Podróże w nieznane -Bruce Moen.pdf

(1203 KB) Pobierz
Microsoft Word - 1
BRUCE MOEN
PODRÓŻE W NIEZNANE
(Voyages into the Unknown / wyd. orygin.: 1997)
Tajemniczemu Nauczycielowi (tu nazywanemu Rebeką),
bez której Miłości, Zrozumienia i Wsparcia
moja poniższa praca nie byłaby możliwa.
Robertowi A. Monroe, którego odwaga i technologia
wytyczyły mi drogę i dały narzędzia.
Personelowi Instytutu Monroe'a, którego Przewodnictwo i Nauki
pozwoliły mi na badanie Życia po Śmierci.
Mojej Rodzinie, której Miłość i Cierpliwość
były ze mną od samego początku.
Mojej żonie Pharon, której Miłość i Odwaga
pomogły mi napisać tę książkę.
Moim Przyjaciołom, materialnym i niematerialnym,
którzy pomogli mi nauczyć się odkrywać.
SPIS TREŚCI:
Prolog
Rozdział 1: Oklahoma City: 19 kwietnia 1995
Rozdział 2: Pierwsze najazdy
Rozdział 3: Podróż przez Bramę
Rozdział 4: Linia Życia
Rozdział 5: Druga Linia Życia
Rozdział 6: Dalsze podróże
Epilog: To Życie i Życie po Śmierci
Aneks A: Odniesienia do Podróży przez Bramę
Aneks B: Odniesienia do programu Linia Życia
Aneks C: Wskazówki do nawiązania kontaktu z Życiem po Śmierci
PROLOG
Jestem po prostu zwyczajną ludzką istotą, której zainteresowanie tym, czy istnieje życie po śmierci
pozwoliło zdobyć niezwykłe doświadczenia. Nigdy nie miałem doświadczenia z pogranicza śmierci.
Nie zmieniły mnie żadne niezwykłe zdarzenia. Nie urodziłem się z jakimiś nadzwyczajnymi
psychicznymi umiejętnościami czy talentami. Jeśli w ogóle istnieje jakaś różnica między tobą a mną,
to jest nią tylko to, że dzięki mojej ciekawości już teraz wiem, co kryje się za śmiercią, w Życiu po
Śmierci.
Od wieków mówi się nam, że nie możemy dowiedzieć się co nas czeka w Życiu po Śmierci. Moje
doświadczenie przekonało mnie jednakże, że każdy człowiek wiedziony ciekawością może nauczyć
się odkrywać życia, które istnieją po śmierci.
Jeszcze nie tak dawno temu niemal wszyscy wierzyli, że Ziemia jest płaska. Nikt nie odważył się
wypłynąć za daleko w morze, żeby nie spaść z Ziemi i nie pogrążyć się w niezmierzonej przepaści
śmierci. Prawdziwa natura Ziemi była nieznana. Niektórzy sugerowali istnienie rzeczywistości, w której
Ziemia nie była płaska, lecz okrągła jak piłka. Większość jednakże, nie wiedząc co kryje się za
horyzontem, żyła życiem, które ograniczały wierzenia panujące w owym czasie w świecie.
Byli jednak tacy, którzy postanowili poznać prawdę. Ciekawość pociągnęła ich poza horyzont,
daleko za granice wyznaczone przez ich wiarę. Wikingowie, Kolumb i wielu innych bezimiennych
poszukiwaczy pożeglowało jeszcze dalej, przywożąc z tych podróży opowieści o dziwnym Nowym
Świecie i dziwnych, innych ludziach. Ich świat i mapy zachęciły do odkryć i gromadzenia wiedzy
innych, którzy podążyli w ich ślady, którzy badali i opisywali na mapach nowe lądy, wyznaczając szlaki
podróży dla osadników.
Z dzisiejszej perspektywy możemy podśmiewać się trochę z ignorancji tych biednych dusz, których
życie ograniczone było do żeglowania w pobliżu wybrzeży. Dziś wiemy, że brzeg, poza który bali się
wypływać, istniał jedynie w ich wierzeniach; my potrafimy pożeglować poza horyzont nie bojąc się
tego, co kryje się poza nim. Wiedza o prawdziwej naturze Ziemi dała nam wolność.
W naszej kulturze większość ludzi wciąż boi się pożeglować poza brzeg życia, z tego fizycznego
świata w drugi. A jednak nikt z nas nie może pozostać Tu na zawsze. Wszyscy w sposób nieunikniony
żeglujemy, większość w poczuciu niepewności i strachu, ku brzegowi tego życia, który zwiemy
śmiercią. Nie znając prawdy, ci, którzy trzymają się “współczesnych" wierzeń, wciąż boją się śmierci.
Lecz niektórzy twierdzą, że pożeglowali poza owe brzegi tego życia i powrócili. Osoby wrażliwe
psychicznie, media i ci, którzy przeszli doświadczenie z pogranicza śmierci mówią, że przekroczyli
ową granicę albo umyślnie, albo przypadkowo. Wrócili opowiadając o dziwnym nowym świecie i
dziwnych nowych ludziach. Ludzie zazwyczaj uważają ich za świrusów, najłagodniej rzecz ujmując.
Jestem pewien, że ludzie z przyszłości będą patrzeć na nas i śmiać się z naszej ignorancji, która
zmusiła nas do życia w strachu przed śmiercią. Mam nadzieję, że niniejsza książka pomoże spojrzeć
jasno na doświadczenia ludzkie wychodzące poza śmierć, ku Życiu po Śmierci. Pchany ciekawością,
pożeglowałem tam i z powrotem wielokrotnie. Za każdym razem wracałem z większą wiedzą nabytą w
doświadczeniu bezpośrednim. Odkryłem, że śmierci nie ma co się bać!
Mam też nadzieję, że moja książka pomoże ci uświadomić sobie, że nie musisz ograniczać się do
wierzeń i opowieści innych. Możesz nauczyć się bezpiecznie żeglować poza wybrzeża tego życia,
odkryć Tam i wrócić. Możesz przynieść ze sobą swoją własną, bezpośrednio nabytą wiedzę o Nowym
Świecie, leżącym za tym oceanem, który zwiemy życiem. Sam to zrobiłem z czystej ciekawości,
wniosek z tego więc taki, że może to uczynić każdy, łącznie z tobą.
Intencją mojej książki nie jest nauczenie kogokolwiek jak odkrywać Życie po Śmierci, choć w
Aneksie znajdują się pewne wskazówki dla tych, którzy mogą być zainteresowani. Szkoły, takie jak na
przykład The Monroe Institute w Faber, Virginia, mogą nauczyć cię żeglować. Natomiast ta książka
jest raczej księgą pokładową moich podróży oraz mapami, jakie narysowałem. Może być ona
kompasem, podać współrzędne i opisać krajobrazy, które potem ujrzysz na własne oczy. Niektórzy z
was mogą stwierdzić, że już rozpoczęli tę podróż na swój własny sposób, tylko o tym nie wiedzą. Inni
mogą ją uznać za bajdy. Wszystkim, mam nadzieję, pomoże pozbyć się, przynajmniej w jakimś
stopniu, strachu przed śmiercią, który tkwi w tak wielu z nas.
Opowiedziałem tę historię najlepiej jak potrafiłem. Jest to opowieść o moich prawdziwych
przeżyciach, zmieniłem podróż – i założył The Monroe Institute, gdzie nauczyłem się odkrywać Życie
po Śmierci.
W kwietniu 1995, niedługo po wybuchu bombowym w Oklahoma City, zacząłem pisać. W dniu,
kiedy się to zdarzyło, udałem się, niefizycznie, na miejsce wybuchu bomby, aby nieść pomoc tym,
którzy zostali zabici. Później znalazłem sposób, aby wyrazić i dać ujście energiom emocjonalnym,
jakie zebrałem. Metoda emocjonalnej ulgi, jaką wybrałem, polegała na spisaniu moich doświadczeń.
Mniej więcej w połowie tego procesu skontaktował się ze mną Bob Monroe, który wtedy przebywał już
w Życiu po Śmierci, aby porozmawiać o tym, o czym pisałem.
– No i co, Bruce – poczułem jak powiedział. – Widzę, że piszesz o Oklahoma City.
– Uhm, zdaje się, że w ten sposób uwalniam coś, co tam wchłonąłem – pomyślałem w jego
kierunku.
– To dobrze, że piszesz, Bruce. Chciałbym, żebyś pisał dalej. Jeśli napiszesz wystarczająco dużo,
ja z mojej strony dopilnuję, aby twoje zapiski opublikowano jako książkę.
Nie obiecałem mu niczego. Pracowałem wtedy, w pełnym wymiarze godzin, jako inżynier i mogłem
pisać jedynie wieczorami. Ale te godziny miałem tylko dla siebie, dlatego pisałem, czego wynikiem jest
niniejsza książka, oraz te, które ukazały się po niej.
Zaczynając od mojego doświadczenia z zamachem bombowym w Oklahoma City, wyprzedzam
znacznie to, co powinieneś wiedzieć, aby to wszystko zrozumieć, ale przecież i tak będziemy wracać
do tego, więc cała historia stanie się dla ciebie jasna.
Jak powiedziałem na początku, jestem po prostu takim sobie, zwyczajnym człowiekiem. Jeśli jest
między nami jakaś różnica, to jest nią tylko ciekawość, która już pozwoliła mi poznać, co kryje się za
śmiercią w Życiu po Śmierci. Idź za swą ciekawością, a ona doprowadzi cię do twego własnego
poznania Życia po Śmierci. A wtedy i ty będziesz wiedział.
KILKA SŁÓW DO NIEKTÓRYCH CZYTELNIKÓW
Czytając tę książkę, niektórzy z was z pewnością napotkali w niej coś, co już znają. Mogliście sobie
uświadomić, że już zaczęliście, na swój własny sposób, przekraczać granice świata fizycznego. Kiedy
rozmawiam o moich doświadczeniach z różnymi ludźmi, niektórzy z nich uświadamiają sobie, że sami
dokonywali odzyskań. Czasami pamiętają, że spotkali we śnie kogoś, kogo “dostarczyli" na lotnisko,
do autobusu, czy na dworzec kolejowy. Dla niektórych będzie to gabinet lekarski, szpital albo
spotkanie z trzecią osobą. Z mojej perspektywy mogę powiedzieć, że takie sny są często właśnie
doświadczeniem Życia po Śmierci, punktem wyjścia do dalszych badań. Może się przydać
zapisywanie takich snów i rozmawianie o nich z innymi, którzy mieli podobne doświadczenia. Samo
już pragnienie zdobycia doświadczenia i informacji może być początkiem twojej własnej podróży.
Chciałbym tu zachęcić cię do tego, abyś rozpoczął taką podróż. W moim przypadku ich wyniki są
czymś najwspanialszym.
BRUCE MOEN mieszka wraz z żoną
Pharon w Denwer, Kolorado, gdzie
prowadzi swoją własną niewielką firmę, w
której jest inżynierem-konsultantem.
Zainteresowanie sprawami natury
metafizycznej sprawiła, że zaczął badać
krainę Życia po Śmierci, co opisał w
Podróżach w Nieznane, swej pierwszej
książce. Razem [do chwili obecnej] napisał
ich cztery].
Rozdział 1
Oklahoma City: 19 kwietnia 1995
Już od wielu lat żegluję w tę i z powrotem między tym życiem a Życiem po Śmierci. Na brzegach
wielu bezimiennych wysp szukałem ukrytych skarbów, jak nazywam wiedzę, którą podczas tych
poszukiwań zdobywam. Na niektórych wyspach stwierdzam jedynie jak wiele jeszcze muszę się
nauczyć. Terroryści, którzy 19 kwietnia 1995 roku zbombardowali Oklahoma City, okazali się właśnie
jedną z takich wysp.
Pracowałem jako kontraktowy inżynier w Kolorado. Plotki o eksplozji bomb zaczęły krążyć po
biurze już późnym rankiem. Pierwsze doniesienia prasowe twierdziły, że zginęło wielu ludzi, lecz nikt
nie wiedział dokładnie ilu.
Pierwszym, czego nauczyłem się w Życiu po Śmierci, było towarzyszenie ludziom, którzy właśnie
umarli, więc pomyślałem sobie, że oto nadarza się sposobność niesienia pomocy tym, którzy zginęli.
Dotarłszy do domu, postanowiłem coś z tym zrobić.
Tej nocy, jadąc z pracy autostradą, słuchałem radia, które nieprzerwanie nadawało nowe wieści o
zamachu. W chwili, kiedy w mieszkaniu włączyłem telewizor, jasne było, że zginęło naprawdę wielu,
wielu ludzi. Zapadł zmierzch, a ja stawałem się coraz bardziej niespokojny, nie mogłem sobie znaleźć
miejsca i roznosiła mnie energia, która zdawała się napełniać powietrze wokół mnie. Silne pragnienie
bycia z innymi ludźmi skłoniło mnie do zjedzenia kolacji w pobliskiej restauracji Bennigana.
Przynajmniej głośna muzyka i gwar tego miejsca zgadzały się z energią, która otaczała mnie, kiedy
byłem sam w domu.
Usiadłem przy małym stoliku, złożyłem zamówienie na półmisek owoców morza, kiedy
przypomniałem sobie, że przecież chciałem towarzyszyć ofiarom eksplozji. Wciąż myśląc, że jest to
coś, co przecież równie dobrze mogę zrobić później, siedziałem przy tym stole i spokojnie wyrażałem
w myślach gotowość niesienia pomocy. Tak się to zawsze zaczyna. Po prostu wyrażam chęć
działania. Myślałem, że mam mnóstwo czasu, aby skończyć posiłek, iść do domu, położyć się, a
potem zacząć pomagać. Robiłem takie rzeczy już wcześniej i zawsze mi się udawało. Lecz ukryty
skarb to dziwna sprawa. Nigdy nie wiesz co znajdziesz. Chwilę po wyrażeniu chęci towarzyszenia,
poczułem głos Trenera, niefizycznego przyjaciela, którego poznasz później. Wśród dźwięków głośnej
muzyki i głosów rozmawiających ludzi, skupiłem się na jego słowach.
– No dobrze, Bruce – poczułem jak mówi. – Mogą skorzystać z twojej pomocy.
W następnej chwili, siedząc na wysokim stołku przy barze u Bennigana i pozostając całkowicie
świadomym wszystkiego, co mnie otaczało, stwierdziłem, że posuwam się błyskawicznie przez
ciemność ku trzem maleńkim dzieciom, które właśnie umarły.
Zbliżywszy się do nich, zauważyłem, że siedzą blisko siebie, pozornie nietknięte, może jedynie
trochę zdezorientowane. Nigdy wcześniej nie pomagałem więcej niż jednej osobie na raz, lecz w tym
przypadku nie sprawiało mi to większej różnicy. Poza tym, to były małe dzieci i bez trudu mogłem
wziąć na ręce całą trójkę. Podniosłem je i okręciłem się wokół siebie, szukając kierunku, w którym
znajdowało się Centrum Przyjęć.
Centrum Przyjęć jest czymś w rodzaju drzwi wejściowych dla nowo zmarłych, przybywających do
Życia po życiu. Jeśli mają jakiekolwiek potrzeby, zostają one zaspokojone w tym spokojnym miejscu,
przypominającym znaną im Ziemię. W niektórych przypadkach potrzeby te polegają na zapanowaniu
nad traumą umierania. Pomocnicy w Centrum Przyjęć są w tym świetni. Mają ogromną praktykę.
Centrum Przyjęć w Focusie 27 Życia po Śmierci wygląda zupełnie jak świat fizyczny. W
tamtejszym Parku jest trawa, drzewa, alejki, ławki i kwiaty. Wiedziałem, że ludzie będą tam czekać na
moje pojawienie się, jak to było podczas każdej mojej poprzedniej wizyty w tym miejscu. Zabiorą te
dzieci, po czym rozpocznie się proces pomagania im w przystosowaniu się do ich nowego życia w
Nowym Świecie.
Kiedy Centrum Przyjęć pojawiło się w zasięgu wzroku, ujrzałem ludzi stojących na trawie w Parku,
oczekujących mnie. Przyzwyczaiłem się już, że zawsze staram się najpierw rozpoznać osoby
czekające na mnie. Wyczułem tam ciocie, wujków i niespokrewnionych z dziećmi Pomocników-
ochotników, którzy zabrali dzieci z moich ramion. Zatrzymałem się na chwilę, znów z czystego
przyzwyczajenia, aby wyryć w pamięci wrażenia, jakie odebrałem, a dotyczące tych, którzy czekali na
dzieci. Potem odwróciłem się, skupiłem na lokalizacji miejsca eksplozji i znów pospieszyłem w
ciemność. Zdążyłem jeszcze poczuć zawirowanie emocji w wyniku tego, co zrobiłem. Były tam
uczucia smutku z powodu tak wczesnego odejścia dzieci, lecz nic więcej.
Odbyłem jeszcze kilka błyskawicznych podróży tam i z powrotem pomiędzy miejscem wybuchu a
Centrum Przyjęć. Kilka pierwszych odbyłem z dziećmi w wieku od może dwóch do ośmiu lat. Wciąż
gromadziłem w pamięci wrażenia, jakie mogłyby być przydatne później do zweryfikowania tego, co
robiłem. Na początkowym etapie szkolenia zbieranie możliwych do zweryfikowania informacji było dla
mnie ważne; potrzebowałem dowodów na to, że nie zmyślałem tego wszystkiego. Tyle razy
otrzymywałem ten dowód, że obecnie nie było już właściwie żadnej potrzeby, aby wciąż to robić, lecz
pewne nawyki stają się po prostu drugą naturą człowieka i wykonuje się je niemal bezmyślnie.
Następnie w ciemności zmaterializowała się przede mną kobieta o imieniu Charlotte. Wydawała się
być oszołomiona i w szoku. Uświadomiła sobie moją obecność niemal natychmiast i spojrzała na mnie
oczami pełnymi lęku. Wyjaśniłem jej, że przysłano mnie, abym zabrał ją do domu. Wyczułem, że
gdzieś głęboko w niej tkwi nabyte w trakcie wychowania religijnego przekonanie, że kiedy umrze, ktoś
ma po nią przyjść. Była w szoku i pozwoliła się zabrać zupełnie bezwolnie. Uchwyciłem jej dłoń.
Unieśliśmy się i poszybowaliśmy w kierunku Parku. Kiedy przybyliśmy, znów z przyzwyczajenia,
spróbowałem odgadnąć imię osoby, która na nią czekała. Potem znów wróciłem do miejsca eksplozji.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin