Gombrowicz Witold - Pornografia.rtf

(944 KB) Pobierz
Witold GOMBROWICZ DZIE£A Tom IV

Witold GOMBROWICZ DZIEŁA Tom IV

 

redakcja naukowa tekstu Jan Błski

Wydawnictwo Literackie

 

Witold GOMBROWICZ

 

PORNOGRAFIA

 

Wydawnictwo Literackie

Copyright by Rita Gombrowicz, 

Tekst i Notę wydawcy opracowała BOGUSŁAWA STANOWSKA-CICHOŃ

Uwagi interpretacyjne zawarte w Nocie wydawcy napisał JERZY JARZĘBSKI Projekt okładki BEATA BARSZCZEWSKA-WOJDA

Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków  Wyd. II. Nakład 150 000 + 350 egz.

 

 

Informacja: Pornografia dzieje się w Polsce z lat wojennych. Dlaczego? Trochę dlatego, że klimat wojny dla niej najwłciwszy. Trochę, że to jednak polskie i nawet może pomlane było, w pierwszym rzucie, odrobinę na wzór taniego romansu z gatunku Rodziewiczówny, czy Zarzyckiej (czy to podobieństwo znikło w późniejszym opracowaniu?). A trochę na przekór żeby podsunąć narodowi, iż w jego łonie zmieszczą się inne konflikty, dramaty, idee, oprócz tych... teoretycznie ustalonych.

Tej Polski wojennej nie znam. Nie byłem przy tym. W ogóle Polski od 1939 r. nie oglądałem. Opisałem to tak, jak sobie wyobrażam. To więc jest Polska imaginacyjna i nie przejmujcie się, że czasem pomylone, czasem może fantastyczne, bo nie o to chodzi i to zupełnie bez znaczenia dla spraw tutaj się odbywających.

Jeszcze jedno. Niech nikt nie doszukuje się w wątku związanym z Armią Krajową (w drugiej części) intencji krytycznej lub ironizującej. AK może być pewna mojego szacunku. Wymyśliłem tę sytuację która mogłaby się zdarzyć w jakiejkolwiek organizacji podziemnej gdyż tego wymagała kompozycja i jej duch, w tym miejscu trochę melodramatyczny. AK, czy nie AK, ludzie są ludźmi wszędzie przytrafi sdz, tchórzem nawiedzony, lub morderstwo dyktowane konspiracją.

W. G.

 

Część pierwsza 1.

Opowiem wam inną przygodę moją, jedną chyba z najbardziej fatalnych.

wczas, a było to w 1943-im, przebywałem był w byłej Polsce i w byłej Warszawie, na samym dnie faktu dokonanego. Cisza. Przetrzebione grono koleżw i przyjaciół moich z byłych kawiarń, Zodiaku, Ziemiańskiej, Ipsu, zbierało się co wtorek w pewnym mieszkanku na Kruczej i tam, popijając, usiłowaliśmy być w dalszym ciągu artystami, pisarzami i myślicielami... podejmując dawne, byłe rozmowy nasze i spory o sztuce... Hej, hej, hej, do dziś widzę siedzących lub leżących w ciężkim dymie, ten nieco szkieletowaty, tamten pokiereszowany, a wszyscy rozkrzyczeni, rozwrzeszczeni. Więc jeden krzyczał: Bóg, drugi: sztuka, trzeci: naród, czwarty: proletariat, i tak dyskutowaliśmy zażarcie i tak to trwało, trwało g, sztuka, naród, proletariat ale kiedyś zjawił się gość w średnim wieku, czarniawy i suchy, z nosem orlim, i przedstawił się każdemu z osobna z zachowaniem wszystkich formalności. Po czym prawie się nie odzywał.

Podziękował za dostarczony kieliszek wódki bardzo starannie i z nie mniejszą starannością powiedział: Ja poprosiłbym jeszcze o zapał... po czym zaczął czekać na za-6 pał i czekał... i, gdy mu ją dano, przystąpił do zapalenia papierosa. Tymczasem wrzała dyskusja g, proletariat, naród, sztuka a smród zaglądał nam w nozdrza. Ktoś zagadnął: Jakie wiatry przywiały pana, panie Fryderyku? na co udzielił natychmiast wyczerpującej odpowiedzi. Dowiedziałem się od pani Ewy, że bywa tu Piętak, więc zaszedłem, bo mam cztery skórki zajęcze i podeszwę. I, aby nie być gołosłownym, pokazał skórki zawinięte w papier.

Podano mu herbatę, któ wypił, ale pozostał mu na talerzyku kawałek cukru i wyciągnął żeby go podnieść do ust ale może uznał ten ruch za nie dość uzasadniony., więc cofnąłkę— jednakże cofnięcie ręki było włciwie czymś bardziej jeszcze nieuzasadnionym wyciągnął tedy rę powtórnie i zjadł cukier ale zjadł już chyba nie dla przyjemności, a tylko żeby odpowiednio się zachować... wobec cukru, czy wobec nas?... i pragnąc zatrzeć to wrażenie kaszlnął i, aby uzasadnić kaszlnięcie, wyciągnął chusteczkę, ale już nie odważ się wytrzeć nosa tylko poruszył nogą. Poruszenie nogi, jak się zdaje, nasunęło mu nowe komplikacje, więc w ogóle ucichł i znieruchomiał. To szczególne zachowanie (bo on włciwie nic tylko „zachowywał się", on „zachowywał się" bez ustanku) już wtedy, przy pierwszym widzeniu wzbudziło moją ciekawość, a w ciągu następnych miesięcy zbliżem się z tym człowiekiem, który zresztą okazał się kimś nie pozbawionym ogłady, a także mającym za sobą doświadczenia z dziedziny sztuki (zajmował się kiedyś teatrem). Bo ja wiem... bo ja wiem... wystarczy gdy powiem wspólnie zajęliśmy się małym handelkiem, który dostarczał nam środków na utrzymanie. No tak, ale to niedługo trwało, bo pewnego dnia otrzymałem list, list od tak zwanego Hipa, czyli Hipolita S., ziemianina z Sandomierskiego, z propozycją abyśmy go odwiedzili i nadmieniał Hipolit, że chce omówić z nami pewne swoje warszawskie sprawy, w których moglibyśmy być mu pomocni. „Tutaj niby spokój, nic takiego, ale chodzą bandy, czasem napadają, jest, uważasz, rozluźnienie. Przyjedźcie we dwóch, będzie raźniej".

Jechać? We dwóch? Nawiedzały mnie trudne do sformułowania wątpliwości dotyczące tej jazdy we dwóch... no bo, brać go ze sobą żeby tam, na wsi, nadal prowadził swoją grę... A jego ciało, to ciało tak... „specyficzne"?... Jechać z nim nie bacząc na tę jego niestrudzonąnieprzyzwoitośc milcząco--krzyczą"?... Obarczać się kimś tak „skompromitowanym a wskutek tego i kompromitującym"?... Naraż się na ten „dialog" prowadzony uparcie... z... kim włciwie?... A jego „wiedza", ta wiedza jego o...? A jego chytrość? A jego podstępy? No tak, to wszystko niezbyt mi sięmiechało, ale z drugiej strony on był w wieczystej grze swojej tak osobno...

tak wyodrębniony z naszego zbiorowego dramatu, tak bez związku z dyskusjami „naród, Bóg, proletariat, sztuka"... i to było mi wypoczynkiem, stanowiło jakieś odciążenie... A przy tym tak nienaganny i spokojny i ostrożny! Jedźmy tedy, o ileż przyjemniej we dwóch! I w rezultacie wdarliśmy się do wagonu i wdrążyli w zapchane wnętrze... aż ruszył w końcu pociąg, zgrzytając.

Godzina trzecia po południu. Mglisto. Fryderyka wpół łamał tułów babi, noga dziecka najeża mu na brodę... i tak jechał... ale jechał, jak zawsze, poprawny i doskonale wychowany. Milczał. Milczałem i ja, jazda szarpała nami i rzucała, a wszystko było jak stęże... lecz przez skrawek okna dojrzałem sinawe i śpiące pola, w które wjeżaliśmy rozkołysanym łoskotem... była to ta sama, tyle razy widziana, płaska szerokość objęta horyzontem, ziemia poszatkowana, kilka drzew uciekających, domek, w tył uchodce zabudowania... to samo co zawsze, to z góry wiadome... Ale nie to samo! I nie to samo, dlatego włnie, że to samo! I niewiadome, i niezrozumiałe, ba, niepojęte, nie do ogarnięcia!

Dziecko rozdarło się, baba kichnęła...

Ten kwaśny zapach... Z dawna znana, wieczysta żość jazdy pociągiem, wznosząca się, opadająca linia drutów lub rowu, nagłe wtargnięcie w okno drzewa, słupa, budki, szparkie pomykanie wszystkiego w tył, wyślizgiwanie się... gdy tam, daleko, na horyzoncie, komin lub wzgórze... pojawiały się i trwały długo, uparcie, jak troska naczelna, troska górująca... póki nie zapadły się w nic powolnym obrotem. Fryderyka 3 miałem tuż przed sobą, oddzielonego dwiema głowami, głowa jego była tuż, tuż, i mogłem ją widzieć milczał i jechał a obecność ciał obcych, nachalnych, obłażących i napierających pogłębiała tylko moje sam na sam z -nim... bez słowa... tak bardzo, że na Boga żywego wolał...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin