny dom, żeglował po nich jako pirat i jako
mściciel, a raz nawet jako Jeniec, przywiązany do pokładu smoczej
łodzi.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin