Andre Norton
Zwierciadło Merlina
Tytuł oryginału Merlin's Minor
Tłumaczyła Dorota Dziewońska
I
Z czeluści jaskini wciąż wydobywał się sygnał. Był jednak coraz słabszy. Z każdym planetarnym rokiem słabła jego siła, choć twórcom mechanizmu udało się uczynić sygnał wiecznym. Wierzyli oni, że przewidzieli każdą ewentualność. I faktycznie przewidzieli wszystko, z wyjątkiem słabości własnego systemu oraz natury świata, z którego sygnał dobiegał. Czas upływał, a nadajnik wciąż wykonywał swoje zadanie. Poza jaskinią zmieniały się pokolenia, ginęły narody i powstawały nowe. Cała wiedza twórców sygnalizatora z upływem wieków odeszła w zapomnienie, a działanie samej natury dokładnie zatarło ślady jej istnienia. Morza zalały lądy, potem cofnęły się, unosząc wraz z siłą fal całe państwa i miasta. Góry wyrosły tak, że nędzne resztki, niegdyś wspaniałych, portów zniknęły na wielkich wysokościach. Zielone pola obróciły się w pustynie. Księżyc spadł z nieba, ustępując miejsca innemu.
A sygnalizator wciąż działał i przyzywał tych, którzy dawno odeszli, pozostawiając po sobie tylko legendy - tajemnicze, zniekształcone upływem czasu opowieści. Teraz nastał kolejny okres chaotycznego błądzenia ludzi w ciemnościach. Imperium rozpadło się pod ciężarem własnych wad i starości. Barbarzyńcy rzucili się na ten łup jak sępy. Ogień i miecz, śmierć i śmierć za życia w kajdanach niewolnictwa - oto co pustoszyło ziemię. A nadajnik wciąż wzywał...
Jego dźwięk był coraz mniej słyszalny. Od czasu do czasu sygnał słabł, zupełnie jak wzywający pomocy człowiek w śmiertelnym niebezpieczeństwie, który chwilami musi zaczerpnąć tchu.
Wreszcie ten wątły sygnał został odebrany daleko w przestrzeni. Dziwna metalowa strzała zareagowała na impuls i nagle uaktywniły się mechanizmy, które milczały przez wieki. Strzała zmieniła kurs, używając wiązki sygnałów jako drogowskazu.
Na pokładzie statku nie było żywej duszy. Został on zbudowany w desperackim geście nadziei istot bliskich zagłady, które pragnęły zachować wszystko, co uważały za cenne, ważniejsze od własnego życia. Wysłały one w przestrzeń sześć takich strzał życia. Jedynym ich pragnieniem było, by co najmniej jedna z nich odnalazła cel, o którym wiedzieli, że gdzieś istnieje. Zaraz potem zginęli napadnięci podstępnie przez wrogów.
Kolejne wiązki sygnałów bezbłędnie naprowadzały strzałę na właściwy kurs, gdy pędziła w kierunku Ziemi. Ów przedziwny pojazd był owocem tysięcy lat eksperymentów, najwyższym osiągnięciem rasy, która niegdyś pokonywała gwiezdne szlaki ze swobodą człowieka spacerującego znajomymi ścieżkami po ziemi. Powołana tylko do jednego celu, teraz miała wkroczyć do akcji, do której została zaprogramowana.
Strzała łagodnie wpłynęła na orbitę wokół planety i rozpoczęła przygotowania do lądowania, odpowiadając na sygnał nadajnika. Gdy błyszcząca smuga przeszywała niebo, ludzie śledzili jej drogę w prymitywnym osłupieniu. Wiedza, którą niegdyś posiadali, dawno temu została pogrzebana w mitach.
Niektórzy kryli się w namiotach ze skóry, gdy ich szamani przy wtórze bębnów wydawali z siebie gardłowe dźwięki rytualnych pieśni. Inni gapili się szeroko otwartymi oczyma, rozprawiając o spadających gwiazdach, które miały być znakami złych lub dobrych mocy. Strzała zbliżyła się do góry, w której ukryta była jaskinia z nadajnikiem, i rozpadła się na części.
Łupina, która przeniosła cenny ładunek przez przestrzeń, rozwarła się i wydostały się z niej drobne cząstki. Nie zanurzyły się w morzu, które szybko przesuwało się w dole, lecz samoistnie wystrzeliły ogniem, kierując się w stronę góry.
Zawisły na chwilę w powietrzu, po czym delikatnie osunęły się na ziemię. Jeśli nawet ktoś na tej wysokości obserwował lądowanie, nigdy o tym nie wspomniał. Ochronę owych dziwnych cząstek stanowiło bowiem pole zniekształcające obraz. Konstruktorzy podjęli środki ostrożności przed wszystkim, co tylko mogli przewidzieć.
Będąc już na ziemi, te dziwaczne obiekty wytworzyły własne odnóża i zaczęły pełzać, instynktownie dążąc do połączenia się z gasnącą siłą nadajnika. Kierowały się ku jaskini. W kilku miejscach trzeba było powiększyć przejście, ale i to zostało również przewidziane. Po dłuższej chwili wszystkie elementy były już ukryte w głębinach jaskini i przystąpiły do pracy. Kilka z nich wydrążyło sobie miejsca w skale i zapuściło tam bardzo mocne korzenie z kabli. Inne wrosły w powierzchnię groty i poczęły kiwać się w przód i w tył jak wielkie bezmyślne insekty, przeciągając przy tym zwoje kabla telekomunikacyjnego pomiędzy instalacjami.
Po jakimś czasie, którego nie było powodu mierzyć, sieć była gotowa - wszystkie jej elementy mogły rozpocząć pracę, do której zostały zaprogramowane. Gdyby ten świat nie był żądny wiedzy, nie byłoby tu nadajnika. Przeto w bankach pamięci największych stacjonarnych komputerów czekały informacje, których wydobycie umożliwiała metoda systematycznych prób.
Jeden ze zwisających obiektów zbliżył się do wejścia jaskini i wyleciał na zewnątrz. Tej nocy nie świecił księżyc, a niebo spowite było ciężkimi chmurami. Latający obiekt był niewiele większy od orła, a gdy zanurzył się w otwartej przestrzeni, zaczął działać system ochronny zniekształcający obraz. Obiekt zataczał coraz szersze kręgi, a wmontowana weń fotokomórka przesyłała raporty z powrotem do jaskini. Szczyty gór pokrywała cienka warstwa śniegu, wiał ostry i zimny wiatr, lecz dla latającego obiektu warunki atmosferyczne były jedynie kolejną informacją do odnotowania i przesłania.
Pośrodku siedziby klanu płonął wysoki słup ognia. Z balkonu okalającego sypialnie, z pogrążonymi we śnie członkami rodziny, Brigitta spoglądała w dół na mężczyzn zgrupowanych na ławkach. W powietrzu unosił się zapach stajni, chlewu, ogniska, jadła i napojów, tworząc woń tak samo przytłaczającą, jak sam dym. Mimo to dom, odcięty od panujących na zewnątrz ciemności, dawał poczucie pewności i bezpieczeństwa. Z górnego piętra dobiegał szmer głosów przepływających między komnatami.
Brigitta wzdrygnęła się i naciągnęła pelerynę na ramiona. Był Samain, czyli okres między starym a nowym rokiem. W tym czasie brama pomiędzy tym światem a Ciemnością może zostać otwarta a wtedy wtargną przez nią demony gotowe do ataku na ludzi. Tutaj, przy ogniu, czuła się bezpieczna. Wśród dobiegających do jej uszu odgłosów usłyszała rżenie jednego z koni, trzymanego w zewnętrznym kręgu boksów w stajni poniżej. Podniosła kufel z ławki i poczęła sączyć jęczmienne piwo. Wykrzywiła się wyczuwając gorzkawy smak, lecz po przełknięciu poczuła ogarniające ją przyjemne ciepło.
Na balkonie siedziały też inne kobiety, lecz żadna nie dzieliła z nią ławki - jako córka wodza Brigitta traktowana była wyjątkowo. Migoczące płomienie podkreślały blask złotej bransolety na jej ręce oraz połysk szerokiego naszyjnika z bursztynu i brązu spoczywającego na piersiach. Gdy siedziała, rudawe, niczym nie skrępowane włosy niemal dosięgały podłogi, a ich kolor przyjemnie kontrastował z lśniącym błękitem peleryny i szafranową barwą haftowanej tuniki.
Brigitta ubrała się tak na ucztę, ale uczta została przerwana. Dziewczyna była zła na wieści, które ściągnęły mężczyzn na naradę. Pozostawione same sobie znudzone kobiety ziewały i plotkowały. Nie można tego było nawet nazwać plotkowaniem, bo wszyscy żyli już tak długo we wspólnocie, że nic nowego nie mogli o sobie opowiedzieć.
Poruszyła się niespokojnie. Wojna - wojna ze Skrzydlatymi Hełmami - tylko o tym mogli myśleć mężczyźni. Niewiele jest obecnie zaręczyn czy ślubów, a ona z każdym księżycem staje się starsza. Ojciec jeszcze nie wybrał dla niej mężczyzny. Dobrze wiedziała, że już się o tym plotkuje. Gdyby nie strzępili sobie języków teraz, za jakiś czas przypisaliby jej taką ułomność umysłu czy mowy, że zawróciłoby to od drzwi każdego zalotnika.
Wojna. Brigitta zacisnęła zęby, a spojrzenia, jakim obrzuciła towarzystwo na dole, nie można było nazwać życzliwym. Mężczyźni zawsze na pierwszym miejscu stawiają walkę. Jakie to ma znaczenie, że najeźdźcy atakują doliny daleko stąd. Co to ma wspólnego z ludźmi Nyrena, bezpiecznymi w swojej górskiej fortecy? Teraz jeszcze ta paplanina o złych mocach ściągniętych przez Wielkiego Króla. Pociągnęła jeszcze jeden łyk piwa.
Król oddalił swą żonę, by poślubić córkę saskiego możnowładcy. Brigitta zastanawiała się, jak wygląda nowa królowa. Vortigen był stary. Wychował już synów gotowych do podniesienia mieczy w obronie pohańbionej matki. Posłaniec, który właśnie przybył, przyniósł wiadomość, że synowie króla zbierają dalszych i bliższych krewnych, gotując się do walki. Sasi jednak chcą wystąpić zbrojnie w obronie nowej królowej. To oznacza wojnę! Brigitta nie pamięta już czasów, gdy wokół domu nie było słychać szczęku oręża. Wystarczy tylko trochę podnieść głowę, by ujrzeć zwisający pod dachem rząd nagich czaszek - trofea wojen i dawnych wypraw.
Nie sądziła, by poddani Nyrena darzyli sympatią Wielkiego Króla. Dziesięć dni temu przybył inny posłaniec, który został przyjęty dużo cieplej - szczupły, ciemnowłosy, z ogoloną twarzą, odziany w napierśnik i hełm jak ludzie cesarza. Cesarz już dawno odszedł, lecz mówi się, że za morzem wciąż panują inni cesarze. Orły Cesarskie odfrunęły z tego kraju, gdy jej ojciec był jeszcze młody.
Wygląda na to, że co najmniej jeden przywódca ciągle wierzy w cesarza. Ciemnowłosy mężczyzna przybył od niego w poselstwie, by prosić ludzi Nyrena o pomoc w wojnie, podobnie jak ten posłaniec, który zepsuł dzisiejszą ucztę. Tamten miał dziwne imię rzymskiego pochodzenia, na którym można połamać język. "Ambrosius Aurelianus''. Brigitta wypowiedziała je na głos, dumna, że zna na tyle ten stary język, by móc prawidłowo to wymówić.
Dodała jeszcze tytuł "Dux Britanniae", brzmiący równie dziwacznie, zwłaszcza o kimś, kto nie posiada żadnego królestwa. Lugaid mówił, że w obcym języku znaczy to "książę Brytanii". Hm, dość ambitne to roszczenia w sytuacji, gdy połowę kraju zajmują nowi sprzymierzeńcy Vortigena - Skrzydlate Hełmy zza morza.
Ojciec Brigitty kształcił się w Acquae Sulis w czasach, gdy cesarz Maksimus rządził nie tylko Brytanią, lecz również połową krajów za morzem. Pamiętał czasy pokoju, kiedy jedynym powodem do obaw były najazdy Szkotów i przygraniczne utarczki. Darzył więc Rzymian sympatią i był jednym z tych, których Vortigen wygnał z miast w obawie przed ich wpływami.
Nyren powrócił do klanu swoich ojców i skupił wokół siebie wszystkich krewnych. Może on tylko czeka... Brigitta znów pociągnęła łyk piwa. Ojciec zawsze był bardzo tajemniczy, nawet pośród swoich.
Przyglądała mu się, jak teraz siedział na honorowym miejscu na dziedzińcu. Choć miał na sobie strój ludzi gór, jego barwy były ciemniejsze niż barwy szat otaczających go mężczyzn. Tunika z pięknego lnu wyszła spod jej rąk, a zdobił ją wzór skopiowany ze starej wazy - laurowy wieniec haftowany złotymi i zielonymi nićmi. Spodnie były ciemnoczerwone, peleryna tej samej barwy. Tylko szeroki złoty naszyjnik, dwie bransolety na nadgarstkach i pierścień z herbem na wskazującym palcu dorównywały bogactwem ozdobom jego towarzyszy.
Jednak to on jest ich przywódcą i każdy, kto wchodzi do tego domu, nie musi pytać o wodza, gdy tylko ujrzy Nyrena. Brigitta poczuła przypływ dumy, gdy na niego patrzyła i widziała, jak z kamienną twarzą słuchał słów posłańca Wielkiego Króla, który pochylony w jego stronę, wyraźnie był zakłopotany własnymi próbami wywarcia wrażenia na tym małym wodzu. Tak pewnie określał Nyrena Wielki Król.
Wpływy wodza tego klanu sięgają daleko poza ściany domostwa. Wielu mieszkańców gór uważnie słucha każdego jego słowa. Mądrość wodza jest bowiem wielka, a zdolności przywódcze pozwalają mu odnosić sukcesy w wojnach. Mógłby nazwać się królem, jak inni w okolicy, lecz nie chce tego.
Brigitta znów niecierpliwie się poruszyła. Chciałaby, aby ojciec szybko odesłał człowieka Wielkiego Króla, by mogli swobodnie świętować, nie myśląc tej nocy o problemach odległego świata.
Słyszała ryk wiatru tłumiącego głosy z dziedzińca poniżej. To burza, a tej nocy burza nie wróży nic dobrego. Mogą z nią przybyć Nieprzyjaciele - Słudzy Ciemności.
Odszukała wzrokiem Lugaida siedzącego obok jej ojca. Posiadał on dawną wiedzę i ustanowił zasady duchowej ochrony na tę noc. Oprócz siwej brody nic nie wskazywało na jego sędziwy wiek - szczupła sylwetka nie była nawet przygarbiona. Jego biała koszula była wyraźnie widoczna w blasku ogniska, a drobna dłoń odruchowo gładziła brodę, gdy słuchał człowieka Vortigena.
Rzymianie starali się wykorzenić dawną wiedzę. Za ich panowania tacy ludzie, jak Lugaid, zmuszeni byli zachowywać posiadane tajemnice dla siebie. Teraz znów byli szanowani przez pobratymców, którzy z uwagą słuchali ich słów. Brigitta wątpiła, by Lugaid szczerze służył Wielkiemu Królowi. On i jemu podobni przechowują stare tajemnice tej ziemi i sprzyjają Skrzydlatym Hełmom nie bardziej niż wcześniej Rzymianom.
Piwo było mocne i trochę ją odurzyło. Odstawiła kufel na bok. Sennie wpatrywała się w grę płomieni w wielkim palenisku na dole. Wyginały się to w jedną stronę, to w drugą, z większą gracją, lekkością i dzikością, niż mogłaby to czynić jakakolwiek dziewczyna na łące w wigilię Beltaine. To w jedną stronę, to w drugą... Wiatr wył teraz tak głośno, że ledwie dało się słyszeć echo głosów z dołu.
Co za nuda. Tak obiecująca uczta została zepsuta przez głupie wojenne sprawy. Brigitta ziewnęła szeroko. Była znudzona i zawiedziona. Wczoraj przybyło odległe plemię i miała cichą nadzieję, że wśród jego członków ojciec znajdzie dla niej narzeczonego.
Próbowała odszukać wzrokiem tych przybyszów, przyjrzeć im się i znaleźć choć jedną twarz, która by jej odpowiadała. Lecz widziała tylko zaczerwienione blaskiem płomieni plamy. Jaskrawe barwy ich kraciastych strojów drażniły ją. Znajdowali się wśród nich zarówno młodzi chłopcy, jak i doświadczeni wojownicy, lecz żaden nie przykuł jej uwagi. Oczywiście, posłusznie poszłaby za tym, którego wskazałby ojciec.
To, że jeszcze nikogo nie wybrał, było obecnie jej głównym zmartwieniem. Wszyscy możliwi zalotnicy mogą pójść na wojnę, wielu z nich polegnie, i nie bardzo będzie w czym wybierać. Nie brzmiało to obiecująco. Potrząsnęła głową, lekko odurzona wypitym piwem i hipnotyzującym tańcem płomieni. Nie, dłużej tego nie wytrzyma!
Podniosła się z ławki i weszła z powrotem do swojej komnaty. Drzwi jej pokoju wychodziły na werandę ciągnącą się wzdłuż zewnętrznych murów obronnych. Drzwi były szczelnie zamknięte, a mimo to gwizd wiatru wydawał się coraz bliższy. Lampa w odległym kącie migotała słabiutkim płomykiem. Brigitta zdjęła tunikę i w samej bieliźnie, wciąż z peleryną na ramionach, zanurzyła się w cieple łóżka przysuniętego do ściany. Cała drżała. Nie tyle z powodu chłodu wionącego od kamieni, do których przylegało łóżko, ile z powodu wiatru i złowieszczych opowieści o tym, co mogą przynieść jego podmuchy tej szczególnej nocy. Była już jednak bardzo śpiąca. Wkrótce oczy same jej się zamknęły, a lampa zgasła.
Na dole, w cieple płynącym od ogniska, dłoń Lugaida nagle zamarła. Lugaid odwrócił głowę w taki sposób, że nie patrzył już ani na Nyrena, ani na człowieka zabiegającego o pomoc wodza gór i jego ludzi. Tak jakby kapłan Dawnych słuchał czegoś innego.
Jego oczy były szeroko rozwarte i przerażone, a przecież nie słychać było żadnego alarmu. W każdym razie nikt inny go nie słyszał. Jego dłoń przesunęła się z brody na wyhaftowany na koszuli herb przedstawiający złotą spiralę. Starzec uczynił to nieświadomie, jakby nie wiedział, co robi, ani dlaczego jego palce przesuwają się po spirali od zewnętrznej krawędzi do wewnątrz. Może podświadomie szukał jakiejś ważnej odpowiedzi.
Uniósł wzrok ku balkonowi, na którym siedziały kobiety. Z uwagą przyglądał się po kolei ich twarzom, aż doszedł do pustego miejsca. Patrząc tam, westchnął. Potem rozejrzał się niespokojnie na boki, jakby obawiał się, że to mimowolne westchnienie w jakiś sposób go zdradziło. Jednak reszta towarzystwa zajęta była Nyrenem i nieproszonym gościem. Lugaid trochę się cofnął. Jego brodata twarz z przymkniętymi oczami wyrażała głęboką koncentrację.
Czas planetarny był niczym dla tych instalacji. Latające obiekty na swoich miejscach, informacje w bankach pamięci uporządkowane, poklasyfikowane, tak by mogły dotrzeć do bardziej skomplikowanego mózgu całego przedsięwzięcia. Decyzja została podjęta i dwukrotnie sprawdzona. Potem przygotowano najdelikatniejszą i najbardziej skomplikowaną część sprzętu krążącego w przestrzeni.
Wystartował kolejny obiekt. Wykonał gwałtowny zwrot przy włączonym na maksimum zniekształceniu obrazu i pomknął w kierunku nieba. Sygnał, który przyzywał to urządzenie poprzez przestrzeń i czas, wreszcie zamilkł. Teraz odezwał się inny nadajnik, zaszyty pośród innych skał. Nie wykryty przez obiekt latający, zaczął pulsować, zwiększając wraz z mocą swój zasięg.
Nowa wiązka sygnałów wydostała się na zewnątrz, ku niebu, w stronę gwiazd. Trzeba wiele czasu, może kilku tysięcy lat, by ten alarm został odebrany przez tutejsze patrole. Nie można go jednak wyłączyć. Odwieczne zmagania mogą się rozpocząć, lecz z mniejszą niż dawniej siłą, gdyż potęga obu przeciwników została uszczuplona do jednej tysięcznej, czy nawet milionowej, ich dawnych możliwości. Czas i wyczerpanie nie pozbawiły ich jednak stanowczości. Są nieprzejednani, jak zawsze. Z pewnością dojdzie do kolejnego pojedynku.
Latający obiekt krążył, targany jak liść silnym wiatrem. Nie krążył jednak bezmyślnie - miał do wykonania zadanie i nic, człowiek ani przyroda, nie mogło mu w tym przeszkodzić.
Brigitta spała mocno, choć wydawało jej się, że się obudziła. Wokół niej nie było już drewnianych ścian domu. Stała na dobrze znanej ścieżce, prowadzącej do źródła przepowiedni, gdzie bogini zsyłała wieczne szczęście na tych, którzy odpowiednio ją obdarowali. Nie była to też ta ponura noc Samain z ciemnymi i zamaskowanymi myśliwymi czyhającymi na ludzkość. Wokół niej rozkwitała zielona świeżość pierwszej wiosny Beltaine, kiedy to ogniska płoną wysokim płomieniem, a kobiety i mężczyźni pochylają się ponad płomieniami, zespoleni w czci tych sił, które raczej powiększają niż zmniejszają liczebność plemion.
Widziała złotawe światło nie pochodzące od słońca. Błysk w kształcie grotu dosięgnął jej odzianych w sandały stóp, lecz źródło światła pozostało zakryte krzakami porośniętymi wiosennymi liśćmi. Z tego świetlnego trójkąta jasność wzniosła się ku jej sercu, aż Brigitta roześmiała się radośnie i zaczęła biec poprzez wspaniałość, czując wypełniające ją podniecenie. Nigdy przedtem nie czuła się tak wolna, tak pełna życia i tak całkowicie szczęśliwa.
Wtedy ujrzała jego. Wyszedł z zieloności i zatrzymał się w oczekiwaniu. Jej serce wiedziało natychmiast, że to jest twarz, której tak długo szukała wśród przybyszów i podczas wypraw za granicę. To był ten, o którym Wielka Matka mówiła, że da jej pełnię szczęścia.
Cały był jasnością, odziany ciepło i promieniście. Gdy zbliżyła się do niego, oboje ich ogarnęło światło w miejscu, które należało tylko do nich. Nikt inny na świecie nie mógł tu dotrzeć. Była jego częścią, a on był częścią jej, i stali się jednością w sposób, którego Brigitta nie potrafiłaby opisać słowami.
Świat wokół nich był złoty i śpiewał, jakby wszystkie ptaki leśne równocześnie rozpoczęły swe najpiękniejsze trele. Zanurzyła się w cieple, śpiewie i w nim, aż nic nie pozostało z dawnej Brigitty. Było już tylko spełnienie, tak jak spełnionym można nazwać zapłodnione ziarnem pole gotowe do przyniesienia obfitych plonów.
Lugaid odsunął się w cień siedziby klanu. Jego ciało kiwało się lekko w prawo i w lewo, twarz była jak maska, bez wyrazu. Może skupiał się całą swoją istotą na czymś, co słyszał, czuł lub sobie wyobrażał. Temu skupieniu towarzyszyło wzrastające zakłopotanie. Tak jakby człowiek, który codziennie przechodził obok zniszczonej świątyni nieznanego, dawno zapomnianego boga, nagle usłyszał dobiegający z głębi owego sanktuarium głos wzywający go do złożenia hołdu.
Po chwili zakłopotanie ustąpiło miejsca poczuciu triumfu. Maska na twarzy Lugaida pękła. Czuł się jak ktoś, kto po wielu latach służenia przegranej sprawie nagle przekonał się o jej słuszności. Jego palce zacisnęły się wokół spirali na piersi. Wyszeptał jakieś słowa w języku, który był dużo starszy od używanego przez mieszkańców fortecy, a nawet od języka czasów rzymskich. Wypowiadane słowa były niezrozumiałe nawet dla tych nielicznych, którzy wciąż uczyli się tego języka jako elementu wyśmiewanych starych wierzeń.
Na górze Brigitta, cicho pojękując, uśmiechała się. Rozłożyła ramiona, by objąć tego, który zjawił się we śnie. Ponad posiadłością wodza powoli zaczął kołować latający obiekt. Wleciał przez otwór w dachu i bezbłędnie odnalazł drzwi do komnaty, w której spała dziewczyna.
Warkot urządzeń w jaskini osiągnął najwyższe rejestry, a potem dźwięk zaczął odpływać, prawie zamierać, jak gdyby jakaś istota wykorzystała całą moc i teraz mechanizm potrzebował odpoczynku. Nie nastąpiła jednak przerwa w nadawaniu. Sygnał wzmocnił się i zaczai penetrować coraz bardziej odległe obszary w poszukiwaniu pomocy do prowadzenia odwiecznej wojny.
Oczy Lugaida były otwarte, wpatrzone w drzwi do pokoju Brigitty. Mógł się tylko domyślać niewielkiej części tego, co działo się tam tej nocy i o czym nie powie ani słowa, dopóki nie będzie pewien. Wykonał głęboki wdech, świadczący o zdziwieniu, że taka rzecz mogła się zdarzyć w owym trudnym okresie. Bogowie odeszli bardzo dawno, lecz wygląda na to, że wciąż czuwają. Musi jak najszybciej udać się do Miejsca Mocy. Może tam znajdzie odpowiedź, jakieś zapewnienie, że to, co się stało, ma znaczenie dla jego ludzi.
Brzęczenie głosów wokół niego lekko Lugaida poirytowało. Zajmowali się tylko sprawami ziemskimi, śmiercią, a tej nocy na pewno dotarły tutaj obiekty z nieba i przyniosły życie, nie śmierć. Najwyraźniej nadeszła chwila przepowiadana w legendzie słowami: "Panowie Przestworzy powrócą".
II
W pokoju na górze było bardzo gorąco. Między przypływami bólu Brigitta marzyła o ułożeniu zbolałego ciała w strumieniu wypływającym ze Szczęśliwego Źródła. Miała mgliste wrażenie, że większość mieszkańców fortecznej wioski przed wschodem słońca udała się na pola, by uroczyście obchodzić Święto Ług. Nastał czas zbierania plonów. Julia, niania jej matki, siedziała cierpliwie obok Brigitty i zanurzała kawałek materiału w misce z ciepłą wodą, by ścierać pot spływający po twarzy dziewczyny. W odległym kącie komnaty znajdował się piec i dochodził stamtąd zapach palonych ziół, na tyle mocny, że jego podmuchy doprowadzały Brigittę do kaszlu. Wszystkie drzwi w domu otwarto, rozwiązano wszystkie węzły, słowem, uczyniono wszystko, co możliwe, by ułatwić poród. Lecz - tępo myślała Brigitta - nie jest to łatwe. Jednak jak śmiertelna kobieta może bez trudu urodzić boskiego potomka?
Minione miesiące... Jakże dziwnie wszyscy na nią patrzyli. Jedynie proroctwo Lugaida powstrzymywało krewnych od napiętnowania jej i zarazem całego domu Nyrena. Bywały chwile, gdy chętnie chwyciłaby własny sztylet i wycięła ze swojego łona to, co poczęła w niej obca istota. Teraz już ledwie pamiętała złociste uniesienie ze snu. Lugaid zapewniał, że właściwie nie był to sen, lecz jeden z Synów Przestworzy przybył, by ją posiąść.
W tej chwili istniał tylko ból i strach między skurczami, że ten następny będzie jeszcze silniejszy. Zacisnęła jednak zęby i nie wydała żadnego jęku. Gdy rodzi się dziecko boga, nie przystoi wrzeszczeć.
Jej ciało ponownie się naprężyło i Julia natychmiast znalazła się przy niej. Nagle pojawił się też Lugaid i spojrzał jej w oczy. Z tego spotkania spojrzeń powstało coś, co odsunęło ból i odesłało ją, wirującą, do połyskujących świateł, które mogły być gwiazdami...
- Syn. - Julia położyła niemowlę na czystym kawałku lnu.
- Syn - potwierdził Lugaid tonem, który wskazywał, że od początku nie miał co do tego wątpliwości. - Na imię mu Myrddin.
Julia spojrzała gniewnie na Lugaida.
- To ojciec powinien nadać mu imię.
- Jego imię brzmi Myrddin. - Druid zanurzył palec w misce z wodą i dotknął piersi niemowlęcia. - Jego ojciec tak by go nazwał.
Julia wzruszyła ramionami.
- Mówisz o Panach Przestworzy - powiedziała. - Nie przeczę, że w ten sposób uchroniłeś moją panią od hańby. Skoro znaleźli się tacy, którzy uwierzyli. Ale nawet pod tym dachem nie ma nikogo, kto byłby całkowicie przekonany. Zawsze będą o nim plotkować i nazywać go "bez ojca urodzonym".
- Już niedługo. - Lugaid potrząsnął głową. - On będzie pierwszy, a wraz z nim powrócą dawne czasy. Stare opowieści to nie zwykłe pieśni bardów, śpiewane ku uciesze gawiedzi. Tkwi w nich ziarno prawdy. Opiekuj się dzieckiem i swoją panią. - Spojrzał na Brigittę z mniejszym zainteresowaniem, jakby po wykonaniu swego zadania straciła już na wartości.
Julia wydała odgłos przypominający parsknięcie. Zajęła się dzieckiem, które nie płakało, tylko rozglądało się wokół. Już po kilku chwilach od przyjścia na świat chłopczyk wydawał się dużo bardziej świadomy swego otoczenia niż jakiekolwiek inne dziecko w jego wieku. Piastunka, zauważywszy to, uczyniła tajemniczy znak przed wzięciem go na ręce. Brigitta spała mocno.
Można by rzec, że Julia prawidłowo przewidziała stosunek członków klanu do Myrddina. Rzeczywiście był on "bez ojca urodzonym", lecz skoro wódz zaakceptował - w każdym razie tak twierdził - zapewnienie Lugaida, że jego córkę posiadł Pan Przestworzy, przeto chłopiec nie był otwarcie prześladowany. Nie został jednak w pełni zaakceptowany przez swoich rówieśników.
Od początku miał problemy z nauką. Kobiety uważały, że jego opóźnienie jest w jakiś sposób związane z tajemniczym poczęciem. Nie czynił też postępów w rozwoju fizycznym - nie śpieszył się do chodzenia. Gdyby nie starania Julii, mógłby zostać zepchnięty na margines społeczności i cicho odejść przedwczesną śmiercią. W niecałe sześć miesięcy po jego urodzeniu Brigittę wydano za mąż za owdowiałego przywódcę plemiennego, który był w takim wieku, że mógłby być jej ojcem. Opuściła wówczas fortecę Nyrena, pozostawiwszy w niej syna.
Nie protestowała przeciwko rozłące. Od chwili wydania Myrddina na świat, gdy tylko oprzytomniała z dziwnego stanu, w który według niej wprawił ją Nyren, nie żywiła do tego dziecka żadnych matczynych uczuć. Jej miejsce natychmiast zajął Druid, a Julia zapewniała małemu wszystko, czego potrzebował do fizycznej egzystencji. To właśnie Julia okazywała najwięcej matczynej troski, gdy zaczęto komentować powolny rozwój dziecka. Tym, do którego zwróciła się Julia o pomoc, gdy jej wiara w inteligencję Myrddina zaczęła słabnąć, był Lugaid.
- Zostaw go w spokoju. - Lugaid wziął chłopca na kolana i popatrzył mu w oczy. - Dla niego czas płynie inaczej. Zobaczysz, że gdy zacznie mówić, będzie mówił wyraźnie i mądrze, a gdy zacznie chodzić, będzie to prawdziwe chodzenie, a nie pełzanie na podobieństwo zwierząt. On jest z innego świata, więc nie możemy stosować do niego naszych miar.
Julia przez chwilę siedziała spokojnie, przenosząc wzrok z Druida na dziecko i z powrotem.
- Myślałam - wyznała - że cała ta historia miała uchronić moją panią od hańby. Ale to nie tak. Ty w to wierzysz. Dlaczego?
Teraz on spojrzał na nią.
- Dlaczego?! Kobieto! Ponieważ tej nocy, gdy on został poczęty, czułem nadejście Mocy, która miała go przynieść. - Z żałością potrząsnął głową. - Straciliśmy tak wiele z wiedzy, która uczyniła ludzi na tyle wielkimi, że mogli rzucać wyzwania gwiazdom. Recytujemy oderwane fragmenty legend i nie jesteśmy pewni, co jest prawdą, a co dodaną później baśnią. Lecz to, co pozostało, wystarcza, by ktoś, kto posiada odpowiednią wiedzę, poczuł Moc, gdy ona działa.
- Ten "bez ojca urodzony" będzie w stanie ustanawiać i obalać władców. Wierzę jednak, że nie po to został tu zesłany. Nie, on może otwierać bramy. A kiedy osiągnie pełnię swej potęgi, będzie mówił Wysokim Językiem. Wówczas staniemy się świadkami początku nowego świata!
Pasja w jego głosie przeraziła Julię. Piastunka odebrała dziecko z rąk Lugaida, patrząc na nie dziwnie. Wiedziała bowiem, że Druid wierzy w to, co mówi. Od tej chwili uważnie obserwowała Myrddina i czekała na jakieś oznaki jego wielkości, choć nie wiedziała, jakie mogą one być.
Myrddin zaczął chodzić, gdy miał cztery lata. Jak przepowiedział Lugaid, od pierwszej chwili chodził pewnie, nie chwiejąc się i nie raczkując. Miesiąc później przemówił, a wymawiał słowa tak wyraźnie jak dorosły mężczyzna.
Chłopiec zupełnie nie szukał towarzystwa rówieśników. Nigdy też nie wykazywał zainteresowania szermierką czy słuchaniem opowiadanych przez wojowników przygód z pola bitwy. Zamiast tego plątał się za Lugaidem, gdy tylko go dojrzał. Wszyscy wreszcie przyjęli do wiadomości, że Myrddin zostanie bardem lub jednym z tych uczonych, którzy studiują prawa i pochodzenie rodów. Nyren zaaprobował takie postanowienie podczas jednej ze swych krótkich wizyt w domu.
Wódz podjął wreszcie ostateczną decyzję wielkiej wagi. On i jego ludzie wyruszyli z Ambrosiusem przeciwko Wielkiemu Królowi i Sasom. Powszechnie uważany za zdrajcę król, sprowadził Sasów jako sprzymierzeńców, a ci stopniowo przejmowali jego władzę. Oddział zbrojny Nyrena rzadko przebywał w ukrytej wśród gór wiosce. Pozostawała tu tylko grupa obrońców oraz kobiety i niewolnicy, którzy byli niezbędni do uprawiania pól i wypasania owiec stanowiących ich niewielki majątek.
W piątym roku swego życia Myrddin został zmuszony do pracy jako pasterz owiec. Klan odczuwał wówczas poważny brak mężczyzn. Wtedy to chłopiec trafił po raz pierwszy do jaskini. Tego dnia zapuścił się po obrośniętych porostem skałach wyżej niż kiedykolwiek przedtem, a to głównie dlatego, że starsi chłopcy pozostawili mu do wspinaczki najgorszą trasę. Gdy tylko minął pierwszy szczyt, zapomniał o owcy, której szukał, i o tych, które czekały w dole.
Niczym lunatyk skręcił w prawo i dojrzał mały otwór, przez który ledwo mógł przecisnąć swoje zwinne dziecięce ciało. Skała zawaliła się w tym miejscu niezbyt dawno temu, lecz wejście było zamaskowane na tyle dokładnie, że Myrddin z pewnością nie odkryłby go, gdyby nie to nagłe uczucie przymusu, które zawładnęło jego wolą i sprowadziło tutaj.
Gdy przecisnął się przez szczelinę, znalazł się w dużo większym korytarzu. Rozmiary pomieszczenia trudno byłoby określić, gdyż jedynym źródłem światła była smuga, dobiegająca przez otwór, którym Myrddin tu dotarł. Chłopiec nie czuł strachu, przepełniało go natomiast dziwne, coraz to silniejsze podniecenie - jakby liczył na coś wspaniałego, przeznaczonego tylko dla niego.
Wkroczył więc w ciemność bez niepokoju. Czuł jedynie zniecierpliwienie i ciekawość. Gdy szedł w głąb jaskini, ze zdziwieniem zauważył, że wokół niego tańczą tajemnicze promienie, zupełnie jakby miał na sobie olbrzymią świetlną pelerynę. To odkrycie wcale nie wydało mu się dziwne. Coś, w głębi jego umysłu, uznało to za niemal całkiem zapomnianą cząstkę posiadanej niegdyś wiedzy.
Myrddin znał opowieści o sobie, o tym, że jego ojciec był jednym z Ludzi Przestworzy. Od Lugaida dowiedział się jeszcze więcej, że dawno, dawno temu z nieba często przybywali mężczyźni i ziemskie kobiety rodziły im synów i córki. Owi synowie i córki posiadali pewne talenty i wiedzę, którymi nigdy nie dysponowali Ziemianie, a które uległy zapomnieniu, gdy Ludzie Przestworzy przestali tu przybywać. Niewielu w nich już wierzyło, a Lugaid uświadomił Myrddinowi, że nie powinien zdradzać się ze swoją wiedzą, póki czynami nie dowiedzie swojego pochodzenia. Lugaid powiedział też, że gdyby Myrddin nie mógł sam posiąść wiedzy Dawnych, nie mógłby liczyć na żadną pomoc, gdyż nigdzie na Ziemi nie istnieje nikt, kto pamięta coś więcej niż niejasne wersje zapomnianych przypowieści.
Była jeszcze ta część Myrddina, pochodząca od matki, która skurczyła się w nim, samotna i zagubiona, niezdolna do nawiązania kontaktu z otoczeniem. Często myślał o tym, co stałoby się, gdyby nie odkrył tego, co musi wiedzieć. W tym względzie nie mógł liczyć nawet na Lugaida, gdyż dawna wiedza odeszła wraz ze śmiercią mędrców, a w pamięci takich, jak Druid, zachowały się tylko jej niewielkie, prawdopodobnie zniekształcone, szczątki. Kapłan jednak obiecał, że gdy nadejdzie czas, to przekaże, co tylko będzie mógł, temu, który był dla niego niczym przybrany syn.
Szarawe światło, towarzyszące chłopcu, stało się silniejsze. Dopiero teraz Myrddin zrozumiał, że pochodzi ono ze ścian, a nie od jego osoby. Kiedy potarł palcem o kamień, odkrył coś jeszcze - wibracje wewnątrz skały. Natychmiast przyłożył ucho do ściany i poczuł odgłos przypominające bicie serca.
Wszystkie baśnie o żyjących w jamach potworach przemknęły mu przez myśl. Myrddin zawahał się, lecz uczucie podniecenia pchało go dalej. Przeszedł więc do większego pomieszczenia, gdzie nagle poraził go snop silnie połyskującego światła. Oślepiony tym blaskiem chłopiec skulił się i zakrył rękami oczy. Drgania powodowały stałe buczenie, które teraz już nie tylko czuł, ale i słyszał.
- Nie ma się czego bać.
Myrddin nagle zdał sobie sprawę, że to przemówił do niego jakiś głos. Zadrżał, wciąż zakrywając oczy, po raz pierwszy w życiu ogarnięty prawdziwym przerażeniem.
Starał się pokonać ten strach, lecz wciąż nie opuszczał rąk. Już jednak sama świadomość, że usłyszał głos, złagodziła pierwsze przerażenie, bo przecież żaden ziejący ogniem smok czy wampir nie mówiłby ludzkim głosem.
- Nie ma się czego bać! - powtórzono te same słowa.
Chłopiec wykonał głęboki wdech i zebrawszy całą swą odwagę opuścił ręce.
Tyle tu było do oglądania, a każda rzecz tak bardzo różniła się od wszystkiego, co znał, że fascynacja nimi przyćmiła ostatnie ślady strachu. Nie było tu zresztą ani pokrytego łuskami potwora, ani wrogich istot. Miast tego w świetle widniały lśniące kwadraty i cylindry, na które jego język nie znał określeń. Myrddin wyczuwał tu też jakąś formę życia, choć nie było to życie istot cielesnych, lecz jakiegoś innego gatunku.
Grota wydawała mu się bardzo duża, a zapełniona była olbrzymią liczbą obiektów. Niektóre świeciły małymi kolorowymi światłami wzdłuż powierzchni na wprost, inne były puste, lecz wszystkie tchnęły tym obcym życiem.
Myrddin wciąż nie mógł dojrzeć, kto mówił do niego, a był zbyt ostrożny, by zapuszczać się w głąb zatłoczonej jaskini. Oblizał wargi koniuszkiem języka. Zebrał całą odwagę, na jaką go było stać, i odpowiedział głosem dźwięczącym ostro pośród tej skalnej głuszy:
- Nie boję się.
Było to tylko po części kłamstwem, gdyż fascynacja tym miejscem zaczęła już przerastać poczucie niepewności.
Spodziewał się, że zobaczy kogoś, kto pojawi się przy tym olbrzymim kwadracie z okrągłymi słupami, lecz czas mijał, a nikt się nie zjawiał. Myrddin odezwał się ponownie^; tym razem trochę zawiedziony brakiem odpowiedzi.
- Jestem Myrddin z klanu Nyrena. - Uczynił dwa kroki w kierunku otoczonego skałami miejsca. - Kim jesteś?
Światła wirowały, a obiekty wokół nie przerywały brzęczenia. Żaden głos nie odpowiedział na jego pytanie.
Nagle chłopiec spostrzegł, że na wprost niego, w odległym końcu wnęki utworzonej przez rzędy bloków i cylindrów, znajduje się coś błyszczącego, co łączy dwa bloki i tworzy połyskującą ścianę. Gdy na to spojrzał, połysk zniknął i chłopiec ujrzał jakąś postać, nie większą niż on sam. Zdecydowany na spotkanie z obcym, szybko ruszył przed siebie. Nie zwracał uwagi na bloki po bokach. Interesowało go tylko to, co powstawało na przypominającej lustro powierzchni. Nigdy jeszcze nie widział swojego odbicia tak wyraźnie i ostro, bo funkcję luster w wiosce pełniły albo kawałki polerowanego brązu, tak małe że mieściły się w dłoni i odbijały tylko twarz, albo zniekształcające obraz wypolerowane tarcze. To zwierciadło było zupełnie inne i dopiero, gdy chłopiec wyciągnął rękę przed siebie i zobaczył, że ten drugi robi to samo, przekonał się, że to tylko lustro. To, że może zobaczyć całą swoją postać, bardzo go poruszyło.
Jego ciemne włosy, rano starannie zaczesane z przedziałkiem przez Julię, były teraz zmierzwioną, ciemną gęstwiną opadającą na ramiona. Z tej gmatwaniny sterczały kawałki liści i gałęzi, zgarnięte podczas przedzierania się przez krzaki. Jego mała twarz była smagła, a ciemne brwi spotykały j się ze sobą, tworząc rodzaj mostu ponad nosem. Oczy lśniły zielonym blaskiem.
Miał na sobie tunikę i wetknięte do butów spodnie z wełnianego materiału w biało-zieloną k...
Nikt89