Zizek Slavoj - Irak - fałszywe obietnice.pdf

(497 KB) Pobierz
Slavoj Zizek - Irak - fałszywe obietnice, Za mało bomb i za późno
Slavoj Žižek
Irak – fałszywe obietnic e 1
Kto   chce   zrozumieć,   dlaczego   administracja   Busha   dokonała   inwazji   na   Irak,   powinien 
przeczytać  „Objaśnianie   marzeń  sennych”   Freuda,   a   nie   Strategię  Bezpieczeństwa   Narodowego 
Stanów   Zjednoczonych.   Tylko   pokrętna   logika   snu   może   wyjaśnić,   dlaczego   Amerykanie   są 
przekonani,  że   agresywne   dążenie   do   sprzecznych   celów   –   takich   jak   szerzenie   demokracji, 
utrwalanie hegemonicznej  pozycji  Stanów  Zjednoczonych  i zapewnianie sobie stabilnych  dostaw 
surowców energetycznych – zakończy się sukcesem. Dla zilustrowania dziwacznej logiki marzenia 
sennego Freud przytaczał historię o pożyczonym czajniku. Kiedy znajomy oskarża cię, że zwróciłeś 
mu pęknięty czajnik, najpierw odpowiadasz, że nigdy czajnika nie pożyczałeś, potem, że oddałeś 
czajnik nieuszkodzony, a wreszcie, że czajnik był pęknięty już wówczas, gdy go pożyczałeś. Taka 
wyliczanka   niespójnych   argumentów   oczywiście   potwierdza   to,   czemu   próbujesz   zaprzeczyć, 
mianowicie,  że   pożyczyłeś  czajnik   i  że   go   uszkodziłeś.   Podobny   łańcuch   niespójności   cechuje 
publiczne uzasadnienia ataku na Irak na początku 2003 roku, które wygłaszała administracja Busha. 
Po   pierwsze,   administracja   twierdziła,  że   Saddam   Husajn   posiada   broń  masowego   rażenia,   co 
stanowi   „realne   zagrożenie”   dla   krajów   sąsiadujących   z   Irakiem,   Izraela   i   wszystkich 
demokratycznych państw Zachodu. Jak dotąd broni takiej nie znaleziono (mimo że szukało jej przez 
kilka miesięcy ponad tysiąc amerykańskich specjalistów). Administracja więc stwierdziła, że nawet 
jeśli Saddam Husajn nie dysponuje bronią masowego rażenia, to i tak współpracował z al­Kaidą 
przy atakach z 11 września, trzeba go zatem ukarać, aby zapobiec podobnym atakom w przyszłości. 
Jednak   we   wrześniu   2003   roku   nawet   prezydent   George   W.   Bush   musiał   przyznać,   iż  Stany 
Zjednoczone „nie mają dowodów, że Saddam Husajn był zamieszany w wydarzenia 11 września”. 
Wreszcie, istniał też trzeci poziom uzasadnień: nawet jeśli nie ma dowodów powiązań z al­Kaidą, to 
bezwzględna   dyktatura   Saddama   stanowi   zagrożenie   dla   sąsiednich   krajów   i   katastrofę  dla 
Irakijczyków,   co   jest   wystarczającym   powodem,   by   ją  obalić.   To   prawda,   ale   dlaczego   obalać 
właśnie   dyktaturę  iracką,   a   nie   inne   reżimy,   poczynając   od   Iranu   i   Korei   Północnej,   dwu 
pozostałych   państw   należących   do   niesławnej   Bushowskiej   „osi   zła”?   Jeżeli   zatem   wymienione 
uzasadnienia nie ostają się po bliższej analizie, a tylko sugerują, że administracja myliła się co do 
przyczyn własnego postępowania, to jakie były prawdziwe powody inwazji na Irak? W zasadzie są 
trzy.   Po  pierwsze,   szczere   ideologiczne   przekonanie,  że  przeznaczeniem   Stanów   Zjednoczonych 
jest   niesienie   innym   krajom   demokracji   i   dobrobytu;   po   drugie,   chęć  brutalnego   potwierdzenia 
amerykańskiej hegemonii; po trzecie, potrzeba kontrolowania irackich rezerw ropy naftowej. Każde 
z   tych   trzech   uzasadnień  funkcjonuje   niezależnie   od   pozostałych   i   zasługuje   na   poważne 
potraktowanie;  żadnego   z   nich,   łącznie   z   szerzeniem   demokracji,   nie   wolno   lekceważyć  jako 
zwykłej manipulacji i kłamstwa. Każde może budzić sprzeciw i ma swoje dobre i złe konsekwencje. 
Jednakże wszystkie trzy razem wzięte okazują się niebezpiecznie niespójne i skazują amerykańskie 
działania w Iraku na klęskę.
Nie­tak­spokojni Amerykanie
Historycznie   rzecz   biorąc,   Amerykanie   postrzegali   własną  rolę  w  świecie   w   kategoriach 
altruistycznych.   „Próbujemy   być  dobrzy   –   powiadali   –   chcemy   pomagać  innym,   nieść  pokój   i 
dobrobyt, i zobaczcie, co dostajemy w zamian”. Takie filmy jak „Poszukiwacze” Johna Forda czy 
1 Źródło: „EUROPA” (10) 134/04 (09.06.2004), GLOBALIZACJA, str. 5.
1 / 9
 
 
Slavoj Žižek
„Taksówkarz”   Martina   Scorsese   albo   książki   w   rodzaju   „Spokojnego   Amerykanina”   Grahama 
Greene'a, ukazujące istotę naiwnej amerykańskiej dobroczynności, nigdy nie były bardziej aktualne 
niż  obecnie,   w   dobie   globalnej   ofensywy   ideologicznej   Stanów   Zjednoczonych.   Jak   powiada 
Greene   o   swoim   amerykańskim   bohaterze,   który   bardzo   chce   dać  Wietnamczykom   zachodnią 
wolność  i   demokrację,   ale   widzi,  że   jego   dążenia   okazują  się  kompletnym   niewypałem:   „Nie 
znałem   człowieka,   który   narobiłby   tyle   kłopotów,   a   jednocześnie   miał   tak   dobre   intencje”.   U 
podstaw tych dobrych intencji leży przekonanie, że w głębi duszy wszyscy jesteśmy Amerykanami. 
Skoro   tak   przedstawia   się  prawdziwe   pragnienie   ludzkości,   to   wystarczy,  że  Amerykanie   dadzą 
innym   narodom   szansę,   uwolnią  je   od   narzuconego   im   jarzma,   a   narody   te   automatycznie 
przyswoją sobie ideologiczne amerykańskie marzenie.
Nic   dziwnego,  że   Stany   Zjednoczone   przeszły   od   polityki   „ograniczania   wpływów” 
nieprzyjaciela do polityki wspierania „kapitalistycznej rewolucji”, jak określił to Stephen Schwartz 
z   Fundacji   na  rzecz   Obrony   Demokracji   w   lutym   2003   roku.   Stany   Zjednoczone,   podobnie   jak 
rozpadający   się  Związek   Radziecki   kilkadziesiąt   lat   temu,   są  dzisiaj   wywrotowym   inspiratorem 
światowej   rewolucji.   Kiedy   jednak   w   orędziu   o   stanie   państwa   ze   stycznia   2003   roku   Bush 
stwierdził,  że  „wolność,  którą tak  sobie  cenimy,  nie jest  darem  Ameryki   dla świata,  lecz  darem 
Boga dla ludzkości”, ów pozorny przypływ pokory maskował totalitarne intencje. Każdy totalitarny 
przywódca zapewnia, że sam byłby nikim: jego siła jest siłą popierających go ludzi, a on wyraża 
tylko ich najgłębsze dążenia. Czy to samo nie dotyczy roszczeń Busha? Gdyby wolność była darem 
Stanów Zjednoczonych  dla innych  narodów,  sytuacja wyglądałaby  prościej: przeciwnicy  polityki 
amerykańskiej  byliby  po prostu  przeciwnikami  polityki określonego  państwa narodowego.  Jeżeli 
jednak wolność jest darem Boga dla ludzkości, a rząd Stanów Zjednoczonych został wybrany, by 
przekazać  ten   dar   wszystkim   narodom  świata,   to   przeciwnicy   polityki   amerykańskiej   odrzucają 
najszlachetniejszy   z   boskich   darów.   Przejdźmy   do   drugiej   przyczyny   ataku:   chęci 
zademonstrowania   bezwarunkowej   hegemonii   Stanów   Zjednoczonych.   Otóż  Strategia 
Bezpieczeństwa   Narodowego   administracji   Busha   wzywa   do   przełożenia   „niezrównanej   potęgi 
wojskowej oraz ogromnych wpływów gospodarczych i politycznych Ameryki” na „dziesięciolecia 
pokoju, dobrobytu i wolności”. Ale myśliciele neokonserwatywni wypowiadają bardziej otwarcie 
to, czego nie mogą wypowiedzieć ich bracia z Białego Domu. W opublikowanej niedawno książce 
„The War over Iraq” (Wojna o Irak) neokonserwatyści William Kristol i Lawrence F. Kaplan piszą: 
„Misja rozpoczyna się w Bagdadzie, ale bynajmniej się tam nie kończy. [...] Stoimy u progu nowej 
ery. [...]  To decydujący  moment.  [...] Jest oczywiste,  że chodzi  o coś więcej niż Irak.  Ba, o coś 
więcej   nawet   niż  przyszłość  Bliskiego   Wschodu   i   wojnę  z   terroryzmem.   Stawką  jest   rola,   jaką 
Stany   Zjednoczone   zamierzają  odgrywać  w   dwudziestym   pierwszym   wieku”.   Niepodobna   nie 
zgodzić  się  z   tym   twierdzeniem:   amerykańska   inwazja   na   Irak   stawia   pod   znakiem   zapytania 
przyszłość  wspólnoty   międzynarodowej,   podnosząc   fundamentalny   problem   „nowego   porządku 
światowego” oraz rządzących nim reguł.
Co   do   trzeciego   powodu   inwazji   na   Irak,   uproszczeniem   byłoby   zakładać,  że   Stany 
Zjednoczone   zamierzały   przejąć  iracki   przemysł   naftowy   z   całym   dobrodziejstwem   inwentarza. 
Ponieważ jednak mowa o kraju, który – jak to ujął zastępca sekretarza obrony Paul Wolfowitz – 
„unosi   się  na   morzu   ropy   naftowej”,   amerykańscy   decydenci   musieli   brać  pod   uwagę  oddanie 
władzy   w   ręce   rządu   sprzyjającego   Stanom   Zjednoczonym,   dbającego   o   dopuszczanie 
zagranicznych (czytaj: amerykańskich) inwestycji w irackim przemyśle paliwowym i cieszącego się 
wpływową pozycją w Organizacji Państw Eksporterów Ropy Naftowej. Można nawet powiedzieć, 
że pominięcie tej ewentualności przez Amerykanów byłoby ogromnym błędem strategicznym.
2 / 9
Slavoj Žižek
Groteskowe imperium amerykańskie
Spośród   tych   trzech   przyczyn   inwazji   kluczowe   znaczenie   ma   druga:   chodzi   o 
wykorzystanie   Iraku   jako   pretekstu   lub   przykładu   wyznaczającego   parametry   nowego   porządku 
światowego,   o   potwierdzenie   prawa   Stanów   Zjednoczonych   do   ataków   prewencyjnych,   a   tym 
samym o umocnienie pozycji Ameryki jako jedynego policjanta globalnego porządku. Przesłanie, 
jakim był amerykański atak, adresowane było w pierwszym rzędzie nie do narodu irackiego, lecz do 
wszystkich  świadków   wojny   –   to   my   byliśmy   prawdziwymi   adresatami   politycznymi   i 
ideologicznymi.
W tym punkcie należałoby  zadać naiwne pytanie:  dlaczego  właściwie Stany  Zjednoczone 
nie miałyby zostać globalnym policjantem? Przecież od zakończenia zimnej wojny aż się prosi, by 
jakieś  globalne   mocarstwo   zajęło   taką  pozycję.   Jednakże   kłopot   z   dzisiejszymi   Stanami 
Zjednoczonymi nie polega na tym, że są one nowym światowym imperium, lecz na tym, że nim nie 
są  –   udają  imperium,   ale   w   dalszym   ciągu   zachowują  się  jak   państwo   narodowe,   bezwzględnie 
realizujące własne interesy.  Gdyby  odwrócić stary ekologiczny slogan, można by powiedzieć, że 
dewiza polityki zagranicznej administracji Busha brzmi „działaj globalnie, myśl lokalnie”. Weźmy 
amerykańską decyzję o nałożeniu cła na stal: Światowa Organizacja Handlu uznała ją za nielegalną, 
decyzja   z   pewnością  stanowiła   pogwałcenie   uświęconej   zasady   przekazywanej   przez   Stany 
Zjednoczone krajom rozwijającym się, tej mianowicie, aby bez jakichkolwiek ograniczeń otworzyły 
się  na   globalny   rynek.   Innym   przykładem   amerykańskiego   dwójmyślenia   była   presja   USA   na 
Serbię  w   lecie   2003   roku.   Wysocy   amerykańscy   urzędnicy   domagali   się,   aby   Serbia   wydała 
podejrzanych  o zbrodnie wojenne haskiemu  Międzynarodowemu  Trybunałowi  Kryminalnemu  do 
spraw byłej Jugosławii (zgodnie z logiką globalnego imperium, które domaga się transnarodowych 
instytucji   wymiaru   sprawiedliwości);   równocześnie   jednak   wywierali   nacisk   na   Serbię,   aby 
podpisała   traktat   dwustronny   zobowiązujący   do   niewydawania   nowemu   Międzynarodowemu 
Sądowi   Kryminalnemu   (również  z   siedzibą  w   Hadze)   obywateli   Stanów   Zjednoczonych, 
podejrzanych o zbrodnie wojenne lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości (zgodnie z logiką państwa 
narodowego).
Nic dziwnego, że skonsternowani Serbowie zareagowali furią.
Czy ta sama niespójność nie cechuje aby amerykańskiego sposobu prowadzenia „wojny z 
terroryzmem”?   Wzorcową  strategią  gospodarczą  dzisiejszego   kapitalizmu   jest   „zlecanie   na 
zewnątrz”   –   powierzanie   „brudnego”   procesu   materialnej   produkcji   (ale   także   reklamy,   prac 
projektowych,   księgowości   itp.)   innej   firmie.   Produkcję  prowadzi   się  na   przykład   w   Indonezji, 
gdzie standardy pracy i ochrony środowiska są znacznie niższe od obowiązujących na Zachodzie, a 
zachodnia  firma, będąca właścicielem  logo,  może twierdzić,  że nie ponosi  odpowiedzialności  za 
nadużycia,   jakich   dopuszczają  się  jej   podwykonawcy.   Coś  analogicznego   ma   miejsce   z 
przesłuchaniami ludzi podejrzanych o działalność terrorystyczną, które „zleca się” sojusznikom z 
Trzeciego  Świata   (krajom   krytykowanym   w   rocznym   raporcie   amerykańskiego   Departamentu 
Stanu   o   przestrzeganiu   praw   człowieka),   którzy   mogą  wymuszać  zeznania,   nie   przejmując   się 
kłopotami prawnymi i publicznymi protestami. „Nie możemy zalegalizować tortur, to sprzeczne z 
amerykańskim systemem wartości” – grymasi na łamach „Newsweeka” felietonista Jonathan Alter; 
podsumowując,   stwierdza   jednak,  że  „powinniśmy   pomyśleć  o   przekazaniu   części   podejrzanych 
naszym   mniej   przewrażliwionym   sojusznikom,   nawet   jeśli   to   obłudne.   Nikt   nie   powiedział,  że 
wszystko   będzie   czyste   i   ładne”.   Demokracje   Pierwszego  Świata   coraz   częściej   zlecają  brudną 
3 / 9
Slavoj Žižek
robotę  innym   krajom   –   i   nieważne,   czy   chodzi   o   telemarketing   czy   tortury.   Szansa   na 
podporządkowanie   wojny   z   terroryzmem   międzynarodowemu   porządkowi   prawnemu   została 
zmarnowana.   Dlaczego?   Używając   słów   Muhammada   Saida   al­Sahafa,   irackiego   ministra 
informacji, który podczas jednej ze swoich ostatnich konferencji prasowych w czasie wojny miał 
rzekomo   zaprzeczyć,   jakoby   Amerykanie   opanowali   niektóre   dzielnice   Bagdadu:   „[Amerykanie] 
nie panują nad niczym, nawet nad sobą!”. Jednym słowem, amerykańscy decydenci nie dostrzegają 
sprzeczności między swoimi  intencjami  oraz między  intencjami  a działaniami,  nie mówiąc już o 
próbach likwidowania tych sprzeczności. W lutym 2002 roku amerykański sekretarz obrony Donald 
Rumsfeld oddał się amatorskiej spekulacji filozoficznej na temat związku między tym, co znane, a 
tym, co nieznane: „Są wiadome wiadome; innymi słowy, wiemy, że są rzeczy, o których wiemy. 
Wiemy też, że są wiadome niewiadome; innymi słowy, wiemy, że są rzeczy, o których nie wiemy. 
Ale   są  też  niewiadome   niewiadome   –   rzeczy,   o   których   nie  wiemy   i  nawet   o   tym   nie  wiemy”. 
Zdaniem Rumsfelda, właśnie te niewiadome niewiadome są najbardziej niebezpieczne dla Stanów 
Zjednoczonych. Rumsfeld zapomniał jednak o czwartym – kluczowym – terminie: o niewiadomych 
wiadomych, czyli o rzeczach, które wiemy, choć o tym nie wiemy – innymi słowy o Freudowskiej 
nieświadomości,   „wiedzy,   która   nie   wie   o   sobie   samej”,   jak   mawiał   francuski   psychoanalityk 
Jacques   Lacan.   Pod   wieloma   względami   owe   niewiadome   wiadome   –   wyparte   przekonania   i 
przesłanki,   którymi   kierujemy   się,   nie   będąc   tego  świadomi   –   stanowić  mogą  jeszcze   większe 
zagrożenie.   Tak   jest   w   istocie   z   przyczynami   tej   wojny.   Tym,   co   „niewiadome”   (wyparte, 
ignorowane),  nie jest w pierwszym rzędzie problematyczny  charakter każdej racji jako takiej (na 
przykład to, że szerząc demokrację, Stany Zjednoczone narzucają własną wersję demokracji), lecz 
niemożność pogodzenia wszystkich racji.
Stany   Zjednoczone   dążą  do   kilku   celów   (szerzenie   demokracji,   utrwalanie   własnej 
hegemonii,   zapewnianie   sobie   zapasów   ropy   naftowej),   których   ostatecznie   nie  da  się  pogodzić. 
Weźmy   Arabię  Saudyjską  i   Kuwejt,   kraje   będące   konserwatywnymi   monarchiami,   ale   zarazem 
sojusznikami gospodarczymi, mocno związanymi z zachodnim kapitalizmem.
Tu interes Stanów Zjednoczonych określony jest bardzo precyzyjnie: aby rzeczone państwa 
gwarantowały   Stanom   Zjednoczonym   rezerwy   paliwowe,   muszą  pozostać  niedemokratyczne, 
można   bowiem   iść  o   zakład,  że   demokratyczne   wybory   w   Arabii   Saudyjskiej   lub   w   Kuwejcie 
wyłoniłyby   islamski,   nacjonalistyczny   reżim,   karmiący   się  nastrojami   antyamerykańskimi. 
„Sześćdziesięcioletnia   polityka   usprawiedliwień  i   ustępstw   wobec   braku   wolności   na   Bliskim 
Wschodzie w niczym nie wzmocniła naszego bezpieczeństwa” – stwierdził Bush w listopadzie 2003 
roku. Polityka ta zagwarantowała jednak krajom Zachodu względnie stabilne dostawy energii, a nie 
jest to coś, co Stany Zjednoczone skłonne byłyby złożyć z dnia na dzień na ołtarzu wolności. Co 
więcej,   przy   wszystkich   zapewnieniach   Busha   o   „ekspansywnej   strategii   wolności   na   Bliskim 
Wschodzie” wiemy już, co oznacza owo niesienie demokracji: ostatecznie to Stany Zjednoczone i 
ich „dobrowolni partnerzy” decydują, czy dany kraj dojrzał do demokracji  i jaką formę powinna 
ona przyjąć. Weźmy komentarz Rumsfelda z kwietnia 2003, że Irak nie powinien stać się teokracją, 
lecz tolerancyjnym świeckim państwem, w którym wszystkie grupy religijne i etniczne cieszyć się 
będą tymi samymi prawami. Amerykańscy politycy zareagowali ledwie skrywanym zakłopotaniem 
na wieść, że nowa konstytucja iracka może przyznawać uprzywilejowaną pozycję islamowi. Mamy 
tu do czynienia z podwójnym  paradoksem:  po pierwsze,  byłoby miło, gdyby Stany  Zjednoczone 
zażądały   tego   samego   od   Izraela   w   odniesieniu   do   judaizmu;   po   drugie,   ponieważ  Irak   epoki 
Saddama   był   już  państwem  świeckim,   w   wyniku   demokratycznych   wyborów   doszłoby 
prawdopodobnie do uprzywilejowania islamu! Według brytyjskiego dziennika „The Independent”, 
4 / 9
Slavoj Žižek
anonimowy  wysoki urzędnik administracji amerykańskiej miał stwierdzić, że „pierwszym gestem 
polityki   zagranicznej   demokratycznego   Iraku   powinno   być  uznanie   Izraela”.   W   rzeczywistości 
rezultatem amerykańskiej okupacji Iraku będzie przypuszczalnie powstanie fundamentalistycznego, 
muzułmańskiego ruchu antyamerykańskiego, powiązanego z podobnymi ruchami w innych krajach 
arabskich   lub   o   znacznej   populacji   muzułmańskiej.   Zupełnie   jakby   jakaś  niewidzialna   ręka 
przeznaczenia   czuwała   nad   tym,  żeby   amerykańska   interwencja   doprowadziła   do   rezultatów, 
których Stany Zjednoczone próbują za wszelką cenę uniknąć.
Za mało bomb i za późn o 1
Za   zwycięzcę  w   konkursie   na   największą  pomyłkę  1998   roku   możemy   uznać  pewnego 
latynosa – patriotę i terrorystę – który w liście do konsulatu Stanów Zjednoczonych wysłał bombę, 
protestując   przeciwko   amerykańskiej   ingerencji   w  wewnętrzne   sprawy   jego   kraju.   Jako   uczciwy 
obywatel podał na kopercie adres zwrotny, ale ponieważ nalepił za mało znaczków, poczta mu ją 
odesłała. Zapomniawszy, co do niej włożył, człowiek ów otworzył kopertę i zginął rozerwany przez 
własną  bombę.   Oto   doskonały   przykład   na   to,  że   list   w   końcu   zawsze   trafia   do   właściwego 
odbiorcy.   Czy   coś  podobnego   nie  przytrafia   się  dziś  reżimowi   Slobodana   Miloszevicia?   Bardzo 
wymowny   w   tym   względzie   jest   styl   propagandy   serbskiej   telewizji   satelitarnej,   której   program 
kierowany   jest   do   odbiorców   znajdujących   się  poza   Serbią:   nie   ma  żadnych   informacji   o 
okrucieństwie   wobec   Kosowian,   a  o   uciekinierach   mówi   się,  jak   o   ludziach   uciekających   przed 
bombardowaniami NATO. Serbia jawi się jako wyspa pokoju, jedyne miejsce w byłej Jugosławii, 
które pozostało nietknięte toczącą się wszędzie wokół wojną, a które teraz z jakiś irracjonalnych 
pobudek zostało zaatakowane przez szaleńców z NATO, którzy niszczą mosty i szpitale... Przez lata 
Miloszević  wysyłał   bomby   w  listach   do   swoich   sąsiadów   –   od   Albanii   po   Chorwację  i  Bośnię. 
Rozpalał ogień w całej byłej Jugosławii, ale nie wciągał bezpośrednio do konfliktu Serbii. W końcu 
jednak   ostatni   list   wrócił   do   nadawcy.   Miejmy   nadzieję,  że  skutkiem   interwencji   NATO   będzie 
ogłoszenie Miloszevicia największą polityczną pomyłką roku.
W   interwencji   Zachodu   w   Kosowie   tkwi   ziarno   sprawiedliwości   dziejowej   –   nie 
zapominajmy,  że   tu   właśnie   zaczęła   się  wspinaczka   Miloszevicia   po   władzę.   Owa   wspinaczka 
została ukoronowana wzmocnieniem pozycji Serbii zagrożonej w sposób szczególny przez albański 
„separatyzm”.   Albańczycy   byli   pierwszym   celem   Miloszevicia,   później   skierował   swój   gniew 
przeciw   innym   republikom   byłej   Jugosławii   –   Słowenii,   Chorwacji,   Bośni   –   aż  w   końcu   cały 
konflikt  powrócił  do Kosowa.  Zatoczywszy  koło, strzała etnicznych  konfliktów  wróciła  do tego, 
który ją wypuścił. To kluczowy, wart zapamiętania fakt: rozpad Jugosławii nie zaczął się wtedy, 
gdy   słoweńska   „secesja”   spowodowała   efekt   domina   (najpierw   Chorwacja,   potem   Bośnia, 
Macedonia),   ale   już  w   1987   roku,   gdy   Miloszević  wprowadził   konstytucjonalne   reformy, 
pozbawiając   Kosowo   i   Wojewodinę  ograniczonej   autonomii.   To   właśnie   wtedy   została 
bezpowrotnie zniszczona krucha równowaga, na której opierała się Jugosławia. Od tego momentu 
Jugosławia żyła jeszcze jakiś czas tylko dlatego, że nie zdawała sobie sprawy, iż już jest martwa – 
była jak kot z filmów animowanych, który unosi się nad przepaścią i spada w nią dopiero wówczas, 
gdy dostrzega, że nie ma pod sobą gruntu. Od czasu przejęcia władzy przez Miloszevicia jedyną 
szansą przetrwania dla Jugosławii była zmiana jej formuły: Jugosławia pod dominacją Serbii lub 
1 Źródło: „Magazyn Sztuki”, nr 22/1999. Tłumaczenie: Beata Maciejewska.
5 / 9
 
 
Zgłoś jeśli naruszono regulamin