Anne Rice
Sługa kości
Przekład Maciejka Mazan
Ta książka dedykowana jest BOGU
Psalm 137
Nad rzekami Babilonu -
tam myśmy siedzieli i płakali,
kiedyśmy wspominali Syjon.
Na topolach tamtej krainy
zawiesiliśmy nasze harfy.
Bo tam żądali pieśni od nas ci,
którzy nas uprowadzili,
pieśni radości ci, którzy nas uciskali:
“Zaśpiewajcie nam
jakąś z pieśni syjońskich!”
Jakże możemy śpiewać
pieśń Pańską
w obcej krainie?
Jeruzalem, jeśli zapomnę o tobie,
niech uschnie moja prawica!
Niech język mi przyschnie do podniebienia,
jeśli nie będę pamiętał o tobie,
jeśli nie postawię Jeruzalem
ponad największą moją radość.
Przypomnij, Panie, synom Edonu,
dzień Jeruzalem, kiedy oni mówili:
“Burzcie, burzcie -
aż do jej fundamentów!”
Córo Babilonu, niszczycielko,
szczęśliwy, kto ci odpłaci
za zło, jakie nam wyrządziłaś!
Szczęśliwy, kto schwyci i rozbije o skałę twoje dzieci. *
[* Wszystkie cytaty z Pisma Świętego zostały zaczerpnięte z Biblii Tysiąclecia (przyp. tłum.)]
Wstęp
Zamordowana. Czarne były jej włosy, tak jak i oczy.
Popełniono je na Fifth Avenue, morderstwo, w pięknym sklepie z ubraniami, pomiędzy ludźmi. Histeria, kiedy upadła... być może.
Ujrzałem to w ciszy na ekranie telewizora. Estera. Znałem ją. Tak, Estera Belkin. Była moją studentką. Estera. Bogata i miła oku.
Jej ojciec. Główny kapłan tej ogólnoświatowej Świątyni. Banały rodem z New Age, koszulki z hasłami. I proszę: Belkinowie posiadają fortunę, jakiej pragnąłby i o jakiej marzyłby każdy śmiertelnik, a oto Estera, słodka Estera, dziewczyna podobna kwiatu, zawsze tak płochliwie zadająca pytania - nie żyje.
W dzienniku, “wiadomościach na żywo”, ujrzałem jej śmierć. Czytałem książkę, nie darząc jej uwagą. Telewizor pracował niemo, plącząc ze sobą gwiazdy filmu i wojnę. Rzucał jaskrawe refleksy na ściany pokoju. Milczące fajerwerki, nieoglądane przez nikogo. Wróciłem do lektury, kiedy już umarła “na żywo”.
W dniach, które nastąpiły potem, od czasu do czasu wracałem do niej myślą. Po jej śmierci doszło do innych strasznych wydarzeń, związanych z jej ojcem i tym elektronicznym Kościołem. Znowu rozlano krew.
Nie znałem jej ojca. Jego wyznawcy to proch z ulicy.
Ale dobrze pamiętałem Esterę. Chciała wiedzieć wszystko, jedna z tych pokornych, zawsze uważnych i słodkich, tak bardzo słodkich... Pamiętałem ją. Pewnie. Cóż za ironia, zabójstwo tej gołębicy, a potem upadek fałszywych nauk jej ojca.
Nigdy nie siliłem się, by zrozumieć owo zdarzenie.
Zapomniałem o niej. Zapomniałem, że ją zamordowano. Zapomniałem o jej ojcu. Chyba zapomniałem, że w ogóle istniała.
Wiadomości, wiadomości, ciągle wiadomości.
Nadeszła pora, by na jakiś czas zarzucić nauczanie.
Wycofałem się z życia, by napisać książkę. Wyjechałem w góry, wyjechałem w wieczne śniegi. Nie odmówiłem nawet jednej modlitwy za duszę Estery Belkin, ale jestem historykiem, nie kapłanem.
W górach dowiedziałem się o wszystkim. Jej śmierć poszła za mną, prawdziwa i brzemienna znaczeniem.
CZĘŚĆ I
Kości niedoli
Złote są kości niedoli.
Gdzie podzieje się ich blask.
Sięgnąć może do wnętrza,
Drążyć brzask.
Płaczący ojcowie, z którymi piliśmy,
i mleko matki, i finalny smród.
Możemy marzyć, lecz nie myśleć.
Złote kości u twych stóp.
Złoto, srebro, jedwab, miedź.
Niedola to woda wstrząśnięta z mlekiem.
Atak serca, zabójca, rak.
Kto by pomyślał, że kości tańczą tak.
Szkielet tuli szkielet.
Słowa duchów są nieznane.
Uczymy się ignorancji.
Stan Rice, “Piękne jagniątko”, 1975
1.
Oto historia Azriela, tak jak mi ją opowiedział, gdy poprosił, bym stał się świadkiem i kronikarzem jego słów. Nazywajcie mnie Jonatanem, tak jak on. To imię wybrał owej nocy, kiedy pojawił się w otwartych drzwiach i uratował mi życie.
Pewne jest, że gdyby nie przyszedł w poszukiwaniu skryby, umarłbym przed świtem.
Pozwolę sobie wyjaśnić, że jestem powszechnie znany w środowisku historyków, archeologów, badaczy kultury sumeryjskiej. A Jonatan w rzeczy samej jest jednym z nadanych mi imion, choć nie znajdziecie go na okładkach książek, które studenci czytają z konieczności lub przez zamiłowanie do tajemnic historii starożytnej, równie wielkie jak moje.
Azriel był tego świadom - iż jestem naukowcem, nauczycielem - kiedy przyszedł.
Jonatan to poufałe imię, na które obaj się zgodziliśmy. Wybrał je spośród trzech imion, widniejących na notkach o prawach autorskich do moich książek. A ja na nie zareagowałem. I stało się dla niego moim właściwym imieniem, przez te wszystkie godziny, kiedy opowiadał swoją historię - historię, jakiej nigdy nie opublikowałbym pod swoim prawdziwym profesorskim nazwiskiem, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę, podobnie jak i on, że nikt nie zaakceptowałby takiej opowieści pomiędzy moimi pracami.
Zatem jestem Jonatanem; jestem skrybą. Opowiadam tę historię tak, jak przekazał mi ją Azriel. Jest mu obojętne, jakim się nazwę imieniem. Liczy się jedynie, że ktoś spisał to, co miał do powiedzenia. Księga Azriela została podyktowana Jonatanowi.
W istocie wiedział, kim jestem. Znał wszystkie moje prace i przed pojawieniem się u mnie zadał sobie trud ich mozolnego przeczytania. Znał moją akademicką pozycję i coś w moim stylu i poglądach zdołało go ująć. Być może miłe wydało mu się to, iż osiągnąłem szacowny wiek sześćdziesięciu pięciu lat i nadal piszę i pracuję dniami i nocami niczym młodzik, daleki od myśli o odejściu na emeryturę, choć czasem muszę uciec z uczelni, w której wykładam.
A więc to nie przypadek kazał mu się wspinać na strome zbocza porośniętych lasami gór, w śniegu, pieszo, ze zwiniętą gazetą jako jedynym bagażem. Jego wysoką sylwetkę otulała gruba opończa czarnych kędzierzawych włosów, sięgających mu daleko za ramiona - prawdziwie zacny przyodziewek, chroniący głowę i kark - a także jeden z tych dwurzędowych i powiewających zimowych płaszczy, które jedynie ludzie słusznego wzrostu i romantycznego serca potrafią nosić z pewnością siebie lub czarującą nonszalancją.
Przy blasku ognia wydał mi się zrazu szlachetnym młodzieńcem, o wielkich czarnych oczach i grubych wyraźnych brwiach, nosie krótkim i szerokim i wydatnych wargach cherubina; jego włosy znaczyły płatki śniegu, a wiatr wydymał mu płaszcz i szarpał nim z furkotem; jego podmuch wdarł się do wnętrza domostwa i rozrzucił na wszystkie strony cenne dokumenty.
Aż nagle płaszcz stał się dla niego zbyt obszerny. Powierzchowność mojego gościa zmieniła się zupełnie, dopasowała się do zdjęcia w gazecie, którą ze sobą przyniósł.
Był to cud, który zobaczyłem najpierw, zanim dowiedziałem się, kim jest, a także, że będę żyć, że gorączka spadła.
Musicie zrozumieć, że nie jestem szalony ani nawet ekscentryczny, a także, że nigdy nie miałem skłonności autodestrukcyjnych. Nie wyjechałem w góry, żeby umrzeć. Wydało mi się dobrym pomysłem poszukać absolutnego odosobnienia w moim domu na północy, niepołączonym ze światem telefonem, faksem, telewizją ani elektrycznością. Musiałem dokończyć książkę, którą zajmowałem się już od dziesięciu lat, i chciałem tego dokonać właśnie na owym dobrowolnym wygnaniu.
Dom należy do mnie i w owym czasie był dobrze zaopatrzony w mnóstwo wody pitnej, oleju i nafty do lamp, skrzynie pełne świec, a także baterie wszelkich możliwych rodzajów: do małego magnetofonu, z którego zwykłem korzystać, jak również do roboczych laptopów; na cały okres pobytu miałem też szopę pełną suszonej dębiny.
W metalowej skrzynce przeniosłem niezbędne lekarstwa. Zaopatrzyłem się w proste pożywienie, które gotowałem na ogniu w kominku: ryż, suszoną kukurydzę, mnóstwo puszek z niesolonym bulionem oraz parę baryłek z jabłkami, dzięki którym powinienem przetrwać zimę. Przywiozłem również parę worków słodkich ziemniaków, ponieważ odkryłem, iż mogę zawinąć je w folię i upiec w węglu i dębinie na kominku.
Podobał mi się soczyście pomarańczowy kolor słodkich ziemniaków. Spieszę z wyjaśnieniem, iż nie byłem szczególnie dumny z tej diety i nie chciałem napisać o niej artykułu do gazety. Jestem po prostu zmęczony obfitym jedzeniem; zmęczony modnymi restauracjami Nowego Jorku, wystawnymi przyjęciami z bufetem, a nawet nierzadko wspaniałymi posiłkami, na jakie zapraszają mnie koledzy. Staram się to wytłumaczyć. Pragnąłem pokrzepienia dla ciała i umysłu.
Przywiozłem z sobą wszystko, czego mi było potrzeba, by móc w spokoju pisać. Nie było w tym nic szczególnego.
Mieszkanie i tak już wypełniały książki; stare drewniane ściany stodoły zostały ocieplone i zabudowane półkami aż po sufit. Trzymałem tu duplikaty każdego istotnego tekstu, z jakiego korzystałem w domu, a także te nieliczne tomiki poezji, które czytywałem bez końca ze względu na uniesienie, jakie mi dawały.
Komputery, małe i potężne ponad wszelkie zrozumienie, jakim kiedykolwiek mógłbym ogarnąć owe twarde dyski, bajty, megabajty pamięci bądź czterysta osiemdziesiąt sześć chipów, sprowadziłem tu już wcześniej, wraz z nieprawdopodobnie obfitym zapasem dyskietek, na których miałbym zapisywać pracę lub robić jej kopię zapasowe.
Prawda wygląda tak, że przeważnie piszę ręcznie w dużych żółtych notesach. Mam kartony pełne długopisów, z gatunku tych bardzo cienkich, z czarnym wkładem.
Wszystko zapowiadało się wspaniale.
W tym miejscu powinienem zaznaczyć, że świat, kiedy go porzuciłem, wydawał się jeszcze bardziej szalony niż zazwyczaj.
Dzienniki były pełne wieści o sprawie makabrycznego morderstwa na zachodnim wybrzeżu, mającym coś wspólnego ze znanym sportowcem oskarżonym o poderżnięcie gardła swojej żonie; ta sensacja zelektryzowała bez reszty wszystkie talk-show, dzienniki i nawet ten miałki, naiwny i infantylny łącznik ze światem, który nazywa się “R jak Rozrywka”.
Budynek rządowy w Oklahoma City został wysadzony w powietrze - i nie przez obcych terrorystów, jak uważano, lecz przez naszych rodaków, członków milicji obywatelskiej, za jakich się mają, którzy na wzór hipisów z zamierzchłych czasów uznali nasz rząd za niebezpiecznego wroga. Ale podczas gdy hipisi i uczestnicy protestów przeciwko wojnie wietnamskiej ograniczali się do leżenia na torach i wspólnego śpiewania, ci świeżo upieczeni działacze - z głowami pełnymi rojeń o nadchodzącej zagładzie - odebrali życie innym Amerykanom. Setkom Amerykanów.
Za granicą toczyły się walki, które zaczęły przypominać prawdziwe igrzyska. Nie było ani jednego dnia bez wzmianki o okrucieństwach popełnianych przez Bośniaków i Serbów na Bałkanach - w regionie, który od wieków był areną działań wojennych, toczonych z tego czy innego powodu. Straciłem rozeznanie, kto był tu muzułmaninem, chrześcijaninem, rosyjskim sprzymierzeńcem czy przyjacielem. Dla amerykańskich telewidzów Sarajewo już od lat było dobrze znaną nazwą. Na jego ulicach codziennie umierali ludzie, nie wyłączając tych, którzy nazywali się orędownikami pokoju ONZ.
W krajach Afryki ludzie cierpieli głód w wyniku wojen domowych lub nędzy. Widok wychudzonych małych Murzyniątek ze wzdętymi brzuszkami i twarzami oblepionymi przez muchy stał się równie zwyczajny jak reklama piwa.
Żydzi i Arabowie walczyli na ulicach Jerozolimy. Wybuchały bomby; żołnierze strzelali do uczestników protestów, a terroryści mordowali niewinnych ludzi, by udowodnić, że nie żartują.
Na Ukrainie ostatni zwolennicy upadłego Związku Radzieckiego wszczęli walki z narodem górali, którzy nigdy nie poddali się obcym naciskom. Ludzie umierali na śniegu i mrozie za sprawy, których właściwie nie sposób było wyjaśnić.
W sumie w dziesiątkach miejsc gorzały punkty zapalne, pełne walk, śmierci, dziennikarzy, podczas gdy rządy wszystkich państw na próżno starały się je ugasić bez używania przemocy. Ta dekada była orgią przemocy.
A potem śmierć Estery Belkin, po niej zaś skandal ze Świątynią Umysłu. W jej filiach od New Jersey po Libię znaleziono istny skład śmiercionośnej broni. W szpitalach Świątyni utworzono magazyny materiałów wybuchowych i trujących gazów. Wielki przywódca tego popularnego międzynarodowego Kościoła - Gregory Belkin - był szaleńcem.
Przed jego pojawieniem się znaliśmy trzech innych obłąkańców z wielkimi zamierzeniami, lecz mniejszymi możliwościami. Jim Jones popełnił wraz ze swoją Świątynią Ludu zbiorowe samobójstwo w dżunglach Gujany; David Koresh, uważający się za wcielenie Chrystusa, zginął od kuł i ognia na dziedzińcu Waco w Teksasie.
Ostatnio pewien japoński religijny przywódca został oskarżony o zabijanie niewinnych ludzi w metrze.
Członkowie Kościoła o wdzięcznym mianie Świątyni Solaire nie tak dawno popełnili zbiorowe samobójstwo jednocześnie w trzech różnych miejscach w Szwajcarii i Kanadzie.
Gospodarz popularnego programu dał publiczności wskazówki, jak zamordować prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Śmiercionośny wirus zaatakował niedawno z furią pewien afrykański kraj, a potem zanikł, przypomniawszy wszystkim myślącym ludziom o znanej od dawna obsesji: zbliżającym się końcu świata. Najwyraźniej istniały więcej niż trzy mutacje wirusa, a wiele innych, równie niebezpiecznych, czai się jeszcze w dżunglach.
Codziennie w wiadomościach i rozmowach światowców spotykamy się z setkami równie surrealistycznych opowieści.
A więc uciekłem od tego, podobnie jak od wszystkiego innego. Uciekłem w samotność, w śnieżną biel, brutalną obojętność niebosiężnych drzew i okruchy zimowych gwiazd.
Mój jeep przewiózł mnie przez “lasy Skórzanej Pończochy”, jak jeszcze czasami się je nazywa na cześć Jamesa Fenimore’a Coopera, bym mógł zamknąć się na zimę w swojej twierdzy. W samochodzie jest telefon, przez który można przy pewnej dozie samozaparcia skontaktować się ze światem zewnętrznym. Zamierzałem go przenieść, ale prawda wygląda tak, iż nie jestem zbyt zręczny i nie potrafiłem wyjąć tego urządzenia, nie uszkadzając samochodu.
Zatem rozumiecie już, że nie jestem głupcem, a jedynie naukowcem. Miałem plan. Byłem przygotowany na nadejście obfitych śnieżyc i wichur, wyjących w metalowym kominie nad centralnym paleniskiem. Zapach książek, dymu z dębiny, śnieg prószący od czasu do czasu w kominek oto rzeczy, które kocham i których czasem potrzebuję. i przez wiele zim mój dom dawał mi dokładnie to, o co prosiłem.
Ta noc zaczęła się jak każda inna. Gorączka wzięła mnie zupełnie z zaskoczenia i pamiętam, jak rozpaliłem potężny ogień na okrągłym palenisku, ponieważ nie chciałem do niego dokładać. Nie wiem, kiedy wypiłem całą wodę stojącą w pobliżu łóżka. Nie mogłem być wówczas w pełni przytomny. Przypominam sobie, że podszedłem do drzwi, odciągnąłem zasuwę i nie potrafiłem jej zasunąć z powrotem; tyle potrafię odnaleźć w pamięci. Prawdopodobnie chciałem dostać się do jeepa.
Zamknięcie zasuwy okazało się po prostu niemożliwe. Przez długi czas leżałem w śniegu, po czym wczołgałem się do domu, uchodząc z paszczy zimy. Przynajmniej tak to wyglądało.
Pamiętam to wszystko, ponieważ przypominam sobie, iż poczułem, że znajduję się w wielkim niebezpieczeństwie. Długa podróż powrotna do łóżka i ciepła ognia wyczerpała mnie do cna. Pod stertą wełnianych koców i kołder znalazłem schronienie przed porywistym wichrem, który wtargnął do wnętrza domu. I wiedziałem, że jeśli nie odzyskam jasności myśli, jeśli jakoś nie zdołam dojść do siebie, zima wkrótce przekroczy próg, by na zawsze uśpić ogień i zabrać mnie ze sobą.
Leżąc na plecach, przykryty kołdrami po brodę, pociłem się i drżałem na zmianę. Patrzyłem, jak płatki śniegu wirują pod belkami sufitu. Patrzyłem na płonącą stertę bierwion. Czułem swąd spalonego garnka, z którego wygotowała się zupa. Widziałem, jak śnieg zasypuje moje biurko.
Zamierzałem wstać, a potem zapadłem w sen. Śnił mi się jeden z tych głupich majaków, jakie sprowadza ze sobą gorączka. Wreszcie obudziłem się gwałtownie, poderwałem, upadłem na wznak i znowu zasnąłem. Świece już się wypaliły, ale ogień jeszcze nie wygasł, a śnieg zdążył zasypać cały pokój, pokryć grubą warstwą biurko, krzesło, może nawet i łóżko. Raz zlizałem śniegowe płatki z warg, tyle sobie przypominam, i smakowały mi, więc od czasu do czasu piłem roztopiony śnieg, który zgarniałem dłonią. Paliło mnie piekielne pragnienie. Lepiej było spać, niż je czuć.
Azriel pojawił się chyba około północy.
Czy wybrał tę godzinę, kierując się zamiłowaniem do mocnych efektów? Wprost przeciwnie. Już z daleka, idąc przez śnieg i wiatr, widział ogień na szczycie góry, iskry strzelające z komina i światło migoczące przez otwarte drzwi. Pospieszył ku tym drogowskazom.
Mój dom był jedynym gospodarstwem na tym terenie, a on o tym wiedział. Wywnioskował to z przypadkowych taktownych uwag tych wszystkich, którzy oficjalnie i delikatnie dawali mu do zrozumienia, iż przez najbliższe miesiące nie będzie ze mną kontaktu, że ukryłem się w swojej pustelni.
Ujrzałem go w chwili, kiedy stanął w drzwiach. Widziałem lśnienie gęstej fali czarnych kędzierzawych włosów oraz ogień w jego oczach. Widziałem siłę i zręczność, kiedy zamknął drzwi i zbliżył się do mnie.
Zdaje się, że powiedziałem:
- Umieram.
- Nie, nie umierasz, Jonatanie - odrzekł.
Natychmiast przyniósł butelkę wody i uniósł mi głowę. Piłem i piłem, i piła moja gorączka, a ja go błogosławiłem.
- To zwykła rzecz, Jonatanie - powiedział z prostotą.
Zapadłem w drzemkę, a on rozpalił ogień na nowo, zmiótł śnieg i przypominam sobie z wielką wyrazistością i zdumieniem, jak pozbierał zewsząd moje notatki, bardzo pieczołowicie, po czym ukląkł i rozłożył je przed ogniem, by wyschły i by można było z nich coś jeszcze uratować.
- To twoja praca, twoja cenna praca - odezwał się, kiedy spostrzegł, że na niego patrzę.
Zdjął obszerny, fałdzisty płaszcz. Został w koszuli z długimi rękawami, co oznaczało, że nic nam już nie grozi. Znów poczułem zapach gotującej się zupy, bulgoczący bulion z kury. Przyniósł mi go w glinianej misce - z tych rustykalnych, jakie wybrałem specjalnie do tego domu - i kazał mi wypić, a ja usłuchałem.
W istocie to dzięki wodzie i bulionowi powoli sprowadził mnie z powrotem. Do tej pory nie miałem na tyle przytomności umysłu, by wspomnieć o lekarstwach z białej apteczki. Obmył mi twarz zimną wodą.
Umył mnie całego, powoli i cierpliwie, obracając łagodnie moje ciało. Na łóżku rozesłał świeże prześcieradło.
- Bulion - powiedział. - Bulion, nie, musisz.
I woda. Nieustannie poił mnie wodą.
Czy wystarczy także dla niego, spytał. Niemal się roześmiałem.
- Oczywiście, mój przyjacielu, na Boga, bierz wszystko, czego chcesz.
Zaczął pić łapczywymi łykami i powiedział, że tylko tego mu potrzeba teraz, gdy Droga do Nieba znikła, a on pozostał sam.
- Nazywam się Azriel - powiedział, siadając przy mym łóżku. - Nazywają mnie Sługą Kości - ciągnął - lecz stałem się zbuntowanym duchem, rozgoryczonym i niepokornym.
Rozwinął gazetę, bym mógł na nią spojrzeć. Mój umysł nie był już tak zmącony. Siedziałem, podparty boskim dobrodziejstwem czystych poduszek. Wydawał mi się tak niepodobny do ducha, jak tylko może być niepodobny człowiek muskularny, tryskający życiem, z ciemnymi włosami na grzbietach dłoni i ramionach, co nadawało mu jeszcze bardziej witalny wygląd.
Ze strony słynnej gazety “Time” spoglądała na mnie twarz Gregory’ego Belkina. Gregory Belkin - ojciec Estery - założyciel Świątyni Umysłu. Człowiek, który mógłby skrzywdzić miliony osób.
- Zabiłem go - powiedział Azriel.
Odwróciłem się, żeby na niego spojrzeć, i wtedy po raz pierwszy ujrzałem cud.
Chciał, żebym go zobaczył. Uczynił go dla mnie.
Skurczył się, choć nieznacznie; splątana grzywa ciemnych kędziorów znikła. Miał teraz schludną fryzurę nowoczesnego biznesmena. Nawet jego obszerna koszula przekształciła się w godny pochwały i nieskazitelnie skrojony czarny garnitur, a on sam stał się... na moich oczach... stał się Gregorym Belkinem.
- Tak - odezwał się. - Tak wyglądałem w dniu, w którym dokonałem wyboru i na zawsze utraciłem moją moc, kiedy przybrałem prawdziwe ciało i prawdziwy wyraz cierpienia. Wyglądałem tak jak Gregory, kiedy go zastrzeliłem.
Zanim zdołałem wyrzec choć słowo, znowu się zmienił; jego głowa stała się masywniejsza, rysy - bardziej wyraziste, czoło szersze i bardziej wypukłe, a na miejsce zaciśniętych w linijkę ust Belkina pojawiły się wargi cherubina. Płonące oczy powiększyły się pod grubymi brwiami, które obniżały się przy uśmiechu, nadając i jemu, i intensywnemu spojrzeniu tajemniczy i uwodzicielski wyraz.
Uśmiech ten nie był wyrazem szczęścia. Nie było w nim wesołości ni słodyczy.
- Myślałem, że zawsze będę tak wyglądać - powiedział, podsuwając mi gazetę, bym się jej przyjrzał. - Myślałem, że umrę w tej postaci. - Westchnął. - Świątynia Umysłu legła w gruzach. Ludzie nie będą umierać. Kobiety i dzieci nie będą padać na ulicach, odetchnąwszy śmiercionośnym gazem. Ale ja nie umarłem. Znów jestem Azrielem.
Ująłem jego dłoń.
- Jesteś człowiekiem z krwi i kości. Nie wiem, co zrobiłeś, że wyglądałeś jak Gregory Belkin.
- Nie, nie człowiekiem. Duchem - sprostował. - Duchem tak silnym, że potrafię otoczyć się formą, jaką miałem za życia, a teraz nie potrafię się jej pozbyć. Dlaczego Bóg mi to uczynił? Nie jestem istotą niewinną. Zgrzeszyłem. Lecz czemu nie mogę umrzeć?
Nagle jego twarz rozjaśniła się uśmiechem. Stał się niemal dzieck...
Sabaidee