Francine_Rrivers_-_Echo_w_ciemnosci.rtf

(1177 KB) Pobierz

RIVERS FRANCINE

 

 

 

Echo w ciemności

cz.II trylogii

Znamię lwa

 


Dedykuję tę książkę

Peggy Lynch i Lynn Moffett,

ukochanym przyjaciółkom i bojowniczkom modlitwy

 

 


Podziękowanie

 

Chciałabym wyrazić wdzięczność i podziękować dwojgu bardzo szczególnych redaktorów, którzy ślęczeli po nocach nad moim tekstem: mężowi, Rickowi Riversowi, gdyż od samego początku czuwał nad moim pisaniem, i redaktorowi z wydawnictwa Tyndale House, Karen Ball. Rick skreślał to, co niepotrzebne, Karen wygładzała. Oboje śmiało przedzierali się przez dzikie tereny nie opatrzonych tytułami rozdziałów, brnęli przez grzęzawiska nie kończących się zdań i wyrąbywali sobie drogę wśród gęstwy osobliwej interpunkcji i niezwykłej pisowni.

Niechaj Bóg was błogosławi

 

 


Prolog

 

Aleksander Democedes Aznandynus stał przy bramie śmierci, czekając na okazję, by dowiedzieć się czegoś więcej o życiu. Igrzyska nigdy nie sprawiały mu przyjemności, przychodził więc tu niechętnie. Jednak to, co zobaczył dzisiaj, oszołomiło go, zdumiało do głębi jego jestestwa.

Szaleńczy ryk tłumu zawsze napełniał go jakimś mimowolnym niepokojem. Ojciec powiedział mu kiedyś, że oglądanie gwałtu zadawanego innym ma działanie oczyszczające i Aleksander widywał od czasu do czasu prawie chorobliwą ulgę na twarzach ludzi przyglądających się zabijaniu na arenie.

Zmarszczył brwi. Być może ci, którzy siedzą i patrzą na te przerażające rzeczy, są w pewnym sensie wdzięczni, że to nie oni muszą znaleźć się na arenie pełnej lwów albo stanąć do walki z wyćwiczonym gladiatorem, albo ponieść śmierć w jakiś inny, jeszcze bardziej groteskowy i poniżający sposób.

Tysiące ludzi przychodziły tu zapewne po to, żeby przeżyć katharsis, jakby to uczestniczenie w zorganizowanym zadawaniu ran stanowiło swoistą zaporę między widzem a coraz bardziej zepsutym i samowolnym światem. Tak, w cesarstwie działy się rzeczy straszne, lecz w tym akurat czasie nie dotyczyło to najwyższych kręgów, nie dotyczyło wiernych, tych, którzy naprawdę należeli do Rzymu. Aleksander uśmiechnął się krzywo, zdał sobie bowiem sprawę, że niewielu z zasiadających w amfiteatrze zauważyło to, co dla niego było oczywistością: że fetor krwi wsiąkającej w piasek jest tak samo mocny, jak fetor rozpusty i strachu unoszący się w tym cesarstwie wokół każdego. Takim właśnie powietrzem oddychali wszyscy.

Jednak dzisiaj... dzisiaj zdarzyło się coś wstrząsającego. Coś, co wzburzyło młodzieńca jak rzadko kiedy. Zwrócił w tym momencie wzrok na leżącą młodą kobietę i ogarnęło go niepojęte poczucie tryumfu.

Patrzył na martwą kobietę i zaciskał dłonie na barierce. Kiedy więźniowie znaleźli się na arenie, odeszła od innych - spokojna i dziwnie radosna. Aleksander natychmiast skupił na niej całą swą uwagę. Jak przystało na człowieka przygotowującego się do zawodu medyka; umiał dostrzec wszystko, co odbiegało od zwyczajności, każdą odmienność w człowieku, a w tej kobiecie było coś niezwykłego... coś, czego nie dało się ująć w słowa.

W pewnym momencie zaczęła śpiewać i pełen słodyczy głos przeszył jego serce.

Wrzask tłumu szybko zagłuszył jej pieśń, ale kobieta śpiewała dalej, idąc z pogodną twarzą przez piasek - prosto w stronę miejsca po drugiej stronie areny, skąd patrzył na nią Aleksander. Znowu czuł, jak serce wali mu w rytm jej kroków. Wygląd miała dość pospolity, ale coś z niej promieniowało... była wokół niej jakaś świetlna aura, którą się wyczuwało nie widząc. Miał wrażenie, że kobieta chce objąć go wyciągniętymi ramionami.

Kiedy dopadła ją lwica, rozległ się głuchy odgłos i Aleksander miał wrażenie, że zwierzę zwaliło się na niego.

Zamknął oczy, jego ciało ogarnął dreszcz. Znowu spojrzał. Dwie lwice walczyły nad nieruchomym ciałem. Skrzywił się widząc, że jedna z bestii zagłębia pazury w udo młodej kobiety, próbując ją odciągnąć. W tym momencie druga lwica skoczyła i zwierzęta zwarły się pazurami, walcząc o łup.

I wtedy krzyczące ze strachu dziecko, uciekając przed lwicą, przebiegło obok krat furty, za którą stał Aleksander. Młodzieniec zacisnął szczęki i oparł się czołem o zimną kratę. Kostki palców pobielały mu, gdyż z całą siłą zamknął dłonie na żelazie. Widok takiego cierpienia stał się nie do wytrzymania.

Odkąd pamiętał, wysłuchiwał argumentów podawanych przez tych, którzy bronili igrzysk. Na arenę trafiają zbrodniarze zasługujący na śmierć. Aleksander wiedział, że ludzie rzuceni lwom na pożarcie wyznawali wiarę zachęcającą do obalenia władzy Rzymu.

Nie mógł pozbyć się myśli, że społeczeństwo mordujące bezradne dzieci zasługuje na unicestwienie.

Kiedy umilkł wreszcie porażający pisk dziecka, Aleksander wypuścił powietrze z płuc. Nie zdawał sobie nawet sprawy, że przez dłuższy czas wstrzymywał dech. Stojący za jego plecami strażnik roześmiał się.

- Na jeden kęs!

Aleksander milczał. Pragnął zamknąć oczy, odgrodzić się od rzezi trwającej na arenie, ale strażnik zaczął się mu przyglądać. Czuł na sobie zimne spojrzenie tych bezlitosnych oczu, obserwujących go przez otwór w wypolerowanym hełmie. Nie chciał poniżyć się w oczach tamtego, okazując słabość. Jeśli ma zostać dobrym lekarzem, musi panować nad wzruszeniami. Flegon powtarzał często, że musi być twardy, jeżeli chce odnieść sukces na drodze życiowej, którą sobie wybrał. Mądry nauczyciel powiedział, że w końcu śmierć to jeden z aspektów życia medyka.

Aleksander odetchnął głęboko, żeby uśmierzyć wzburzenie, i znowu spojrzał na piasek. Wiedział, że gdyby nie igrzyska, nie miałby możliwości studiowania ludzkiej anatomii. Flegon powiedział mu, że ze zwojów i obrazków niczego się już nie nauczy. Jeśli chce pogłębić swą wiedzę, musi dokonywać wiwisekcji. Widząc odrazę młodzieńca do takich praktyk, stary lekarz trwał nieugięcie przy swoim, osaczając swego ucznia siecią argumentów nie do odparcia. Jak wyobraża sobie chirurgię bez znajomości anatomii? Obrazy, rysunki to nie to samo, co rzeczywiste ciało człowieka. A w Rzymie jest tylko jeden sposób, żeby poznać anatomię.

Aleksander przeklinał w duchu rzymskie prawo, które zakazywało sekcji zwłok, zmuszając tym samym lekarzy do krojenia ludzi bliskich śmierci. Jedynym miejscem, gdzie miało się taką sposobność, był cyrk, gdyż tutaj rany odnosili zbrodniarze.

Padały kolejne ofiary, aż wreszcie okrzyki przerażenia umilkły i zapanowała względna cisza, gdyż lwy zajęły się pożeraniem zwłok. Inny odgłos uświadomił Aleksandrowi, że nadeszła jego pora: były to okrzyki znudzonego i niezadowolonego tłumu. Widowisko dobiegło końca, więc przestało ich to bawić. Niech bestie obżerają się w swoich klatkach, zamiast narażać obecnych na widok swojej nieciekawej uczty.

Edyl natychmiast zrozumiał, czego pragnie tłum. Furty otworzyły się i uzbrojeni posługacze zaczęli się zbliżać do zwierząt, które wczepiły się paszczami i pazurami w zwłoki, broniąc swego łupu. Po posługaczach zjawił się mężczyzna przebrany za Charona, przewodnika przeprawiającego dusze zmarłych przez Styks. Aleksander przyglądał się aktorowi, który tanecznym krokiem przechodził od ciała do ciała, i modlił się, by światełko życia tliło się przynajmniej w jednej z ofiar. W przeciwnym razie będzie musiał tu zostać i czekać na następną sposobność.

Spojrzenie Aleksandra omiotło bez większej nadziei piasek, szukając choć jednego żywego. Raz jeszcze młodzieniec zerknął na młodą kobietę. Koło niej nie było żadnego lwa i Aleksander uznał, że to bardzo osobliwe, iż leży ona tak daleko od mężczyzn wypędzających lwy z areny. Zwężonymi oczami wpatrywał się w nieruchomy kształt. I nagle coś w nim drgnęło. Czyżby zobaczył jakiś nieznaczny ruch? Wychylił się do przodu i patrzył z natężeniem, oślepiony nieco blaskiem słońca. Poruszyła palcami!

- Tam - wskazał czym prędzej. - Blisko środka.

- Padła pierwsza. Z pewnością nie żyje - rzekł kategorycznym tonem strażnik.

- Chcę rzucić na nią okiem - nalegał Aleksander.

Strażnik wzruszył ramionami.

- Jak sobie życzysz - powiedział.

Zrobił krok do przodu i gwizdnął przenikliwie dwa razy. Aleksander patrzył, jak Charon zbliża się w podskokach do dziewczyny i pochyla nad nią, obracając to w jedną, to w drugą stronę pierzastą, uzbrojoną w dziób głową jakby czyhając na jakiś znak życia. Wymachiwał przy tym teatralnie młotkiem, gotów w każdej chwili użyć go, jeśliby sąd nie dokonał się i ofiara zachowała życie. Najwyraźniej uznał jednak, że dziewczyna nie żyje, gdyż chwycił ją za rękę i bez wielkich ceregieli powlókł po piasku w stronę bramy śmierci.

Nagle któraś lwica skoczyła na posługacza, który zapędzał ją do tunelu. Posługacz ledwie zdążył uskoczyć, ale zaraz, wprawnie posługując się biczem, zapędził rozwścieczone zwierzę do furty. Strażnik skorzystał z zamieszania, żeby otworzyć szeroko bramę śmierci.

- Szybko! - warknął w stronę Charona, który biegł, wlokąc dziewczynę w cień wyjścia. Strażnik strzelił palcami i dwaj niewolnicy szybko chwycili dziewczynę za ręce i nogi i ponieśli marnie oświetlonym korytarzem.

- Nie tak gwałtownie! - burknął gniewnie Aleksander, kiedy rzucili ją niedbale na brudny, zakrwawiony stół.

Odepchnął niewolników, pewny, że nawet jeśli dziewczyna żyła, te niedołęgi, obchodząc się z nią brutalnie, zgasiły w niej ostatnią iskierkę życia. Ręka strażnika zacisnęła się na ramieniu Aleksandra.

- Sześć sesterców, zanim zaczniesz ją kroić - powiedział strażnik zimnym głosem.

- To dość wygórowana cena, nie uważasz? - mruknął Aleksander, unosząc arystokratyczną brew.

Strażnik uśmiechnął się.

- Nie dla ucznia Flegona. Musisz mieć kufer pełen złota, skoro stać cię na naukę u takiego nauczyciela. - Wyciągnął dłoń.

- Szybko się opróżnia - rzucił Aleksander oschle, rozsupłując sakiewkę przytroczoną do pasa.

Nie wiedział, jak długo będzie mógł pracować, zanim dziewczyna umrze, nie miał więc zamiaru tracić czasu na targowanie się o kilka monet. Strażnik wziął pieniądze i zniknął.

Aleksander znowu skupił całą uwagę na dziewczynie. Jej twarz była jedną masą poszarpanego ciała. Cała tunika nasiąkła krwią. Krwi było tyle, że dziewczyna nie mogła żyć. Pochylił się, przyłożył ucho do jej warg i ze zdziwieniem stwierdził, że czuje cichutki, ciepły oddech, tchnienie życia. Czas nagli. Skinął na swoich niewolników, wycierając dłonie w ręcznik.

- W tym zgiełku nie da się pracować. Połóżcie ją tam. Szybko!

Dwóch ze służby ruszyło, by wykonać jego rozkaz, ale niewolnik Flegona, Troas, stał i patrzył. Aleksander zacisnął usta. Podziwiał zręczność Troasa - w przeszłości niewolnik asystował wiele razy Flegonowi i wiedział więcej o medycynie niż większość wolnych medyków - ale nie lubił tego chłodu w zachowaniu.

- Światło - rozkazał Aleksander.

Przyniesiono pochodnię i Aleksander pochylił się nad dziewczyną leżącą na marmurowej płycie w mrocznym zakątku korytarza. Aleksander przyszedł tu z jasno określonym celem: chciał usunąć skórę i mięśnie z brzucha, żeby przyjrzeć się organom wewnętrznym. Powtórzył to sobie, chcąc utwierdzić się w tym zamiarze, rozwiązał rzemienie skórzanego pudła i otworzył je. Spośród narzędzi chirurgicznych wybrał cienki, ostry jak brzytwa nóż.

Dłoń miał spoconą. Gorzej, drżała mu. Pot spływał mu z czoła i czuł na sobie krytyczne spojrzenie Troasa. Nie ma za dużo czasu; musi działać szybko i zbadać co się da.

Otarł pot z czoła i przeklął w duchu swoją słabość.

- Ona nic nie poczuje - powiedział spokojnie Troas.

Aleksander zacisnął zęby, naciął od góry nasączoną krwią tunikę i pociągnął nożem do samego dołu, żeby ustalić, jakie rany odniosła młoda kobieta. Po chwili zmarszczył brwi. Od piersi do pachwiny widać było tylko powierzchowne rany i ciemniejące siniaki.

- Bliżej pochodnię - rozkazał, nachylając się nad ranami, by ocenić je dokładniej. Głębokie bruzdy biegły od linii włosów do policzka, a niżej - od obojczyka po mostek. Młody lekarz powoli przeniósł spojrzenie jeszcze niżej i zauważył głębokie rany punktowe i złamanie kości prawego przedramienia. Znacznie jednak gorsze były rany na udzie, które powstały, kiedy lwica wbiła tam swoje pazury i starała się odciągnąć dziewczynę na bok.

Aleksander otworzył szeroko oczy, kiedy uświadomił sobie, że dziewczyna nie wykrwawiła się na śmierć, gdyż piasek zatkał rany - pewnie, kiedy wlokła ją lwica - tamując upływ krwi. Aleksander poczuł, że coś go dławi w gardle. Jedno szybkie, zręczne cięcie i będzie mógł przystąpić do swoich studiów. Jedno szybkie, zręczne cięcie... i będzie zabójcą tej dziewczyny.

Pot wystąpił mu znowu na skronie, serce waliło jak młot. Patrzył na unoszenie się i opadanie jej piersi, na słabe pulsowanie tętnicy szyjnej i czuł, że robi mu się niedobrze.

- Ona nic nie poczuje, panie - powtórzył Troas. - Jest nieprzytomna.

- Widzę - rzucił zwięźle Aleksander, obrzucając niewolnika mrocznym spojrzeniem.

Przybliżył się i uniósł nóż gotowy do cięcia. Nie dalej jak wczoraj kroił gladiatora. Przez kilka minut poznał anatomię lepiej niż ślęcząc godzinami nad księgami. Na szczęście umierający mężczyzna ani razu nie otworzył oczu, ale jego rany były znacznie gorsze od tych, które zadano leżącej przed Aleksandrem dziewczynie.

Zamknął oczy, starając się zapanować nad sobą. Chciał skupić się na tym, czego Flegon nauczył go, pracując kiedyś przy swoim uczniu. “Musisz ciąć szybko. O tak - mówił nauczyciel, z wprawą posługując się nożem. - Kiedy możesz się nimi zająć, są już prawie martwi i w jednej chwili mogą umrzeć wskutek wstrząsu. Nie trać czasu na rozmyślanie o tym, czy jeszcze cokolwiek czują, gdyż w momencie, gdy serce się zatrzyma, musisz przerwać, jeżeli nie chcesz narażać się na gniew bogów i na skutki prawne.” Mężczyzna, którego organy badał wtedy Flegon, żył kilka minut, nim wykrwawił się na śmierć... ale jego krzyki nadal brzmiały Aleksandrowi w uszach. Spojrzał na Troasa.

- Ile razy patrzyłeś na coś takiego, Troasie?

- Więcej niż mogę zliczyć, panie - odparł ciemnoskóry Egipcjanin, wykrzywiając ironicznie usta. Dostrzegł zaskoczenie w oczach młodzieńca i jego twarz z powrotem przybrała obojętny wyraz. - To, czego nauczysz się dzisiaj, panie, uratuje innych jutro.

Dziewczyna jęknęła i poruszyła się. Troas strzelił palcami i dwaj niewolnicy Aleksandra zrobili krok do przodu.

- Trzymajcie ją za ręce i nogi - rozkazał - bo zacznie się rzucać.

Kiedy szarpnięto ją za złamaną rękę, wydała z siebie chrapliwy okrzyk.

- Jezu! - szepnęła i otworzyła oczy.

Aleksander spojrzał w jej ciemnobrązowe oczy tak pełne bólu i zamętu, że nie mógł zdobyć się na żaden ruch.

- Panie - nalegał Troas - musisz pracować szybko.

Dziewczyna wyszeptała coś w dziwnym, nieznanym języku i jej ciało znowu stało się bezwładne. Nóż wypadł z dłoni Aleksandra i zabrzęczał o kamienną posadzkę. Troas obszedł stół, podniósł nóż i podał go młodzieńcowi.

- Zemdlała - powiedział, przenosząc spojrzenie z Aleksandra na dziewczynę i z powrotem.

- Przynieś miskę wody.

Troas zmarszczył brwi.

- Co zamierzasz uczynić, panie? Przywrócić ją do życia?

Słysząc drwiący ton, Aleksander uniósł głowę.

- Śmiesz zadawać mi pytania? - spytał wyniośle.

Troas spojrzał na młodą, arystokratyczną twarz. W tym momencie została nakreślona oddzielająca ich linia i mimo całego swego doświadczenia, całej swojej zręczności, Troas nie ośmielił się jej przekroczyć. Przełknął gniew i dumę i odsunął się.

- Wybacz, panie. Chciałem ci tylko przypomnieć, że została skazana na śmierć.

- Wygląda na to, że bogowie ocalili jej życie.

- Dla ciebie, panie. Byś mógł nauczyć się tego, co powinieneś, i został lekarzem.

- Nie potrafię zdobyć się na to, by ją zabić.

- Z rozkazu prokonsula ona już nie żyje! To nie będzie twój czyn. Nie słowo z twych ust posłało ją na arenę pełną lwów.

Aleksander wziął nóż od Troasa i cisnął go do pudła między inne narzędzia chirurgiczne.

- Nie będę narażał się na gniew Boga, który ją ocalił, odbierając jej życie w tym momencie. - Machnął gniewnie ręką. - Jak sam widzisz, żaden z ważnych organów nie został uszkodzony.

- Uważasz, że lepiej będzie, jeśli spotka ją powolna śmierć wskutek zakażenia?

Aleksander zesztywniał.

- Nie pozwolę jej umrzeć! - Gorączkowo zastanawiał się nad tym, co ma zrobić. Miał ciągle przed oczyma młodą kobietę idącą przez piasek. Śpiewała i szła z rozłożonymi rękami, jakby chciała przycisnąć do piersi ludzi, którzy tak bardzo łaknęli jej śmierci. - Musimy ją stąd wydostać - powiedział stanowczym głosem.

- Chyba oszalałeś, panie! - syknął Troas.

Aleksander jakby go nie słyszał.

- Nie mam tego, co potrzeba, żeby opatrzyć rany i zestawić rękę - mruknął.

Strzelił palcami i wydał polecenia swoim sługom.

Troas patrzył na niego z niedowierzaniem, a potem, zapominając, z kim ma do czynienia, złapał Aleksandra za ramię.

- Nie możesz tego uczynić! - mówił cichym głosem. Nieznacznie wskazał głową strażnika, który przyglądał się im właśnie z zaciekawieniem. - Jeśli spróbujesz uratować skazanego więźnia, grozi ci śmierć! Tobie i nam wszystkim!

- Najlepiej więc będzie, jeśli zwrócimy się do jej Boga z modlitwą, by chronił nas i pozwolił bezpiecznie ją z tego miejsca wydostać. A teraz przestań się ze mną sprzeczać i natychmiast ją stąd zabierzcie. Ma się znaleźć w moim domu. Ja omówię wszystko ze strażnikiem i przybędę, gdy tylko będzie to możliwe. Ruszajcie!

Troas zrozumiał, że wszelki opór jest daremny i skinął pospiesznie na pozostałych. Kiedy Egipcjanin wydawał szeptem polecenia, Aleksander wetknął swój nóż chirurgiczny w odpowiednią szczelinę skórzanego pasa, zwinął pas z wszystkimi narzędziami, zawiązał go starannie rzemieniem. Przez cały czas miał świadomość, że strażnik bacznie mu się przygląda. Wziął pudło i wetknął je sobie pod ramię. Wytarł ręcznikiem krew z rąk i spokojnym krokiem podszedł do strażnika.

- Nie możesz jej stąd zabrać, panie - powiedział żołnierz i jego oczy zwęziły się podejrzliwie.

- Nie żyje - skłamał obojętnym tonem Aleksander. - Moi ludzie usuną ciało. Jestem pewny, że nie zależy ci na tym, by ją dotykać. - Uśmiechnął się ironicznie do strażnika, oparł o kratę i wyjrzał na zewnątrz, na gorący piasek areny. - Nie była warta sześciu sesterców. Zbyt mało pozostało jej życia, bym miał z niej jakiś pożytek. - Spojrzał znacząco na strażnika.

- Twoja strata - uśmiechnął się tamten.

Aleksander udał, że zaciekawili go dwaj gladiatorzy, którzy zwarli się właśnie w walce.

- Ile czasu potrwa ta walka?

Strażnik ocenił wzrokiem przeciwników.

- Pół godziny, może dłużej. Ale tym razem nie przyniosą tu nikogo żywego.

Aleksander zmarszczył brwi, udając rozczarowanie. Postał moment, a potem cisnął zakrwawiony ręcznik w kąt.

- W takim razie pójdę kupić sobie wina.

Idąc oświetlonym pochodniami korytarzem, zmuszał się do zachowania niespiesznego tempa - ale serce biło mu z każdym krokiem żywiej. Wyszedł na światło słoneczne i poczuł na twarzy leciutki podmuch wiatru.

“Pospiesz się! Szybciej!” Usłyszał te słowa wyraźnie, jakby ktoś szeptał mu je natarczywie do ucha. Jednak dokoła nie było żywej duszy.

Z bijącym mocno sercem Aleksander ruszył w stronę swojego domu i zaraz zaczął biec, ponaglony cichym głosem w łagodnym powiewie wiatru.


Rozdział I

Rok później

 

Markus Lucjanus Walerian wędrował gmatwaniną ulic Wiecznego Miasta z nadzieją, że prędzej czy później znajdzie w swym sercu sanktuarium pokoju. Nic z tego. Rzym działał na niego przygnębiająco. Zdążył już zapomnieć o smrodzie bijącym od brudnego Tybru, o natarczywym, różnorodnym tłumie. A może nigdy nie dostrzegał ani jednego, ani drugiego, gdyż zbyt pochłaniało go własne życie i wszystko, co robił. W ciągu kilku ostatnich tygodni, od dnia powrotu do miasta, w którym się urodził, całe godziny spędzał, błądząc po ulicach, odwiedzając miejsca, gdzie niegdyś tak chętnie przebywał. Ale teraz śmiech przyjaciół wydawał mu się pusty, a szaleńcze uczty i pijatyki stały się dla niego czymś dającym tylko zmęczenie, zamiast przyjemności.

Ponieważ czuł przygnębienie i potrzebował rozrywki, zgodził się pójść z Antygonusem do cyrku. Przyjaciel był teraz wpływowym senatorem i zasiadał na honorowym miejscu na podium. Wchodząc do amfiteatru i szukając swego miejsca, Markus starał się zapanować nad uczuciami. Musiał jednak przyznać sam sobie, że kiedy rozległy się trąby, poczuł się nieswojo. Zaczęła się parada i wtedy coś ścisnęło mu pierś, a trzewia zawęźliły się w twardy supeł.

Nie był w cyrku od czasów efeskich. Zastanawiał się, czy będzie mógł przyglądać się igrzyskom. Rzucało się w oczy, że dla Antygonusa igrzyska stały się jeszcze większą obsesją niż poprzednio; grał wysoko, stawiając na gladiatora z Galii.

Kiedy siedzieli już pod baldachimem, dołączyło do nich kilka kobiet. Były piękne i zmysłowe i jak tylko się tu znalazły, dały do zrozumienia, że są zainteresowane w tym samym stopniu Markusem, co igrzyskami. Markus przyjrzał się im bez emocji, a zaciekawienie zgasło równie szybko jak się pojawiło. Te kobiety były płytką, brudną wodą w porównaniu z czystym, uderzającym do głowy winem - Hadassą. Nie zajmowała go ich pusta, czcza rozmowa. Nawet Antygonus, który zawsze go bawił, drażnił go teraz swoimi nazbyt swobodnymi żartami. Markus dziwił się sam sobie, jak mogły sprawiać mu przyjemność takie sprośne historyjki, i czuł tylko politowanie, słuchając Antygonusa, który wyliczał swoje finansowe klęski.

- Jeszcze, jeszcze! - roześmiała się któraś z kobiet, najwyraźniej zachwycona ordynarnym żartem opowiedzianym właśnie przez Antygonusa.

- Będą cię piekły uszy - ostrzegł Antygonus, patrząc na nią błyszczącym wzrokiem.

- Jeszcze! - podjęło prośbę całe towarzystwo.

Całe poza Markusem. Siedział w milczeniu, przepełniony obrzydzeniem. “Stroją się jak pawie i śmieją chrapliwie jak wrony” - pomyślał, przyglądając się swoim sąsiadom.

Jedna z kobiet podeszła i spoczęła na łożu obok niego. Kusząco wparła się w niego swym biodrem.

- Igrzyska zawsze mnie podniecają - oznajmiła głębokim, miękkim głosem, wpatrując się w Markusa ciemnymi oczami.

Markus nie odpowiedział. Czuł tylko niesmak. Zaczęła opowiadać o jednym z wielu swoich kochanków, szukając wzrokiem oznak zainteresowania na twarzy młodego mężczyzny. Osiągnęła jednak tylko to, że jego odraza jeszcze bardziej się wzmogła. Patrzył na nią, nie próbując nawet ukryć swoich uczuć, ale ona na to nie zważała. Nadal uwodziła go z subtelnością tygrysa, który uważa się za domowego kota.

Przez cały ten czas trwały krwawe zmagania. Antygonus i kobiety śmiali się, żartowali i obrzucali przekleństwami ofiary areny. Markus z rozdrażnieniem patrzył na swoje towarzystwo... na to, jak ci ludzie rozkoszują się widokiem cierpienia i śmierci.

U niego budziło to tylko mdłości, odwrócił się więc, by utopić swoje uczucia w winie. Wychylał kielich za kielichem, rozpaczliwie starając się zagłuszyć w sobie krzyki dochodzące z areny. Nigdy jednak otumaniający napój nie usunie z jego pamięci obrazu... obrazu innego cyrku i innej ofiary. Miał nadzieję, że wino otępi go, ale po jego wypiciu świadomość jeszcze bardziej się wyostrzała.

Tłum wokół niego szalał z podniecenia. Antygonus przyciągnął do siebie jakąś kobietę i spletli się w uścisku. Wyobraźnia podsunęła Markusowi obraz... obraz jego siostry, Julii. Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy zabrał ją do cyrku i jak śmiał się, widząc błysk podniecenia w jej czarnych oczach.

“Obiecuję, że nie przyniosę ci wstydu, Markusie. Nawet nie drgnę, choćby było nie wiem ile krwi.” To prawda.

Nawet wtedy nie drgnęła.

Ani później.

Nie mogąc dłużej znieść tego, co się wokół niego działo, Markus wstał. Kiedy tylko znalazł się poza zasięgiem wzroku Antygonusa i całego towarzystwa, zaczął biec - jak wtedy, w Efezie. Chciał znaleźć się możliwie najdalej od zgiełku, od woni ludzkiej krwi. Przystanął, żeby nabrać tchu, oparł się plecami o kamienny mur i zwymiotował.

Jeszcze wiele godzin po zakończeniu igrzysk dźwięczały mu w uszach wrzaski tłumu domagającego się jeszcze i jeszcze krwi. Te wrzaski rozlegały się echem w jego umyśle, dręczyły go.

Tylko tego zaznał od dnia śmierci Hadassy. Udręki. I strasznej, mrocznej pustki.

 

- Unikasz nas? - spytał kilka dni później Antygonus, kiedy przyszedł z wizytą do Markusa. - Nie było cię wczoraj u Krassusa. Wszyscy oczekiwali, że się zjawisz.

- Miałem pilną pracę. - Markus myślał o tym, żeby wrócić na stałe do Rzymu, z płonną nadzieją że znajdzie tu pokój, k...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin