Grisham_John_-_Wezwanie.rtf

(612 KB) Pobierz
x

JOHN GRISHAM

 

 

 

WEZWANIE

 

(Jan Kraśko)


Rozdział 1

 

Przyszedł pocztą, zwyczajnie i po staroświecku, ponieważ Sędzia miał prawie osiemdziesiąt lat i nie ufał nowoczesnym gadżetom. Ani e-mailom, ani nawet faksom. Nie używał automatycznej sekretarki i nigdy nie przepadał za telefonem. Mocno pochylony nad rozklekotanym underwoodem, który stał na żaluzjowym biurku pod portretem Nathana Bedforda Forresta, wystukiwał listy dwoma palcami, literka po literce. Pod rozkazami Forresta walczył jego dziadek, pod Shiloh i na głębokim Południu, dlatego w historii Stanów nie było postaci, którą Sędzia czcił­by bardziej niż jego. Od trzydziestu dwóch lat dyskretnie, acz katego­rycznie odmawiał prowadzenia rozpraw trzynastego lipca, w dniu uro­dzin generała.

Przyszedł wraz z jeszcze jednym listem, czasopismem i dwoma ra­chunkami i trafił do szkolnej skrzynki na listy profesora Raya Atlee. Profesor rozpoznał go natychmiast; odkąd tylko pamiętał, koperty takie jak ta stanowiły nieodłączną część jego życia. List był od ojca, człowie­ka, którego on też nazywał Sędzią.

Przyglądał się kopercie, nie wiedząc, czy otworzyć list już teraz, czy chwilę odczekać. Dobre nowiny, nowiny złe - z Sędzia mogło być róż­nie, chociaż z drugiej strony starzec od kilku lat umierał na raka i dobre nowiny należały do rzadkości. Koperta była cienka i wyglądało na to, że zawiera pojedynczą kartkę papieru; nie było w tym nic niezwykłego. Sędzia pisał bardzo oszczędnie, chociaż kiedyś słynął z kwiecistych po­uczeń, których udzielał stronom podczas rozpraw.

Tak, to był list urzędowy, profesor nie miał co do tego żadnych wąt­pliwości. Sędzia nie lubił próżnej gadaniny, nie znosił też plotek i wodo­lejstwa, zarówno w mowie, jak i w piśmie. Jeśli już zapraszał kogoś na taras i proponował mu szklaneczkę mrożonej herbaty, było oczywiste, że robi to tylko po to, żeby znowu rozprawiać o wojnie domowej, naj­pewniej o bitwie pod Shiloh, i żeby winą za klęskę konfederatów po­nownie obarczyć lśniące, nieskalane błotem buty generała Pierre’a G.T. Beauregarda - człowieka, którego nienawidziłby nawet w niebie, gdyby przypadkiem się tam spotkali.

Jego dni były policzone. Miał siedemdziesiąt dziewięć lat, cukrzycę i raka żołądka. Był gruby, nałogowo palił fajkę, przeżył trzy zawały i cho­rował na szereg mniej groźnych chorób, które dręczyły go przez dwa­dzieścia lat. by w końcu zadać mu cios ostateczny. Trawił go nieustanny ból. Podczas ostatniej rozmowy telefonicznej przed trzema tygodniami - dzwonił oczywiście Ray, ponieważ Sędzia uważał, że rozmowy za­miejscowe to czyste zdzierstwo - głos miał słaby i spięty. Rozmawiali niecałe dwie minuty.

Adres zwrotny wytłoczono złotymi literami: Przewodniczący Sądu Słuszności Reuben V. Atlee. 25. Wydział Sądu Słuszności hrabstwa Ford, Clanton, Missisipi. Ray wsunął list do czasopisma i ruszył przed siebie. Sędzia nie był już przewodniczącym. Wyborcy posłali go na emeryturę przed dziewięcioma laty i z tej gorzkiej porażki Sędzia nigdy się nie otrząsnął. Trzydzieści dwa lata wiernej służby, a oni dali mu kopa, wo­ląc kogoś młodszego, kogoś, kto reklamował się w radiu i telewizji. Sę­dzia reklamować się nie chciał. Twierdził, że ma za dużo pracy, że - co ważniejsze - ludzie dobrze go znają i jeśli zechcą ponownie go wybrać, to na pewno wybiorą. Wielu uznało, że przemawia przez niego pycha. Wygrał w hrabstwie Ford, ale w pięciu pozostałych hrabstwach doznał sromotnej porażki.

Z sądu wyrzucali go przez trzy lata. Miał gabinet na pierwszym pię­trze, pomieszczenie, które przetrwało pożar i oparło się dwóm remon­tom. Nie wpuszczał tam nikogo z farbą i młotkiem. Gdy władze hrab­stwa, grożąc eksmisją, przekonały go w końcu, że musi je opuścić, spakował trzydzieści lat pracy do pudeł - bezużyteczne akta, notatki i za­kurzone księgi - zawiózł to do domu i poustawiał w gabinecie. Kiedy w gabinecie zabrakło miejsca, zaczął ustawiać akta w korytarzach pro­wadzących do jadalni oraz w holu.

Ray skinął głową znajomemu studentowi. Przed gabinetem zamienił kilka słów z kolegą. Potem zamknął za sobądrzwi. przekręcił klucz i po­łożył korespondencję na środku biurka. Zdjął marynarkę, powiesił ją na drzwiach, przestąpił nad stertą grubych prawniczych ksiąg, nad którą przestępował już od pół roku, i jak co dzień poprzysiągł sobie, że musi tu wreszcie posprzątać.

W gabinecie - trzy sześćdziesiąt na cztery i pół metra - stało małe biurko i mała sofa. zawalone papierami na tyle, żeby Ray mógł uchodzić za człowieka bardzo zapracowanego. A zapracowany nie był. W seme­strze wiosennym prowadził zajęcia tylko z jednego działu prawa anty­trustowego. Pisał książkę - nudne, bezbanwie tomiszcze o monopolach, którego nikt nie przeczyta, lecz które stać się miało piękną ozdobąjego dorobku naukowego. Był pracownikiem etatowym, ale tak samo jak wszyscy poważni profesorowie ulegał dyktatowi starej akademickiej zasady: „Publikuj lub giń”.

Usiadł za biurkiem i odsunął na bok papiery.

List zaadresowano do N. Raya Atlee, profesora wydziału prawa w Charlottesviile w stanie Wirginia. Litery „e” i „o” były rozmazane. Taśma do maszyny miała z dziesięć lat. Sędzia nie uznawał też kodów pocztowych.

N to skrót od Nathan - na cześć generała - chociaż mało kto o tym wiedział. Kiedy Ray postanowił zrezygnować z pierwszego imienia i iść przez życie jako zwykły Ray, doszło między nimi do koszmarnej kłótni.

Sędzia zawsze pisał do niego na adres wydziału, nigdy na adres do­mowy. Uwielbiał tytuły i ważne adresy i chciał, żeby mieszkańcy Clanton, a nawet pracownicy pocztowi wiedzieli, że jego syn jest profesorem prawa. Zupełnie niepotrzebnie. Ray wykładał (i pisał) od trzynastu lat; ci, którzy w hrabstwie cokolwiek znaczyli, wiedzieli o tym od dawna.

Otworzył kopertę i rozłożył pojedynczą kartkę papieru. Była ozdo­biona wspaniałym nagłówkiem z imieniem i nazwiskiem Sędziego, jego nieaktualnym już tytułem i adresem, bez kodu pocztowego, rzecz jasna. Ojciec miał nieskończony zapas firmowej papeterii.

List był zaadresowany zarówno do Raya, jak i do jego brata Forresta, jedynych dzieci z nieudanego małżeństwa, które skończyło się wraz ze śmiercią ich matki. I był jak zawsze krótki:

Proszę wygospodarować sobie czas, żebyście mogli stawić się u mnie w niedzielę siódmego maja o godzinie 17.00 w celu omówienia spraw majątkowych.

Z poważaniem, Reuben V. Atlee

Wyrazisty podpis skurczył się i skoślawiał. Przez dziesiątki lat zdo­bił nakazy i zarządzenia, które odmieniły życie rzeszom ludzi. Orzecze­nia rozwodowe, orzeczenia przyznające opiekę nad dziećmi, orzeczenia odbierające prawa rodzicielskie, orzeczenia adopcyjne. Orzeczenia roz­strzygające spory testamentowe, spory wyborcze, spory ziemskie, spory o bezprawne zajęcie mienia. Władczy podpis Sędziego dobrze kiedyś znano; teraz był jedynie trudno rozpoznawalnym bazgrołem schorowa­nego starca.

Schorowanego czy zdrowego. Ray wiedział, że w wyznaczonym czasie stawi się w jego gabinecie. Właśnie otrzymał wezwanie i cho­ciaż świadomość ta bardzo go irytowała, nie miał najmniejszych wąt­pliwości, że on i jego brat zawloką się do Clanton. żeby stanąć przed Wysokim Sądem i wysłuchać kolejnego pouczenia. Ojciec jak zwykle się z nimi nie skonsultował i wybrał dzień najdogodniejszy dla siebie. Typowe.

W jego naturze, a może w naturze wszystkich sędziów, leżało to, że ustalał daty przesłuchań i rozpraw, nie zważając na innych. Rządził twardą ręką. Przepełniona wokanda, opieszałe strony procesowe, za­gonieni adwokaci, adwokaci leniwi - musiał się tego nauczyć, inaczej nie dałby sobie rady. Rodziną rządził w ten sam sposób i właśnie dla­tego Ray Atlee wykładał prawo w Wirginii, zamiast praktykować je w Missisipi.

Przeczytał wezwanie jeszcze raz, po czym położył je na stercie do­kumentów do pilnego załatwienia. Podszedł do okna i wyjrzał na tonący w kwiatach dziedziniec. Nie był ani zły, ani rozgoryczony, jedynie sfru­strowany tym. że ojciec znowu mu rozkazuje. On umiera, myślał, daj mu spokój. To jedna z twoich ostatnich podróży do domu.

Majątek Sędziego otaczała tajemnica. Jego głównym przedmiotem był dom, dworek sprzed wojny domowej, który zapisał mu w spadku ten sam Atlee, który walczył u boku generała Forresta. Na zacienionej ulicy w starej Atlancie dworek byłby wart ponad milion dolarów - w Atlan­cie, ale nie w Clanton. Stał na dwóch hektarach zaniedbanej ziemi, trzy ulice od miejskiego skweru. Zapadające się podłogi, przeciekający dach i ściany, których za życia Raya nie tknęła ani odrobina farby - mogliby go sprzedać najwyżej za sto tysięcy, z tym że nabywca musiałby mieć dwa razy tyle na kapitalny remont. Nie chcieli tam mieszkać, ani on, ani Forrest; Forrest nie postawił tam nogi od wielu lat.

Dom Pod Klonami. Tak go nazwali, jakby to była wspaniała rezy­dencja z kamerdynerami i zapełnionym kalendarzem życia towarzyskie­go. Ostatnią osobą, która tam pracowała, była pokojówka Irena. Zmarła przed czterema laty i od tamtego czasu nikt nie odkurzał podłóg ani nie czyścił pastą mebli. Sędzia zatrudniał miejscowego kryminalistę. Płacił mu dwadzieścia dolarów tygodniowo za strzyżenie trawnika, na co ten przystał bardzo niechętnie. Osiemdziesiąt dolarów miesięcznie było, w jego uczonej opinii, rozbojem na równej drodze.

Pod Klonami: tak mawiała o domu matka, kiedy Ray był jeszcze dzieckiem. Nigdy nie jadali kolacji u siebie, tylko Pod Klonami. Listy nie przychodziły do państwa Atlee przy Czwartej ulicy, tylko do domu Pod Klonami przy Czwartej ulicy. Niewielu mieszkańców Clanton mia­ło dom z nazwą.

Matkę zabił tętniak i kiedy umarła, położyli ją na stole w salonie od frontu. Przez dwa dni nawiedzało ich cale miasto. Ludzie paradowali przez taras, przez hol. wchodzili do salonu, żeby złożyć ostatni hołd zmarłej, a potem szli do jadalni na poncz i ciasteczka. Ray i Forrest scho­wali się na strychu, przeklinając ojca za to, że toleruje tę maskaradę. Przecież tam, w otwartej trumnie, leżała ich matka - piękna, młoda ko­bieta, teraz blada i sztywna.

Dom Pod Klonami - Forrest też go tak nazywał, i to od zawsze. Czer­wone i żółte klony, którymi niegdyś wysadzono ulicę, zachorowały na jakąś nieznaną chorobę i uschły. Ich przegniłych pniaków nigdy nie wykarczowano. Trawnik, ten od frontu, ocieniały cztery wielkie dęby. Li­ście gubiły tonami, tak że nie sposób ich było ani zagrabić, ani tym bar­dziej wywieźć. Co najmniej dwa razy do roku któryś z dębów tracił gałąź, która łamała się i spadała z trzaskiem na dach. skąd czasem, choć nie zawsze, udawało się ją zdjąć. Dom stał tam i stał, od dziesiątków lat przyjmując wszystkie ciosy.

Mimo to był bardzo ładny. Georgiański. taki z kolumnami; niegdyś mógłby upamiętniać tych. którzy go zbudowali, lecz teraz był jedynie smutnym pomnikiem upadającej rodziny. Ray nie chciał mieć z nim nic wspólnego. W domu Pod Klonami było pełno nieprzyjemnych wspo­mnień, dlatego każda wyprawa do Clanton wpędzała go w depresję. Wiedział, że nigdy tam nie zamieszka, a utrzymywanie ruiny, na którą powinno się nasłać buldożery, było finansową czarną dziurą. Forrest najchętniej by go spalił, i to jeszcze przed objęciem spadku.

Sędzia jednak chciał, żeby Ray przejął dom i zatrzymał go dla rodzi­ny. Od kilku lat mgliście o tym dyskutowali. Ray nigdy nie zebrał się na odwagę, żeby spytać: Dla jakiej rodziny? Nie miał dzieci. Miał byłą żonę i żadnych perspektyw na nową. Tak samo Forrest. z tym że on miał dwie byłe żony, oszałamiającą kolekcję eksnarzeczonych, no i Ellie. z którą obecnie mieszkał, stutrzydziestosześciokilogramową malarkę i garncar-kę. kobietę dwanaście lat starszą od niego.

To, że nie spłodził nikomu dziecka, graniczyło z biologicznym cudem i chyba cudem było, bo jak dotąd żadnego dziecka nigdzie nie odkryto.

Krew rodu Atlee powoli rzedła i groziło im wymarcie, czym Ray wcale się nie przejmował. Żył swoim życiem. Żył dla siebie, nie dla ojca ani dla wspaniałej rodzinnej przeszłości. Wracał do Clanton tylko na pogrzeby.

O reszcie majątku Sędziego nigdy nie rozmawiali. Kiedyś, na długo przed narodzinami Raya, rodzina Atlee była bogata. Miała ziemię, ba­wełnę, niewolników, linie kolejowe, banki i polityków w kieszeni, dys­ponowała więc klasycznymi dla konfederatów zasobami, które pod ko­niec dwudziestego wieku nie znaczyły nic, przynajmniej w przeliczeniu na gotówkę. Ale z gotówką czy bez. zasoby te nakładały na nich status rodziny z ..rodzinną fortuną”.

Już jako dziesięcioletnie dziecko Ray wiedział, że mają pieniądze. Ojciec był sędzią, ich dom miał nazwę, a w rolniczym Missisipi ozna­czało to. że jest bogatym chłopcem. Przed śmierciąmatka zrobiła wszyst­ko, co mogła, żeby przekonać jego i Forresta, że są lepsi od innych. Mieszkali w rezydencji. Byli prezbiterianami. Co trzy lata wyjeżdżali na wakacje na Florydę. Od czasu do czasu jeździli na kolację do hotelu Peabody w Memphis. Mieli ładniejsze ubrania.

A potem Raya przyjęto do Stanfordu. Jego nadzieje i złudzenia pry­sły, gdy Sędzia wypalił:

- Nie stać mnie na to.

- Jak to? - spytał Ray.

- Tak to. Po prostu mnie nie stać.

- Nie rozumiem.

- W takim razie powiem jaśniej. Idź do jakiego college’u chcesz. Ale jeśli pójdziesz do Sewanee, zapłacę za twoje studia.

Ray poszedł do Sewanee bez bagażu rodzinnej fortuny i ojciec go utrzymywał, asygnując na ten cel fundusze, które ledwo starczały na czesne, książki, akademik i studenckie opłaty korporacyjne. Szkoła praw­nicza była w Tulane, gdzie przeżył, pracując jako kelner w barze ostry­gowym w Dzielnicy Francuskiej.

Przez trzydzieści dwa lata Sędzia pobierał pensję przewodniczące­go Sądu Słuszności, jedną z najniższych w kraju. Będąc na studiach. Ray przeczytał raport o wynagrodzeniach sędziowskich i ze smutkiem stwierdził, że sędziowie z Missisipi zarabiają pięćdziesiąt dwa tysiące dolarów rocznie, podczas gdy średnia krajowa wynosiła dziewięćdzie­siąt pięć.

Sędzia mieszkał sam, niewiele wydawał na dom i nie miał żadnych nałogów; palił jedynie fajkę i zawsze wybierał tani, lichy tytoń. Jeździł starym lincolnem, jadł niezdrowo, za to bardzo dużo i od lat pięćdziesiątvch nosił te same czarne garnitury. Jego nałogiem była dobroczynność. Oszczędzał pieniądze, po czym je rozdawał.

Nikt nie wiedział, ile rozdawał rocznie. Dziesięć procent dochodów automatycznie szło na kościół. Dwa tysiące dolarów na college, tyle samo na Synów Weteranów Południa. Te trzy dajki były datkami na cele ze wszech miar szlachetne i należałoby je upamiętnić w granicie. W przeci­wieństwie do pozostałych.

Sędzia dawał pieniądze każdemu, kto o nie poprosił. Kalekiemu dziecku, które nie miało na kule. Drużynie baseballowych gwiazd, która jechała na stanowe tournee. Członkom Klubu Rotariańskiego, którzy chcieli szczepić dzieci w Kongo. Na schronisko dla bezdomnych psów i kotów w hrabstwie Ford. Na nowy dach jedynego w Clanton mu­zeum.

Lista datków nie miała końca: żeby otrzymać czek, wystarczyło na­pisać krótki list. Sędzia Atlee zawsze przesyłał pieniądze i robił to. od­kąd synowie opuścili dom.

Nawet teraz oczyma wyobraźni Ray widział, jak siedząc za zagraco­nym, zakurzonym biurkiem, wystukuje na maszynie krótkie listy, po czym wkłada je do kopert wraz z ledwo czytelnymi czekami First National Bank w Clanton: pięćdziesiąt dolarów tu, sto tam, trochę dla każdego, aż wszystko się rozejdzie.

Oszacowanie wartości spadku nie powinno nastręczyć żadnych trud­ności, ponieważ w domu nie było nic do oszacowania. Stare księgi praw­nicze, do cna zniszczone meble, bolesne zdjęcia i rodzinne pamiątki, dawno zapomniane akta i papiery, sterty śmieci, z których można by zrobić imponujące ognisko. On i Forrest zamierzali sprzedać dom za jakąkolwiek cenę: byliby szczęśliwi, gdyby udało im się odzyskać choć część pieniędzy rodzinnych.

Powinien zadzwonić do Forresta, ale zawsze z tym zwlekał. Forrest to zupełnie inny zestaw kłopotów i problemów, o wiele bardziej skom­plikowanych niż stary umierający samotnik, który uparł się, żeby rozdać całą forsę. Forrest był żywą, chodzącą katastrofą, trzydziestosześcioletnim chłopcem, którego umysł otępiły wszystkie legalne tudzież niele­galne substancje, znane amerykańskiej kulturze.

- Co za rodzina - mruknął Ray.

O jedenastej miał zajęcia, ale odwołał je i pojechał na terapię.


Rozdział 2

 

Wiosna w Piedmont. Czyste, spokojne niebo, z dnia na dzień zieleńsze wzgórza, dolina Shenandoah zmieniająca się w miarę jak farmerzy prze­cinali ją idealnie prostymi rzędami sadzonek. Na jutro zapowiadano deszcz, chociaż w środkowej Wirginii nie można było ufać żadnym pro­gnozom.

Mając na koncie trzysta wylatanych godzin. Ray rozpoczynał każdy dzień od zerknięcia w niebo i od ośmiokilometrowej przebieżki. Biegać mógł w każdą pogodę, w słońce i w deszcz - biegać, ale nie latać. Przy­rzekł sobie (i swemu towarzystwu ubezpieczeniowemu), że będzie latał tylko w dzień, unikając chmur. Przyczyną dziewięćdziesięciu pięciu pro­cent katastrof małych samolotów pasażerskich była albo zła pogoda, albo ciemność i chociaż Ray latał prawie od trzech lat, wciąż wolał być tchó­rzem. „Są piloci starzy i piloci odważni - mówiło lotnicze powiedzenie - ale nie ma pilotów starych, którzy byliby odważni”. Ray głęboko w to wierzył.

Poza tym środkowa Wirginia była zbyt piękna, żeby latać nad nią nad chmurami. Czekał na idealną pogodę, taką bez wiatru, który miotałby ma­szyną i utrudniał lądowanie, bez przesłaniającej horyzont mgły. w której łatwo się zgubić, bez burzy i opadów. Od czystego nieba podczas poran­nej przebieżki zależał cały rozkład dnia. Mógł przesunąć lunch, mógł od­wołać zajęcia, mógł przełożyć badania na deszczowy dzień albo nawet na deszczowy tydzień. Dobra prognoza i natychmiast pędził na lotnisko.

Leżało na północ od miasta, piętnaście minut jazdy od wydziału. W szkole lotniczej Dockera witali go - jak zwykle arogancko - Dick Docker. Charlie Yates i Fog Newton, trzej emerytowani piloci piechoty morskiej, właściciele tego przybytku, którzy wyszkolili większość miesz­kających w okolicy pilotów. Codziennie królowali w Kokpicie, czyli w biurze, gdzie stał rząd starych teatralnych krzeseł: pili hektolitry kawy, łgali i snuli lotnicze opowieści, których przybywało z godziny na godzi­nę. Każdego klienta i ucznia obrzucali stekiem wyzwisk - podobało mu się to czy nie. Jak nie, to nie. droga wolna. Mogli sobie na to pozwolić, mieli całkiem niezłe emerytury.

Widok Raya sprowokował ich do serii najnowszych dowcipów o prawnikach: żaden z nich nie był szczególnie zabawny, lecz każdy wy­woływał salwy niepohamowanego śmiechu.

- Nic dziwnego, że nie macie uczniów - powiedział Ray, wypełnia­jąc formularze.

- Dokąd się wybierasz? - spytał Docker.

- Donikąd. Chcę zrobić kilka dziur w niebie.

- Zawiadomimy tych z kontroli powietrznej.

- Jesteście na to za bardzo zajęci.

Dziesięć minut obrzucania błotem i papierkowej roboty, i wreszcie koniec. Za osiemdziesiąt dolarów za godzinę wynajmował cessnę. którą mógł wzbić się prawie dwa kilometry nad ziemię, pozostawiając w dole ludzi, telefony, ruch uliczny, studentów i badania naukowe, uciekając od umierającego ojca, od zwariowanego brata i wiecznego bałaganu, który czekał na niego w domu.

Na rampie stało trzydzieści samolotów, w większości małych awionetek typu Cessna, gómopłatów o stałym podwoziu, najbezpieczniej­szych maszyn, jakie kiedykolwiek zbudowano. Jednak były tam rów­nież prawdziwe cacka. Tuż obok jego cessny stała beech bonanza, jednosilnikowe cudo o mocy dwustu koni. samolot, który Ray mógłby pilotować już po miesięcznym przeszkoleniu. O siedemdziesiąt węzłów szybszy niż cessna, miał w kabinie tyle przyrządów i gadżetów, że każ­demu pilotowi ciekła na ich widok ślinka. Na domiar złego był na sprze­daż za czterysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów; kwota poza zasięgiem, rzecz jasna, ale całkiem wyobrażalna. Jego właściciel budował wielkie centra handlowe i według najświeższych analiz z Kokpitu. chciał kupić King Aira.

Ray odwrócił się, skupił na swojej cessnie i jak każdy nowicjusz, obejrzał ją z listą startową w ręku. Fog Newton, jego instruktor, rozpo­czynał każdą lekcję od posępnych opowieści o leniwych lub zbyt nie­cierpliwych pilotach, którzy zginęli w pożarze maszyny tylko dlatego, że niedokładnie ją sprawdzili.

Upewniwszy się, że wszystkie części są tam, gdzie być powinny i że poszycie jest idealnie gładkie, wsiadł do kabiny i zapiął pasy. Za­skoczył silnik, ożyło radio. Zakończył sprawdzanie listy i wywołał wieżę. Tuż przed nim kołował mały samolot komunikacji lokalnej i dziesięć minut po zamknięciu drzwi Ray otrzymał pozwolenie na start. Gładko oderwał się od ziemi i skręcił na zachód, w kierunku doliny Shenandoah.

Osiągnąwszy pułap tysiąca dwustu metrów, przeleciał tuż nad szczy­tem Afton Mountain. Samolot wpadł w lekką turbulencję, lecz nie było w tym niczego niezwykłego. Gdy znalazł się nad polami, wokoło zapa­dła cisza i bezruch. Według komunikatów widzialność sięgała trzydzie­stu dwóch kilometrów, lecz z tej wysokości widział znacznie dalej. Pu­łap chmur? Na niebie nie było ani jednego obłoczka. Tysiąc pięćset metrów: na horyzoncie zamajaczyły szczyty gór Wirginii Zachodniej. Zakończył sprawdzanie listy przelotowej, ustawił skład mieszanki i od­prężył się po raz pierwszy od chwili, gdy pokołował na start.

Radio umilkło i miało ożyć dopiero sześćdziesiąt cztery kilometry dalej, gdy samolot znajdzie się w zasięgu wieży Roanoke. Postanowił zmienić kurs i pozostać w przestrzeni niekontrolowanej.

Z własnego doświadczenia wiedział, że psychiatrzy z Charlottesville biorą dwieście dolarów za godzinę. W porównaniu z tym latanie było tanie jak pieprz i o wiele skuteczniejsze: lekarz, który kazał mu znaleźć dla siebie nowe hobby, i to szybko, miał łeb jak sklep. Ray chodził do niego, bo musiał kogoś widywać. Dokładnie miesiąc po tym. gdy jego żona wniosła pozew o rozwód, rzuciła pracę i wyszła z domu, zabierając jedynie...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin