12. De Profundis
Dłonie Simona były czarne od krwi. Próbował wyszarpnąć kraty z okienka w drzwiach swojej celi, ale każde dotknięcie pozostawiało piekące, krwawe rany na jego dłoniach. W końcu opadł bezwładnie na podłogę, dysząc ciężko, i wpatrywał się tępo w swoje ręce gdy obrażenia goiły się szybko, rany zasklepiały a płaty sczerniałej skóry odpadały jak błyskawicznie przewijany film na taśmie video.
Po drugiej stronie muru Samuel się modlił. „Jeśli spadnie na nas zło, tak jak miecz, sąd, zaraza czy głód, staniemy przed tym domem, w twojej obecności, i płakać będziemy w naszym nieszczęściu, a wtedy ty nas usłyszysz i pomożesz...”
Simon wiedział, że nie mógł się pomodlić. Próbował tego wcześniej ale imię Boga płonęło w jego ustach i dławiło gardło. Zastanawiał się nad tym czemu mógł pomyśleć to słowo ale powiedzieć już nie. I dlaczego mógł stać w słońcu w południe i nie umrzeć ale nie mógł zmówić swojej ostatniej modlitwy.
Dym zaczął się unosić w korytarzu jak duch. Simon mógł wyczuć woń spalenizny i usłyszeć trzask szalejącego ognia, ale czuł się jak oderwany od rzeczywistości, daleko od wszystkiego. Bycie wampirem było dziwne, to całe zderzenie się z czymś co mogło być opisane jedynie jako wieczne życie, a potem i tak umrzeć w wieku szesnastu lat.
- Simon! – rozległ się słaby głos, ale jego wrażliwy słuch wyłowił go spośród trzasku płomieni. Dym z korytarza był zapowiedzią gorąca, którego fala właśnie wdarła się do środka, tłocząc się wokół niego jak mur. – Simon!
Głos należał do Clary. Poznałby go wszędzie. Zastanawiał się czy jego umysł nie płatał mu teraz figli. To było tak jakby podświadomość podsuwała mu obrazy ukochanej osoby, żeby przeprowadzić go bezboleśnie przez śmierć.
- Simon, ty cholerny idioto! Jestem tutaj! Przy oknie!
Simon skoczył na równe nogi. Wątpił by jego umysł spłatał mu aż takiego figla. Pośród gęstniejącego dymu dostrzegł coś białego poruszajacego się przy zakratowanym oknie. Gdy podszedł bliżej, białe przedmioty okazały się dłońmi zaciśniętymi wokół żelaznych prętów. Wskoczył na pryczę, przekrzykując trzask ognia.
- Clary?
- Dzięki Bogu! – jedna z rąk zacisnęła się na jego ramieniu. – Zaraz cię stąd wyciągniemy.
- Jak? – zapytał, wykazując trochę rozsadku. Rozległ się odgłos szurania a ręce Clary zniknęły, zastąpione przez inną parę. Te były większe i bez wątpienia męskie, z kostkami poznaczonymi bliznami i smukłymi palcami pianisty.
- Trzymaj się – głos Jace’a był spokojny i wyważony, jak gdyby właśnie ucięli sobie pogaduszkę na imprezie a nie rozmawiali w błyskawicznie zajmujących się ogniem lochach. – Mógłbyś się cofnąć.
Zaskoczony Simon posłusznie odsunął się na bok. Dłonie Jace’a zacisnęły się na kracie, jego kłykcie pobielały gwałtownie. Metal jęknął a krata wyskoczyła z kamiennej ściany i upadła obok łóżka z głośnym brzękiem. Chmura duszącego białego pyłu uniosła się w powietrze. W powstałej dziurze pojawiła się głowa Jace’a.
- Simon. CHODŹ – powiedział i wyciągnął rękę.
Simon chwycił jego dłoń. Podciągnął się i chwycił krawędzi okna, przeciskając się przez niewielki kwadrat jak wijący się w tunelu wąż. Sekundę później wypadł na mokrą trawę, przyglądając się kręgowi zmartwionych twarzy nad sobą. Jace, Clary i Alec. Wszyscy przyglądali mu się z zaniepokojeniem.
- Wyglądasz strasznie, wampirze – powiedział Jace. – Co ci się stało w ręce?
Simon wstał. Rany na jego dłoniach już się zagoiły, ale czarne ślady na skórze w miejscach gdzie dotknął krat pozostały. Zanim zdążył odpowiedzieć, Clary rzuciła się w jego stronę i przytuliła mocno.
- Simon – wydyszała. – Nie mogę w to uwierzyć. Nie miałam pojęcia, że tu jesteś. Do wczoraj myślałam, że wróciłeś do Nowego Jorku...
- No cóż – odparł Simon. – Ja też nie wiedziałem, że tu jesteś – spojrzał ponad jej ramieniam na Jace’a. – W rzeczywistości myślę, że celowo nikt mi o tym nie powiedział.
- Tego nie mówiłem – zauważył Jace. – Po prostu nie wyprowadziłem cię z błędu. Tak czy inaczej, uratowałem cię przed spłonięciem żywcem, więc chyba nie powinieneś się na mnie wściekać.
Spłonąć żywcem. Simon odsunął się od Clary i rozejrzał. Stali w ogrodzie otoczonym z dwóch stron przez mury twierdzy i ścianą lasu z pozostałych. Drzewa przerzedzały się w miarę jak żwirowana ścieżka prowadziła w stronę miasta – była oświetlona pochodniami z magicznego światła, ale tylko kilka z nich płonęło. Ich światło było chybotliwe i przytłumione. Simon spojrzał w stronę Gardu.
Patrząc pod tym kątem ledwo można było zobaczyć czarny dym przetykany płomieniami, który zasnuwał niebo. Nieliczne światła w oknach wydawały się nienaturalnie jasne. Kamienne mury dobrze strzegły swoich tajemnic.
- Samuel – powiedział. – Musimy zabrać Samuela.
Clary wyglądała na zdumioną.
- Kogo?
- Nie tylko mnie tu trzymali. Samuel jest w celi obok.
- Ta sterta szmat, którą widziałem wtedy przez okno? – przypomniał sobie Jace.
- Tak. Jest trochę dziwny ale to dobry facet. Nie możemy go tutaj zostawić – Simon poderwał się na nogi. – Samuel? Samuel!
Nie doczekał się odpowiedzi. Podbiegł do niskiego, zakratowanego okna obok tego, przez które sam właśnie przeszedł. Między prętami dostrzegł jedynie wirujący dym.
- Samuel! Jesteś tam?
W dymie coś się poruszyło – coś skulonego i ciemnego. Głos Samuela był szorstki z powodu dymu, gdy odezwał się chrapliwie:
- Zostawcie w spokoju! Wyności się stąd!
- Samuel! Zginiesz tu! – Simon szarpnął za kratę. Nie ruszyła się z miejsca.
- Nie! Zostawcie mnie! Chcę tu zostać!
Simon rozejrzał się z desperacją dookoła i napotkał wzrok Jace’a.
- Przesuń się – powiedział Jace, a kiedy Simon przylgnął do ściany, kopniakiem wyważył kratę, która gwałtownie wypadła z zawiasów i wpadła do celi. Samuel wrzasnął ochryple.
- Samuel! Wszystko w porządku?
Wizja Samuela zmiecionego przez spadającą kratę stanęła Simonowi przed oczami.
- WYNOŚCIE SIĘ STĄD! – głos Samuela urósł do wrzasku.
Simon spojrzał na Jace’a.
- Chyba naprawdę tego chce.
Jace potrząsnął głową, rozdrażniony.
- Musiałeś zawrzeć znajomość z świrem, prawda? Nie mogłeś po prostu liczyć płytek na suficie albo oswoić sobie jakąś mysz, tak jak to robią normalni więźniowie? – powiedział, i bez czekania na odpowiedź, opadł na ziemię i wlazł do środka.
- Jace! – jęknęła Clary. Oboje z Alekiem pośpieszyli w jego stronę, ale Jace zdążył już przejść przez okno i opuścił się do celi poniżej. Clary spojrzała na Simona z gniewem.
- Jak mogłeś mu na to pozwolić?
- No cóż, przecież nie zostawiłby tego faceta na pewną śmierć – odezwał się niespodziewanie Alec, mimo że wyglądał na równie zaniepokojonego co ona. – W końcu mówimy o Jasie...
Urwał na widok rąk wyłaniających się z dymu. Złapał za jedną a Simon chwycił drugą, i razem wyciągnęli Samuela z celi jak bezwładny worek ziemniaków i położyli na ziemi. W chwilę później Clary i Simon wyciągali już Jace’a, mimo że był zdecydowanie mniej bezwładny i zaklął, kiedy niechcący uderzyli jego głową o parapet. Odtrącił ich i sam wydostał się na zewnątrz. Upadł plecami na trawę.
- Ała – mruknął, gapiąc się w niebo. – Chyba coś sobie złamałem – usiadł prosto i spojrzał na Samuela. – Wszystko z nim w porządku?
Samuel siedział skulony na ziemi z twarzą chowaną w dłoniach. Kołysał się w tę i z powrotem nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
- Chyba coś jest z nim nie tak – zauważył Alec. Pochylił się by dotknąć jego ramienia. Samuel szarpnął się do tyłu, o mało się nie przewracając.
- Zostaw mnie – zaskrzeczał. – Proszę. Zostaw mnie w spokoju, Alec.
Alec zastygł w bezruchu.
- Co powiedziałeś?
- Żebyś zostawił go w spokoju – przypomniał mu Simon, lecz Alec wcale na niego nie patrzył. Chyba nawet nie zauważył, że Simon się odezwał. Wpatrywał się w Jace’a, który zbladł nagle i zaczał podnosić się z ziemi.
- Samuelu – powiedział Alec dziwnie szorstkim głosem. – Zabierz ręce z twarzy.
- Nie – Samuel schował podbródek, ramiona mu się trzęsły. – Nie, błagam. Nie.
- Alec! – zaprotestował Simon. – Nie widzisz, że on nie czuje się najlepiej?
Clary złapała Simon za rękaw.
- Coś jest nie tak.
Patrzyła na Jace’a – a dlaczego miałaby nie patrzeć? – gdy wstał by przyjrzeć się skulonej sylwetce Samuela. Opuszki jego palców krwawiły w miejscach, gdzie zadrapał je o okienny parapet, a gdy odsunął dłonią włosy z oczu, zostawiły krwawe ślady na jego policzku. On sam nawet tego nie zauważył. Oczy miał szeroko otwarte a usta zaciśnięte w wąską, pełną gniewu kreskę.
- Nocny Łowco – odezwał się. Jego głos był śmiertelnie poważny. – Pokaż nam swoją twarz.
Samuel zawahał się a potem opuścił ręce. Simon nigdy wcześniej nie widział jego twarzy i dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak wychudzony był jej właściciel i ile miał lat. Jego twarz pokrywała gęsta, siwa broda, miał zapadnięte oczy a policzki przecinały mu głębokie bruzdy. Ale mimo wszystko, w jakiś dziwny sposób, Samuel wydał mu się znajomy.
Wargi Aleca poruszyły się bezgłosnie. To Jace się odezwał.
- Hodge.
- Hodge? – powtórzył jak echo skonfundowany Simon. – To niemożliwe. Hodge był... a Samuel, on nie może być...
- Cóż, to właśnie robi Hodge – powiedział zgryźliwie Alec. – Sprawia, że myślisz, że jest kimś kim nie jest.
- Ale przecież powiedział... – zaczął Simon, ale Clary zacisnęła mocniej rękę na jego rękawie. Słowa zamarły na jego ustach. Wyraz twarzy Hodge’a mu wystarczył. Nie poczucie winy ani nawet przerażenie, gdy jego tożsamość została odkryta, ale straszliwy smutek był tym, na co nie można było długo patrzeć.
- Jace – powiedział bardzo cicho Hodge. – Alec... tak mi przykro...
Jace poruszył się w sposób w jaki poruszał się w walce, płynnie, jak promień słońca ślizgający się po wodzie. Stał przed Hodge’m z wyciągniętym nożem, jego ostry koniec był wycelowany w gardło starego nauczyciela. W ostrzu odbijał się blask ognia.
- Nie chcę twoich przeprosin. Chcę powodu, dla którego miałbym cię teraz nie zabijać.
- Jace – Alec wyglądał na zaniepokojonego. – Jace, zaczekaj.
Nagle rozległ się huk i część dachu pokrywającego Gard wyleciała w powietrze, strzelając pomarańczowymi językami ognia. Powietrze i nocne niebo zaiskrzyły się od żaru. Clary mogła w nim dostrzec każde źdźbło trawy i każdą zmarszczkę pokrywającą wychudłą i przybrudzoną twarz Hodge’a.
- Nie – odparł Jace. Gdy patrzył z góry na Hodge’a, jego pusta twarz przypomniała Clary inne, wyglądające jak maska, oblicze. Twarz Valentine’a. – Wiedziałeś co zrobił mi ojciec, prawda? Znałeś jego wszystkie paskudne sekrety.
Alec przenosił spojrzenie z Hodge’a na Jace i na odwrót, nie rozumiejąc z tego ani słowa.
- O czym wy mówicie? O co tu chodzi?
Twarz Hodge’a skurczyła się.
- Jonathan...
- Zawsze o wszystkim widziałeś a mimo to nie powiedziałeś mi o niczym. Tyle lat spędzonych w Instytucie a ty nigdy nawet słowem nie wspomniałeś o tym, że wiesz.
Hodge wykrzywił usta w grymasie.
- Ja... nie byłem pewny – wyszeptał. – Jeśli nie widziało się kogoś odkąd był dzieckiem... Nie miałem pewności kim jesteś... a tym bardziej czym jesteś.
- Jace? – Alec patrzył raz na swojego najlepszego przyjaciela a raz na Hodge’a. Jego niebieskie oczy wypełniał niepokój. Żaden z nich nie zwracał uwagi na nikogo poza sobą. Hodge wyglądał jak człowiek schwytany w zacieśniająca się pułapkę, dłonie mu drżały jakby w bólu, a oczy miał rozbiegane. Clary przywołała wspomnienie schludnie ubranego mężczyzny w bibliotece, który częstował ją herbatą i udzielał rad. Miała wrażenie jakby to wszystko rozegrało się tysiąc lat temu.
- Nie wierzę ci – powiedział Jace. – Wiedziałeś, że Valentine żyje. Musiał ci powiedzieć...
- Nic mi nie powiedział – wydyszał Hodge. – Gdy Lightwoodowie poinformowali mnie, że biorą do siebie syna Michaela Wylanda, nie miałem żadnej wieści od Valentine’a od czasu Powstania. Myślałem, że o mnie zapomniał. Nawet modliłem się, żeby pogłoski o jego śmierci okazały się prawdziwe, ale nie wiedziałem. A wtedy, w noc przed twoim przyjazdem, Hugo przyleciał do mnie z wiadomością od Valentine’a. „Chłopak jest moim synem”. Tylko tyle w niej było – wziął urywany oddech. – Nie wiedziałem czy mam w to uwierzyć. Pomyślałam, że będę wiedział... będę wiedział jak tylko na ciebie spojrzę, ale nie zobaczyłem niczego. Niczego co by mnie przekonało. I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że to podstęp z jego strony. Ale na czym miał on polegać? Co on chciał przez to osiągnąć? Dla mnie było jasne, że ty nie miałeś o niczym pojęcia, ale co do powodu, dla którego Valentine to zrobił...
- Powinieneś był powiedzieć mi czym byłem – przerwał mu Jace na wydechu, jakby ktoś wycisnął z niego te słowa. – Może wtedy mógłbym coś zrobić. Mógłbym się zabić.
Hodge uniósł głowę i spojrzał na Jace’a przez kurtynę splątanych, brudnych włosów.
- Nie miałem pewności – powtórzył, jakby do siebie – i przez cały ten czas, gdy się nad tym zastanawiałem pomyślałem, że... że może sposób w jaki cię wychowano będzie ważniejszy niż więzy krwi... że możesz nauczyć się...
- Nauczyć czego? Jak nie być potworem? – głos mu zadrżał ale nóż w jego dłoni spoczywał pewnie. – Powinieneś lapiej zdawać sobie z tego sprawę. Zrobił z ciebie płaszczącego się do nóg tchórza. Tyle że ty nie byłeś wtedy małym, bezradnym dzieckiem. Mogłeś z nim walczyć.
Hodge spuścił wzrok.
- Starałem się zrobić to co było dla ciebie najlepsze – powiedział, ale nawet dla Clary zabrzmiało to mało wiarygodnie.
- Zanim Valentine nie powrócił – odparował Jace. – Potem robiłeś już wszystko o co cię poprosił – oddałeś mu mnie tak jakbym był psem, który kiedyś do niego należał, a którym kazał ci się opiekować przez kilka lat...
- A potem uciekłeś – powiedział Alec. – Zostawiłeś nas wszystkich. Naprawdę myślałeś, że zdołasz się tu ukryć? Tu, w Alicante?
- Nie przybyłem tu po to żeby się kryć – wytłumaczył Hodge głosem pozbawionym życia. – Jestem tu po to żeby powstrzymac Valentine’a.
- Nie możesz oczekiwać, że w to uwierzymy – w głosie Aleca na powrót zabrzmiał gniew. – Zawsze stałeś po jego stronie. Zawsze mogłeś się odwrócić do niego plecami...
- Nigdy nie mogłem tego zrobić! – Hodge podniósł głos. – Twoi rodzice dostali drugą szansę na rozpoczęcie nowego życia... Ja nigdy jej nie dostałem! Przez piętnaście lat tkwiłem w Instytucie jak w pułapce...
- Instytut był naszym domem! – krzyknął Alec. – Mieszkanie z nami było dla ciebie aż tak straszne? Bycie częścią naszej rodziny...?
- To nie przez was – głos Hodge’a się łamał. – Kochałem was. Ale wy byliście dziećmi. I nie mogliście pod żadnym pozorem opuszczać domu. Czasami mijały tygodnie zanim znów udało mi się porozmawiać z drugim dorosłym. Żaden Nocny Łowca mi nie ufał. Nawet twoi rodzice mnie nie lubili: tolerowali moją obecność bo nie mieli innego wyboru. Nigdy się nie ożeniłem. Nie miałem własnych dzieci. Nie miałem własnego życia. Aż w końcu któregoś dnia i wy dorośniecie i odejdziecie, i zostanie mi odebrane nawet to. Żyłem w ciagłym strachu.
- Nie sprawisz, że będzie nam cię żal z tego powodu – powiedział Jace. – Nie po tym co zrobiłeś. I czego do jasnej cholery tak bardzo się bałeś, gdy całymi dniami przesiadywałeś w bibliotece, co? Moli książkowych?! To my wychodziliśmy w miasto i walczyliśmy z demonami!
- Bał się Valentine’a – wtrącił Simon. – Nie rozumiesz, że...
Jace obrzucił go jadowitym spojrzeniem.
- Zamknij się, wampirze. To cię w ogóle nie dotyczy.
- Niezupełnie Valentine’a – przyznał Hodge, przyglądając się Simonowi chyba po raz pierwszy, odkąd został wyciągnięty z celi. Coś w jego spojrzeniu zaskoczyło Clary – coś prawie jak sympatia. – Przyczyniła się do tego również moja słabość. Wiedziałem, że któregoś dnia powróci. Wiedziałem, że znów podejmie próbę przejęcia władzy i rządzenia Clave. I zdawałem sobie sprawę z tego co mógł mi zaoferować. Mógł mnie uwolnić od klątwy. Mógł mi dać życie. Własne miejsce. W jego świecie znów byłbym Nocnym Łowcą. W tym świecie już nigdy nim nie będę – w jego głosie zabrzmiała ogromna tęsknota, zbyt bolesna by można jej było słuchać. – I wiedziałem, że będę zbyt słaby by mu się oprzeć, gdyby mi to zaoferował.
- No i popatrz dokąd cię to zaprowadziło – splunął Jace. – Gnijesz w lochach Gardu. Warto było nas zdradzić?
- Znasz odpowiedź – powiedział Hodge zmęczonym głosem. – Valentine zdjął ze mnie klątwę. Przysiagł że to zrobi i dotrzymał słowa. Myślałem że przywróci mnie do Kręgu, albo do tego co z niego zostało. Ale nie zrobił tego. Nawet on mnie nie chciał. Wiedziałem, że w tym nowym świecie nie będzie dla mnie miejsca. I wiedziałem, że sprzedałbym wszystko co mam za jedno kłamstwo – spojrzał w dół na swoje zaciśnięte, pokryte brudem ręce. – Pozostało mi tylko jedno – ostatnia szansa, żeby dokonać czegoś innego oprócz zmarnowania sobie życia. Po tym jak dowiedziałem się, że Valentine zabił Cichych Braci – że zdobył Miecz – wiedziałem, że zacznie szukać Lustra. Potrzebował trzech Darów Anioła. A ja wiedziałem, że Lustro jest w Idris.
- Chwila – Alec podniósł rękę. – Lustro? To znaczy że wiedziałeś gdzie ono jest? I kto je ma?
- Nikt nie może go mieć – odparł Hodge. – Nikt nie może posiąść na własność Lustra. Żaden Nefilim ani Podziemny.
- Ty chyba naprawdę zwariowałeś od tego pobytu w więzieniu – mruknął Jace, wskazując podbródkiem w stronę wypalonego okna lochu. – Prawda?
- Jace – Clary patrzyła z niepokojemw stronę Gardu. Dach budynku zdobiła ciernista korona z czerwono-złotych płomieni. – Ogień się rozprzestrzenia. Powinniśmy jak najszybciej stąd uciekać. Porozmawiamy jak tylko znajdziemy się w mieście...
- Byłem zamknięty w Instytucie przez piętnaście lat – kontynuował Hodge, tak jakby Clary w ogóle się nie odezwała. – Mogłem jedynie wystawić rękę albo nogę na zewnątrz, ale nic więcej. Cały czas siedziałem w bibliotece i badałem sposoby na usunięcie klątwy, jaką nałożyło na mnie Clave. Odkryłem że tylko Dary Anioła mogą to uczynić. Czytałem księgę za księgą opowiadającą o mitologii Anioła, o tym jak powstał z jeziora przynosząc Dary, i jak dał je Jonathanowi Shadowhunterowi, pierwszemu z Nefilim, i o tym, że było ich trzy: Kielich, Miecz i Lustro...
- Wiemy to – przerwał mu rozdrażniony Jace. – Ty nas tego nauczyłeś.
- Myślicie że coś o tym wiecie, ale to nieprawda. W miarę jak przekopywałem się przez najróżniejsze wersje podań, ciągle natrafiałem na ten sam rysunek. Wszyscy go widzieliśmy. Anioł powstający z jeziora z Kielichem w jednej ręce i Mieczem w drugiej. Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego na rysunku nie ma Lustra. A potem uświadomiłem sobie dlaczego. Lustrem jest jezioro. To jezioro jest Lustrem. To jedno i to samo.
Jace opuścił powoli nóż.
- Jezioro Lyn?
Clary przypomniała sobie jezioro, wyglądające jak wychodzące jej na spotkanie lustro, wodę rozbryzgującą się pod naporem jej ciała.
- Wpadłam do niego gdy tu trafiłam. Ma w sobie coś. Luke powiedział mi, że ma dziwne właściwości i że baśniowy ludek nazywa je Jeziorem Snów.
- Dokładnie tak – zaczął gorliwie Hodge. – Zdałem sobie sprawę z tego, że Clave nie miało o tym pojęcia, że ta wiedza zaginęła wraz z upływem czasu. Nawet Valentine nie wiedział...
Przerwał mu huk zapadającej się w dalekim końcu Gardu wieży. W niebo strzeliły fejerwerki ognia i morze czerwonych iskier.
- Jace – odezwał się zaniepokojony Alec, zadzierając głowę. – Jace, musimy się stąd wydostać. Wstawaj – powiedział do Hodge’a, potrząsając go za ramię. – Powiesz Clave to co przed chwilą powiedziałeś nam.
Hodge wstał chwiejnie na nogi. Z ukłuciem niechcianego bólu Clary zastanawiała się jak to musiało być – żyć z ciagłą hańbą nie przez to co się kiedyś zrobiło, ale przez to co robi się teraz i wiedzieć, że zrobiłoby się to ponownie. Hodge już wiele lat temu dał sobie spokój ze spóbowaniem innego, lepszego życia; jedyne czego pragnął to nie bać się a mimo to bał się przez cały czas.
- Chodź – Alec, z ręką ciągle na ramieniu Hodge’a, zmusił go żeby się ruszył. Jace wszedł im w drogę i zablokował przejście.
- Co będzie jeśli Valentine zdobędzie trzeci z Darów Anioła? – zapytał.
- Jace – zganił go Alec, trzymając Hodge’a. – Nie teraz...
- Jeśli powie to Clave, to oni nigdy nam tego nie zdradzą – wyjaśnił Jace. – Dla nich jesteśmy tylko dziećmi. A Hodge jest nam to winien – odwrócił się w stronę swojego nauczyciela. – Powiedziałeś, że zrozumiałeś że musisz powstrzymać Valentine’a. Przed czym? Do zrobienia czego Lustro może dać mu moc?
Hodge pokręcił głową.
- Nie mogę...
- Tylko bez kłamstw – nóż połyskiwał przy boku Jace’a, dłoń zacisnął na rękojeści. – Bo inaczej za każde kłamstwo będę musiał odciąć ci palec. Albo dwa.
Hodge skulił się w sobie. Jego oczy wypełniał prawdziwy strach. Alec zesztywniał.
- Jace, nie. To twój ojciec taki jest. Ty taki nie jesteś.
- Alec – odparł Jace. Nie patrzył na swojego przyjaciela, ale ton jego głosu był pełen żalu. – Nie masz pojęcia jaki naprawdę jestem.
Alec spojrzał na Clary. On nie wie dlaczego Jace się tak zachowuje, pomyślała. Nie ma o niczym pojęcia. Zrobiła krok do przodu.
- Alec ma rację – zabierzemy Hodge’a do Sali i wtedy opowie Clave to samo co nam...
- Gdyby był taki chętny do podzielenia się swoim odkryciem z Clave, to już dawno by to zrobił – odgryzł się Jace, nie patrząc na nią. – To, że tego nie zrobił świadczy że jest kłamcą.
- Clave nie można ufać! – zaprotestował desperacko Hodge. – W jego szeregach są szpiedzy. To ludzie Valentine’a. Nie mogłem im zdradzić gdzie jest Lustro. Gdyby je znalazł, byłby...
Nigdy nie dokończył zdania. W świetle księżyca coś błysnęło srebrzyście, jak promień światła w ciemności. Alec wrzasnął. Oczy Hodge’a otwarły się szeroko gdy zachwiał się, wbijając wzrok w swoją pierś. Gdy cofnął się do tyłu, Clary zrozumiała na co patrzył. Rękojeść długiego sztyletu wystawała mu spomiędzy żeber, jak grot strzały z tarczy.
Alec rzucił się do przodu, złapał swojego starego nauczyciela chroniąc go przed upadkiem i ułożył delikatnie na ziemi. Utkwił bezradne spojrzenie w Jasie. Jego twarz była zbryzgana krwią Hodge’a.
- Jace, dlaczego...
- Ja nic nie zrobiłem – twarz Jace’a była biała, a Clary zauważyła, że ciągle trzymał swój nóż, przyciśnięty mocno do boku. – Ja...
Simon obrócił się a Clary wraz z nim. Oboje wpatrywali się w ciemność. Trawa zajęła się ogniem. Jego piekielny, pomarańczowy blask przechodził w czerń widoczną pomiędzy drzewami rosnącymi na zboczu wzgórza. W końcu coś wyłoniło się z ciemności, cienisty kształt ze znajomymi czarnymi, potarganymi włosami. Podszedł do nich bliżej. Światło odbiło się od jego twarzy i ciemnych oczu, przez co wyglądały jakby płonęły.
- Sebastian? – spytała Clary.
Jace potoczył dzikim wzrokiem od Hodge’a do Sebastiana, stojącego niepewnie na skraju ogrodu. Wyglądał niemal na zszokowanego.
- Ty... – zaczął - ...ty to zrobiłeś?
- Musiałem – odparł Sebastian. – Inaczej by cię zabił.
- Czym?! – głos Jace’a podniósł się i załamał. – Nawet nie miał przy sobie żadnej broni...
- Jace! – Alecowi udało się przebić przez jego wrzaski. – Chodź tu. Pomóż mi z Hodge’m.
- Zabiłby cię – powtórzył Sebastian. – Zabiłby...
Ale Jace już klęczał obok Aleca, chowając nóż za pas. Alec trzymał Hodge’a w ramionach, przód jego koszulki plamiła krew.
- Wyjmij stelę z mojej kieszeni – powiedział. – Spróbuj narysować iratze...
Zastygła z przerażenia Clary wyczuła poruszającego się za nią Simona. Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć i wpadła w szok – jego twarz była biała jak papier poza pałającym czarwonym rumieńcem na obu policzkach. Mogła dostrzec żyły wijące się pod jego skórą jak narośla delikatnego, rozgałęziającego się koralowca.
- Krew – wyszeptał nie patrząc na nią. – Nie mogę tu zostać.
Clary wyciągnęła dłoń żeby złapać go za rękaw ale uskoczył do tyłu, wyrywając się z jej uścisku.
- Nie, Clary, proszę. Zostaw mnie. Nic mi nie będzie, niedługo wrócę. Ja po prostu... – ruszyła za nim ale był dla niej zbyt szybki. Zniknął w ciemnościach między drzewami.
- Hodge... – w głosie Aleca słychać było panikę. – Hodge, wytrzymaj...
Ale jego nauczyciel walczył słabo starając się od niego odsunąć. Odsunąć od steli w ręku Jace’a.
- Nie – twarz Hodge’a przybrała kolor gipsu. Jego oczy przesuneły się z Jace’a na Sebastiana, który ciągle stał ...
Krajculka