Mity i legendy Polski - Legendy Łęczyckie.doc

(96 KB) Pobierz
LEGENDY ŁĘCZYCKIE

 

LEGENDY ŁĘCZYCKIE

 

1. Diabeł Boruta

2. Jak się narodził diabeł Boruta

 

 

1. Diabeł Boruta

 

Pisząc o Łęczycy, trudno pominąć milczeniem legendową

postać diabła, który, choć znany w innych stronach Polski, jako

to: na Podlasiu, w Lubelskiem i Olkuskiem, tu, w gruzach

łęczyckiego zamku, ulubioną obrał sobie siedzibę.

Skąd i kiedy przybył, któż odgadnie? Ludzie uczeni suszą

sobie tym głowę, nazwiska jego, jako ducha wód stojących,

wyprowadzając od owych bagnisk rudych, którymi otoczona była

przed wiekami Łęczyca, a które do dziś dnia utrudniają na

wiosnę do niej przystęp. W tych torfowiskach, zwanych przez lud

borem lub burem, siedzieć miał duch złośliwy Boruty, którego

uciechę stanowiło, gdy podróżnego, szczególniej chłopa lub

Żyda, wpakował wraz z końmi i wozem w grząskie topiele. Diabeł

to iście szlachecki, bo najchętniej przywdziewa się w kontusz,

a nigdy nie szkodzi "panom braciom" tylko motłochowi, więcej

przy tym dla zabawki, niż dla sprowadzenia szkody..

Posłuchajmy, co o nim prawi znany zbieracz podań ludowych

Kazimierz Władysław Wójcicki.

Boruta, jest to nazwa sławnego diabła, co dotąd siedzi pod

gruzami łęczyckiego zamku. Żyje długo, bo już niemal cztery

wieki przeżył; teraz przecież musiał się zestarzeć, gdyż wiele

się ustatkował i mało o sobie daje wiadomości. Imię to było

głośnym szeroko i długo; a niejeden piskorz szlachecki, chcąc

dogryźć sąsiadowi, przeklinał:

- Żeby go Boruta zdusił, albo i łeb ukręcił!

A diabeł chętny złorzeczeniu, dopełniał nieraz życzenia.

W pobliżu zamku łęczyckiego mieszkał szlachcic

niewiadomego nazwiska i herbu, rosły i silny. Nikt z nim nie

mógł się mierzyć na szable, bo za pierwszym złożeniem

przeciwnikowi silnym zamachem wytrącał oręż z ręki. Jak się raz

plecami o zrąb domu oparł, całe sąsiedztwo nie dało mu rady.

Stąd szlachcic dostał przydomek Boruty, bo mówiono

powszechnie, że musiał mu diabeł Boruta pomagać, kiedy wszyscy

nie podołali jego sile i mocy; a że nosił siwą kapotę dla

różnicy od prawdziwego diabła, dostał przydomek Siwy, tak więc

zwał się Siwy Boruta.

Od onej chwili nikt go nie zaczepiał, każdy pomijał lub

ustępował mu z drogi; nawet w gospodzie pijana szlachta, kiedy

porwała się do broni, na sam głos Siwego Boruty wychodziła do

sieni, albo na podwórze, i tam karbowała sobie dymiące łysiny.

To uszanowanie, a raczej bojaźń sąsiadów, co znali moc

żylastej prawicy, wbiły go w dumę. Uniesiony nią, nieraz się w

zuchwałej przechwałce odgrażał, że jak złapie prawdziwego

Borutę, to mu karku nakręci, a skarby, których pilnuje,

zabierze. Uważano także, że wtedy słyszeć się dawał w piecu lub

za piecem śmiech szyderski.

Siwy Boruta, kiedy pił - a pił nie lada, bo najtężsi

bracia piskorze nie mogli go przepić - zawsze pierwszą szklankę

wypijał za zdrowie diabła Boruty, a słyszano odgłos zaraz

gruby, przeciągły:

- Dziękuję!

Siwy Boruta miał dużo pieniędzy, ale wkrótce w hulance

roztrwonił; postanowił przeto dostać się do skarbów i wziąć

parę mieszków złota od swego miłego brata, jak nazywał diabła

Borutę.

O samej północy, zapaliwszy latarnię, zuchwały szlachcic

ufając swojej sile i szabli, poszedł do lochów. Wyostrzoną

demeszkę trzymał wydobytą z pochew pod pachą, a latarnią

rozświecał ciemnotę dookoła panującą. Ze dwie godziny chodził

po zakrętach, nareszcie wybiwszy drzwi jedne, ukryte w murze,

ujrzał skarby, a w kącie, na bryle złota siedział sam Boruta, w

postaci sowy z iskrzącymi oczami. Zbladł i zadrżał na ten widok

zuchwały szlachcic, spocił się potężnie ze strachu, po chwili

przyszedłszy do siebie, wyrzekł z cicha z ukłonem i pokorą:

- Mnie wielce miłościwemu panu bratu kłaniam uniżenie!

Sowa kiwnęła głową, co rozweseliło nieco Swego Borutę.

Ukłoniwszy się raz jeszcze, zaczął wypełniać siwej kapoty

kieszenie i mieszki, które przyniósł, srebrem i złotem. Tak je

obładował, że zaledwie mógł obrócić.

Już świtać zaczęło, a szlachcic nie przestawał garściami

ściągać złota; w ostatku nie mając go gdzie włożyć, począł w

gębę sypać, a że miał niemałą, nasypał dosyć i znowu ukłoniwszy

się stróżowi, wyszedł z lochu. Zaledwie stanął na progu, kiedy

drzwi się same zatrzasnęły i ucięły mu całą piętę.

Kulejąc a krwią znacząc ślady kroków swoich, przeładowany

skarbami, dobywając ostatki siły, tak dawniej głośnej, ledwo

doszedł do domostwa.

Upuścił na drogę złoto i srebro, wypluł z napchanej gęby,

a sam padł wysilony i słaby. Odtąd miał dużo pieniędzy, ale

siłę stracił i zdrowie. Przestękał całe życie i gdy w kłótni o

miedzę wyzwał sąsiada, ten, którego dawniej jednym palcem

obalał Siwy Boruta, pokonał bogacza i zabił.

Domostwo jego pustkami zostało; nikt zamieszkać nie

chciał, bo sam diabeł Boruta często przesiadywał w starej

wierzbie, co na podwórzu rosła, odwiedzał izbę i alkierz,

pozostałe skarby przenosząc na powrót do zamku łęczyckiego.

 

II

 

W ciemnym lochu łęczyckiego zamku, przy rozpalonej

drzazdze smolnej. Siedział jakiś wąsaty szlachcic i pił z

beczki. Miał na sobie karmazynowy żupan, pas złotolity, na

rzemyku szabla; czapka rogatywka z siwym barankiem nie

przylegała mu należycie, jakby coś zawadzało; jakoż, kiedy

chciał się poskrobać po głowie, ujrzałeś przy ręku pięć

ogromnych pazurów, a za uchyleniem czapki - małe czarne rogi.

Był to sławny diabeł pan Boruta, co pilnował skarbów zamkowych,

pozostał w ukryciu od udzielnych jeszcze książąt Mazowieckich.

Twarz miał wielką, rumianą, wąs potężny, obwisły spadał mu wraz

z brodą na piersi, wzrostu wielkiego, szeroki w plecach, oczu

iskrzących. Zachmurzony siedział na pustym antale po małmazji,

ale kiedy miał się uśmiechać, wtedy wąsy podkręcał w górę i aż

za duże uszy sterczące zakładał.

- Już dosyć wysiedziałem się w tym lochu ciemnym i

wilgotnym, nie ma i co pić dalej, ostatnią beczkę węgrzyna za

chwilę dopiję! - tak mówił do siebie Boruta. - Myślę, że nikt

się nie poważy zajrzeć do tych skarbów, a jakoś tu i tęskno i

nudno. Sto lat tak siedzieć na jednym miejscu ponuro, a tam na

świecie słonko świeci, ptaki i ludzie wesoło śpiewają, kapele

brzmią ucztują radzi. Trudno wytrzymać dłużej; hulaj dusza bez

kontusza! Zamknę loch i przejdę się po świecie; trzeba jeno

ubioru nieco poprawić, aby dobrze przyjęto gościa.

U szlachcica Kaliny o milę od zamku łęczyckiego brzmi

kapela, wydaje córkę najstarszą za mąż.

Ćma krewniaków napełniła całe domostwo, beczki z miodem,

piwem i wódką stały w sieni, dziedzic całej pół wioski dobył

woru z zapleśniałymi talarami, nie żałując wydatku na tak

wielką dla siebie uroczystość. Już było po ślubie i oczepinach,

zaczęła kapela brzmieć chmiela, kiedy we drzwiach ukazał się

nowy gość niespodziewany. Ubrany był w karmazynowy żupan, pas

złotolity, czapka na głowie rogatywka z siwym barankiem, na

rzemyku szabla, rękawice czarne, buty z wywijaną cholewą i

ogromnymi ostrogami. Jak stanął w drzwiach, całe zawalił,

kiwnął głową nie zdejmując czapki, i szedł dalej, i na ławie

usiadł.

Kapela grać przestała, pieśń chmielowa ochotnikom na

ustach skonała, niewiasty przerażone tuliły się do kąta.

Gospodarz ujrzał na wszystkich twarzach pomieszanie, zbliżył

się do nieznajomego i rzekł:

- Panie bracie, zawsze możecie jeść chleb u mnie z solą,

byle z dobrą wolą, ale na teraz nie prosiłem waszeci, więc

proszę! - I w skazał drzwi.

Nieznajomy pokręcił głową na znak, że nie wyjdzie i

wybąknął od niechcenia: - Pić.

Pan Kalina kazał podać gąsior z miodem i czarę, ale

nieznajomy czarę rzucił na ziemię, przytknął gąsior i wypił do

kropli. Szlachta łęczycka klaszcze z radości, wołając:

- To nasz brat, nasz brat!

Nieznajomy uśmiechnął się wesoło, pokręcił wąsy w górę i

aż za uszy założył, a beczkę miodu widząc, porwał, postawił ją

na stole, czop wyrzucił, rozdziawiwszy paszczę, łykając

strumień napoju z szumem tryskający małym otworem.

Wszyscy z podziwem otoczyli nieznajomego wieńcem,

niewiasty i panny postawały na stole i ławkach, patrząc na

pijaka; nieznajomy łykał, sapiąc tylko nosem, wkrótce uniósł

beczkę, potem dobrze przechylił, aż w końcu nie ma miodu,

wszystko wytrąbił gracko! Wtedy połową wąsa otarłszy z piany

usta i brodę, krzyknął: Kapela! Chmiela! - I porwał za rękę

pannę młodą.

Wrzasła przestraszoną, a gdy ją ciągnie nieznajomy nie

zważając na jej przestrach, staje w obronie pan młody i wyzywa

zuchwalca na szable.

Nieznajomy ociągał się powoli, ale gdy mu nowożeniec

wyciął silny policzek, że zaledwie przytrzymał czapki, a od

drugich na karku poczuł silne razy, zawołał: - Po jednemu; po

jednemu! - I wyszedł na podwórze.

Zawyły psy, jakby wilka poczuły, szlachta wybiegła za nim,

żeby nie uciekł; zapalono łuczywa, wyniesiono świece, zajaśniał

podwórzec jak w dnia południe.

Nieznajomy dobył szabli, spojrzał iskrzącym wzrokiem, gdy

pan młody krzyż na ziemi swoim kordem zaznaczył. Aż się skry

sypnęły za złożeniem szabli, nieznajomy dobrze się bronił, ale

pan młody zręczniej; widząc, że mu nie podoła, przerzucił z

prawej kord na lewą rękę, czy odurzony przeciwnik nie

spostrzegł cięcia i oberwał porządnie po ręku. Obciął mu dwa

palce, spadła rękawica, nieznajomy wypuścił z zakrwawionej

dłoni szablę, aż tu kur zapieje. Stęknął ranny, podskoczył i

znikła z koła otaczającej go szlachty, zostawiając na ziemi pas

złotolity, rękawicę zbroczoną i szablę. Gdzie stał, zakipiało

trochę smoły, a gryzący zapach siarki uderzył we wszystkich

nosy. Pan Kalina podnosi pas, porywa rękawicę, trząsa: wypadają

dwa wielkie pazury z kawałkiem palców. Pan młody patrzy na

szablę; to pogańska, nie masz na niej znaku krzyża, tylko

księżyc turecki!

I wołają wszyscy:

- Boruta, Boruta!

 

W ciemnym lochu łęczyckiego zamku przy rozpalonej drzazdze

smolnej siedzi wąsaty szlachcic w karmazynowym żupanie, bez

pasa i szabli, czapka rogatywka, ale z pociętym suknem, siwy,

poszarpany baranek. Leżał na dwóch próżnych beczkach, lizał

okaleczoną rękę z trzema potężnymi pazurami, bo dwóch brakło, i

tak prawił do siebie:

- Nie wyjdę więcej na świat; rano dobrze było, kiedym się

wygrzewał na słońcu, ale wieczór cóż zyskałem z tą przeklętą

szlachtą, co klaskałem, jakem pił, a potem wyzywa na rękę?

Myślałem, że im przecież podołam, aleć oni lepiej szablą robią

jak diabeł. Zgubiłem pas i szablę, dwa pazury, pocięli mi

czapkę, skaleczyli rękę, a co gorsza poznali, że Borutę

obcięli.

I kręcił ze złości wąsy, darł brodę a lizał rękę zranioną.

Odtąd już więcej z lochu nie wyszedł łęczycki diabeł.

 

* * *

 

Tymi słowy kończy ciekawą opowieść swoją Wójcicki. Że

jednak Boruta dotąd czuwa nad powierzonymi pieczy jego

skarbami, wypadek zaszły w roku 1882 przekonał niedowiarków.

Niejaki Jasiński, ogrodnik z Łęczycy, znalazł podobno

butelkę w gruzach zamczyska, a w niej na skrawku na wpół

zbutwiałego papieru wskazówkę, że kopiąc w narożnej wieży,

odnajdzie owe bajeczne skarby, o których ludziom ciągle się

majaczy. Nie mogąc sam podołać pracy, sprowadził brata z

Warszawy i wspólnie przystąpili do dzieła. Jedyne dotąd

widoczne wejście do wieży zakrywał w owe czasy chlewik, co

pozwalało poszukiwaczom skarbów niepostrzeżenie dzień i noc

pracować, a wtajemniczona służąca miała gdzie wysypywać

dobywaną koszami ziemię. Robota szła raźno, a otwór sięgał już

kilkanaście sążni w głąb, gdy - o radości! - motyka jednego z

kopaczy uderzyła o żelazne wrota. Raz musiał być silny, gdyż

zbudził śpiącego na złocie Borutę; gniewny na śmiałków, którzy

mu przyszli przerwać błogi spokój, zatrząsł zamczyskiem, a

zawalająca się ziemia przytłoczyła zuchwalców. Na krzyk i

wołanie służącej pospieszyli ludzie, lecz zanim zdołali odkopać

zasypanych, martwe z nich pozostały ciała. Ze zgrozą oglądali

je wszyscy, wystawione na widok publiczny w izbie dawnego

mieszkania starostów, nim wspólna mogiła na cmentarzu

parafialnym nie pokryła ich pogruchotanych kości. Tak więc

wiara w istnienie Boruty nowym wypadkiem stwierdzoną została i

nikt z pospólstwa nie chce słuchać tłumaczeń sceptyków, którzy

w nieszczęsnej katastrofie widzą prosty, a łatwo przewidzieć

się mogący wypadek. Obok bowiem dołu, który nieszczęśliwi na

zgubę swoją kopali, leżał porzucony przez wojsko olbrzymi

kocioł kuchenny; ten ciężarem swoim osunął ziemię, gniotąc

chciwych złota ludzi. Odtąd coraz częściej można słyszeć o

figlach rozbudzonego Boruty: to Żydom wóz pełen pasażerów,

dążących na pociąg kolei żelaznej do Kutna, na równej drodze

wywrócił; to pijanych chłopów, powracających z jarmarku do

domu, z topolskiej grobli sprowadził na bagna. I odżyły na nowo

gawędy o tym, jak to przed wielu, wielu laty diabeł

niezadowolony z sąsiedztwa tumskiej świątyni chciał ją obalić,

lecz granitowe mury oparły się potężnej łapie; pięć tylko

zagłębień od pazurów na jednym z węgłów kościoła świadczy o

usiłowaniu szatana. Nie zrażony zawodem, postanowił użyć innego

sposobu. Zbiera więc kamienie i z nimi spieszy, aby pokruszyć

twarde mury. Zapóźnił się jednak wędrówce, kur zapiał, a

diabeł, tracą siłę czarów, cały swój ładunek wysypał na

Sławoszew, Miroszewice i Zagróbki, nad którymi wówczas

przelatywał. Odtąd grunta wsi tych pokryły głazy, dopóki

skrzętna ręka rolnika nie oczyściła urodzajnej gleby.

 

Michał Rawicz-Witanowski

Kraków 1898

 

... 42 43 44 ...

 

Źródło:

Wiktoryn Grąbczewski "Łęczyckie bajanie o Borucie Panie",

Wydawnictwo "Sport i Turystyka", Warszawa 1990

 

http://www.czart.px.pl

Copyright © 1998-2001 Krzysztof Czart

 

 


2. Jak się narodził diabeł Boruta

 

Miało się to wydarzyć wczesną wiosną w połowie XIV w.

Wybrał się w podróż z Krakowa do Łęczycy ówczesny król Polski

Kazimierz Wielki. Jechał poszóstną karetą po wąskiej grobli, co

łączy pobliskie wioski z Łęczycą, kiedy to na wąskiej drodze

wśród okolicznych błot gdzieś koło Oraszewic, ciężki pojazd

zapadł się tak głęboko w bagno, że w żaden sposób już strudzone

drogą konie wyciągnąć go nie mogły. Na próżno królewski fuczer

ile sił trzaskał z bata, łajał, prosił i sam wraz z przyboczną

drużyną przystawiał do karety. Ani drgnęła, mimo, że płaty

białej piany ukazały się na bokach końskich. Król polecił

fuczerowi poszukać ludzi w okolicy, by przyszli z pomocą i

wyciągnęli go z błota, bo noc się już zbliżała, a królowi

spieszno było do "bokóweczki", która z niecierpliwością

oczekiwała go na zamku w Łęczycy. Jak się okazało, sprowadzenie

pomocy nie było łatwym zadaniem. Wszędzie błota i błota

otoczone ogromnym borem. Tylko wąska dróżka wiła się między

kępami i wodorostami, które zaledwie jednego człowieka z

trudnością przepuścić mogły. Fuczer rad nierad skierował się na

tę drożynę, by pomoc sprowadzić. Uszedł jedną wiorstwę

przedzierając się przez trzciny, które dróżkę zarastały, i

stanął na brzegu wielkiego boru. Między drzewami mignęło mu

światełko. Skierował swój krok w tamtą stronę. Idąc natknął się

na polanę, na której płonęło ognisko, wokół którego siedzieli

jacyś ludzie. Byli to smolarze, którzy z sosnowego drewna

wytapiali smołę. Lud okoliczny nazywał ich borutami, bo w borze

większość czasu spędzali. Na wieść o nieszczęściu, jakie

przytrafiło się królowi, jeden z nich podniósł się od ognia i

zaoferował swoją pomoc. Fuczer z początku nie chciał się

zgodzić, żeby tylko jeden człowiek szedł wyciągać karetę, ale

obecni przy ognisku przekonali go, że na pewno z tym sobie ten

Boruta poradzi. Chcąc nie chcąc, zgodził się na to, bo nie było

innego wyjścia, skoro inni nie mieli wcale chęci podnosić się

od ogniska. Gdy przyszli na miejsce, gdzie w błocie stała

zanurzona kareta królewska, Boruta wyciągnął zza pazuchy gruby

postronek, wyprzągł konie z karety i pojedynczo, za pomocą tego

wielkiego konopnego sznura zaczął konie wyciągać. Gdy wyciągnął

szóstego, przywiązał sznur do karety, konie na grobli uwiązał

do drugiej strony postronka, podparł sobą karetę i krzynąłwszy

na konie: "Wio, maluśkie!", karetę na grobli osadził. Król za

ten nadzwyczajny wyczyn kazał osiłkowi koło siebie w karecie

usiąść i na zamek do Łęczycy go zabrał. Tam nadał mu

szlachectwo i zarządcą dóbr królewskich na ziemi łęczyckiej

uczynił. Po pewnym czasie Boruta ubrany w strój szlachecki

zapomniał skąd się wywodzi. Lud podatkami zaczął uciskać,

zatrzymując pieniądze dla siebie. Po jego śmierci ludzie na

zamek królewski przyszli, by pieniądze nieprawnie przez Borutę

zagarnięte odebrać. Jednak ich nie znaleźli. Znikło także i w

drugim dniu ciało Boruty. Wkrótce ludzie poczęli mówić, że był

to diabeł - diabeł Boruta. Powstawać zaczęło na ten temat wiele

opowiadań, przypowieści i anegdot. Boruta zawsze w nich był

diabłem, który zamieszkał w lochach łęczyckiego zamku i tam do

dnia dzisiejszego skarbów odebranych ludziom pilnuje. Z tego

czasu do chwili obecnej zachowało się ludowe przysłowie, które

nie straciło na aktualności: Nie ma diabła gorszego, gdy się

stanie pan z ubogiego...

 

wg Ignacego Kamińskiego

Oraczew Witonii 1961

 

... 43 44

 

Źródło:

Wiktoryn Grąbczewski "Łęczyckie bajanie o Borucie Panie",

Wydawnictwo "Sport i Turystyka", Warszawa 1990

 

http://www.czart.px.pl

Copyright © 1998-2001 Krzysztof Czart

 

 

 


Bibliografia dotycząca diabła Boruty

Baranowski B. Pożegnanie z diabłem i czarownicą, Łódź 1965
W kręgu upiorów i wilkołaków, Łódź 1981
Błaszczyk M., Olszańska B. Diabli wiedzą co..., Warszawa 1972
Borkowski W. Boruta i Twardowski, "Ziemia Łęczycka" 1973, nr 33, s. 5
Brzozowska T. 500 zagadek dla miłośników folkloru, Warszawa 1973
Bunikiewicz W. Żywoty diabłów polskich, Poznań 1935
Bystroń J.S. Dzieje obyczajów w dawnej Polsce, Warszawa 1976, s. 283
Brückner A. Mitologia słowiańska i polska, Warszawa 1985, s. 298
Cieniak M. Boruta, Guzen 1944 ("wyd. obozowe")
Ballada o imć Borucie, Łęczyca 1957
Baśnie i legendy łęczyckie, "Ziemia Łęczycka" 1953, nr 3
Czernik S. Klechdy ludu polskiego, Warszawa 1957, s. 52, 53
Starosta i diabeł Boruta, "Przegląd Naukowy" 1884, t. I, s. 121
Dłużewska-Sobczak A. Łęczyccy twórcy ludowi, Łęczyca 1980
O diable Borucie łęczyckie opowieści, Łęczyca 1979
Dekowski J.P. Rzeźby demoniczne Ignacego kamińskiego [w:] Łódzkie Studia Etnograficzne, Łódź 1960, t. I, s. 167
Ludowe wierzenia w rzeźbach Wacława Czerwińskiego, "Literatura Ludowa" 1962, nr 1-2, s. 26
Dekowski J.P., Hauke Z. Folklor ziemi łęczyckiej, Warszawa 1980
Gielec E. Archikolegiata łęczycka w narodowo-królewskiej wsi Tumie, Łęczyca 1929, s. 40
Gloger Z. Encyklopedia staropolska, Warszawa 1989, t. A-D, s. 189
Głodowski T. Dawne oblicze Boruty, "Ziemia Łęczycka" 1959, nr 5-6, s. 11
Grabiszewski S. Diabeł Boruta, "Ziemia Łęczycka" 1933, nr 30, s. 2
Grafczyńska P.M. Bodajby się z wami Boruta popieścił, "Ziemia Łęczycka" 1974, nr 29, s. 5
Grodzka J. Legendy łęczyckie, Łódź 1960
Opowiadania łęczyckie, "Literatura Ludowa" 1962, nr 1-2, s. 88
Hajkowski Z. Boruta w literaturze pięknej, "Prace polonistyczne" 1937, s. 53-84
Heyduk B. Legendy i opowieści o Krakowie, Kraków 1980, s. 190-195
Jodełka T. Polskie baśnie ludowe, Warszawa 1956, s. 21
Joss D. Jesienne opowieści, "Ziemia Łęczycka" 1970, nr 42
Jak to dawniej o Borucie bajali, "Ziemia Łęczycka" 1970, nr 3
Jurasz T. Zamki i ich tajemnice, Warszawa 1972
Kmiecińska-Kaczmarek T. Demonologia łęczycko-sieradzka jako odbicie sytuacji społecznej, "Przegląd Religioznawczy" 1983, nr 3
Wizerunek diabła w Polsce, Euhemer "Przegląd Religioznawczy" 1983, nr 2 (128)
Kolberg O. Lud - Łęczyckie, Kraków 1889, seria 12, s. III, IV, V, 2, 6, 257-267
Kopaliński H. Słownik mitów i tradycji kultury, Warszawa 1985, s. 112, 113
Kostyrko H. Podania i legendy polskie - klechdy domowe, Warszawa 1965, s. 264, 267
Krzyżanowski J. Słownik folkloru polskiego, Warszawa 1965, s. 49, 351
Nowa księga przysłów i wierzeń przysłowiowych polskich, Warszawa 1969, s. 136
Lubicz R. Diabeł Boruta, "Kaliszanin" 1889, nr 80
Mazur W. Pan starosta i diabeł Boruta, "Gazeta Świąteczna" 1899, nr 956
Nienacki Z. Uroczysko, Łódź 1971, s. 285 ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin