Dillard Annie - Pielgrzym nad Tinker Creek.pdf

(993 KB) Pobierz
907791953.001.png
Annie Dillard
Pielgrzym nad Tinker Creek
Przełożył MACIEJ ŚWIERKOCKI
Tytuł oryginału Pilgrim at Tinker Creek
Dla Richarda
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Niebo i Ziemia dla żartu
Miałam kiedyś kota - a ściśle rzecz biorąc, starego, wojowniczego kocura, który w
środku nocy wchodził do domu przez okno nad moim łóżkiem i wskakiwał mi na piersi.
Rozklejałam oko, gdy cuchnący moczem i krwią zwierzak podsuwał mi łeb pod sam nos i
mruczał. Czasami mocno wpijał się przednimi łapami w moją pierś, wyginając grzbiet w
pałąk, jakby ostrzył pazury albo domagał się mleka. Bywało, że budząc się rano, zauważałam
w świetle dnia krwawe ślady pazurów na dekolcie; wyglądałam tak, jak gdyby ktoś mnie
wysmagał kolczastymi różami.
Było gorąco, tak gorąco, że lustrzana tafla wydała mi się ciepła. Umyłam się przed
lustrem, półprzytomna, ciągle nie mogąc otrząsnąć się z niespokojnego letniego snu, który
oblepiał mnie jak morskie wodorosty.
Co ma znaczyć ta krew? I co znaczą te róże? Czy róża przywołuje zjednoczenie, a
krew morderstwo, czy może raczej róża symbolizuje czyste piękno, a krew okrutną ofiarę
albo narodziny? Znaki na moim ciele mogły być także emblematami albo skazami, kluczami
do królestwa bądź też piętnem Kaina. Nie wiedziałam, czym są. Naprawdę nie wiedziałam.
Myłam się, krew spływała ze mnie strużkami, bladła i w końcu całkiem znikała, a ja nie
wiedziałam, czy dokonałam przed chwilą aktu oczyszczenia, czy może zniszczyłam krwawy
znak paschalny. Jeśli w ogóle kiedyś się budzimy, budzimy się w świecie pełnym tajemnic,
informacji o śmierci, pięknie albo przemocy... „Wygląda na to, że jesteśmy skazani na życie
na tym świecie, tylko nikt nie wie dlaczego” - powiedziała mi niedawno pewna kobieta.
Są to poranne problemy, wizje, które miewamy, kiedy ostatnia fala snu wynosi nas na
brzeg, na jasne światło i osuszający ciało powiew wiatru. Pamiętamy ucisk i miękką niczym
małż w skorupie poduszeczkę snu, na której spoczywaliśmy. Ale na wietrze ludzka skóra
twardnieje - wstajemy, opuszczamy rozświetlony brzeg, by zbadać niewyraźnie majaczący w
oddali ląd, i wkrótce tracimy orientację w liściastym interiorze. Przemy uparcie naprzód,
niepomni niczego.
Jeszcze dziś, kiedy się budzę rano, ciągle wspominam tamtego starego kocura.
Poranki nie są już krwawe, bo sypiam teraz przy zamkniętym oknie. Nie ma już tego
zwierzaka i naszych wspólnych rytuałów, moje życie się zmieniło, ale wiem dobrze, że ciągle
igra ze mną jakaś potężna istota. Codziennie budzę się w oczekiwaniu i nadziei, że ujrzę coś
nowego. Jeśli mam szczęście, wyrywają mnie ze snu dziwne ptasie krzyki. Wtedy ubieram się
szybko, wyobrażając sobie, że na podwórku trzepoczą się stada alek albo flamingów.
Dzisiejszego ranka zauważyłam kaczkę karolinkę, czyli kaczkę leśną. Odleciała.
Mieszkam nad Tinker Creek, strumieniem płynącym w dolinie w górach Blue Ridge w
Wirginii. Siedziby anachoretów nazywano niekiedy kotwicowiskami.
Niektóre z nich były po prostu prymitywnymi szałasami, czepiającymi się kościelnych
murów niczym pąkle skały. Mój dom, uczepiony brzegu Tinker Creek, traktuję właśnie jak
takie kotwicowisko. Zwrócony ku spływającej niżej strudze światła, trzyma mnie nad
strumieniem, dokładnie jak kotwica pełnomorskiego statku, nie pozwalając mi odpłynąć z
prądem. Dobrze się tu mieszka - i jest o czym myśleć. Miejscowe rzeczułki - Tinker i
Carvin’s Creek - to aktywne i dynamiczne zagadki, które zmieniają się z każdą minutą.
Symbolizują tajemnicę trwającego ciągle aktu stworzenia i tego wszystkiego, co
związane z bytem, na przykład zawodność percepcji wzrokowej, lęk przed niezmiennością,
dezintegrację teraźniejszości, misterność i złożoność piękna, zew seksualności,
nieuchwytność wolności oraz ułomną naturę doskonałości. Góry - Tinker, Brushy, McAfee’s
Knob i Dead Man - to z kolei tajemnica pasywna, a przy tym najstarsza ze wszystkich. Góry
są prostą zagadką creatio ex nihilo, zagadką materii, zagadką wszystkiego - czyli tego, co
dane. Są olbrzymie, spokojne i chłonne. Możesz oddać swojego ducha górze, a ona zachowa
twój dar i ukryje go w sobie, zamiast odrzucić z powrotem jak niektóre strumienie.
Strumienie to cały świat podniet, impulsów, bodźców i urody - w takim świecie mieszkam.
Lecz moim domem są góry.
Kaczka leśna odleciała. Zauważyłam jedynie błysk jasnej torpedy, rozpruwającej
listowie na swojej drodze. Po powrocie do domu zjadłam całą miskę płatków owsianych.
Dopiero znacznie później pojawiła się długa, ukośna smuga światła, oznaczająca dobrą porę
na spacer.
Przy ładnej pogodzie można spacerować byle gdzie, wtedy świat wydaje się
atrakcyjny. Zwłaszcza woda wygląda wówczas przepięknie, ponieważ odbija w swej tafli
błękitne niebo, siekając je na drobne kawałeczki na kamienistych płyciznach i przemieniając
w białe kaskadki piany w wartkim nurcie. Kiedy przychodzi pochmurny albo mglisty dzień,
płowieje i matowieje nagle wszystko, tylko nie woda, niosąca na grzbiecie swoje własne
światło. Wybieram się w kierunku torów kolejowych, na wzgórze, nad którym przelatują
stada ptaków, i do lasu, gdzie żyje biała klacz. Ale ostatecznie idę nad wodę.
Jest jeden z tych cudownych styczniowych dni, kiedy niebo jest częściowo
zachmurzone, a światło wybiera sobie jakiś zaskakujący fragment pejzażu, żeby mnie łudzić
Zgłoś jeśli naruszono regulamin