Zabawka.doc

(258 KB) Pobierz

ZABAWKA
Frey



Klęcząc na kolanach i oparty na łokciach z głową spuszczoną nisko pomiędzy ramionami poruszał się w rytm, nadawany przez silne uderzenia w jego ciało. Z każdym uderzeniem jego wnętrze było penetrowane w jeden z najprzyjemniejszych sposobów. Było to szybkie i rytmiczne. Postękiwał dysząc głośno, tak samo głośno jak mężczyzna z opartymi o jego biodra ramionami.
  Nie kojarzył zbytnio jego twarzy. Jedyne, co pamiętał to, to, że w miarę był przyjemny dla oka i miał ładne ciało. Poderwał go przy barze i po krótkiej rozmowie znalazł się u niego w domu, na jego łóżku, a po kolejnych chwilach dokładnie w tej sytuacji.
  Było ostro. Jechał w nim dość szybko, w końcu Daniel nie wytrzymał i musiał jęczeć z przyjemnego bólu. Fuknął kilka razy i, co zauważył, ilekroć zaklął, dostawał klapsa w tyłek. Nie wiedział dlaczego, ale podobało mu się to. Wtedy dłonie aktywa powędrowały do jego ramion i wygięły go, unosząc wysoko, a następnie zmuszając do powstania. Przylgnął plecami do jego brzucha. Rękoma objął pośladki ogiera i zaczął nimi poruszać, by nadać szybsze tempo. Po chwili wyczuł zbliżający się koniec aktu, więc sam też sobie pomógł tak, by szczytowali w tym samym momencie. Był szybszy. Jednak miał wrażenie, że jego „znajomy” specjalnie czekał. Nagle po tym, jak wystrzelił z siebie, partner popchnął go na tyle silnie, że upadł na łóżko. W tej samej chwili jego tyłek oswobodzony został z klina, a po sekundzie usłyszał jęk orgazmu i poczuł ciepłe uderzenia spermy na swoich plecach
  Wtedy ciało tego dość wysokiego mężczyzny runęło ciężko obok niego, dysząc z osiągniętej ekstazy. Ich wzrok się spotkał. Starał się uśmiechnąć, pokazać uznanie za osiągnięcia tego szczytu i dla zaangażowania, jakie „włożył” w całą randkę, ale czy można było to nazwać randką? Odetchnął głęboko i obrócił się w jego stronę.
  – Byłeś zajebisty – usłyszał głos ogiera, który docenił jego umiejętności.
  – Dzięki, ty też pokazałeś klasę – odpowiedział swoim ciężkim głosem, który na pierwszy rzut oka nie pasował do jego postaci, jednak po chwili było to coś bardzo intrygującego, budzącego ciekawość. – Mogę wziąć prysznic?
  – Jasne...
  Wstał i wszedł do łazienki.
  Nic wyjątkowego, zwykła biała łazienka z elementami zieleni. Odkręcił kurki i poczekał, aż zejdzie zimna woda i po chwili stanął w strugach gorącej, która spływała po jego ciele. Krople goniły się po wyznaczonych już trasach. Oddał się tej błogości. Sięgnął po mydło i zaczął się myć, jednocześnie masując ciało. Roztoczyła się woń zielonego jabłuszka...
  Skończył; wytarł się pośpiesznie w wiszący tu ręcznik i wtedy zrozumiał, że nie ma nic do przebrania się, że wszedł tu nagi. To znaczyło, że musi wrócić do sypialni i pozbierać swoje rzeczy.
  Najpierw odetchnął głęboko, potem otworzył drzwi. Mężczyzna stał tuż za progiem i miał zamiar złapać za klamkę. Szybko spojrzał na niego: wysoki, z małym brzuszkiem dodającym uroku jego sylwetce, penis w sam raz, miła twarz. Ale co ma o nim myśleć, jeśli ten na hasło „seks” od razu dopił drinka i wyjął numerek do szatni...
  – Właśnie miałem się przyłączyć, ale się pośpieszyłeś – powiedział z uśmiechem.
  – Widzisz... muszę jutro bardzo wcześnie wstać i... – zobaczył, jak te roześmiane oczy nagle posmutniały, a cała energia zniknęła z jego ciała – ...i jechać po... – już chciał powiedzieć „po babcię”, ale to byłoby chyba najgłupsze, więc... – ...na dworzec odebrać znajomą, przyjeżdża o 4:45 i...
  – Nie, no, luz, rozumiem...
  – Nie zrozum mnie źle – zaczął łgać jak najęty. – Jesteś świetnym facetem i z wielką przyjemnością przeżyłbym powtórkę z rozrywki, tu, pod prysznicem – to mówiąc znów znacząco skierował wzrok na jego penisa; widział, że gość także wciąż patrzy na niego łakomym okiem. Te słowa podniosły mężczyznę na duchu. – Ale naprawdę nie mogę... – dodał ciszej.
  – Chciałbyś tak... jeszcze kiedyś? – spytał cicho.
  – Owszem. Dobrze mi było – przyznał, patrząc mu w oczy.
  – Mnie też. To może... dam ci numer do siebie – wyjął portfel z kieszeni marynarki wiszącej na wieszaku i wyjął wizytówkę. Podał mu ją. – Tylko... obiecaj, że zadzwonisz.
  Nie odpowiedział, ale lekko skinął głową, co mogło być zrozumiane zarówno jak „tak” jak i „zastanowię się”.
  Schował wizytówkę w kieszeń spodni, które właśnie wciągał na siebie. Mężczyzna wciąż przypatrywał się mu. On w tym czasie mógł spojrzeć na jego mieszkanie, przedtem pogrążone w półmroku, teraz oświetlone, które może nie biło jakimś wielkim przepychem, ale na pewno było ponad standard. Widać, że gość lubi dobry sprzęt, bo i telewizor był najnowszej marki, i wieża niczego sobie, głośniki z całym zestawem surround. W rozmowie też wydawał się być ogarniętym, mocno stąpającym po ziemi człowiekiem. Zawiesił też oko na nim, raz jeszcze przyjrzał się jego sylwetce i twarzy. Facet nie był brzydki. Może zachowa tę wizytówkę...?
  – No to... dzięki – powiedział i na odchodnym pocałował go w policzek.
  W pośpiechu włączył guzik windy, która zaskakująco szybko przyjechała, jeszcze szybciej zamknął od środka drzwi i już jechał na parter. Wyszedł z bloku i zaraz naprzeciwko zobaczył postój taksi. Było zimno, jak na październik przystało. Zapiął się dokładniej i otulił rękoma, para wypływała z jego ust. Podbiegł i pospiesznie wsiadł do pierwszej taryfy.
  Taksówkarz na siłę próbował znaleźć jakiś temat, który mógłby wciągnąć go do rozmowy i przerwać milczenie. Jednak on sam nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę. Dojechali. Zapłacił, zostawiając trzy złote napiwku. Wbiegł do swojej klatki. Wszedł na trzecie piętro, otworzył drzwi, od razu zrzucił z siebie ubranie, zostawiając je wprost na podłodze przy łóżku i nagi runął w pościel. Obrócił się na bok, owinął kołdrą i wtuliwszy głowę w poduszkę, zasnął.
  Koło godziny 9:00 obudziło go głuche dudnienie. Nie był to zwykły huk wieży. To był tubalny głos księdza w Radiu Maryja, u sąsiadów wyżej. Stęknął, głośno zaklął kilka razy i zakrył głowę poduszką. Niestety, dudnienie nie przycichło. Ręką sięgnął po pilota od wieży. Naciskał kilka guzików i już ustawiła się druga piosenka Snow Patrol. Przygłosił. Ściany się zatrzęsły, a on, zakryty jeszcze jedną poduszką i kołdrą, zaczął się sam do siebie uśmiechać. Po refrenie ściszył tak, by mógł spokojnie słuchać. I przeturlał się na koniec lóżka. Nie mógł jednak długo leżeć. Czerwona herbata najlepsza na kaca... – pomyślał. Wstał. Wciąż nagi wszedł do kuchni, nastawił wrzątek, zaparzył liście herbaty i usiadł przy oknie, czekając, aż napar osiągnie właściwy kolor.
  Wtedy odezwał się telefon. Ciągnąc za sobą stopy, podszedł do lóżka i zobaczył na wyświetlaczu: „NATAN”.
  – Czy ciebie to już bozia opuściła? Przecież ja śpię!
  – Elo, Daniel... Jakbyś spał, to byś nie odebrał ani po drugim sygnale, ani wcale – usłyszał miły, ciepły głos.
  – Co jest?
  – Opowiadaj, jak było...
  – I po to żeś zadzwonił? Żeby się dowiedzieć...?
  – ...Jak było. Tak, po to.
  – Było oki. Całkiem nieźle nawet.
  – A imię?
  – Nie wiem...
  – To ruchałeś się z facetem i nawet imienia nie znasz?
  – Pewno się przedstawił. Nie pamiętam. Ale czekaj, dał mi wizytówkę – sięgnął do spodni i wyjął portfel, następnie mały prostokątny papierek. – Mateusz.
  – Mateusz and Daniel, sitting on the tree, F-U-C-K-I-N-G... – usłyszał melodyjkę przez słuchawkę, po czym wybuchli obaj śmiechem. – Fajny był...?
  – Ogier jak cholera.
  – Zmieściłeś...?
  – Z bólem dupy, ale potem-m-m... Full odjazd.
  – Zadzwonisz do niego?
  – Za kogo ty mnie masz? – oburzył się Daniel. – Facet zaczął szukać kluczy od mieszkania na sam dźwięk słowa seks. Co on sobą zaprezentował?
  – A co ty sobą zaprezentowałeś?
  – Hej! Ja chciałem. Miałem chcicę.
  – Może on też?
  – Może. Ale nie zadzwonię i tyle. Coś jeszcze?
  – Co dziś robisz? – głos Natana się lekko zmienił, jakby pozbawiony emocji, dając do zrozumienia, że mogą już kończyć rozmowę.
  – Czekam na poniedziałek, a ty?
  – Uczyć się muszę, bo jutro mam koło.
  – To się ucz.
  – A ty śpij dalej. Na razie
  – No, sz-sześć... – i tak odrzucił telefon na łóżko, że zanim spokojnie wylądował, odbił się dwa razy. Wrócił do kuchni po kubek z herbatą i pijąc wsłuchiwał się w siódmy już utwór, jego ulubiony.  
  Na stoliku leżała gruba jak cegła książka. Zakładka świadczyła, że był już w połowie. Przyciszył wieżę i zaczął płynąć między akapitami, wchłaniając każde zdanie i celebrując ich sens. Czas wtedy szybciej mija... i ani się nie obejrzał, a była już 13:00. Oderwał wzrok. Wypadałoby wreszcie zjeść jakieś śniadanie – i zobaczył na biurku wizytówkę. Mecenas Mateusz M. – przeczytał. Mecenas! No-no, pewnie kasiasty – po czym odrzucił wizytówkę i poszedł do kuchni zrobić coś do jedzenia.
  Nie miał jakiejś wielkiej fantazji, ale kiedy zobaczył budyń, wiedział, co zje. To było jego śniadanie, które spożywał codziennie od pół roku i nigdy mu się nie znudziło. Musli. A w połączeniu z wiśniowym budyniem – rewelacja. Wymieszał, aby nie było takie gęste i zaczął jeść.
  Zachód słońca już był blisko, gdy postanowił się przewietrzyć. Przecież dziś ani nosa z domu nie wystawił. Niczym dziecko zbiegał ze schodów, spadając głośno na każdym półpiętrze i piętrze. Jak tylko wyszedł na zewnątrz, zaciągnął się powietrzem. Dobrze zrobił – myślał... Skręcił do parku. Jesień, drzewa i krzewy zmieniają kolory. Zeszło mu na błądzeniu dwie godziny... Zmęczony wrócił do domu i spostrzegł, że jego komórka właśnie zgasła. Podszedł do niej i zobaczył pięć nieodebranych połączeń i trzy smsy. Celowo jej nie zabierał, zostawiając ją w domu. Nienawidził tego urządzenia, które jest jak smycz, a jednocześnie we współczesnym świecie jest niemalże jak ręka. Natan dzwonił trzy razy, raz dzwoniła mama. I raz dzwoniła Pola. O, Natan napisał: „zadzwoń do mnie, jak to przeczytasz”. Jeszcze czego, jak takie pilne, niech sam zadzwoni. Dwa pozostałe to reklamy.
  Nie zastanawiając się, szybko oddzwonił do mamy. Na szczęście nic się nie stało, po prostu chciała pogadać. Lubił z nią rozmawiać, ale tylko przez telefon. W domu nie mogli się dogadać lub – nie odzywali się do siebie nawet przez kilka godzin!  
  Pola też chciała pogadać, bo się stęskniła. Położył się na kanapie i słuchając jej opowieści wpatrywał się w sufit, czasem coś powiedział, czasem się zaśmiał; zwykła rozmowa miedzy przyjaciółmi. I koniec. I co? Wieczór, noc. Stwierdził, że już jest bardzo późno i poszedł spać.
  Obudził go, jak zwykle, budzik. Przeciągnął się i zaczął szykować się do pracy. Pewnie jako jeden z nielicznych uwielbiał swoją pracę, dawała mu radość. Uwielbiał kontakt z ludźmi. I kochał książki. Lubił zapach książek. Dlatego – księgarnia. Rozpoznawał stałych klientów. Każdemu potrafił doradzić, umiał z nimi rozmawiać, znał się na tym, co robi... Dochodziła 9:30, gdy stanął przed drzwiami i podciągnął kraty. Od razu otoczyli go współpracownicy,  po chwili już płynął zapach kawy. Zaraz będą klienci... Zwykły dzień spędzony wśród mądrości i głupot napisanych ludzką ręką, oprawionych w twarde lub miękkie okładki...
  Zapowiadało się ładne popołudnie, dlatego, gdy skończył zmianę, postanowił wracać na pieszo. Włączył MP3 i ruszył starymi uliczkami. Mijał kolejne kamienice, które zostały odremontowane tak, by podkreślić ich wiek i wartość. Patrzył na fasady domów, widział te szczegóły, na które nikt nie zwracał uwagi, takie malutkie drobnostki, które nadawały całości prawdziwą dostojność.
  W domu zasiadł przed telewizorem. Nagle zawibrował telefon: „NATAN”:
  – Halo-o?? – zapytał piskliwym głosikiem.
  – Halo, czy zastałem prezesa? – Natan nie dał się zbić z tropu podstępem Daniela..
  – Ależ oczywiście, już łączę – w tym momencie zaczął udawać sygnał czekania. – Czym mogę służyć? – tym razem odezwał się grubym, również nie swoim głosem.
  – Bo ja chciałabym się z panem umówić, bo pan jest taki śliczny, i przystojny, i ładnie pachnie... –  i nagle zaczął się śmiać, a zaraz po nim osoba po drugiej stronie.
  – Cześć, głąbie.
  – Cześć pało. Słuchaj, w sobotę jest impra. Filip wyprawia urodziny. Zaprasza do klubu. Idziemy?
  – Co to za impra? W jakimś heteryckim klubie. Poza tym nie mam kasy.
  – Ty nie masz kasy? To ja nie mam! A klub, jak klub. Rozerwiemy się, potańczymy ny-ny-ny-ny... W końcu to nie biba, jak nas tam nie ma.
  – Mówisz? No to ok. Przekonałeś mnie.
  – No, kurna, jak już coś postanowiłam, to tak ma być –  i zaśmiali się oboje. – To do soboty?
  – Do soboty.
  Nie widział sensu gapienia się w TV, bo i tak nie ma na co. Jak nie powtórki, to wiadomości. Złe wiadomości. Wyłączył. Zasiadł przed komputerem, sprawdził pocztę. Znów maile reklamujące wszystko, co według reklamodawców mogłoby mu się przydać. I jeden, że napisano do niego wiadomość na profilu. Postanowił wejść na portal. No jasne... dwie wiadomości, obie od tego samego. Bryknął z nim raz, a chłopaczek się zadurzył. Ale czego można się spodziewać od kogoś osiem lat młodszego? Dzieciak, który ma swoje rozbrajające zachowania i których nie chciał znosić. Już po głosie przez telefon, gdy umawiali się na spotkanie, wiedział, że z tego nic nie będzie. Wystarczy kogoś usłyszeć, a już się wie, kto jakim jest człowiekiem. Banalne wiadomości: co i jak u niego. Nie chciał odpisywać, bo po co robić mu nadzieję. Wiedział, że zachowuje się podle, a z drugiej strony było mu na rękę takie zwodzenie, bo nauczy chłopaczka, że nic łatwo nie przychodzi.
  Sobotni wieczór przygalopował niesamowicie szybko. Wyszykowany jak przystało, udał się do Natana, by wypić rozchodniaczki. To był rytuał, który pozwalał na oszczędzenie pieniędzy w klubie. Potem wezwali taryfę i pojechali.
  Na wejściu przywitał ich znajomy Natana, Filip który zaprosił ich od razu do baru na drinka. Wolno spijając patrzyli, jak impreza się rozkręca. Nie miał ochoty tańczyć ani wygłupiać się, ale widział, że jego przyjaciela po prostu roznosi. Po chwili został sam. Wtedy na sali zobaczył jednego z ochroniarzy, który bacznie mu się przyglądał. Wytrzymał to spojrzenie do końca. Po chwili mężczyzna zniknął w korytarzu.
  Ludzie tańczyli, zapominając o wszystkim, oddawali się chwili upojenia, dźwiękami muzyki, jak i promilom i innym używkom. Był to jeden z lepszych klubów, ale – heterycki. Dlatego spotkanie tutaj kogoś z branży graniczyło z cudem. Strata czasu. Nagle obok jego ucha rozdarł się Natan.
  – Zobacz, kto przyszedł – wskazał na wejściowy korytarz.
  Odwrócił się i zobaczył dwóch kolesi. Jeden był ciemnowłosym, normalnie zbudowanym facetem, drugi był równie wysokim, krótko ściętym blondynem. Tego drugiego kojarzył.
  – Kto to jest? Kojarzę tego blondyna.
  – Daro! – wyjaśnił Danielowi.
  – Jaki Daro... Darek? – dalej nie kojarzył.
  – Daro od Roba! Tego Roba, co kręcił z moim Jackiem.
  – Tłumaczysz jak moja babcia. „No ta sąsiadka z drugiej klatki obok tego co jego córka ma psa!” – Po chwili dodał. – Tego twojego byłego Jacka?
  Natan przytaknął.
  – A my się z nimi lubimy?
  – Czemu nie, prawie ich nie znamy – Natan machnął ku nim, a blondyn kiwnął głową i podeszli do nich. – Cześć, Daro. To jest Daniel, mój przyjaciel.
  – Daro – powiedział blondyn. – A to jest Remi, mój chłopak – podali sobie ręce..
  – Znacie Filipa? – zaczął Daniel..
  – Tak – odpowiedział ponownie. – Pracuję z nim i nie wyobrażał sobie, żebym opuścił jego urodziny.
  Zapadła niezręczna cisza. Stali tak w czwórkę zerkając ukradkiem na siebie, licząc, że któryś się odezwie. Natan wychylił swoje piwo do końca, z łomotem postawił szklankę na stole i stwierdził, że trzeba się pogibać, by spalić to piwsko. Odszedł. Zaraz po nim zniknął Daro z Remim.
  Daniel spił kolejny łyk i raz jeszcze powędrował wzrokiem po parkiecie. Nie było nikogo, na kim mógłby zawiesić oko. Postał trochę przy barze, znalazł wolny stolik, postawił na nim drinki i nie oddalając się zbytnio, zaczął tańczyć. Alkohol sprawiał, że było to łatwiejsze. Prochy również, tyle, że prochy dawały jeszcze kopa. Po chwili skakali, wygłupiali się na parkiecie. Miał wszystko w dupie, czy się na niego patrzą, czy nie. Było znacznie raźniej we czwórkę, świetnie się bawili.
   Jednak Daro częściej siedział przy stoliku lub stał na uboczu, pozwalając reszcie szaleć na parkiecie i wygłupiać się. Daniel z Natanem nie tańczyli, tylko wygłupiali się, machali rękoma udając jakieś style, przyklejali się do filarów i rurek, zniżali się wykonując owalne ruchy biodrami, żeby potem wystrzelić w górę i odskoczyć. Remi pochwycił ten pomysł i stał się kompanem ich wygłupów, który nie zostawał w tyle.
  Jednak Remi co jakiś czas wracał do Daro i rozmawiał z nim, co z boku wydawało się na ciężką konwersację. Po chwili Daro wstał, ucałował go w czoło i zostawiając go ze wzrokiem wbitym w swoje plecy, podszedł do Daniela i Natana. Żegnając się tłumaczył, że nie jest to jego klimat i żeby nie zostawiali Remiego samego. Klepnęli go w plecy i pożegnali. Wyjście Daro było niczym włącznik. Remi zaczął szaleć. Był zupełnie inny, bardziej otwarty spontaniczny. Tańczył i wygłupiał się co niemiara. Natan z Danielem stwierdzili, że tego było mu potrzeba.
  Alkohol lał się strumieniami. Muzyka była ciągle ta sama, niczym rzeźnia dla ucha, ale procenty robiły swoje. Nieważne, do czego – ważne, by poskakać... Powoli parkiet się rozluźniał, co świadczyło o tym, że zbliżał się poranek, dochodziła czwarta. Ustalili, że jeszcze po jednym piwku i spadają.
  Wychodząc z klubu widzieli, jak powoli się rozjaśnia. Natan wraz z Remim udali się na taryfę, a Daniel standardowo ruszył na piechotę. Odwrócił się i zobaczył, że Remi w pośpiechu wraca do klubu. Natan krzyknął, że chłopak zostawił bluzę. Machnęli sobie ręką na pożegnanie i Natan zniknął w samochodzie.
  Oddychając rześkim powietrzem, zapięty po samą szyję, szedł przez park, pomiędzy drzewami pozbywającymi się ostatnich listków, szykującymi się do snu. Nagle do jego uszu dobiegły dziwne głosy. Odruchowo spojrzał w tamtą stronę.
  – Pierdolony pedale... – rzucił jeden z chłopaków i splunął w twarz temu, który był trzymany przez dwóch innych. – Zaraz zobaczysz...
  – Na pomoc! – wrzasnął trzymany, którego Daniel w tej samej chwili rozpoznał: był w klubie, kilka razy przewinął się koło niego na parkiecie. – Puść...! Przecież nic wam nie zrobiłem!
  Sam nie wiedząc dlaczego, Daniel skierował się w ich stronę. Zorientował się, że jest tam czterech gnojków i ten chłopak. Dostrzegli go, ale zanim się odezwali, Daniel rzucił krótko:
  – Co jest, kurwa? – i chłodno, spode łba spojrzał na niewinnego chłopaka.
  – Zboczek. Pedał! Trzeba mu pokazać, że nam takich nie potrzeba – i uderzył chłopaka, który opadł na kolana, a łzy pociekły mu po twarzy.
  – No proszę, proszę! Czyli mały łomot na pedałku! To na koniec, żeby pamiętał, trzeba się na niego zejszczać! – dodał Daniel, uśmiechając się szyderczo.
  – Pomocy... – wyjąkał odrętwiały, leżący na ziemi chłopak.
  – Jasne! Pomogę ci znaleźć swoje miejsce... – i w tym momencie Daniel odwinął się z buta  i celnym kopem powalił... najbliżej stojącego zbira. Reszta stanęła jak wryta. Wykorzystał to i
tak samo z półobrotu powalił drugiego. To otrzeźwiło tamtych, którzy z pięściami rzucili się na Daniela. Wiedział, że całej czwórce nie da rady, a na pomoc leżącego, ledwie żywego chłopaka, nie ma co liczyć. Walił więc na oślep, to z buta, to z pięści, ale sam też zbierał coraz więcej ciosów. Niektóre skontrował, niektórych uniknął uprzedzając uderzenie, ale gdy naraz dwóch wsiadło mu na plecy... Powoli tracił siły, stawał się coraz wolniejszy... Nagle kątem oka dostrzegł, że jeden wali mu się pod nogi, podcięty czyimś silnym kopniakiem, a ktoś inny chwyta drugiego za łeb, w dół i facjatką we własne kolanko! Obaj leżą. Wtedy sprężył się i strącił z pleców wiszącego mu tam intruza i przyładował mu bez pamięci. Chwila migotających gwiazd zamiast zwykłego obrazu...
  – Dzięki... – wydyszał opadając na kolana i spod podpuchniętego oka zobaczył nad sobą... Remiego i ochroniarza z klubu. Remi pomógł mu wstać.
  – Nic ci nie jest? – zapytał ochroniarz, nie dbając, że tamci, pomagając sobie wzajemnie, po prostu czmychnęli w krzaki. Wtedy dostrzegł leżącego chłopaka, który odczołgał się na bok i wykasływał krew. – A tobie co...? – podskoczył ku niemu.
  – Nic... Gdyby nie o-on – wskazał Daniela –  byłoby po-o mnie...
  Ochroniarz z niedowierzaniem pokiwał głową, patrząc na Daniela z uznaniem. Daniel udał, że tego wzroku nie widzi, ale uśmiechnął się pod nosem.
  W tej samej chwili dobiegli do nich Natan i kierowca taksówki. Kolejne zamieszanie, które zaczęło Daniela denerwować. Nie chciał być strojony w piórka bohatera.
  – Niech pan ściągnie jeszcze jedną taksi dla tego chłopaka – powiedział do kierowcy.
  – Po co! Sam go zawiozę! Pana też! Razem jest was czterech, ja mam pięć miejsc!
  – Nie, dzięki. Ja teraz po prostu muszę się przejść... Dzięki za pomoc.
  Daniel mocno stanął na nogach, a ochroniarz przyglądał się pobitemu chłopakowi stwierdzając, że oprócz rozwalonej wargi i podbitego oka chyba nic więcej mu nie jest. Teraz spojrzał na Daniela. Podszedł. Podał mu rękę, którą mocno uścisnął.
  – Dzięki...
  – Nie ma sprawy...
  – Jest – wtrącił szybko Remi.
  – Po części to moja praca, a że rozpoznałem was, że byliście w klubie, więc... tak jakbyście dalej byli pod moją ochroną. Ok... To w sumie jak nikomu nic nie jest, to zwijamy się – zakończył ochroniarz.
  – Zbierajmy się. A wy, jechać! – głos zabrał Remi, zwracając się wprost do Natana. – Dostarcz chłopaka do domu. Ja też pójdę spacerkiem. Jeszcze raz dziękujemy! – krzyknął do ochroniarza, a ten machnął mu ręką.
  Natan stał chwilę zaskoczony, ale ujął pobitego chłopaka pod rękę. – Gdzie mieszkasz...?
  Daniel dopiero teraz zauważył, że Remi ma na twarzy kilka zadrapań.
  – Widzę, że jednak nie uciekłeś przed ciosami.  
  – Dobrze im dokopałeś...
  – Gdyby nie ty, wasza pomoc, kto wie? Można by powiedzieć, że uratowałeś mi życie – zaśmiał się Daniel.
  – Taaa... Ale trzeba z tym coś zrobić – wskazał ślady krwi na ubraniu. – Chodźmy.
  Zaledwie minęli park, Daniel zatrzymał przejeżdżającą taryfę.
  – Na Liściastą proszę – powiedział krótko.
  – Ale to w przeciwnym kierunku do mnie – zaprotestował Remi.
  – Spoko, doprowadzimy się do porządku, przenocujesz...
  – Ale...
  – Nie ma ale! – oburzył się Daniel.

Taksówkarz szybko się uwinął i znaleźli się pod domem. Weszli do mieszkania. Remi stanął w przedpokoju i zaczął zdejmować wierzchnie ubranie. Natomiast Daniel od razu ruszył do kuchni, rzucając kurtkę na ziemię.
  – Idź do łazienki – powiedział, a chłopak posłusznie wszedł do pomieszczenia. Po chwili pojawił się tam Daniel. Wskazał mu, aby usiadł na brzegu wanny. Uniósł mu brodę. – Umiesz się bić. Ale jednak też trochę oberwałeś.
  – Na treningach się do tego przyzwyczaiłem... – w tym momencie Daniel wyjął z szafki wodę utlenioną i gazik. Nasączył i delikatnie przemył kilka śladów na twarzy Remiego. – A-u-a-ja! – wrzasnął Remi.
  – Nie przesadzaj. Dostałeś i nic, a teraz będziesz się pieścił? – i nie zważając na oznaki bólu, mocniej uchwycił twarz Remiego i ponownie zaczął przemywać. – Co trenowałeś? – zaczął, starając się odwrócić jego uwagę od bólu.
  – ITF, znaczy... – ale Daniel szybko mu przerwał.
  – Wiem, co to ITF. Długo?
  – Trzy lata, nie chciałem się bawić w stopnie, ale musiałem zdawać te egzaminy, bo mnie nie chcieli uczyć dalszych układów.
  Daniel wyrzucił do kosza lekko zakrwawiony gazik i podmuchał w twarz Remiego.
  – Jutro nie będzie śladu – powiedział. – To co, zostawiam cię. Chcesz, to się wykąp, a ja w tym czasie nastawię herbatę i zrobię coś do jedzenia.
  – Ale ja nie jestem głodny!
  – Ale ja jestem – i wyszedł, zostawiając chłopaka samego.
  Przygotowywał śniadanie. Włączył sobie cicho wieżę, która zaraz rozbrzmiała jego ulubioną muzyką. Słoneczna październikowa tarcza powoli pojawiała się nad horyzontem. Wtedy w progu stanął Remi, owinięty w pasie jego ręcznikiem, w drugim zarzuconym na ramiona, zakrywającym niemal w całości jego ciało. Spojrzał trochę speszony i widać było, że lekko się zarumienił.
  – Nie mam nic na zmianę... – powiedział speszonym głosem.
  – W sypialni jest komoda, a w górnej szufladzie są moje luźniejsze bokserki. Czyste. Jakąś podkoszulkę dla siebie też tam znajdziesz, w dolnej szufladzie... I wracaj zaraz, bo herbata stygnie.
  Po chwili ponownie pojawił się Remi, ubrany w zwykłe krótkie piżamowe spodenki i białą koszulkę z napisem „England”. Usiadł przy stoliku i obiema dłońmi chwycił kubek z herbatą. Pił bardzo powoli i delikatnie, ale przygotowanych kanapek nie tknął. Rozejrzał się po kuchni.
  – Masz ładne mieszkanie – powiedział po chwili. – Fajnie je urządziłeś.
  – Dziękuję... Mówisz o wystroju wnętrza? Sam zaprojektowałem... Chwytaj kanapkę, bo mi z głodu padniesz.
  Remi wreszcie odważył się wziąć kromeczkę i zaczął ją jeść.
  – O matko, zapomniałem napisać Darowi, że nie wrócę na noc... – w jego głosie było słychać dziwną obawę.
  – Raczej na dzień – sprostował Daniel. – Spójrz na zegarek.
  – Jedno i drugie... – Remi wyszedł i zaraz wrócił z komórką w ręku, pisząc sms’a. Spojrzał na Daniela i szybko dodał: – Przepraszam.... – wskazał telefon.
  – Ależ nie ma za co, ok. – uśmiechnął się i dopił herbatę, a kiedy Remi odłożył komórkę, dodał: – Jest mały problem. Będziemy spać razem...
  Te słowa nieco zaskoczyły chłopaka. Był bardzo speszony, wręcz zażenowany.
  – To może ja jednak... pojadę do domu, będzie mniej problemów.
  – Nie będę się do ciebie dobierał. Jesteś z Daro i szanuję to. Nie będę się wcinał między was, ja nie z tych. A łóżko mam duże. Zmieścimy się spokojnie.
  – No... duże, fakt. Daro u siebie tak nie ma.
  – Idę umyć zęby i kładę się. A ty, jak skończysz śniadanie... zapraszam – powiedział. Wiedział, jaki wydźwięk miało to słowo, jednak miał czyste sumienie. Zaznaczył, na czym stoi ich relacja.
  Przepłukał gar...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin