Andre Norton
Opowieścize świata czarownicTom 3
Przekład Karolina Bober
Tytuł oryginału Tales Of The Witch World 3
Przedmowa
Wielokrotnie powtarzałam, że opowieści ze Świata Czarownic miały być zebrane tylko w jednej książce. Jej fragment zamierzałam wykorzystać w powieści historycznej, która nie została napisana. Jest jednak w Świecie Czarownic coś, co przyciąga zarówno pisarza, jak i czytelników - ci ostatni zaś chcą wiedzieć o nim coraz więcej.
Najpierw odkryłam wschodni kontynent, na którym znajdował się Estcarp i jego odwieczni wrogowie: Karsten i Alizon. Potem, zupełnie znikąd, pojawiła się pierwsza przygoda na Wyżynie Hallack na zachodzie: Rok Jednorożca, jednocześnie pierwsza książka, której bohaterką była kobieta. Chociaż mężczyźni nie przyjęli powieści zbyt ciepło, kobiety powitały ją z entuzjazmem.
W listach od czytelników nadchodziło coraz więcej pytań i sugestii dotyczących nowych przygód ulubionych postaci. Wspólnie z Ann Crispin napisałam Gniazdo Gryfa, co okazało się dla mnie bardzo bogatym doświadczeniem. Żadna z nas nie chciała, aby z końcem tej historii nasi bohaterowie zamilkli na zawsze. Pomysł Tkaczki pieśni, dziejów następnego pokolenia, powstał, zanim jeszcze ostatnie słowo Gniazda Gryfa zostało przeniesione na papier.
Niestety, obie miałyśmy wiele innych zajęć, zdołałyśmy więc napisać zaledwie wstęp i luźny zarys akcji. Mamy jednak nadzieję, że wkrótce uda nam się ukończyć tę książkę.
Chociaż Tkaczka pieśni może ukazać się z opóźnianiem, przyjaciele, których pracę podziwiam i uważam za zbieżną z moim wyobrażeniem o fantasy, napisali krótkie historie; powstaną z nich cztery tomy Opowieści. Pierwsze dwa opowiadania pierwszego tomu były owocem mojego spotkania z Robertem Blochem. Postanowiliśmy napisać dwie wersje tej samej historii, pierwszą z perspektywy „dobrego”, drugą z perspektywy „złego” bohatera. Doświadczenie to podobało się nam obojgu.
Kiedy przystąpiliśmy do składania tomu, który miał być trzecim, wydawca zasugerował nam pewne zmiany. Wybrane zostały cztery opowiadania o wspaniałych postaciach i doskonalej akcji. Wycofano je z serii i opublikowano oddzielnie, pod tytułem Czworo ze Świata Czarownic.
To zaś jest tom trzeci, złożony z krótszych utworów.
Bardzo się cieszę, że Świat Czarownic rozrasta się za sprawą innych pisarzy. Coraz silniej wierzę, że istnieje gdzieś inny świat, inny wymiar, do którego można wejść. Z niecierpliwością czekam na nowe opowieści, chcę się dowiedzieć, co się jeszcze wydarzy w Krainie Dolin, za górami, na dziwnych morzach, gdzie nie dotarli jeszcze nawet Sulkarczycy.
Pięcioro pisarzy: Pauline Griffin, Mary Schaub, Patricia Mathews, Sasha Miller i ja, powzięło ostatnio kolejne przedsięwzięcie: Kroniki Świata Czarownic. Kroniki znajdują się w Lormcie, przybytku wiedzy (chociaż pewnie zagubiły się pośród pergaminów i ksiąg, które gromadzono tam przez wieki). Lormt jest skarbnicą opowieści. Każda następna jest jeszcze ciekawsza niż poprzednie.
Drugie Wielkie poruszenie gór (które położyło kres czarom prowadzącym ku zagładzie Estcarpu) osłabiło czarodziejską Moc i zabiło wielu z tych, którzy jej używali. Zakończyło pewną erę. Co się stało wtedy i co dzieje się teraz, że obyczaje upadły? Kto tym razem powstanie z Ciemności? Co zagraża Krainie Dolin i Arvonowi? Kto będzie rządził Karstenem? Co stanie się z Alizonem, liżącym rany po klęsce w Dolinach?
Co wreszcie z Dolinami, pozbawionymi wojowników, wyczerpanymi wieloletnią wojną? Czy Alizon wciąż zagraża Estcarpowi? Czy Karsten długo przetrwa w chaosie, w którym pogrążyła kraj śmierć P agar a?
Nie zapominajmy też o Sokolnikach i Sulkarczykach. Ich odwieczne siedziby zostały zniszczone. Jak będzie im się wiodło?
To czasy drastycznych zmian, potrzeba więc nowych wodzów, którzy znajdą nowe cele i sposoby ich osiągnięcia. Świat Czarownic nie jest już taki jak kiedyś. Zmiany przyniosą ból i walki, co prorokują już niektóre opowieści.
Tom ten jest w pewnym sensie wstępem do Kronik, gdyż zapowiada te zmiany. Nie dotyczą one wielkich terenów zamieszkanych przez poszczególne narody, lecz raczej losów małych grupek ludzi, rozsianych tu i ówdzie, oderwanych od normalnego życia i zmuszonych do podejmowania działań, do których nie zawsze są przygotowane.
Opowieści staną się zatem Kronikami, które dadzą nam rozległą wiedzę o tym odrębnym świecie. Może pozwolą nam inaczej go ocenie.
Cieszy mnie, że mój świat jest wzbogacany i rozrasta się dzięki wysiłkom innych pisarzy. Zazdroszczę im, że tak upiększyli Świat Czarownic, a jednocześnie jestem tym zachwycona.
Bardzo dziękuję tym, którzy chętnie i z prawdziwym zainteresowaniem tworzyli nowe postaci, mapy, inspirowali nowe wydarzenia. Moim zdaniem sławią oni historię, która gdzieś, jestem tego pewna, dzieje się naprawdę.
ANDRE NORTON
M.E.AllenGłos pamięci
Tego dnia Logrin, brat pani Alyss, zmarł, przeżywszy pięćdziesiąt trzy lata, trzy miesiące i jeszcze dwa dni”. Sibley przechyliła pióro, żeby nie spłynął z niego atrament, i starała się wymyślić zakończenie tego zapisu. Sześć lat temu, kiedy zmarł starszy brat pani Alyss, Mistrz Logrin zapełnił pół strony kroniki pochwałami jego odwagi na polu bitwy. Ale cóż miała napisać o skrybie, który nawet w młodym wieku nie był wojownikiem? Sibley podziwiała jego wiedzę. Niewielu ludzi w osadzie rozumiało, że dążenie Logrina do zgłębienia natury języka było czymś więcej niż skomplikowaną zabawą czy żartem, w dodatku kosztem nękanych wojowników.
Sibley położyła pióro na podstawce i zaczęła przeglądać stronice księgi. Ręka Logrina zanotowała każdy buszel pszenicy, każdy funt suszonego mięsa. Narodziny, śluby i śmierci, budowy i naprawy, przyrosty stada owiec, wszystko było skrzętnie zapisane. Logrin odnotował poczynania Alizonu, opisał wszystkie wraki zatopione u wybrzeża, na którym leżała osada. W księdze były też wzmianki dotyczące szorstkowłosego mlecznego bydła, które Logrin próbował hodować dla swojej siostry, zanim doszedł do wniosku, że gdyby Gunnora chciała, aby bydło żyło nad morzem, obdarzyłaby wybrzeża trawą, a nie tylko sztywnymi kępkami porostów na klifach.
Sibley zatrzymała się nad notatką sprzed prawie osiemnastu lat: „Na wychowanie, Sibley z Ithryptu. Dziecko ma około dwóch lat i zdaje się nie słyszeć; ponadto nie płacze. Nikt nie może stwierdzić, czy taka się urodziła, czy też straciła słuch w czasie rozłąki z rodziną; jej niańka nie żyje”. Tych kilka słów powiedziało jej, jak znalazła się w osadzie.
Sibley uzyskała trochę więcej informacji od pani Alyss. Matka dziewczynki, najmłodsza córka pana Ithryptu, zmarła wydając na świat córkę z nieprawego łoża. Nigdy nie powiedziała, kto był ojcem dziecka. Pani Alyss przyjęła, że ojciec Sibley był rycerzem, ale dziewczyna w to nie wierzyła. Sibley oddano do wykarmienia wdowie po drwalu, do czasu, aż podrośnie na tyle, żeby wyjechać na wychowanie do Dobrych Dam. Rodzina zrobiła co w jej mocy, żeby zapomnieć o skandalu.
Kiedy Sibley nie miała jeszcze dwóch lat, zbóje zabili niańkę, odcinając kobiecie głowę. Sibley i jej trzyletniego mlecznego brata znaleziono pod łóżkiem. Zabójcy szarpali materace i wbijali włócznie w posłanie. Chłopiec zmarł od ran kłutych, ale Sibley nic się nie stało. Wieść o tym wydarzeniu rozniosła się w Krainie Dolin, a Logrin, który od dawna zamierzał stworzyć język ułatwiający porozumiewanie się z niemymi, zaproponował, że weźmie dziecko do domu. Dziadkowie Sibley z ulgą skorzystali z okazji pozbycia się dziewczynki. Zgodzili się od razu.
Znów uniosła pióro i odwróciła strony, żeby dokończyć własny zapis: „Najlepszy w planowaniu bitew, potrafił projektować machiny wojenne, znał się na ziołach, posiadał rozległą wiedzę”. Zostawiła księgę otwartą, gotową do wpisu w dniu następnym. Zapisano ją już prawie w połowie: wielkie stronice pokryte były równymi kolumnami, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Zanotowanie tego wszystkiego zajęło Logrinowi pół życia. Sibley uświadomiła sobie nagle, że jej życie upłynie na zapełnianiu reszty, na zapisywaniu meldunków zarządcy i raportów dowódców. Będzie spędzać kolejne dni tak, jak to robiła przy Logrinie, na czytaniu jego ksiąg, pożyczaniu i oddawaniu rękopisów z innych domostw i opactw, na cichym szyciu z dziewczętami pani Alyss, a potem, kiedy pani umrze, ze służkami jej synowej, Blodnath o mięsistych ustach. Służki powychodzą za mąż, a ona, Sibley, pozostanie panną.
- Nie jesteś piękna, ale wyglądasz dość dobrze. Tym większa szkoda - powiedziała Blodnath, kiedy Sibley miała dwanaście lat. Rok później Sibley zrozumiała, o co chodziło, kiedy młody syn sąsiada poprosił o pozwolenie ubiegania się o jej względy. Pani Alyss wyjaśniła, że każde dziecko, które Sibley będzie nosić w swym łonie, może być „zarażone”. Sibley musi się pogodzić ze staropanieństwem.
- Może powinniśmy cię wysłać do Dobrych Dam, u nich byłabyś bezpieczna...
Ale Sibley nie chciała opuszczać jedynego domu, jaki znała, więc chowała swe żółte włosy pod czepkiem, nie podnosiła brązowych oczu, ubierała się w proste szaty i powtarzała sobie, że to, czego nauczył ją Logrin, jest ważniejsze od macierzyństwa.
- Pogodziłam się - powiedziała do siebie, patrząc przez okno na falę rozbijającą się o klify. - I jestem zadowolona. - Sibley pomyślała o Jenneth, z którą zaprzyjaźniła się dziesięć lat temu, gdy przestała spać w gabinecie pełnym ksiąg Logrina i została przeniesiona do komnaty dziewcząt. Jenneth miała wtedy dwanaście lat. Była najmłodszą z wychowanek pani Alyss i jedyną poza Logrinem osobą, która nauczyła się języka dłoni, wymyślonego przez Mistrza. Czasami dziewczęta dla zabawy uczyły się języka Sibley, ale żadna, oprócz Jenneth, nie zadała sobie dość trudu, aby z nią naprawdę porozmawiać.
Niestety, Jenneth wyjechała trzy lata temu, żeby poślubić owdowiałego lorda, więc Sibley prawdopodobnie już nigdy jej nie zobaczy. Dziewczyna dotknęła bransolety, którą Jenneth przysłała jej wkrótce po przybyciu do domostwa męża. Obręcz z zielonego kamienia była tak duża, że Sibley mogła przesunąć ją przez łokieć i nosić ukrytą pod rękawem. Teraz zdjęła ją z ramienia. Była gładka, rozgrzana ciepłem ciała Sibley. Jenneth znalazła bransoletę zawieszoną w girlandzie werbeny, która miała chronić dom od uroku. Mieszkaniec wioski powiedział, że jego wuj wykopał ją wiele lat temu i z radością sprzedał klejnot swemu panu, by ten dał go w prezencie młodej żonie. Sibley pamiętała list, który Jenneth przysłała jej wraz z bransoletą. Pisała o podróży i o nowym życiu, o tym, jakie wszystko jest ciekawe. Ale ostatnie listy Jenneth były krótkie. Wychowując dorosłe dzieci męża i swoje własne dwa maleństwa, Jenneth nie miała wiele czasu dla siebie. Muszę się z tym pogodzić, pomyślała Sibley.
Komnata była niewielka; Sibley wszędzie odnajdowała pamiątki po Logrinie. Był chłodny wiosenny wieczór, ale zmrok zapadał teraz późno. Miała jeszcze czas na spacer przed kolacją. Powietrze ją orzeźwi. Włożyła ciężkie buty, w których chodziła z Logrinem zbierać zioła. Wyszła.
Przy bramie przekazała gestem pozdrowienie. Odwróciła dłoń na wysokości piersi, potem podniosła ją nad głowę, zgięła palce. Pokazała na ląd, a następnie na dół, by strażnik zrozumiał, że przejdzie się po plaży. Później wskazała na niebo i opuściła nieco palce, na znak, że wróci, kiedy słońce przesunie się o tyle. Zdąży przed zmrokiem.
- Dobrze, Sibley. - Ona i strażnik wypracowali tę prostą metodę wiele lat temu. Drażniło ją to. Dlaczego musi używać gestów, a nie słów? Przeszła parę kroków, poczuła dłoń na swoim ramieniu. - Tylko wróć na kolację.
Sibley skinęła głową i klepnęła się w ramię. Oczywiście wróci na czas. Dlaczego wszyscy traktują ją jak dziecko?
Narastający przypływ zostawił bardzo wąski pas plaży. Sibley przechadzała się, pozwoliła myślom płynąć swobodnie. To normalne, że jest mi smutno, po całej zimie i chorobie Logrina. Dlatego czuję się tak nieswojo, skonstatowała. Niedługo wszystko będzie dobrze. Jej wzrok przyciągnęła mewa; dziewczyna patrzyła, jak ptak nurkuje.
Kiedy Sibley doszła do klifu, u stóp lądu, przypływ osiągnął najdalszy punkt. Było jednak dość miejsca, żeby przechodząc tuż przy skale, dotrzeć do następnej zatoczki. Przez chwilę się wahała, bo nie przekazała strażnikowi, że może tam iść: trzeba było naszkicować mapę na błotnistej ziemi. Potem narysowała strzałkę na piasku i napisała obok niej swoje imię. Jeśli ktoś przyjdzie jej szukać, będzie wiedział, dokąd poszła. Ale jeżeli tylko rzuci okiem na plażę i nikogo nie zobaczy? Może podniesie alarm, nawet nie patrząc na strzałkę? Dlaczego zresztą ktoś miałby jej szukać? Minie jeszcze trochę czasu, zanim strażnik zacznie jej wyglądać.
Sibley zebrała spódnice i ruszyła wzdłuż klifu. Wiatr był silny, szarpał brązowy materiał. Zielony płaszcz zwijał się za nią, przytrzymała więc wolny koniec łokciem, żeby nie zmoczył go przypływ. Musiała patrzeć pod nogi, szukać wolnych miejsc między śliskimi wodorostami. Kiedy znów znalazła się na piasku, puściła spódnice i płaszcz i spojrzała w górę.
Na plaży zobaczyła ubranych w skórzane kamizelki i hełmy mężczyzn, którzy spychali na morze wiosłową łódź. Nie poznawała żadnego z nich. Najeźdźcy! Sibley odwróciła się, zaczęła biec, żeby zaalarmować mieszkańców osady. W połowie drogi przez skały wpadła w kałużę i przewróciła się. Próbowała wstać. Ociekała wodą, lodowaty wiatr smagał jej twarz, ubranie krępowało ruchy. Czy ją zauważyli? Spojrzała w tył. Nie widziała już plaży, ale na skałach za nianie było nikogo. Proszę, Neave, niech pomyślą, że ten hałas to morze, błagała bezgłośnie.
Szarpała mokre troki płaszcza, chcąc je odwiązać i zrzucić z siebie ciężar. Złamała przy tym paznokieć, podniosła więc węzeł do ust, żeby rozsupłać go zębami. Serce waliło jak młot, czuła, jak krew pulsuje jej w uszach. Nagle coś uderzyło ją w plecy i przewróciło na ziemię. Odwróciła głowę i zobaczyła nad sobą jednego z nieznajomych. Chwycił dziewczynę za rękę i podniósł. Jego usta poruszały się, ale Sibley nie mogła rozróżnić słów. Starała się uwolnić, więc lekko ją szturchnął, a kiedy nie przestała się bronić, uderzył mocniej. W końcu zakneblował jej usta końcem mokrego, zapiaszczonego płaszcza. Przytrzymywał go jedną ręką, drugą objął ją w pasie i poprowadził Sibley przez skały.
Pozostali zepchnęli już łódź na wodę. Ten, który schwytał Sibley, pociągnął ją za sobą i rzucił na dno łodzi. Czyjeś ręce natychmiast przytrzymały knebel. Mężczyzna wgramolił się do łodzi i kucnął obok Sibley. Drżąca dziewczyna odsunęła się od niego. Ktoś inny odepchnął ją na bok. Wiosła poszły w ruch; łódź, płynąc wzdłuż wybrzeża, oddalała się od osady.
Sibley dwukrotnie próbowała podnieść głowę nad okrężnicę; za każdym razem ktoś spychał ją na dno łodzi. Trzymający ją mężczyzna próbował coś powiedzieć, ale Sibley nie zdołała odczytać słów z jego ust. Leżała więc, drżąca, w zęzie. Najwyraźniej mężczyźni mieli nadzieję, że nie zauważy ich nikt z osady. Bardzo im na tym zależało, dlatego popłynęli o zmroku, w czasie odpływu. Wielu z nich miało ciemne twarze - czyżby pochodzili z Alizonu? Ale co mieliby tu robić Alizończycy? Ostatnio nie szalał żaden sztorm, więc nie byli rozbitkami. Wyglądali raczej na wojowników, choć ich ubrania uszyte zostały z byle jakiej wełny. Może wybrali się na rekonesans?
W końcu mężczyzna zwolnił uścisk. Sibley usiadła na dnie łodzi, podciągnęła kolana pod brodę. Tu przynajmniej była osłonięta od wiatru. Nikt się nie sprzeciwił, kiedy wypluła róg płaszcza. Jeden z mężczyzn otulił jąnim i poczuła, że materiał, chociaż mokry, chroni przed wiatrem. Zapadła w półsen. Wiedziała, że jest przemarznięta i posiniaczona, ale prawie tego nie czuła. Obwiniała sama siebie: niepotrzebnie wyszłam na ten spacer. Ale gdyby Logrin nie umarł...
Nie miała pojęcia, jak długo trwała podróż, ale było jeszcze ciemno, kiedy dopłynęli do statku. Mężczyźni wdrapywali się po sznurowej drabince. Nogi Sibley zdrętwiały z bólu i uginały się pod jej ciężarem; wniesiono ją więc na pokład jak worek mięsa i rzucono na deski. Zesztywniałymi palcami starała się przywrócić czucie w nogach. Na statku nie było świateł. W ciemności rozróżniała tylko kształty poruszających się mężczyzn. Okręt nie był duży, ale załoga wydawała się liczna. Jak wszystkim dzieciom z osady Sibley zdarzało się bywać na łodziach rybackich w ujściu rzeki, ale nigdy dotąd nie pływała statkiem po morzu. Bardzo nieprzyjemnie kołysało; dziewczynie udało się wreszcie stanąć na nogi, ale znów omal nie upadła.
Ktoś chwycił ją za ramię i poprowadził zejściówką do kabiny małego i dusznego pomieszczenia. Przy stole siedział mężczyzna, obok niego stał drugi, młodszy. Nie był wysoki, więc nie musiał się schylać w niskim wnętrzu. Ten, który ją przyprowadził, wskazał ławę przymocowaną do ściany. Sibley zatoczyła się, ale usiadła. Wyższy z mężczyzn - Sibley uznała, że to kapitan, a inni go słuchają - odwrócił się do niej. Mówił coś, ale go nie rozumiała. Pokazała więc prawą ręką, że trzyma pióro, uderzała w lewą dłoń.
Kapitan znów przemówił, potem odwrócił się do pozostałych. Wzrok Sibley podążył za jego spojrzeniem. Młodszy mężczyzna też coś powiedział, a kiedy kapitan znów się odwrócił, mrugnął do Sibley. Szybko spojrzała w drugą stronę, on zaś wyszedł z kabiny.
Kapitan podał Sibley tabliczkę i rysik. Obawiała się, że nie zrozumieją tego, co napisze, bo najwyraźniej nie władali językiem Krainy Dolin. Logrin nauczył ją czytać w języku Alizonu, ale nigdy nie próbowała się nim posługiwać. Napisała starannie: „Nie słyszę was”.
Kapitan zrozumiał, przeczytał pozostałym, pokazując każde słowo. Po krótkiej dyskusji przesadnym gestem dotknął ust.
„Nie, nie mogę mówić”, napisała Sibley, starając się zrobić to ładnie, mimo kołysania statku. „Kim jesteście? Dlaczego mnie porwaliście? Co...”
Kapitan wziął tabliczkę i rysik, zamazał jej słowa. „Jestem Estban, kapitan. To mój statek”. Pisał brzydko. „Bądź grzeczna. Idź z chłopakiem”.
Sibley sięgnęła po przybory do pisania, ale Estban odepchnął jej rękę. Kiedy wrócił młodszy mężczyzna, kapitan coś do niego powiedział. Młodzieniec zdjął z koi koc, schował do kieszeni tabliczkę i rysik i wyciągnął rękę do Sibley.
Niezręcznie ruszyła za nim. Słowa kapitana wcale jej nie uspokoiły. Nie miała pojęcia, co będzie dalej. Czy ten człowiek zabierze ją z powrotem na pokład i wyrzuci za burtę? Starała się opanować. Dlaczego wziął tabliczkę, skoro zamierzał ją zabić? Dla niepoznaki? Sibley próbowała zwalczyć strach. Wiedziała, że panika uczyni ją jeszcze bardziej bezbronną.
Młody człowiek zaprowadził dziewczynę do kuchni. Ściągnął kucharza z posłania. Ten odszedł, powłócząc nogami i groźnie spoglądając na Sibley. Miał tylko jedno oko; stracił też dłoń. Sibley miała nadzieję, że biedak znajdzie sobie jakieś miejsce do spania na tę noc. Usiadła chętnie na skraju brudnej koi, mężczyzna podał jej wodę. Miała nieświeży smak, ale usta Sibley były spierzchnięte od soli, piasku i wełny płaszcza, więc napiła się chętnie, zanim jeszcze pokazała dłońmi, że dziękuje.
Mężczyzna wyciągnął tabliczkę i narysował chudą postać z długimi warkoczami, zawiniętą w koc i leżącą na koi. Skubnął rękaw dziewczyny, wskazał na drzwi i odwrócił się. Tupnęła nogą, żeby przyciągnąć jego uwagę. Obrócił się i spojrzał jej prosto w oczy.
Sibley zauważyła, że miał zielone oczy. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie ich koci kształt. Narysował teraz osobę skubiącą kurczaka. Wskazał na rysunek, potem na Sibley.
Zrozumiała: rozbierz się sama, albo ja cię rozbiorę. Skinęła głową i wskazała na drzwi. Mógł przynajmniej poczekać na zewnątrz. Zdjęła suknię i pończochy, potem z trudem zerwała z siebie wełnianą koszulkę, którą nosiła pod koszulą. Postanowiła spać w koszuli, mimo że ta była wilgotna. Rzuciła mokre ubrania i wspięła się na koję. Po chwili sięgnęła do czepka, który już prawie wysechł. Była bardzo zmęczona, więc po prostu ściągnęła go, zamiast rozwiązać troczki. Zastanawiała się, jak uczesze włosy; z tą myślą zasnęła.
Od razu po przebudzeniu zorientowała się, że to nie jej komnata. Przypomniała sobie wydarzenia ostatniej nocy. W przeciwieństwie do nieszczęsnej bohaterki Litanii dziewczyny z Krainy Dolin, która budziła się co rano w opactwie, myśląc, że wciąż jest w rodzinnym domu, Sibley doskonale wiedziała, gdzie się znajduje. Słyszała kroki mężczyzn na pokładzie, czuła zapach mocnego alkoholu. Odwróciła głowę i zobaczyła, że kucharz wlewa do imbryka ciemny płyn. Jeden z żeglarzy zdjął imbryk z ognia i wyniósł go z kuchni. Kucharz ostrożnie przygarnął ogień, potem zaczął szperać w leżącym na podłodze worku. Sibley obserwowała z przerażeniem, jak odłamał kawałek czerstwego chleba, wyciągnął z niego robaki, polał go gorącą wodą z innego imbryka i dodał trochę alkoholu. Postawił miskę obok Sibley, sprawdził raz jeszcze, czy dobrze zabezpieczył palenisko i wyszedł z kuchni. To zatem miało być jej śniadanie.
Ubrania wisiały pod sufitem, suche, ale sztywne i chropowate. W nocy ktoś przybił nad drzwiami kawałek żagla. Płótno nie zasłaniało całego otworu, zostawiając dostęp do skrzyni z piaskiem: ogień na morzu był jeszcze bardziej niebezpieczny niż na lądzie. Sibley włożyła jedną koszulę na drugą. Czepek wyglądał jak zmięta szmata. Oderwała jeden troczek i związała nim włosy. Ubrana, zabrała się do śniadania. Alkohol był gorzki, ale rozgrzewał. Jadła jeszcze, kiedy wszedł mężczyzna o kocich oczach. Przyniósł wiadro i narysował dziewczynę z warkoczami niosącą je na pokład. Potem wyszedł.
Sibley spędziła cały ranek na pokładzie, zataczając się w porywach wiatru. Nie miała odwagi wrócić do kuchni i spotkać się z kucharzem. Żeglarze nie zwracali na nią uwagi. Raz przyszedł kapitan i poklepał japo ramieniu. Przypuszczała, że oznaczało to pochwałę.
Kiedy słońce było już wysoko na niebie, kociooki mężczyzna przyniósł jej kubek wody i kolejny kawałek rozmoczonego chleba. Wzięła od niego miskę i postawiła na pokładzie. Statek kołysał się, więc naczynie zaczęło wędrować po deskach. Zatrzymał je stopą. Sibley wskazała siebie, potem kilka punktów na horyzoncie. Czy zrozumie, że zapytała, gdzie jest osada?
Uśmiechnął się do niej i pokazał ręką jedzenie. Podając jej kubek powiedział:
- Biedna mała dziewczynka czeka nad morzem.
Sibley rozpoznała słowa, część dziecięcego wierszyka. Przyłożyła dłoń do ust, sięgnęła do jego ucha, potem dotknęła kącika swojego oka i jego ucha.
Patrzył na nią, zmrużywszy oczy.
- Czyli rozumiesz moje słowa, dziewczyno. Tak?
Jego usta poruszały się powoli, dziwnie wymawiał słowa, ale Sibley pojmowała, o co chodzi. Pokazała, że chce pisać, więc dał jej tabliczkę i rysik.
Naszkicowała plan wybrzeża Wyżyny Hallack, potem wskazała na niego i na statek.
- Nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy.
Sibley potrząsnęła głową i znów zabrała się do rysowania. Postać z warkoczami stała na terytorium Wyżyny Hallack. Potem na łodzi, podkreślonej falistymi liniami wody, potem na statku. Wskazała na niego.
- Jak się tu dostałem? Urodziłem się gdzieś tu, niedaleko portu Kalaven. Gdzie się nauczyłaś rysować mapy?
Sibley wzruszyła ramionami. Był to nieelegancki gest, którego zabraniała pani Alyss, ale byłoby jej za trudno opowiedzieć o Logrinie. Mężczyzna o kocich oczach znów zaczął mówić. Powtarzał słowa, kiedy potrząsała głową na znak, że nie rozumie. Nie minęło wiele czasu, a znała jego historię.
- Mój ojciec pływał na sulkarskim statku, a matka była córką wytwórcy osprzętu żaglowego. Ojciec co roku spędzał z nami zimę, a kiedy zmarła matka - miałem wtedy osiem lat - zabrał mnie ze sobą na morze. On już nie żyje, a ja chcę wrócić do domu.
Sibley zastanawiała się, co przed nią zataił.
- Ale, dziewczyno, nie mów im, że pochodzę z Wyżyny Hallack. Myślą, że jestem Sulkarczykiem i to mi odpowiada. Nie chcę, żeby kazali mi szpiegować ludzi mojej matki. Rozumiesz?
Sibley potaknęła. Wziął pusty kubek i miskę.
- Wrócę później, odpoczywaj.
Sibley zrobiła znak „do widzenia”. Człowiek ten - będzie musiała się dowiedzieć, jak ma na imię - nie wydawał się całkiem godny zaufania, ale był chyba lojalny w stosunku do ludu swojej matki, a i do Sibley odnosił się miło. Może pomógłby jej uciec? Będzie musiała z nim więcej porozmawiać, zrozumieć go. Pamiętała, co Logrin powiedział o sztuce oblężenia: „Zawsze trzeba mieć przyjaciela za bramą”.
O zachodzie słońca kociooki mężczyzna znów zaprowadził ją do kuchni, gdzie dostała taki sam posiłek jak rano. Potem kucharz nakroił suszonego mięsa do wiadra - na kolację dla załogi, jak domyślała się Sibley. Jedzenie pachniało obrzydliwie, cieszyła się więc, że nie musi go jeść. Czuła pragnienie, ale kiedy wyciągnęła kubek, kucharz potrząsnął głową. Kiedy wyszedł z kuchni, młodzieniec o kocich oczach wyjaśnił, że woda jest racjonowana.
Podał Sibley tabliczkę. Zaczęła pokrywać ją niezdarnymi rysunkami, a mężczyzna starał się zrozumieć ich znaczenie.
- Na Rogatego Pana, dziewczyno, chciałbym, żebyś umiała pisać.
- Dlaczego myślisz, że nie umiem? - napisała Sibley.
- Jak cię nauczyli?
- A jak ciebie nauczyli czytać?
- Nauczył mnie dziadek, ale wyszedłem z wprawy.
- Jak ci na imię?
- Herol. Oni nazywają mnie Woldor, dobre imię dla Sulkarczyka, albo po prostu Chłopak. A tobie?
- Pani Sibley. - Nie miała żadnego prawa do tego tytułu, ale pani Alyss zachęcała wszystkich do takiego sposobu zwracania się, poza tym Sibley zaczynała podejrzewać, że Herol jest od niej młodszy. Nie zaszkodzi mu okazywanie odrobiny szacunku.
Spojrzał na jej poplamione, proste ubranie i pokiwał głową.
- Pani.
Sibley przeliterowała palcami jego imię.
- Albo będę cię nazywać tak - napisała. Wyciągnęła prawą rękę, wnętrzem dłoni do siebie, kciuk dotykał ostatniego palca, tak że pozostałe trzy, zwrócone w lewo, sterczały jak wąsy. To był znak „kot”.
Zaśmiał się, wskazał na siebie i powtórzył znak.
Sibley pokazała mu czasownik „być” i parę zaimków. Kot uczył się szybko. Opowiedziała mu o Logrinie i o tym, jak ją złapano, potem pokazała jeszcze kilka znaków, używanych w sytuacjach alarmowych. Powiedziała mu też, że może zwrócić jej uwagę tupnięciem.
- Albo uderz w stół, kiedy piszę, spowodujesz...
Nikt89