20. Trudna decyzja
Uderzenie wody w twarz odebrała jak cios. Zapadła się, dusząc, w lodowatą ciemność. Jej pierwszą myślą było to, że Portal wyblakł zanim został naprawiony, a ona sama utknęła gdzieś w czarnej, wirującej dziurze, w której udusi się i umrze, tak jak kiedyś ostrzegał ją Jace, że może się tak czuć za pierwszym razem gdy skorzysta z Portalu.
Jej drugą myślą było to, że już nie żyła. Najprawdopodobniej była tylko nieprzytomna przez kilka sekund, ale odebrała to tak, jakby nastąpił koniec świata. Odzyskanie przytomności było jak szok towarzyszący temu, który odczuwało się przez wpadnięciu do wody przez połamaną warstwę lodu. W jednej chwili była nieprzytomna a w drugiej już nie. Lażała na mokrej i zimnej ziemi, wpatrując się w niebo tak pełne gwiazd, że wyglądało to tak jakby ktoś cisnął garść srebrnych odłamków na jego ciemną powierzchnię. Usta miała pełne słonawego płynu. Odwróciła głowę na bok i kaszlała i pluła dopóki nie zaczerpnęła oddechu. Gdy żołądek przestał ją boleć, przekręciła się na bok. Nadgarstki miała związane opaską jarzącego się światła a nogi ciążyły jej dziwnie, szczypiąc mocno na całej powierzchni, jakby ktoś wbijał w nie szpilki. Zastanawiała się czy działo się tak dlatego, że leżała na nich pod dziwnym kątem czy to był efekt uboczny tego, że prawie utonęła. Jej kark płonął jakby ukąsiła ją tam osa. Z westchnieniem podciągnęła się do siedzącej pozycji, z niezgrabnie rozciągniętymi nogami, i rozejrzała się dookoła.
Siedziała na brzegu Jeziora Lyn. Za nią rozpościerała się ściana czarnych skał, klify, które zapamiętała podczas swojej wędrówki z Lukiem. Piasek na plaży był ciemny i połyskiwał drobinkami srebrzystej miki. Tu i ówdzie wbito w niego pochodnie z magicznego światła, wypełniające powietrze swoim blaskiem i zostawiające migotliwe linie na powierzchni wody. Tuż nad brzegiem jeziora, niedaleko miejsca w którym siedziała, stał niski stół zrobiony z płaskich, ustawionych jeden na drugim kamieni. Było jasne, że zostały ułożone w pośpiechu, szczeliny pomiędzy kamieniami wypełniał mokry piach a niektóre z nich rozjeżdżały się pod dziwnymi kątami. Na powierzchni stołu stało coś, co sprawiło, że Clary wciągnęła powietrze ze świstem – Kielich, a na nim położony po skosie Miecz, w magicznym świetle wyglądający jak jęzor z czarnych płomieni. Wokół ołtarza ciągneły się czarne linie run wyrysowane w piasku. Patrzyła na nie, ale były zagmatwane i niezrozumiałe... Po piasku przebiegł szybko poruszający się cień... Długi, czarny cień, drżący i niewyraźny w chybotliwym świetle pochodni. Zanim Clary zdążyła podnieść głowę, już nad nią stał.
Valentine.
Szok, jaki odczuła na jego widok, był tak ogromny, że prawie wcale nią nie wstrząsnął. Gdy patrzyła na swojego ojca, nie czuła kompletnie nic. Jego twarz majaczyła na tle ciemnego nieba jak księżyc: biała, surowa, z oczami czarnymi jak kratery. Do koszuli miał przypięte mnóstwo skórzanych pasków, za które zatknięta była ogromna ilość broni. Pokrywały jego plecy jak kolce jeżozwierza. Wyglądał jak ogromny, barczysty i przerażający posąg jakiegoś boga wojny siejącego zniszczenie.
- Clarissa – powiedział. – Podjęłaś niemałe ryzyko teleportując się tutaj. Miałaś szczęście, że zobaczyłem jak wpadasz do wody. Byłaś nieprzytomna. Gdyby nie ja, utonęłabyś – mięsień wokół jego ust zadrgał lekko. – Na twoim miejscu nie martwiłbym się nadmiernie o alarmujące zaklęcia, którymi Clave zabezpieczyło jazioro. Zniszczyłem je od razu po swoim przybyciu. Nikt nie wie że tu jesteś.
Nie wierzę ci! Clary otworzyła usta by rzucić mu te słowa w twarz. Ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Tak jak w jednym z tych koszmarów kiedy próbowała krzyczeć i krzyczeć i nic się nie działo. Jedyne co wyszło z jej ust to powietrze, ciężkie sapanie kogoś, kto próbował krzyczeć z poderżniętym gardłem.
Valentine potrząsnął głową.
- Nie próbuj mówić. Użyłem Runy Milczenia, jednej z tych których używali Cisi Bracia, i narysowałem na twoim karku. Na twoich nadgarstkach jest runa więżąca i kolejna unieruchomiająca twoje nogi. Nie próbuj wstawać – nogi cię nie utrzymają i tylko sprawisz sobie ból.
Clary wbiła w niego wściekłe spojrzenie, chcąc przewiercić go nim na wylot, przewiercić swoją nienawiścią. Ale on zdawał się wcale tym nie przejmować.
- Mogło być o wiele gorzej. Zanim wyciągnąłem cię na brzeg, trucizna z jeziora zaczęła już działać. Nawiasem mówiąc, wyleczyłem cię z niej. Nie żebym spodziewał się, że mi podziękujesz – na jego ustach pojawił się nikły uśmiech. – Ty i ja nigdy jeszcze ze sobą nie rozmawialiśmy, zgadza się? Nigdy nie rozmawialiśmy na poważnie. Musisz się zastanawiać czemu nigdy się tobą nie interesowałem jako ojciec. Przepraszam jeśli sprawiłem ci tym przykrość.
Teraz spojrzenie Clary zmieniło się z nienawistnego w niedowierzające. Jakim cudem mogli w ogóle rozmawiać skoro ona nie mogła się w ogóle odezwać? Próbowała się zmusić by cokolwiek powiedzieć, ale z jej gardła nie wyszło nic poza świszczącym oddechem. Valentine odwrócił się w stronę swojego ołtarza i położył dłoń na Mieczu, który rozjarzył się czarnym światłem. Wyglądał jak odwrotność jasności, jak gdyby zasysał całe światło z otaczającego go powietrza.
- Nie wiedziałem, że twoja matka była z tobą w ciąży gdy ode mnie odeszła – powiedział. Clary uświadomiła sobie, że mówił do niej w sposób w jaki jeszcze nigdy tego nie robił. Ton jego głosu był spokojny, nawet skłaniający do rozmowy, ale nie o to chodziło. – Wiedziałem, że dzieje się coś złego. Myślała, że ukrywa swoje nieszczęście. Wziąłem trochę krwi Ithuriela, wysuszyłem na proszek i dodałem jej do jedzenia, myśląc że to wyleczy ją z nieszczęścia. Gdybym wiedział, że była w ciąży, nie zrobiłbym tego. Już zdecydowałem, że nie będę przeprowadzał więcej eksperymentów na swoim własnym dziecku.
Kłamiesz, chciała krzyknąć Clary. Ale nie miała pewności. To, co mówił, brzmiało nieprawdopodobnie. Może działo się tak dlatego, że mówił prawdę.
- Po tym jak opuściła Idris, szukałem jej przez lata – powiedział. – I nie tylko dlatego, że miała Kielich. Dlatego że ją kochałem. Myślałem, że jeśli z nią porozmawiam, to sprawię, że wszystko zrozumie. Tamtej nocy w Alicante zrobiłem to co zrobiłem w przypływie wściekłości. Chciałem ją zniszczyć, zniszczyć wszystko co przypominało mi o naszym wspólnym życiu. Ale potem ja... – potrząsnął głową i odwrócił się żeby spojrzeć na jezioro. – Gdy wreszcie udało mi się ją wyśledzić, dotarły do mnie plotki, że miała drugie dziecko. Córkę. Założyłem, że byłaś dzieckiem Luciana. On zawsze ją kochał, zawsze chciał mi ją odebrać. Pomyślałem, że w końcu się poddała. Że zgodziła się by mieć dziecko z plugawym Podziemnym – w jego głosie pojawiło się napięcie. – Gdy znalazłem ją w waszym mieszkaniu w Nowym Jorku, ciągle była przytomna. Naskoczyła na mnie, że jej pierwsze dziecko zamieniłem w potwora i powiedziała, że odeszła ode mnie zanim to samo zdążyłem zrobić z drugim. A potem osunęła się bezwładnie w moje ramiona. Tyle lat poszukiwań i dostałem od niej tylko tyle. Tych kilka sekund, kiedy patrzyła na mnie ze zgromadzoną przez całe życie nienawiścią. Coś sobie wtedy uświadomiłem.
Podniósł Maellartacha. Clary pamiętała jak ciężki był na wpół przemieniony Miecz i zobaczyła jak mięśnie na ramieniu Valentine naprężyły się jak liny.
- Uświadomiłem sobie – podjął – że opuściła mnie dlatego żeby cię chronić. Nienawidziła Jonathana, ale ciebie... Zrobiłaby wszystko byle tylko cię ochronić. Ochronić cię przede mną. Nawet zamieszkała wśród Przyziemnych a ja wiedziałem jak musiało ją to boleć. Musiało ją boleć to, że nigdy nie będzie cię mogła wychować według naszych tradycji. Jesteś tylko w połowie taka, jaka mogłabyś być. Masz talent do tworzenia run ale został on zmarnowany przez twoje przyziemne pochodzenie.
Obniżył Miecz. Jego czubek zawisł tuż przy twarzy Clary, widziała go kątem oka, unosząc się na krańcach jej postrzegania jak srebrzysta ćma.
- Wiedziałem, że przez ciebie Jocelyn nigdy do mnie nie wróci. Jesteś jedyną osobą na świecie, którą kochała bardziej niż mnie. I to z twojego powodu mnie nienawidzi. A przez to, że mnie nienawidzi, nie mogę na ciebie patrzeć.
Clary odwróciła twarz na bok. Jeśli miał zamiar ją zabić, to nie chciała oglądać swojej zbliżającej się śmierci.
- Clarisso – powiedział Valentine. – Spójrz na mnie.
Nie. Clary wbiła wzrok w jezioro. W oddali mogła dostrzec przytłumiony, czerwony poblask, jak ogień gasnący w popiołach. Wiedziała, że to ogień z pola bitwy. Jej matka tam była. Luke tam był. Może i dobrze się stało, że byli tam razem, mimo że ona nie mogła do nich dołączyć.
Będę patrzeć na to światło, pomyślała. Będę patrzeć niezależnie od tego co się stanie. To będzie ostatnia rzecz jaką zobaczę.
- Clarisso – powtórzył Valentine. – Wyglądasz tak samo jak ona. Wyglądasz jak Jocelyn.
Clary poczuła ostry ból w policzku. Valentine przyciskał krawędź Miecza do jej skóry, chcąc zmusić ją by na niego spojrzała.
- Teraz wezwę Anioła – powiedział. – I chcę, żebyś na to patrzyła.
Clary poczuła w ustach gorzki smak. Wiem czemu masz obsesję na punkcie mojej matki. Bo była jedyną rzeczą, nad którą myślałeś, że masz całkowitą kontrolę, i która nigdy nie obróciła się przeciwko tobie. Myślałeś, że masz ją na własność ale tak nie było. To dlatego chcesz żeby teraz tu była, by oglądała twoje zwycięstwo. Dlatego ja ci do tego wystarczę.
Miecz zagłębił się bardziej w jej policzek.
- Spójrz na mnie, Clary – powiedział Valentine.
Spojrzała. Nie chciała tego robić, ale ból był zbyt silny – jej głowa podskoczyła na bok niemal wbrew jej woli a duże krople krew spadały z jej twarzy, rozpryskując się na piasku. Przyprawiający o mdłości ból zacisnął na niej swoje kleszcze, gdy podniosła głowę by spojrzeć na ojca. Patrzył w dół na ostrze Maellartacha, splamione jej krwią. Gdy odwzajemnił jej spojrzenie, w jego oczach widać było dziwny blask.
- Krew jest niezbędna by dokończyć ceremonię – powiedział. – Chciałem użyć swojej, ale kiedy zobaczyłem cię w jeziorze, wiedziałem, że w ten sposób Razjel powiedział mi, że mam się posłużyć swoją córką. To dlatego oczyściłem twoją krew z trucizny. Teraz jesteś oczyszczona... oczyszczona i gotowa. Więc dziękuję ci, Clarisso, za twoją krew.
I w jakiś sposób, pomyślała Clary, naprawdę miał to na myśli, naprawdę był wdzięczny. Dawno temu stracił zdolność rozróżniania między współpracą a zmuszanianiem siłą, pomiędzy strachem a gotowością, między miłością a cierpieniem. Wraz z uświadomieniem sobie tego ogarnęła ją fala odrętwienia... Jaki był sens nienawidzieć Valentine’a za bycie potworem, skoro on sam nawet nie wiedział że nim był?
- A teraz – powiedział – potrzebuję trochę więcej. Trochę więcej czego?, pomyślała Clary, w momencie w którym zamachnął się Mieczem do tyłu i odbiło się w nim światło gwiazd. No jasne, uświadomiła sobie. O chce nie tylko krwi ale i śmierci. Miecz zdążył już napić się jej krwi. Miał na nią chęć prawie tak samo jak Valentine. Jej oczy podążyły za czarnym światłem Maellertacha, który zmierzał w jej kierunku...
I wyleciał w powietrze. Wytrącony z ręki Valentine’a zniknął w ciemności. Valentine otworzył szeroko oczy. Jego spojrzenie zatrzymało się najpierw na jego pokrytej krwią dłoni a potem podniósł wzrok w tej samej chwili co Clary, żeby zobaczyć co wytrąciło mu Miecz z ręki.
Na piasku, oddalony zaledwie o stopę od Valetine’a, stał Jace ściskający w dłoni podobnie wyglądający miecz. Po wyrazie twarzy Valentine’a Clary poznała, że nie usłyszał zbliżajacego się Jace’a tak samo jak ona. Serce jej stanęło na jego widok. Zaschnięta krew pokrywała połowę jego twarzy a na gardle miał wściekle czerwoną ranę. Jego oczy lśniły jak lustra a w magicznym świetle wygladały jak czarne.. tak czarne jak Sebastiana.
- Clary – powiedział, nie spuszczając wzroku ze swojego ojca. – Jesteś cała?
Jace! Próbowała powiedzieć jego imię ale przez ściśnięte gardło nie przedostał się żaden dźwięk. Miała wrażenie jakby się dusiła.
- Nie odpowie ci – odparł Valentine. – Nie może mówić.
Oczy Jace’a błysnęły.
- Co jej zrobiłeś? – zamachnął się mieczem na Valentine’a, który cofnął się do tyłu o krok. Jego twarz wyrażała ostrożność ale nie strach. Była w niej jakaś zimna kalkulacja, która nie spodobała się Clary. Wiedziała, że powinna triumfować ale wcale się tak nie czuła. Jeśli cokolwiek odczuwała, to tylko większy strach niż przed chwilą. Zdała sobie sprawę z tego, że Valentine chce ją zabić – pogodziła się z tym – a teraz był tu Jace i o niego też zaczęła się bać. Wyglądał na takiego... wyniszczonego. Jego zbroja na ramieniu była rozdarta a widoczna pod spodem skóra pokryta krzyżującymi się białymi bliznami. Koszulę na przodzie miał całkiem porwaną a nad sercem blaknący iratze, który niecałkiem wyleczył czerwoną bliznę poniżej. Jego ubranie pokrywał brud jakby wytarzał się po ziemi. Ale najbardziej przeraził ją wyraz jego twarzy. Był taki... posępny.
- Runa Milczenia. Nic jej się nie stanie – Valentine przewiercał wygłodzonym spojrzeniem Jace’a, tak jakby poił się jego widokiem. – Zakładam, że nie przyszedłeś tu po to, by do mnie dołączyć? By otrzymać błogosławieństwo od Anioła razem ze mną?
Wyraz twarzy Jace’a nie uległ zmianie. Utkwił wzrok w swoim przybranym ojcu. W jego oczach nie było nic – żadnego śladu przywiązania, miłości czy wspomnień. Nie było w nich nawet nienawiści. Została jedynie... pogarda. Zimna pogarda.
- Wiem, co masz zamiar zrobić – powiedział Jace. – Wiem, w jakim celu chcesz wezwać Anioła. Nie pozwolę ci na to. Wysłałem już Isabelle żeby ostrzegła armię...
- Ostrzeżenie wyjdzie im na dobre. Od takiego niebezpieczeństwa nie da się tak po prostu uciec – spojrzenie Valentine’a prześlizgnęło się po mieczu Jace’a. – Odłóż to – zaczął – to porozmawiamy... – urwał. – To nie jest twój miecz. To miecz Morgensternów.
Jace posłał mu uroczy, mroczny uśmiech.
- Należał do Jonathana. Zabiłem go.
Valentine wyglądał na oszołomionego.
- Chcesz powiedzieć, że...
- Podniosłem go z miejsca, w którym go upuścił – wyjaśnił Jace bez cienia emocji w głosie – po tym jak go zabiłem.
Valentine oniemiał.
- Ty zabiłeś Jonathana? Jak mogłeś to zrobić?
- On mógł zabić mnie – odparł Jace. – Nie miałem wyboru.
- Nie to miałem na myśli – Valentine potrząsnął głową, ciągle wyglądając na oszołomionego, jak bokser który został za mocno uderzony przed osunięciem się na ring. – Wychowałem go... osobiście go wytrenowałem. Nie było lepszego wojownika od niego.
- Jak widać – skonstatował Jace – jednak był.
- Ale... – głos Valentine’a załamał się, a Clary po raz pierwszy w gładkim, niewzruszonym tonie jego głosu usłyszała jakąś skazę. – Przecież on był twoim bratem.
- Nie. Nie był – Jace zrobił krok do przodu, przysuwając ostrze o cal bliżej w kierunku serca Valentine’a. – Co się stało z moim prawdziwym ojcem? Isabelle mówiła, że zginął podczas ataku, ale to nie nieprawda, zgadza się? Zabiłeś go tak samo jak moją matkę?
Valentine nie mógł wyjść ze zdumienia. Clary wyczwała, że starał się odzyskać kontrolę i... zapanować nad smutkiem? Czy może po prostu obawiał się śmierci?
- Nie zabiłem twojej matki. Sama odebrała sobie życie. Wyciąłem cię z jej martwego ciała. Gdybym tego nie zrobił, umarłbyś razem z nią.
- Ale dlaczego? Dlaczego to zrobiłeś? Nie potrzebowałeś syna bo miałeś już jednego! – w świetle księżyca Jace wyglądał przerażająco, pomyślała Clary. Przerażająco i obco, jak ktoś kogo w ogóle nie znała. Jego dłoń trzymająca miecz wycelowany w gardło Valentine’a nawet nie drgnęła. – Powiedz mi prawdę. Dość kłamstw o tym, że jesteśmy spokrewnieni. Rodzice okłamują swoje dzieci, ale ty... ty nie jesteś moim ojcem. A ja chcę znać prawdę.
- To nie był syn, jakiego potrzebowałem – powiedział Valentine. – To był żołnierz. Wydawało mi się, że to Jonathan może nim być, ale jego demoniczna natura przeważyła nad nim. Był zbyt dziki, zbyt gwałtowny i niewystarczająco subtelny. Nawet gdy przestał już być dzieckiem obawiałem się, że nie będzie miał w sobie wystarczająco dużo cierpliwości i współczucia by pójść w moje ślady i poprowadzić Clave. Więc spróbowałem jeszcze raz z tobą. I odniosłem odwrotny skutek. Byłeś zbyt delikatny. Zbyt współczujący. Ból innych odczuwałeś jak własny. Nie mogłeś nawet znieść śmierci swoich domowych zwierząt. Zrozum to, mój synu... kochałem cię za każdą z tych rzeczy. Ale one wszystkie sprawiały, że nie miałem z ciebie żadnego pożytku.
- Więc myślałeś, że jestem wrażliwy i bezużyteczny – odparł Jace. – Więc chyba zaskoczy cię fakt, kiedy twój wrażliwy i bezużyteczny syn poderżnie ci gardło.
- Już to przerabialiśmy – powiedział Valentine spokojnym głosem, ale Clary zdawało się, że widzi pot perlący się na jego skroniach i szyi. – Nie zrobiłbyś tego. Nie chciałeś tego zrobić w Renwick więc teraz też tego nie zrobisz.
- Mylisz się – odparł Jace wyważonym tonem. – Od momentu kiedy powoliłem ci odejść, codziennie żałowałem, że cię nie zabiłem. Mój brat Max nie żyje dlatego, że nie zabiłem cię tamtego dnia. Tuziny, może setki ludzi zginęły dlatego, że nie podniosłem na ciebie ręki. Wiem o twoich planach. Wiem, że chcesz zamordować niemal wszystkich Nocnych Łowców w Idris. I zadałem sobie pytanie. Ilu jeszcze ludzi musi zginąć zanim zrobię to, co już dawno powinienem był zrobić na Wyspie Blackwella? Nie – powiedział. – Nie chcę cię zabić. Ale zrobię to.
- Nie rób tego – powiedział Valentine. – Proszę. Nie chcę...
- Umierać? Nikt nie chce umierać, Ojcze – czubek miecza Jace’a ześlizgnął się w dół po piersi Valentine’a i spoczął nad jego sercem. Twarz Jace’a tchnęła spokojem, jak oblicze anioła wymierzającego boską sprawiedliwość. – Jakieś ostatnie słowa?
- Jonathan...
Krew splamiła koszulę Valentine’a w miejscu, w którym spoczywał czubek ostrza, a Clary w swojej wyobraźni zobaczyła Jace’a w Renwick, z trzęsącymi się dłońmi, który nie chciał skrzywdzić swojego ojca. I drwiącego z niego Valentine’a. Opuść miecz. Trzy cale... może cztery. Tym razem było inaczej. Teraz ręka Jace’a nie drżała. A Valentine wyglądał na przestraszonego.
- Ostatnie słowa – syknął Jace. – Jakie będą?
Valentine uniósł głowę. Spojrzenie jego czarnych oczu, gdy patrzył na stojącego przed sobą chłopca, było pełne powagi.
- Wybacz – powiedział. – Tak mi przykro.
Wyciągnął dłoń, tak jakby chciał dotknąć Jace’a – z ręką uniesioną ku górze i z rozpostartymi palcami – a wtedy coś srebrnego przeleciało obok Clary w ciemności, tak jak kula wystrzelona z pistoletu. Poczuła na policzku powiew powietrza a Valentine pochwycił w dłoń długie ostrze ze srebrnych płomieni, które rozbłysło gdy tylko je złapał.
To był Miecz Anioła. Zostawił w powietrzu ślad z czarnego światła gdy Valentine wbił go w pierś Jace’a.
Jace otworzył szeroko oczy. Wyraz zaskoczenia odbił się na jego twarzy. Spojrzał w dół na swoją pierś, z której wystawał groteskowo Maellartach... wyglądał bardziej dziwacznie niż przerażająco, jak rekwizyt z jakiegoś pozbawionego sensu koszmaru. Wtedy Valentine wyszarpnął Miecz tak jakby wyjmował sztylet z pochwy a Jace osunął się na kolana, jakby Miecz był jedyną rzeczą jaka go podtrzymywała. Jego własna broń wyślizgnęła mu się z ręki i uderzyła o mokrą ziemię. Patrzył na nią oszołomiony, tak jakby nie miał pojęcia czemu w ogóle ją trzymał lub dlaczego puścił. Otworzył usta chcąc o to zapytać a po jego podbródku pociekła krew, plamiąc to co zostało z jego koszuli.
Od tego momentu dla Clary wszystko zaczęło się dziać jak w zwolnionym tempie, tak jakby czas zaczął się rozciągać. Zobaczyła jak Valentine opada na ziemię i kładzie sobie Jace’a na kolanach, jakby Jace ciągle był małym dzieckiem. Przyciągnął go do siebie blisko i kołysał a potem opuścił głowę i ukrył twarz na jego ramieniu a Clary przez chwilę myślała, że płakał, dopóki nie uniósł jej i nie zobaczyła że jego oczy są suche.
- Mój syn – wyszeptał. – Moje dziecko.
Potworne spowolnienie czasu zaciskało się na niej jak lina, kiedy Valentine przytrzymał Jace’a i odgarnął mu zakrwawione włosy z czoła. Trzymał go w ramionach dopóki nie umarł i światło w jego oczach nie zgasło, a potem położył delikatnie ciało swojego adoptowanego syna na ziemi, krzyżując jego ramiona na piersi, jak gdyby chciał zakryć nimi ziejącą, krwawą ranę.
- Ave... – zaczął, jakby miał zamiar wypowiedzieć pożegnanie Nocnych Łowców nad jego ciałem, ale głos mu się załamał. Obrócił się gwałtownie i odszedł w kierunku ołtarza.
Clary nie mogła się poruszyć. Prawie nie oddychała. Słyszała bicie swojego serca i zgrzytliwy oddech w wyschniętym gardle. Kątem oka widziała Valentine’a stojącego nad brzegiem jeziora. Krew spływała strumieniem po ostrzu Maellartacha wprost do Kielicha Anioła. Intonował słowa których nie rozumiała ale wcale jej to nie obchodziło. Niedługo wszystko miało się skończyć a ona niemal się z tego cieszyła. Zastanawiała się czy będzie miała wystarczająco dużo siły by podciągnąć się do miejsca, w którym leżał Jace, położyć się obok niego i przeczekać to wszystko. Patrzyła na niego, leżącego bez ruchu na brudnym, zakrwawionym piasku. Oczy miał zamknięte a twarz nieruchomą. Gdyby nie głęboka rana przecinająca jego pierś, to Clary mogłaby sobie wmówić, że spał.
Ale nie spał. Był Nocnym Łowcą i zginął w bitwie, zasługiwał na ostatnie błogosławieństwo. Ave atque vale. Jej wargi złożyły się żeby wypowiedzieć słowa ale jedyne co wyszło z jej ust to powietrze. Zatrzymała się w połowie drogi, łapiąc oddech. Co powinna powiedzieć? Witaj i żegnaj, Jace Wayland? To nie było jego prawdziwe imię. Nigdy tak naprawdę nie zostało mu nadane żadne imię, uświadomiła sobie z bólem, tylko imię nieżyjącego dziecka, które w tamtym czasie odpowiadało celom Valentine’a. A imieniu kryła się taka siła...
Rozejrzała się dookoła i zatrzymała wzrok na ołtarzu. Otaczające go runy zaczęły lśnić. To były runy wezwania, nazywania i wiązania i przypominały te, które więziły Ithuriela w piwnicach pod rezydencją Waylandów. Całkiem wbrew swojej woli przypomniała sobie jak wtedy patrzył na nią Jace. W jego oczach płonęła wiara w jej umiejętności. Zawsze uważał, że była silna. To było widoczne we wszystkim co robił, w każdym spojrzeniu i dotyku. Simon również pokładał w nią wiarę ale kiedy trzymał ją w objęciach, to było tak jakby była czymś kruchym, zrobionym z cienkiego szkła. A Jace trzymał ją z całej siły, nigdy się nie zastanawiając czy potrafiła to znieść... wiedział, że była równie silna jak on sam.
Valentine zanurzał raz po raz Miecz w wodach jeziora, intonując coś szybko niskim głosem. Ich powierzchnia marszczyła się tak jakby gigantyczna dłoń przebierała po niej lekko palcami. Clary zamknęła oczy. Mając w pamięci sposób, w jaki Jace patrzył na nią tamtej nocy, kiedy uwolniła Ithuriela, nie mogła się powstrzymać żeby nie wyobrazić sobie sposobu, w jaki patrzyłby na nią teraz, gdyby zobaczył że chciała położyć się u jego boku i umrzeć. Nie dotknęło by go to. Nie uznałby tego za piękny gest. Byłby na nią wściekły za to, że się poddała. Byłby bardzo... rozczarowany.
Clary położyła się na ziemi i obróciła swoje bezużyteczne nogi za siebie. Powoli przeczołgała się po piasku, pomagając sobie kolanami i związanymi rękoma. Opaska wokół jej nadgarstków paliła ją i piekła. Jej koszulka rozdarła się, gdy czołgała się po ziemi a piasek drapał ją po brzuchu. Ledwie to czuła. Poruszanie się w taki sposób kosztowało ją dużo wysiłku. Czuła spływającą jej po plecach strużkę potu. Gdy wreszcie dotarła do kręgu run, dyszała tak głośno, że bała się że Valentine może ją usłyszeć.
Ale on nawet się nie odwrócił. W jednej dłoni trzymał Miecz Anioła a w drugiej Kielich. Cofnął rękę do tyłu, wypowiedział kilka słów które brzmiały podobnie do greki, i rzucił Kielichem. Zabłysł jak spadająca gwiazda gdy poleciał w stronę wody i zniknął pod jej powierzchnią ze słabym pluskiem. Krąg z run wydzielał nikłe ciepło, jak częściowo zasypane ognisko. Clary okręciła się z trudem żeby sięgnąć dłonią stelę zatkniętą za swój pas. Ból przeszył jej nadgarstki, gdy zacisnęła palce na rączce. Wyciągnęła ją ze zduszonym westchnięciem ulgi. Nie mogła rozdzielić nadgarstków więc ujęła niezgrabnie stelę w obie dłonie. Wpatrując się w runy, podciągnęła się w górę na łokciach. Czuła na twarzy bijące z nich ciepło. Zaczęły lśnić tak samo jak magiczne światło. Valentine trzymał gotowy do rzucenia Miecz, wypowiadał ostatnie słowa przywołania. Ostatnim przypływem sił Clary wbiła stelę w piasek, nie naruszając wzoru jaki narysowal Valentine, i zaczęła tworzyć własny. Nad runą symbolizującą jego imię wyrysowała nową. To była taka mała runa, wprowadzająca tak niewielką zmianę... Nie miała porównania do potężnej runy Sojuszu czy Piętna Kaina. Ale to było wszystko co mogła zrobić. Wyczerpana, przekręciła się na bok w momencie, w którym Valentine wziął zamach i rzucił Mieczem.
Maellartach pomknął w dal, jak czarnosrebrna smuga, i połączył się bezgłośnie z taflą jeziora w tym samym kolorze. Ogromny pióropusz wody wystrzelił w górę w miejscu, w które uderzył Miecz, jak fontanna platynowych kropel wody. Rósł coraz bardziej i bardziej, podobny do gejzera ciekłego srebra, tak jak deszcz padający w górę. Rozległ się donośny łoskot, jak odgłos pękającego lodu, jak dźwięk roztrzaskującego się lodowca... A wtedy jezioro rozpadło się na pół a srebrna woda eksplodowała jak odwrócony do góry nogami grad.
A wraz z gradem nadszedł Anioł. Clary nie była pewna czego się spodziewała... Kogoś podobnego do Ithuriela, tyle że Ithuriel był wyniszczony przez lata niewoli i tortur. Ten anioł jaśniał pełnią swojej chwały. W miarę jak wyłaniał się z wody, oczy zaczęły ją piec jak gdyby wpatrywała się w słońce.
Valentine opuścił dłonie po bokach i patrzył w górę w zachwycie, jak jego największe marzenie właśnie się spełnia.
- Razjel – wyszeptał.
Anioł zaczął się wyłaniać, tak jakby wody jeziora zapadały się w sobie, ukazując potężną kolumnę marmuru na środku. Pierwsza z wody wynurzyła się głowa otoczona srebrnozłotymi włosami. Potem ukazały się ramiona, białe jak kamień, a dalej tors – a Clary zobaczyła, że Anioł był pokryty runami na całym ciele, tak samo jak Nefilim, chociaż runy Razjela były złote i ożywione, poruszające się na jego białej skórze jak iskry strzelające z ognia. W jakiś sposób Anioł wydawał się być ogromny i zarazem nie większy od przeciętnego człowieka: Clary poróbowała objąć go całego wzrokiem i jednocześnie był wszystkim co widziała. Gdy się wyłonił, jego skrzydła rozwinęły się na całej długości ponad wodami jeziora. One również były złote a na każdej lotce widniało pojedyncze, złote oko.
Był piękny i jednocześnie przerażający. Clary chciała odwrócić wzrok ale nie potrafiła. Chciała zobaczyć to wszystko. Zobaczyć to dla Jace’a, bo on sam nie mógł tego zrobić.
To jest tak, jak na tych wszystkich obrazkach, pomyślała. Anioł wynurzający się z jeziora, z Mieczem w jednej dłoni i Kielichem w drugiej. Obydwa przedmioty ociekały wodą ale Razjel był całkiem suchy a jego skrzydła nie były nawet wilgotne. Jego nagie, białe stopy opierały się o wody jeziora, marszcząc jego powierzchnię. Jego twarz, piękna i nieludzka, była skierowana na Valentine’a.
I wtedy przemówił.
Jego głos był jak płacz, krzyk i muzyka jednocześnie. Mówił bez słów ale jego głos był całkowicie zrozumiały. Siła jego oddechu niemal powaliła Valentine’a. Zarył butami w piasku i pochylił głowę, tak jakby zmagał się ...
Krajculka