Wyspa dnia poprzedniego
Przełożył Adam Szymanowski
Jestże mym celem Pacyfik?
(Jon Donne, Hymn do Boga, mego Boga…;
przeł. Stanisław Barańczak)
Głupiec! Do kogo mówię? Nieszczęsny! Co czynię?
Cierpienie swe powierzam
Brzegowi nieczułemu,
Skale niemej, głuchemu wiatrowi…
Jedną odpowiedzią
Ach, szum fal rozszemranych!
(Giovan Battista Marino, Echo; Lira, XIX)
1
Dafne
A przecież pysznię się swym upokorzeniem i skoro na taki przywilej zostałem skazany, prawie raduję się, że nie przyszedł ratunek; wydaje mi się, że jak daleko sięga ludzka pamięć, jestem jedyną istotą naszego rodzaju, która została rozbitkiem na opuszczonym okręcie.
Tak napisał zatwardziały w swej przesadzie Robert de la Grive, przypuszczalnie między lipcem a sierpniem 1643 roku.
Od iluż dni unosił się na falach, przywiązany w ciągu dnia twarzą w dół do deski, by nie oślepiło go słońce, z szyją nienaturalnie napiętą, by nie napić się słonej wody, z gardłem spalonym, z pewnością trawiony przez gorączkę? Listy tego nie mówią i podsuwają myśl o wieczności, aczkolwiek chodzi zapewne o co najwyżej dwa dni, inaczej bowiem nie przeżyłby pod biczem Feba (jak żalił się pewnie w duchu) - on, tak ułomny, jak to opisał, on, z przyrodzonej słabości zwierzę nocne.
Nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu, sądzę jednak, że morze uspokoiło się zaraz po tym, jak huragan zrzucił go z pokładu “Amarylis”, i na owej tratwie, obmyślonej dla niego przez majtka na miarę, niesionej pasatami po jasnej toni, w porze roku, kiedy na południe od równika panuje nader łagodna zima - dryfował przez nie za wiele mil, nim prądy pchnęły go do zatoki.
Była noc, zapadł w sen i nie wiedział, że zbliża się do okrętu, dopóki deska nie uderzyła o dziób “Dafne”.
Kiedy zaś ujrzał w świetle księżyca w pełni, że unosi się na falach pod bukszprytem, a nad nim wznosi się kasztel dziobowy, z którego, nie opodal kotwicznego łańcucha, zwiesza się drabinka sznurowa (drabina Jakubowa - powiedziałby ojciec Kacper!), w jednej chwili wrócił do zmysłów. Sił dodała mu pewnie rozpacz: obliczał, czy starczy mu sił, by zakrzyknąć (ale w gardle czuł suchy ogień), czy raczej by uwolnić się od sznurów, które pozostawiły na ciele sine bruzdy, i spróbować wspinaczki. Myślę, że w takich momentach umierający staje się Herkulesem, który dusi w kolebce węże. Robert opisuje to zdarzenie niezbyt jasno, skoro jednak w końcu znalazł się w kasztelu dziobowym, trzeba nam przyjąć, że w ten czy inny sposób uczepił się drabinki. Możliwe, iż odpoczywał co chwila, a potem przetoczył się przez reling, przegramolił przez takielunek, zobaczył otwarte drzwi kasztelu... Instynkt kazał mu pewnie podpełznąć w mroku do beczki, przy niej dźwignął się jakoś i znalazł na wieku kubek na łańcuszku. Wypił, ile zdołał, a później zwalił się nasycony, być może w pełni świadom, że koniec jest bliski, albowiem w tej wodzie utopiło się tyle insektów, iż była naraz pokarmem i napitkiem.
Musiał spać okrągłą dobę, i ten rachunek jest trafny, obudził się bowiem nocą, ale jak nowo narodzony. Była więc znowu, nie zaś jeszcze, noc.
On jednak pomyślał, że jest jeszcze noc, bo przecież w ciągu dnia ktoś musiałby go znaleźć. Księżycowe światło, padając z pokładu, oświetlało to miejsce, które jawiło się jako kambuz, gdyż nad piecem kuchennym zwieszał się kociołek.
Pomieszczenie miało dwoje drzwi, jedne wychodzące na bukszpryt, drugie na pokład. A stanąwszy w tych drugich dojrzał, jakby to był dzień, uładzony takielunek, windę kotwiczną, maszty ze zwiniętymi żaglami, parę dział wystających ze strzelnic w burcie i zarys kasztelu rufowego. Narobił hałasu, ale wszędzie panowała głucha cisza. Oparł się o burtę i prosto przed sobą, w odległości jakiejś mili, zobaczył kontur Wyspy i palmy poruszane bryzą.
Linia brzegowa tworzyła jakby zakole obramowane wstążką piasku, który jaśniał w bladym półmroku, ale, jak to bywa z rozbitkami, Robert nie potrafił powiedzieć, czy ma przed oczyma wyspę, czy ląd stały.
Zataczając się podszedł do drugiej burty i zobaczył - lecz tym razem w oddali, prawie na linii horyzontu - górskie szczyty innego lądu, także ograniczonego dwoma cyplami. Wszędzie poza tym - morze; miało się wrażenie, że okręt stoi na redzie po przepłynięciu szerokiego kanału oddzielającego dwa lądy. Robert doszedł do wniosku, że jeśli nie są to dwie wyspy, ma przed sobą wyspę położoną niedaleko stałego lądu. Nie sądzę, aby rozważał inne hipotezy, jako że nigdy nie słyszał o zatokach tak wielkich, iż znalazłszy się w środku, miało się uczucie, jakby chodziło o dwa bliźniacze lądy. Tak to, nie znając niezmierzonych kontynentów, trafił w sedno.
Wspaniała sytuacja dla rozbitka: pokład pod stopami i stały ląd w najbliższym zasięgu. Ale Robert nie umiał pływać, już wkrótce miał odkryć, że na okręcie nie ma ani jednej szalupy, a prąd zdążył tymczasem porwać tratwę, na której on tu przybył. Dlatego też uldze spowodowanej tym, że uniknął śmierci, towarzyszył lęk, jaki wywoływała potrójna samotność: morza, pobliskiej Wyspy i okrętu. “Hej tam, na pokładzie!” - próbował pewnie krzyczeć we wszystkich znanych sobie językach, zyskując przy tej sposobności świadomość, jak bardzo jest osłabiony. Cisza. Jakby na pokładzie nie pozostał nikt żywy. I nigdy jeszcze - on, tak rozrzutny, jeśli chodzi o analogie - nie wyraził się równie dosłownie. Lub prawie dosłownie - lecz o tym właśnie chciałbym opowiedzieć, nie wiem tylko, od czego zacząć.
Dlatego już zacząłem. Człowiek płynie po oceanie i życzliwa toń rzuca go na okręt, który robi wrażenie opuszczonego. Na okręt pusty, jakby dopiero co porzucony przez załogę - gdyż Robert z trudem wrócił do kambuza i znalazł lampę oraz krzesiwo, tam gdzie kucharz odłożyłby je przed udaniem się na spoczynek. Ale obok komina były dwa puste łóżka, jedno nad drugim. Robert zapalił lampę, rozejrzał się dokoła i wypatrzył mnóstwo jedzenia: suszoną rybę, ledwie pobielony wilgocią suchar, który wystarczyło trochę oskrobać nożem. Ryba była bardzo słona, ale wody przecież nie brakowało.
Pewnie szybko wrócił do sil albo już je odzyskał, kiedy o tym pisał, albowiem rozpływa się dosłownie nad rozkoszami podniebienia: nigdy nie biesiadowano tak na Olimpie, oto ja, człek znikomy, potwór, któremu śmierć jest życiem, spijam słodycz ambrozji... Ale takie właśnie rzeczy wypisywał Robert do Pani swojego serca:
Słońce mego cienia, Światło mojej nocy, czemuż niebo nie pognębiło mnie w tej burzy, którą z taką zaciekłością rozpętało? Czemuż odebrało nienasyconemu morzu moje ciało, skoro później w tej srogiej, a jeszcze bardziej nieszczęsnej samotności miała okropnej ulec katastrofie ma dusza?
Jeśli litościwe niebo nie ześle mi wybawienia, nie przeczytasz nigdy listu, który w tej chwili piszę, i choć płonę niby pochodnia od świateł tych mórz, stanę się mroczny w Twoich oczach jak Selene, co zbytnio, niestety, radowała się blaskiem swego słońca, a teraz, w miarę jak dopełnia swej wędrówki poza najodleglejszy łuk naszej planety, pozbawiona wsparcia astralnych promieni swego władcy, najpierw chudnie na obraz sierpu odbierającego jej życie, a potem, na podobieństwo gasnącego kaganka, całkiem niknie pośród tej rozległej jasnobłękitnej tarczy, gdzie pomysłowa natura kształtuje heroiczne czyny i tajemnicze emblematy swoich sekretów. Usunięty poza Twoje spojrzenie jestem ślepcem, bo mnie nie widzisz, niemową, bo do mnie nie mówisz, cierpię na niepamięć, bo o mnie nie pamiętasz.
W rozżarzonej nieprzejrzystości i mrocznym płomieniu żyje jeno niewyraźna zjawa, którą mój umysł, kształtując zawsze tak samo w owych zmaganiach przeciwieństw, chciałby przekazać Twemu umysłowi. Ratując swe życie na tej drewnianej skale, w tym unoszonym na falach bastionie, więzień morza broniącego mnie przed morzem, ukarany łaskawością niebios, ukryty w tym marnym sarkofagu otwartym na wszystkie słońca, w tym podziemnym aerolocie, w tym bezlitosnym więzieniu, które pozwala uciec w dowolną stronę, tracę nadzieję, że kiedyś jeszcze Cię zobaczę.
Pani, piszę, jakby składając ci w darze, w niegodnym hołdzie, przekwitłą różę mego przygnębienia. A przecież pysznię się swym upokorzeniem i skoro na taki przywilej zostałem skazany, prawie raduję się, iż nie przyszedł ratunek; wydaje mi się, że jak daleko sięga ludzka pamięć, jestem jedyną istotą naszego rodzaju, która została rozbitkiem na opuszczonym okręcie.
Czy jest to jednak możliwe? Sądząc po dacie pierwszego listu, Robert zaczął pisać natychmiast po przybyciu, gdy tylko znalazł w kapitańskiej kabinie papier i pióro, zanim jeszcze wyruszył na wyprawę odkrywczą po okręcie. A przecież potrzebował trochę czasu, żeby odzyskać siły, był bowiem słaby niczym zranione zwierzę. A może chodzi tu o niewinny wybieg kochanka, który najpierw stara się zbadać, dokąd trafił, a potem pisze, udając jednak, że zrobił to wcześniej. Jakże to, wiedząc, a przynajmniej obawiając się, że listy nie dotrą nigdy do adresatki, pisze po to tylko, by się dręczyć (ukoić przez udrękę, jakby powiedział, ale nie pozwólmy, by narzucił nam swój styl)? Trudno zrekonstruować gesty i emocje osoby, która z pewnością płonie prawdziwą miłością, ale co do której nigdy nie wiadomo, czy wyraża uczucia, czy też to, co narzucają reguły języka miłosnego, lecz z drugiej strony, co możemy wiedzieć o różnicy między namiętnością przeżytą a wyrażoną, i o tym, która bierze górę? Pisał więc dla siebie, nie była to literatura, naprawdę siedział tam i pisał jak młodzieniaszek, który liniując stroniczkę swymi łzami, ściga niemożliwe do spełnienia marzenie nie z powodu oddalenia od kochanki, bo ta, nawet obecna, była czystym wyobrażeniem, ale z rozczulenia nad sobą, jako ktoś zakochany w swej miłości...
Byłby to niezgorszy temat powieści, ale - powtarzam - od czego zacząć?
Osobiście uważam, że pierwszy list napisał później, przedtem zaś rozejrzał się dokoła - a co zobaczył, opisał w następnych listach. Jednak także w tym wypadku jak przetłumaczyć diariusz kogoś, kto chce przez przenikliwe metafory pokazać to, co sam widzi źle, krążąc w mroku i wytężając chore oczy?
Robert wyjaśni, że na oczy cierpiał od czasu kuli, która musnęła mu skroń podczas oblężenia Casale. Mogło nawet tak być, choć w innym miejscu sugeruje, że wzrok mu osłabł wskutek zarazy. Z pewnością miał wątłą kompleksję, a domyślam się, że był także hipochondrykiem - aczkolwiek nie pozbawionym zdrowego rozsądku. Fotofobię zawdzięczał pewnie w połowie czarnej żółci, a w połowie jakiemuś podrażnieniu, być może doprowadzonemu do ostrego stanu wskutek stosowania preparatów pana Igby’ego.
Nie ulega, jak się zdaje, wątpliwości, że rejs na “Amarylis” odbywał, nie wychodząc na pokład, albowiem fotofobia, jeśli nawet nie stanowiła bez reszty jego natury, to tę przynajmniej jej cząstkę, którą musiał wykorzystać, by mieć na oku wszystko, co działo się w ładowni. Spędził więc parę miesięcy w ciemnościach lub przy świetle lampki, a potem przyszedł czas spędzony na tratwie, kiedy oślepiało go słońce podzwrotnikowe lub tropikalne. Nic dziwnego, że kiedy przybił do “Dafne”, chory czy zdrowy, nienawidził światła; pierwszą noc spędził w kambuzie, odzyskał przytomność i drugiej nocy spróbował dokonać pierwszych oględzin, potem zaś sprawy toczyły się niemal własnym torem. Blask dnia przerażał, nie tylko bowiem nie mogły go znieść oczy, ale Robert cierpiał zapewne z powodu poparzonych pleców - krył się więc w ciemnościach. Wspaniały księżyc, który opisywał w te noce, krzepił go, w dzień niebo jak niebo, za to nocą odkrywa się nowe konstelacje (właśnie owe heroiczne czyny i tajemnicze emblematy), jest zupełnie jak w teatrze: Robert przekonuje się, że jego życie będzie takie przez długi czas, może do samej śmierci, odtwarza swoją Panią na papierze, gdyż boi się ją utracić, i wie, że niewiele stracił ponad to, czego już i tak nie miał.
W tej sytuacji owe nocne wachty są dlań jak matczyne łono i tym bardziej pragnie uciekać przed słońcem. Może czytał o tych węgierskich, inflanckich albo wołoskich upiorach, które się krzątają od zmroku do świtu, by potem ukryć się w grobowcach, gdy ozwie się pierwszy kur: ta rola mogła go oczarować...
Do inwentaryzacji Robert miał przystąpić drugiego wieczoru. Wykrzykiwał już wystarczająco długo, żeby mieć pewność, że na pokładzie nikogo nie ma. Mógł jednak, i tego się lękał, znaleźć jakieś zwłoki, jakiś znak, który wyjaśniłby pustkę na okręcie. Poruszał się ostrożnie i trudno na podstawie listów wywnioskować, w jakim kierunku: wymienia w sposób niezbyt precyzyjny sam okręt, jego części i znalezione przedmioty. Niektóre zna i słyszał, jak mówili o nich majtkowie, innych nie zna i opisuje tak, jak je widzi. Ale nawet przedmioty znane, i jest to wskazówka, że załoga “Amarylis” składała się z szubieniczników z siedmiu mórz, nazywano przy nim to po francusku, to po holendersku, to po angielsku. Tak więc pada czasem słowo staffe - które słyszał zapewne od doktora Byrda - na określenie balisty; trudno pojąć, jak raz jest na kasztelu rufowym, raz na rufówce, używa bowiem nazwy gaillard tylny, co wychodzi na to samo, tyle że po francusku; używa słowa sabord i wybaczam mu to bez trudu, ponieważ przypomina mi ono czytane w młodości książki o morzu; mówi o parrocchetto, który u Włochów jest żaglem fokmasztu, ponieważ jednak u Francuzów perruche to żagiel bezanmasztu, nie wiadomo, co miał na myśli, pisząc, że znalazł się pod parrucchetta. Nie mówiąc już o tym, że czasem bezanmaszt nazywa z francuska artimone i nie wiadomo wtedy, co ma na myśli, używając określenia mizzana, co u Francuzów oznaczaj, fokmaszt (ale niestety nie dla Anglików, dla których mizzenmast oznacza, jak Pan Bóg przykazał, bezanmaszt). A kiedy wspomina o okapie, prawdopodobnie chodzi mu o to, co my nazwalibyśmy szpigatem. Podjąłem więc postanowienie: postaram się rozszyfrować jego intencje, a potem będę używał terminów, z którymi najbardziej się oswoiliśmy. Jeśli nawet popełnię jaki błąd, nic strasznego: opowieść się przez to nie zmieni.
To powiedziawszy, przyjmijmy, że owej drugiej nocy Robert, po znalezieniu w kambuzie zapasów żywności, przystąpił do eksploracji okrętu przy świetle księżyca.
Przypomniał sobie dziób i pękaty kadłub, które widział niewyraźnie poprzedniej nocy, i oceniając okręt na podstawie wąskości pokładu, kształtu rufówki oraz smukłej, zaokrąglonej rufy, a także porównując go z “Amarylis”, doszedł do wniosku, że “Dafne” to także holenderski fluyt, czyli fleuta albo flute, albo fluste, albo flyboat, albo fliebote, jak rozmaicie nazywają te statki handlowe o średnim tonażu, uzbrojone tylko w dziesięć dział, żeby dla spokoju sumienia oddać salwę na wypadek ataku pirackiego, statki, do których obsługi wystarczy dwunastu majtków i które mogą zabrać sporo pasażerów, jeśli ci zrezygnują z wygód (i tak bardzo skromnych) i rozmieszczą posłania w taki sposób, że będą się o nie potykać - lecz wtedy tylko czekać wielkiego pomoru ze względu na rozmaite miazmaty, jeżeli zabraknie wiader na nieczystości. Była to więc fleuta, ale większa od “Amarylis”, o pokładzie prawie całkowicie z krat, jakby kapitan myślał tylko o tym, by nabrać wody przy każdej trochę większej fali.
Tak czy inaczej, okoliczność, że chodzi o fleutę, była sprzyjająca, gdyż Robert mógł poruszać się pewniej, bo znał rozplanowanie okrętu. Na przykład w połowie długości powinna znajdować się wielka szalupa, w której mieściłaby się cała załoga, fakt zaś, że szalupy nie było, pozwalał się domyślać, iż załoga przebywa gdzie indziej. Jednak i tak Robert nie mógł wyzbyć się niepokoju: załoga nigdy przecież nie zostawia okrętu bez opieki, na łasce morza - nawet zakotwiczonego, ze zwiniętymi żaglami i w spokojnej zatoce.
Tego wieczoru opuścił od razu kabinę rufową, z wahaniem otworzył drzwi kasztelu, jakby z poczuciem, że powinien poprosić kogoś o pozwolenie... Umieszczona przy rumplu busola wyjawiła mu, że kanał między dwoma lądami ciągnie się z południa na północ. Potem trafił w miejsce, które dzisiaj nazwalibyśmy mesą, do sali w kształcie litery “L”, a następne drzwi zaprowadziły go do kabiny kapitańskiej z dużym oknem nad sterem i bocznymi wyjściami na galerię. Na “Amarylis” kabina dowodzenia była oddzielona od kabiny, w której kapitan sypiał, tutaj jednak miało się wrażenie, że chodzi o zaoszczędzenie miejsca w jakimś innym celu. I rzeczywiście, wprawdzie po lewej stronie przylegały do mesy dwa pomieszczenia dla oficerów, jednak po prawej wygospodarowano inne pomieszczenie, może nawet większe od kabiny kapitana, ze skromną koją w głębi, ale urządzone jak miejsce do pracy.
Stół był zasłany mapami; ich zestaw wydał się Robertowi bogatszy niż ten, który potrzebny jest na okręcie do wyznaczania kursu. Robiło to wrażenie pracowni człowieka nauki; oprócz map widać było rozłożone to tu, to tam lunety, także piękne miedziane noktolabium, połyskujące rdzawo, jakby kryło w swym wnętrzu źródło światła, sferę armilarną przymocowaną do blatu stołowego, jakieś kartki pokryte obliczeniami oraz pergamin z czarnymi i czerwonymi kolistymi wzorami, których kopie widział, jak sobie przypomniał, na “Amarylis” (aczkolwiek tamte odznaczały się gorszą jakością wykonania) - stanowiły one ilustrację zaćmień księżycowych według Regiomontana.
Wrócił do kabiny dowodzenia. Kiedy wyjdzie się na galerię - napisał potem - można zobaczyć Wyspę, można oczami pantery wpatrywać się w jej milczenie. Tak czy owak, Wyspa tam była, tak samo jak przedtem.
Musiał dotrzeć tutaj półnagi. Ponieważ ciało miał pokryte morską solą, przyjmuję, że pierwsze, co zrobił, to umył się w kuchni, nie zastanawiając się nawet, czy nie jest to aby jedyna woda na pokładzie, a potem znalazł w jakimś kufrze piękny mundur kapitański, oszczędzany zapewne na moment dotarcia do celu podróży. Może nawet poczuł dumę z tego stroju, a wysokie buty sprawiły, że znowu był w swoim żywiole. Dopiero w tym momencie, w stosownym ubraniu, nie zaś jako wynędzniały rozbitek, człowiek honoru mógł oficjalnie objąć w posiadanie opuszczony okręt i nie postrzegać już jako gwałt, lecz jako coś prawowitego, gestu, który zrobił; rozejrzał się po stole i zobaczył obok gęsiego pióra i kałamarza dziennik pokładowy - otwarty i jakby porzucony przed dokończeniem zapisu. Z pierwszej kartki dowiedział się, jaką nazwę nosi okręt, ale reszta stanowiła niezrozumiałą sekwencję słów w rodzaju anker, passer, sterre-kyker, roer i niewiele mu przyszło z domysłu, że kapitan był Flamandem. Jednak ostatnia linijka zaopatrzona była w datę sprzed kilku tygodni, a po paru niezrozumiałych słowach zobaczył podkreślone wyrażenie łacińskie: pestis, quae dicitur bubonica.
Oto ślad, zwiastun wyjaśnienia. Na pokładzie wybuchła zaraza. Nie zaniepokoiło to Roberta: przeszedł dżumę trzynaście lat wcześniej, a wszyscy wiedzą, że ten, kto raz na nią chorował, zyskuje swoiste ułaskawienie, jakby ta żmija nie śmiała wtargnąć po raz drugi w lędźwie osoby, która przedtem ją ujarzmiła.
Z drugiej strony, ta wskazówka niewiele wyjaśniała i pozostawiała dość miejsca na innego rodzaju trwogi. Powiedzmy, że wszyscy rozstali się z życiem. Ale wtedy w różnych miejscach okrętu leżałyby w nieładzie trupy ostatnich, tych, którzy zdążyli sprawić bogobojny morski pochówek poprzednim ofiarom.
Brakowało wszakże szalupy. Ci ostatni, albo i wszyscy, musieli odpłynąć. Co sprawia, że okręt zadżumionych staje się miejscem straszliwie groźnym? Może szczury? Robertowi wydawało się, że w ostrogockim piśmie kapitana odczytał słowo rottenest (myszy, szczury rynsztokowe?) i natychmiast odwrócił się, unosząc kaganek, przygotowany na to, że zobaczy coś przemykającego pod ścianami albo usłyszy pisk, który mroził mu krew w żyłach na “Amarylis”. Wzdrygnął się na wspomnienie pewnego wieczoru, kiedy to włochate stworzenie musnęło go po twarzy, a on wydał z siebie okrzyk przerażenia, który sprowadził doktora Byrda. Wszyscy się potem z niego wyśmiewali: nie potrzeba dżumy, żeby szczurów było na okręcie tyle, ile ptaków w lesie, a jeśli ktoś chce wędrować po morzach, musi się z nimi oswoić.
Jednak tutaj nie było ani śladu szczurów - przynajmniej w kasztelu. Może, czekając na świeże mięso, zgromadziły się w zęzie i tam czerwienieją w mroku ich ślepia. Robert pomyślał, że trzeba to natychmiast sprawdzić. Jeżeli chodzi tu o zwykłe szczury i ich liczba nie odbiega od normy, da się to znieść. A zresztą, jakie niby miałyby być? Zadał sobie to pytanie, ale wolał nie szukać odpowiedzi.
Znalazł strzelbę, szpadę i nóż. Stał się żołnierzem: strzelba była typu caliver - jak mówili Anglicy - to znaczy można było z niej mierzyć bez widełek; upewnił się, że wszystko jest w porządku - bardziej dla dodania sobie ducha niż z tego powodu, że zamierzał rozgromić stado szczurów; zatknął nawet za pas nóż, który w starciu ze szczurami jest orężem mało przydatnym.
Postanowił zwiedzić kadłub od dzioba po rufę. Wrócił do kambuza i po drabinie schodzącej za jarzmem bukszprytu dostał się na pentry (czyli, jak mniemam, do spiżarni), gdzie zgromadzono zapasy żywności na długi rejs. A ponieważ nie da się ich przechowywać przez całą podróż, załoga uzupełniła je niedawno na gościnnym lądzie.
Były tu kosze pełne świeżo uwędzonych ryb, piramidy orzechów kokosowych, baryłki z bulwami nieznanego kształtu, ale z wyglądu jadalnymi i zapewne dającymi się długo przechowywać. A poza tym owoce, które Robert widział już na pokładzie “Amarylis”, kiedy tylko okręt znalazł się nie opodal tropikalnych lądów, i które też były odporne na odmiany pór roku, najeżone kolcami i łuskami, lecz o ostrym zapachu obiecującym dobrze chroniony miąższ i ukryte, słodkie jak cukier soki. A z jakichś uprawianych na wyspach roślin zrobiono zapewne tę szarą mąkę o zapachu tufu, która stała w workach i z której pewnie wypiekano chleb przypominający w smaku mdłe korzeniowe zgrubienia zwane przez Indian z Nowego Świata patatami.
W głębi dostrzegł również z dziesięć baryłek zaopatrzonych w kurki. Odkręcił pierwszy z brzegu i okazało się, że w beczce jest nie stęchła jeszcze woda, zgromadzona tu zapewne niedawno i zasiarkowana, żeby dłużej nadawała się do picia. Nie było jej zbyt wiele, ale zważywszy, że także owoce dobrze gaszą pragnienie, mógł przeżyć długo na tym okręcie. A jednak te odkrycia, które mówiły wszak, że nie umrze tu z głodu, wzmogły tylko jego niepokój - jak to się zdarza duszom melancholijnym, którym każdy uśmiech fortuny zwiastuje zgubne konsekwencje.
Już fakt, że jako rozbitek znalazł się na opuszczonym okręcie, był czymś nienaturalnym, gdyby jednak ów okręt został opuszczony przez Boga i ludzi jako niezdatny do niczego wrak, pozbawiony wszelkich rzeczy naturalnych czy wytworów ludzkiej ręki, które czyniłyby zeń pociągające miejsce schronienia, mieściłoby się to w porządku rzeczy i pasowało do żeglarskich kronik, lecz znaleźć go w takim stanie, przygotowany na przyjęcie miłego i oczekiwanego gościa - to zaczynało zalatywać siarką, nie zaś wodą. Robert przypomniał sobie rozmaite bajki opowiadane przez babcie i te, ubrane w piękniejsze słowa, bajki, które czytywano w paryskich salonach, a w których była mowa o księżniczkach zabłąkanych w lesie i wchodzących do twierdzy, gdzie znajdowały pełne przepychu komnaty, w nich zaś łoża z baldachimami, szafy pełne wspaniałych szat albo po prostu zastawione stoły... I wiadomo, że w ostatniej sali czekało diabelskie objawienie: niegodziwy umysł, który zastawił pułapkę.
Wziął orzech z dołu, naruszając równowagę piramidy, i szczeciniaste kule runęły lawiną jak szczury, które zaczaiły się przy ziemi (albo jak nietoperze uczepione głową w dół belki sufitu), a teraz runęły, by pnąc się po jego ciele, obwąchać zlaną potem twarz.
Trzeba było się upewnić, że nie wchodzi tu w grę żaden urok, a Robert nauczył się podczas podróży, co można zrobić z zamorskimi owocami. Posługując się nożem jak siekierą, otworzył jednym uderzeniem orzech, a potem rozkruszył skorupę i zaczął wyjadać kaszkę, która znajdowała się wewnątrz. Była słodka i tak smakowita, że poczucie, iż znalazł się w pułapce, jeszcze się wzmogło. Być może - powiedział sobie - padłem już ofiarą złudzenia, może jedząc kokos, w istocie brałem do ust te gryzonie, a teraz wchłaniam ich esencję i już wkrótce moje dłonie staną się maleńkie, zakrzywione, z palców wyrosną mi pazury, ciało pokryje wyleniały meszek, grzbiet wygnie się w pałąk i zostanę przyjęty do nieszczęsnej apoteozy szczeciniastych mieszkańców tej łodzi unoszącej się na falach Acherontu.
Jednak nim pierwsza noc dobiegła końca, naszego eksploratora miało zaskoczyć inne jeszcze, przerażające ostrzeżenie. Spoza przepierzenia oddzielającego spiżarnię od reszty przestrzeni podpokładowej jego uszu dobiegł może nie pisk, lecz lament, szmer, szuranie łap, jakby runięcie piramidy orzechów zbudziło jakieś śpiące istoty. A więc naprawdę ma do czynienia z czarami i w jakiejś norze odbywa się w tej chwili zgromadzenie nocnych stworów.
Robert zastanowił się, czy powinien ująć w dłoń strzelbę i ruszyć bez zwłoki do walki z tym Armageddonem. Serce biło mu jak młot, oskarżał się o tchórzostwo, mówił sobie, że wcześniej czy później, tej czy innej nocy, będzie musiał stawić im czoło. Zwlekał jednak, wyszedł na pokład i na szczęście zobaczył, że świat powleka woskiem lufy dział, dotychczas muskane księżycowymi błyskami. Wstaje dzień - pomyślał z ulgą, choć przecież musiał uciekać przed światłem.
Niby węgierski wilkołak pobiegł do kasztelu na rufie, wpadł do izdebki, która stała się jego mieszkaniem, zabarykadował drzwi, zamknął wyjścia na galerie, ułożył oręż w zasięgu ręki i jął przygotowywać się do snu, aby nie zobaczyć Słońca, kata, toporem swych promieni ucinającego szyję cieniom.
Spał niespokojnie, śniąc o katastrofie, a był to sen człowieka wykształconego, który nawet we śnie, i zwłaszcza wtedy, musi postępować tak, ażeby teorematy upiększały koncepcję, podkreślenia ją ożywiały, a tajemnicze powiązania nadawały konsystencję, pogłębiały zastrzeżenia, uwznioślały patos, skrywały aluzje i subtelne transmutacje.
Myślę, że w tamtych czasach i na tamtych morzach więcej okrętów ulegało rozbiciu, niż wracało do portu; jeśli jednak komuś zdarzyło się to po raz pierwszy, przeżycie musiało prowadzić do powtarzania się koszmarów sennych, które nawyk wyobraźni czynił pewnie malowniczymi niby Sąd Ostateczny.
Już poprzedniego wieczoru powietrze było jak zakatarzone i miało się wrażenie, że oko niebios, brzemienne łzą, nie może znieść dłużej widoku sfalowanej przestrzeni. Pędzel natury zdążył odbarwić linię horyzontu i szkicował w dali niewyraźne prowincje.
Robert, któremu trzewia zapowiadały zbliżanie się trzęśby ziemnej, rzucił się na posłanie, kołysany przez niańkę cyklopów, zapadł w niespokojne sny człowieka, który śni w śnie, o którym mówi, i kosmopea zadziwień przyjmuje go w swe łono. Obudziła Roberta orgia grzmotów ...
Sabaidee