Steven Saylor - Ramiona Nemezis.pdf

(1324 KB) Pobierz
Ramiona Nemezis
228
STEVEN SAYLOR
RAMIONA NEMEZIS
Przełożył: Janusz Szczepański
Wydanie oryginalne: 1992
Wydanie polskie: 2001
222391001.001.png
Penni Kimmel -
Helluo librorum et litterarum studiosus
CZĘŚĆ I
TRUP W BIBLIOTECE
ROZDZIAŁ I
Mimo wszystkich swych chwalebnych przymiotów – uczciwości, wierności, sprytu i
niesamowitej zwinności – Eko niezbyt nadaje się na odźwiernego. Jest niemową. Nigdy jednak
nie był głuchy; przeciwnie, ma najbystrzejszy słuch spośród wszystkich znanych mi osób. Śpi
też czujnie, co pozostało mu z tamtych okropnych dni jego dzieciństwa, kiedy porzuciła go
matka, a zanim ja go przygarnąłem, by w końcu adoptować. Nic więc dziwnego, że on właśnie
posłyszał stukanie do drzwi dwie godziny po zmierzchu, kiedy wszyscy w domu już spali.
Powitał mego nocnego gościa, ale nie potrafił go spławić, nie uciekając się do niegrzecznych
gestów wieśniaka odpędzającego pchającą się do izby gęś. Cóż więc miał chłopak uczynić?
Mógłby obudzić Belbona, mojego domowego osiłka. Wielki, śmierdzący czosnkiem i głupawo
przecierający oczy Belbo może nastraszyłby przybysza, lecz wątpię, czy udałoby mu się go
pozbyć. Obcy był uparty, a przy tym dwakroć mądrzejszy niż Belbo silny. Eko zrobił zatem
jedyną możliwą w tej sytuacji rzecz: skinął na gościa, by zaczekał, a sam cicho zapukał do
drzwi mojej sypialni. To nie wystarczyło, by mnie obudzić. Solidne porcje ugotowanej przez
Bethesdę zupy rybnej z kaszą jęczmienną, popite dobrym białym winem sprawiły, że spałem
jak kamień. Chłopiec po cichu otworzył drzwi, podszedł do mnie na palcach i potrząsnął za
ramię.
Obok mnie Bethesda poruszyła się i westchnęła przez sen. Jej bujne czarne włosy
spoczywały na mojej twarzy i szyi. Woń perfumowanej henny wzbudziła w mym podbrzuszu
falę erotycznego mrowienia. Odwróciłem się ku niej, układając wargi do pocałunku i
przesuwając dłonią po jej ciele. Jak to możliwe, pomyślałem sennie, że sięgnęła stamtąd ręką
nade mną i złapała mnie za ramię?
Eko nie lubił wydawać tych półzwierzęcych pomruków właściwych niemowom, uważając
je za uwłaczające jego godności. Wolał zachowywać surowe milczenie Sfinksa i pozwalać
mówić swym dłoniom. Ścisnął moje ramię mocniej i energiczniej potrząsnął. Rozpoznałem
wreszcie jego dotyk, niczym głos kogoś znajomego. Zrozumiałem nawet, co mówi.
– Ktoś przyszedł? – mruknąłem, nie otwierając oczu.
Eko klepnął mnie raz na znak przytaknięcia. Przytuliłem się do Bethesdy, która odwróciła
się tymczasem do mnie plecami. Dotknąłem wargami jej ramienia; wypuściła oddech ni to w
westchnieniu, ni to w zalotnym mruknięciu. We wszystkich moich podróżach, od słupów
Heraklesa po granicę z Partami, nigdy nie spotkałem kobiety reagującej równie wrażliwie. Ona
jest jak lira zrobiona przez mistrza, pomyślałem, idealnie zbudowana i nastrojona, z biegiem lat
coraz doskonalsza. Jakimże szczęściarzem jesteś, Gordianusie Poszukiwaczu, jaki skarb
znalazłeś na aleksandryjskim targu niewolników przed piętnastoma laty...
Gdzieś w pościeli poruszyło się kocię. Egipcjanka do szpiku kości, Bethesda zawsze
trzyma w domu koty i nawet pozwala im włazić do naszego łoża. Kociak ruszył doliną między
naszymi udami, ocierając się o nas miękkim futerkiem. Na razie trzymał pazurki schowane i
całe szczęście, moja najwrażliwsza część bowiem w ostatnich sekundach sporo urosła, a
zwierzak zdawał się zmierzać wprost ku niej. Może pomyślał, że to wąż, którym może się
pobawić. Przycisnąłem się mocniej do dziewczyny, by się osłonić. Westchnęła znowu.
Przypomniała mi się inna, deszczowa noc sprzed dziesięciu lat, zanim dołączył do nas Eko:
inny kot, inne łoże, ale ten sam stary dom po moim ojcu i my dwoje, młodsi, ale bynajmniej nie
inni niż teraz. Zapadłem w drzemkę.
Poczułem na ramieniu dwa ostre klepnięcia. W ten sposób w ciemnościach Eko mówił
„nie” (w dzień normalnie potrząsnąłby głową). Nie, nie mógł i nie chciał odprawić mojego
gościa. Po chwili znów plasnął mnie dwukrotnie.
– Dobrze już, dobrze... – wymamrotałem.
Bethesda odsunęła się ze złością, pociągając za sobą koc i wystawiając mnie na wilgotny
chłód wrześniowej nocy. Kociak przekoziołkował w moją stronę, rozczapierzając pazury dla
złapania równowagi.
– Na jądra Numy! – syknąłem głośno, choć to nie ów legendarny król doznał w tej chwili
skaleczenia drobnym pazurkiem.
Eko dyskretnie nie zwrócił uwagi na mój okrzyk bólu, ale Bethesda zachichotała sennie.
Wyskoczyłem z łoża i po omacku poszukałem tuniki. Chłopiec już ją podawał, trzymając w
górze, by łatwo mi było ją nasunąć.
– Oby się okazało, że to coś ważnego! – warknąłem.
Sprawa istotnie była ważna, choć ani tamtej nocy, ani jeszcze przez jakiś czas nie
wiedziałem jak bardzo. Gdyby czekający w westybulu emisariusz wyraził się jasno, gdyby
szczerze powiedział, z czym i od kogo przybywa, spełniłbym jego życzenie bez chwili
wahania. Takie sprawy i tacy klienci trafiają się w moim fachu nazbyt rzadko. Gotów byłbym
bić się o takie zlecenie. Jednakże człowiek, który przedstawił się lakonicznie jako Marek
Mummiusz, roztaczał aurę wieszczej tajemniczości i traktował mnie z podejrzliwością
graniczącą z pogardą. Oznajmił, że moje usługi są niezwłocznie potrzebne i w związku z tym
będę musiał wyjechać z Rzymu na kilka dni.
– Czy masz jakieś kłopoty? – spytałem.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin