Norton Andre, Lackey Mercedes - Kroniki półelfów 01 - Zguba elfów.doc

(2110 KB) Pobierz

ANDRE NORTON, MERCEDES LACKEY



ZGUBA ELFÓW

Tytuł oryginału: The Elvenbane

Przełożyła: Dorota Żywno

Data wydania polskiego: 1993

Data wydania oryginalnego: 1991


Książka dedykowana

byłym, obecnym i przyszłym fanom


Rozdział I

Jestem Serina Daeth. — Senna trwała przy swym imieniu, trzymała się go kurczowo, gdyż była to jedyna rzecz, której wciąż była pewna, i nawet słońce nie mogło go z niej wypalić. Słońce, które teraz stało wysoko nad jej głową i uderzało w nią, poddając ją próbie odparowania.

Gorąco. Nigdy przedtem nie było jej tak gorąco. Trudno było myśleć, trudno pamiętać, że musi iść dalej. Nie widziała swych stóp zasłoniętych nabrzmiałą banią brzucha, ale czuła je, a każdy krok był udręką. W gardle i ustach jej zasychało.

— Jestem Serina Daeth. Jestem...

O bogowie, że musiało do tego dojść!

Kilka miesięcy temu była faworytą lorda Dyrana. Kilka dni temu miała nadzieję, że uda jej się ukryć ciążę aż do narodzin tego przeklętego bachora. Zamierzała pozbyć się go, a potem wrócić do haremu i dać tej suce, Leydzie Shaybrel, dokładnie to, na co zasłużyła. Nie mogła powiedzieć lordowi Dyranowi, co zrobiła jej Leyda, ale mogła znaleźć jakiś sposób, żeby dobrać jej się do skóry. Leyda miała wrogów; wszystkie kobiety w haremie miały wrogów.

Lecz Dyran wrócił z posiedzenia Rady niespodziewanie, a Leyda czekała...

Przeżyję, wrócę i znajdę sposób, żeby cierpiała...

Ich rywalizacja bawiła lorda Dyrana, który podsycał ją, obiecując Leydzie masę rzeczy, ale utrzymując Serinę na czołowej pozycji. Kiedy Leydzie nie udało się usunąć Seriny ze stanowiska faworyty i kiedy zdała sobie sprawę z tego, iż lord Dyran nie zamierza pozbyć się Seriny, nie dała za wygraną. Bez wątpienia posunęła się do podstępu.

Na pewno, bo jakże inaczej mogłabym zajść w ciążę?

Musiała chyba przez miesiąc podmieniać jedzenie Seriny na pokarm dla elfów. To było kilka miesięcy temu, tuż zanim lord Dyran udał się na posiedzenie Rady...

Rada trwała osiem miesięcy. Ach, gdybyż potrwała dłużej! Uwolniłabym się od tego ciężaru i nikt by niczego nie wiedział!

Lord Dyran wyjechał, zanim Serina zdała sobie sprawę, że jest w ciąży. Kiedy tylko dowiedziała się, wpadła w panikę.

Spodziewać się dziecka lorda elfów, dziecka-mieszańca, było równoważne z wyrokiem śmierci, chyba że pan był bardzo wyrozumiały. Ale nawet gdyby Dyran nie zabił jej, musiałby jej się pozbyć.

To byłoby równie okropne, jak śmierć. Oddana jakiemuś podwładnemu albo wojownikowi do rozpłodu, albo, co najgorsze — podarowana Leydzie jako służąca...

 

Serina upięła ponownie niesforny kosmyk rudawych włosów i przyjrzała się krytycznie swojemu odbiciu w obramowanym srebrem lustrze. Skinęła lekko głową i zajęła się makijażem. Konkurowała z najlepszymi, a to wykluczało wszelką niedoskonałość.

Obecnie w haremie lorda Dyrana panowała moda na eteryczny, niewinny i pełen świeżości typ urody. Narzucona ona została przez styl obecnej faworyty. Serina wiedziała bardzo dobrze, na czym wzoruje się Rowenia, nawet jeśli inne dziewczęta jeszcze tego nie rozgryzły. Próbowała upodobnić się do elfki najbardziej jak mogła, naśladując szlachetnie urodzone panny, które pokazywano lordowi Dyranowi w nadziei na przymierze wsparte małżeństwem.

Upodobnić się do elfki znaczyło mieć: bladozłote włosy, rozpuszczone lub upięte sztucznymi kwiatami wykonanymi z klejnotów, gładką, różanobiałą cerę, wielkie dziecinne błękitne oczy, oraz wiotką i wysmukłą figurę. Serina ani trochę nie przypominała tego typu. Jej włosy miały płomiennorudy odcień, a oczy kolor tak ciemnego fioletu, że były niemal czarne i płonęły starannie kontrolowanym żarem. Jej matka nazywała jej figurę „obfitą”, lecz było to określenie nieadekwatne, nie mieściła się w nim bowiem smukła talia, utrzymywana przez lata całe dzięki lekcjom tańca, i biodra, które potrafiły rozproszyć uwagę nawet zahartowanych gladiatorów podczas ćwiczeń, no i wreszcie wysokie, sterczące dumnie piersi, które rozpraszały do tego stopnia, że ojciec zakazał jej pokazywać się na placu ćwiczeń od czasu, gdy skończyła trzynaście lat.

Podczas gdy inne dziewczęta szykowane na nałożnice odbarwiały sobie włosy, posypywały policzki pudrem i głodziły się, by zmieścić się w delikatne spódnice i suknie, jakie lubiła Rowenia Ordone, Serina obnosiła się ze swą odmiennością i nauczyła się ją podkreślać. Odkryła płukanki, które nadały jej włosom jeszcze większy połysk i bardziej intensywny kolor, malowała powieki fioletem i purpurą, by podkreślić kolor swych oczu, a kości policzkowe pudrowała różem. Nie zrezygnowała z lekcji tańca i ćwiczyła potajemnie, wzmacniając i pojędrniając kończyny. Wyszukała również nauczycieli, którzy wtajemniczali ją w sekrety łoża i prosiła ich o dodatkowe lekcje. Wiedziała, że wcześniej czy później lordowi Dyranowi znudzi się bladość i zwiewność, nieśmiałość i delikatność, wykwintność i płochliwość. Lord nie słynął ze stałości. A gdy znudzi go chłodny zefir, Serina miała zdecydowany zamiar omotać go płomieniem.

Starannie poprawiła opuszkiem palca smugę głębokiego fioletu nad okiem i wstała, wygładzając miękkie fałdy aksamitnej sukni w kolorze wina. Niech Rowenia nadal stroi się w te swoje blade, pastelowe jedwabie, powiewne stroje i koronki, a wszystkie inne dziewczęta wyglądały w tym jak jasnoróżowe główki sałaty, albo przekwitłe róże stulistne. Już wkrótce lord zażąda pieprzu zamiast cukru.

Serina ostrożnie odsunęła stopą taboret przed toaletką, żeby nie podrzeć czy pognieść sukni. Nie było zbyt dużo miejsca w tym małym pokoiku; mieściło się tam zaledwie jej łóżko, skrytka pod nim na bieliznę, wieszak na suknie, toaletka, zwierciadło i mały taboret. I tak miała więcej przestrzeni niż w ledwie mieszczącej łóżko klitce, jaką dzieliła dawniej z matką. A zamierzała wkrótce mieć więcej.

Wyszła ze swego pokoiku wdzięcznym, kołyszącym krokiem, jakby sam lord jej się przyglądał. A zresztą, któż mógłby zaświadczyć, że tak nie było? Władcy elfów byli wszechpotężni i mogło się okazać, iż lord właśnie zechciał podglądać swój harem, gdy nikt się go nie spodziewał. Jej ojciec twierdził, że tak postępował z gladiatorami.

Odsunęła kotarę w swoim pomieszczeniu na znak, że wyszła, i spojrzała na wysoki zegar wodny z zielonego szkła, stojący na środku wewnętrznego dziedzińca. Przez matowe szkło kopuły świetlika sączyły się strugi słońca, a sądząc po poziomie wskazówki w ogonie szklanego delfina, było jeszcze mnóstwo czasu do pory, gdy lord zwykł składać codzienne wizyty swym nałożnicom. Po prawdzie, większość kotar wciąż zasłaniała wejście do pokoików łabędziątek, wskazując, że młodsze konkubiny albo jeszcze spały, albo nie miały ochoty opuszczać swych pomieszczeń. Serina była „łabędziątkiem”, dziewczyną o stażu krótszym niż sześć miesięcy. Prawdę mówiąc, rozpoczęła swoją służbę jako nałożnica tydzień temu. Większość dziewcząt nie przetrzymywało początkowych sześciu miesięcy; większość była ignorowana, a po zaledwie sześciu tygodniach odsyłano je do rozpłodu, aby były żywymi nagrodami dla tych gladiatorów lorda, którzy odnosili największe sukcesy.

Matka Seriny była taką właśnie nagrodą, ale miała szczęście. Jared Daeth był najzdolniejszym z setek wojowników lorda Dyrana, którzy walczyli w pojedynkach. Wygrał tyle pojedynków dla lorda, że przestał je liczyć, a śledzili je tylko ci, którzy notowali zakłady. Ambrę dostał w nagrodę, gdy, wciąż niepokonany, wycofał się z aktywnego uczestnictwa, by zostać trenerem. Polubił ją, a ona jego, a lord łaskawie pozwolił im na stały związek.

Większość dziewczyn odrzuconych przez zarządcę haremu trafiało do rąk doskonałych wojowników, którzy wyrażali chęć posiadania kobiety, a niewielu spośród tych mężczyzn było tak łagodnych i dobrych dla swoich kobiet, jak Jared. Serina widywała niektóre z nich następnego poranka: posiniaczone, czasami zakrwawione, zapłakane — a kiedyś, choć nigdy więcej o tym nie wspominano, widziała martwą. Zdarzało się, że dziewczyny raz do roku kierowano do rozpłodu z najlepszymi samcami, by przysporzyć nowych wojowników do zastępów lorda. Kiedy minął ich płodny okres — a wcześniejsze częste porody nie uśmierciły ich — zostawały posługaczkami w domostwie pana; prały, szorowały garnki, myły i zamiatały podłogi, często nawet w tym samym haremie, w którym kiedyś cieszyły się krótką chwilą chwały.

Nigdy, przenigdy nie pozwoli sobie nawet na myśl o tym, że mogłaby pójść do rozpłodu i być posługaczką. To byłoby równoznaczne z klęską.

Sukces zapewni luksus nie tylko jej, lecz także matce i ojcu. Przy odrobinie szczęścia dostaną pozwolenie, by zostać nadzorcami w jednym z odległych gospodarstw hodowlanych Dyrana, z dala od pańskich kaprysów i zachcianek.

Szła po wyłożonej dywanem posadzce dziedzińca, dywanie udającym trawę, której już od dawna nie widywała. Bose stopy stąpające po puszystym kobiercu nie wydawały żadnego dźwięku. Wszyscy niewolnicy chodzili boso, z wyjątkiem tych, którzy musieli pracować poza dworem. Kiedy będąc dzieckiem zapytała dlaczego, jej ojciec roześmiał się i rzekł: — Jak daleko uciekniesz boso? Nigdy nie zrozumiała tego żartu.

Dziedziniec łabędziątek kończył się wyłożonym podobnym dywanem korytarzem o białych ścianach pełnych drzwi — prawdziwych drewnianych drzwi, nie zasłon — prowadzących do pokoi pełnoprawnych konkubin. Większość drzwi również tu była zamknięta. Nałożnice miały swoje własne łazienki i nie musiały korzystać ze wspólnej łaźni, jaką dzieliły łabędziątka. Serina dbała o to, by wstać, wykąpać się, ubrać i być na miejscu dużo wcześniej niż wszystkie inne, a to na wypadek, gdyby lord Dyran obserwował. Poza tym, po pierwsze, lubiła mieć do swojej dyspozycji całą łaźnię. Mogła przebierać wśród wyłożonych mydeł i olejków i nigdy nie brakło jej ręczników. A po drugie — dlaczego nie miałaby tego robić? Nie miała przecież nic do roboty.

Pojedyncza, migotliwa zasłona ze światła oddzielała pomieszczenia dla nałożnic od wielkiej sali, w której wypoczywał lord Dyran; widoczny znak przypominający o magicznej mocy elfiego władcy. Srebrzysta zasłona była całkowicie nieprzejrzysta, pełzały i pływały po niej bezustannie zmieniające się tęczowe odcienie. Ani światło, ani dźwięk nie przenikały tej płynnej, opalizującej ściany, a przechodząc przez nią śmiało, Serina poczuła mrowienie na skórze i nieznaczny opór. Ojciec powiedział jej, że te zasłony można nastawić tak, by ogłuszały, lub nawet zabijały, lecz nigdy nie przydarzyło się to za jego życia. Przypuszczała, że zasłona jest po to, by intruzi nie mogli wejść do haremu — nie wyobrażała sobie, by ktoś chciał z niego uciec.

Jak zwykle rano o tej porze Serina była sama w korytarzu. Nie przeszkadzało jej to; między innymi dzięki temu mogła pokręcić się nieco po okolicy i poszukać zmian, jakich być może pan dokonał przez noc. Miał zwyczaj zmieniać otoczenie za pomocą swych sił magicznych, i to bez uprzedzenia. Najgwałtowniejsza zmiana nastąpiła, gdy pewnego razu za jego sprawą w ciągu jednej nocy wyrosła cała dżungla roślin, które pozornie zakorzeniły się w posadzce. Rowenia była zachwycona i wszystkie kobiety w haremie bawiły się w pasterki przez cały dzień, bo Dyran łaskawie wyczarował nawet jedną, czy dwie owieczki. Następnego dnia rośliny znikły.

Rozejrzawszy się teraz, Serina mrugnęła ze zdumienia. Dziś rano najbardziej rzucała się w oczy jedna zmiana: marmurowa mozaika na podłodze nie była już w kolorze delikatnej, bladej zieleni w pastelowe, kwiatowe wzory. Miała teraz barwę chłodnego, głębokiego błękitu lapis lazuli, bez żadnych wzorów. Poduszki ułożone w stosy na obrzeżach pokoju również zmieniły kolor na żywszy, bardziej nasycony. Za to stojąca na podwyższeniu po drugiej stronie pokoju kanapa lorda nie zmieniła się; miękkie obicia w rodowych kolorach, złota i winnej czerwieni były te same, lecz poduszka faworyty obecnie miała również barwę czerwonego wina. Białe, nie ozdobione niczym ściany nie uległy zmianie, lecz kopuła z matowego szkła u góry miała teraz pośrodku witraż w abstrakcyjne wzory w kolorach czerwieni, błękitu, fioletu i szmaragdów. Serina widziała ledwo zauważalne zarysy chmur przesuwających się wśród przejrzystych kolorów i dostrzegła barwny wzór, jaki rzucało światło padające przez witraż na ciemnoniebieską posadzkę ze złotymi żyłkami.

Dotknęła wypukłego wzoru na swej złotej obroży i rozejrzała się wokół, zastanawiając się, co oznacza ta zmiana. Czyżby lordowi znudziło się wreszcie delikatne piękno? Czy znaczyło, że jest gotów na pożywniejszy kąsek?

Cichy dźwięk powiadomił ją o obecności kogoś jeszcze w pokoju. Odwróciła się gwałtownie, zaskoczona odgłosem kroków za swymi plecami.

Lord stał na progu przed wejściem na podwyższenie i czekał na jej reakcję. Ubrany był w jedwabną tunikę w rodowych barwach, układaną w wymyślne fałdy. Jedną dłoń opierał na biodrze, drugą trzymał na zdobnej w klejnoty rękojeści sztyletu. Jego orla twarz wydawała się spokojna, lecz Serina widziała w jego oczach, że wzbudza w nim ciekawość... może ona sama, lub jej reakcja na zmiany, jakich dokonał.

Natychmiast osunęła się na posadzkę w pełnym wdzięku pokłonie, a spódnice ułożyły się wokół niej tak, jakby klęczała w sadzawce swej własnej krwi serdecznej. W tej pozycji pozostała nie podnosząc głowy i wpatrując się w aksamitną miękkość swych spódnic, dopóki dźwięk powolnych kroków pana nie powiedział jej, że jest już blisko.

— Możesz wstać, moja łabędzico — rozległ się pobłażliwy, aksamitny głos.

Moja łabędzico! — uradowała się. To oznacza, że awansował mnie, pomyślała.

Wstała posłusznie, równie wolno i z wdziękiem, jak w czasie ukłonu, przesuwając wzrokiem po silnych, muskularnych nogach opiętych skórzanymi spodniami i zamszowymi wysokimi butami w kolorze czerwonego wina; po niedbale rozpiętej tunice ze złotym haftem połyskującym na kołnierzu. Kiedy już wyprostowała się, powędrowała wzrokiem jeszcze wyżej i wreszcie popatrzyła mu wyzywająco w szmaragdowe oczy, zamiast skromnie spuścić głowę, jak uczyniłaby Rowenia.

— Widzę, że masz ognistą duszę — zaśmiał się lord Dyran, a jego wąskie wargi ułożyły się w kształt uśmiechu. — To mi się podoba. Czy ubierasz się w moje kolory, by mi schlebiać, moja łabędzico?

— Czyż nie to jest moim zadaniem, panie? — odrzekła natychmiast. — Czyż moje myśli i moje czyny nie mają na celu jednego, aby dostarczać ci przyjemności?

— Czy rzeczywiście dostarczyłabyś mi przyjemności? — Nie czekał na jej odpowiedź, lecz chwycił ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie, przyciskając usta do jej warg.

Serina czekała na ten moment od pierwszej chwili, gdy weszła do haremu. Rowenia odsunęłaby się z udawaną nieśmiałością; Rowenia opierałaby się trochę, pozorując skromność. Serina nie uczyniła niczego podobnego. Przylgnęła całym ciałem do niego, przesuwając rękoma po jego ciele w sposób, jakiego ją nauczono, i odpowiadając na jego pocałunek równie namiętnie. Nie miała pojęcia, co on czuje, ale ona płonęła z pożądania i czuła ogień w lędźwiach, gdy oderwał się od niej i odsunął ją na odległość ramienia.

Miał równie zimny i wyrachowany wygląd, jak przedtem. Wypuściwszy ją, przerzucił przez ramię długie, białozłote włosy ruchem głowy i uśmiechnął się lekko, pocierając kwadratowy podbródek długą, zgrabną dłonią. Po dłuższej chwili powiedział:

— Lord Ethanor zeszłego wieczoru wyraził podczas kolacji swój podziw dla Roweni. Oddałem mu ją.

Sens tych słów dotarł do Seriny dopiero po kilku uderzeniach serca. Kiedy wreszcie już je zrozumiała, wpatrywała się w niego, nie śmiać odezwać się, przepełniona dzikimi domysłami.

— Taka gorliwość w służeniu mi, jak twoja, powinna zostać wynagrodzona — ciągnął, kiedy dostrzegł, że go zrozumiała. Potem wyciągnął do niej rękę. — Chodź, moja łabędzico. Chciałbym, żebyś obejrzała swoje nowe pokoje. A potem... po odpowiedniej przerwie, ogłosimy twoją nową pozycję reszcie stadka. Co ty na to?

Serina zadrżała z podniecenia i niecierpliwości. I trochę z obawy. Powiadano, że lord Dyran ma nieco niezwykłe upodobania...

Jednakże przygotowano ją do tego, a w zamian za to, czego żądał, czekało ją życie pełne luksusu i władzy. On nie zrobi krzywdy komuś tak cennemu, jak nałożnica, która łagodzi jego nudę;

Czekał na jej odpowiedź.

— Po odpowiedniej przerwie — odrzekła, podając mu dłoń. — Oczywiście, panie.

Mała Serina przycupnęła na krawędzi ławy wysoko nad areną, w cieniu, gdzie siadali pomniejsi elfowie, gdy pan urządzał widowiska. Sama arena nie była bardzo duża. Była to ściśle pojedynkowa arena, przeznaczona do rozstrzygania o wynikach wyzwań i niemal do niczego więcej. Utrzymywanie własnej areny było oznaką zamożności lorda Dyrana. Była również znakiem tego, jak wielu pojedynków był gospodarzem; albo swoich własnych, albo organizowanych przez innych. Tak, jak i inne pomieszczenia we dworze, arenę oświetlał za dnia wielki świetlik z matowego szkła umieszczony w suficie. Siedzenia tuż przy ringu były wyściełane i pokryte skórą, wyżej znajdowały się zwykłe drewniane ławy. Mimo to ludzie nigdy nie zajmowali tych miejsc, gdy toczyła się prawdziwa walka.

Dzisiaj jednak na arenie odbywały się tylko ćwiczenia, chociaż walczono przy użyciu prawdziwej, ostrej broni. I to dobrej broni, prosto z kuźni pana.

Jared zabrał dziś córkę na oględziny kuźni, by unaocznić jej, co znaczy być niewolnikiem lorda Dyrana. Ogień, żar, dym i ogromni, muskularni mężczyźni i kobiety, którzy tam pracowali, wywarli na niej odpowiednie wrażenie. Robotnicy z kuźni byli najcenniejszymi spośród niewolników lorda Dyrana i jako tacy traktowani byli z większą uwagą i lepiej nagradzani niż nawet odnoszący sukcesy wojownicy.

Żelazo, z którego wytwarzano stalowe ostrza, musiało być czyste. Przetapiano je więc dziesięciokrotnie, by usunąć wszelkie zanieczyszczenia, zanim poddano je ostatecznej obróbce. Kiedy już przeszło taką przemianę, brali się za nie kowale i wytwarzali zeń broń, z której słynął lord Dyran. Niemało elfich władców przychodziło do lorda Dyrana po oręż, a przynajmniej tak powiedział swej córce Jared.

Dla wojowników z armii elfich panów niewątpliwie wykonywali piękne miecze, ostrza włóczni i toporów oraz maleńkie, ostre jak brzytwy groty strzał, których nie można było wyciągnąć z rany, tylko trzeba było je wycinać. Jednak dla tych, którzy walczyli w pojedynkach, dla gladiatorów i innych wojowników, broń była zupełnie inna — broń, której przeznaczeniem było raczej kaleczyć, niż zabijać. Korbacze z łańcuchami, maczugi, krótkie, szerokie noże, bicze z metalowymi haczykami, trójzęby — wszystko to przeznaczone było do przedłużania walki i wszystko to wymagało wielkiej wprawy w posługiwaniu się.

Dwaj wojownicy, ćwiczący na arenie pod uważnym spojrzeniem jej ojca, uzbrojeni byli w broń gladiatorów. Jeden miał trójząb, drugi korbacz z łańcuchami; obaj byli również uzbrojeni w noże.

Walka wydawała się równa; rudowłosemu olbrzymowi z korbaczem udawało się trzymać poza zasięgiem ostrzy trójzęba, podczas gdy smagły mężczyzna z trójzębem nie dał sobie oplatać drzewca łańcuchami korbacza. Serina przyglądała im się szeroko otwartymi oczami, przypominając sobie, że widziała, jak dziś rano z pomieszczenia rudego mężczyzny wyniesiono jedną z rozpłodowych kobiet z twarzą całą w sińcach.

Wiedziała już wtedy, że i jej przeznaczeniem będzie służyć tym mężczyznom, albo innym jak oni — chyba, że zrobi coś, by uniknąć tego losu.

„Twój los spoczywa w twoich rękach — powiedział Jared. — Pamiętaj zawsze o tym, dziewczyno. Troszcz się zawsze o to, by dogodzić twemu panu, bowiem nikt inny nie uczyni nic dla ciebie”.

Nadzorca niewolników już wspomniał Ambrze, jej matce, że dziewczynka szybko rośnie, i że trzeba będzie wkrótce oddać ją na przeszkolenie. Serina wiedziała, w jakim celu będzie szkolona; Jared wyjaśnił jej to bezpośrednimi słowami; wyjaśnił, na czym polega różnica między nałożnicą a kobietą do rozpłodu. I wbił jej do głowy, że jedyna szansa na zmianę jej losu spoczywa w rękach lorda Dyrana i jest uzależniona od tego, jak pilnie będzie się starała.

Przekonała się już, jak prawdziwe były te słowa. W zeszłym roku zabrano jej starszego brata, Tamara, i sprzedano albo podarowano innemu władcy elfów, który zachwycił się jego delikatnym wdziękiem. Jej młodszy brat, Kaeth, uczył się teraz w szkole zabójców, zabrany tam dwa tygodnie temu, gdy odkryto jego zwinność w czasie okradania drzew owocowych pana.

Płakała, gdy trenerzy zabrali Kaetha, a wtedy matka odprowadziła ją na bok, do swojego własnego pokoju, posadziła na krawędzi łóżka i surowo nakazała jej osuszyć łzy.

— Panowie mają władzę nad wszystkim — powiedziała Ambra bez litości, lecz w jej oczach zabłysły łzy, których, jak czuła Serina, nie ośmieliła się uronić. — Mamy szczęście, że nami rządzi lord Dyran. Nagradza nas dobrze za dobrą służbę, a są panowie, którzy nie nagradzają nikogo za nic, a karzą według swoich kaprysów. Jeśli Kaeth spisze się dobrze, zostanie nagrodzony. Zasłużył na karę za kradzież owoców, a zamiast tego, dano mu wspaniałą szansę. Mogli go przecież zabić na miejscu. Taka jest różnica między naszym panem a innymi.

— Ale dlaczego? — krzyknęła. — Dlaczego oni nami rządzą? Kto im pozwolił? To nieuczciwe!

Inny rodzic mógłby uderzyć ją wtedy, mógłby powiedzieć: — Bo tak już jest. — Ale nie Ambra.

— Rządzą nami, ponieważ są silni, potężni i władają magią — powiedziała, a Serina wyczuła pełen rezygnacji smutek w jej słowach. — Jesteśmy słabi, a bogowie nie dali nam magii wcale. Panowie żyją wiecznie, a nasze życie jest krótkie. Jeśli chcemy dobrze żyć, musimy spełniać zachcianki panów, bowiem bogowie kochają ich, a nami gardzą.

— Ale dlaczego? — szlochała Serina.

Ambra tylko pokręciła głową. — Nie wiem. Niektórzy powiadają, że panowie są dziećmi bogów; inni mówią, że są demonami nasłanymi przez bogów, by nas karali albo poddawali próbie. Ja wiem tylko, że ci, którzy zadowalają ich, żyją i są nagradzani, a ci, którzy nie, giną. Teraz zależy już od Tamara i Kaetha, czy zadowolą swych panów. Tak jak ty musisz zadowalać lorda Dyrana i tych, których ustanowi ponad tobą: Nic innego się nie liczy.

Serina zapamiętała to i zapamiętała przelotny widok lorda Dyrana, który tego popołudnia przyszedł zobaczyć, jak postępuje szkolenie jego wojowników. Widziała, jak jej dumny, surowy ojciec schyla się, aż czołem dotyka ziemi, jak inni wojownicy klękają, oddając cześć władcy. I jak lord Dyran wydał jej się istotą z baśni; wysoki, pełen pychy, odziany od stóp do głów w kremowy i złoty atłas i kremową skórę, tak elastyczną i miękko wyglądającą, że Serinę kusiło, by jej dotknąć. Jak zdawał się lśnić, wchłaniać słoneczne światło i promieniować podwójnie wzmocnionym jego blaskiem. Był tak piękny, że zabrakło jej tchu i pomyślała: on musi być dziecięciem bogów... A kobieta przy nim, sama jak klejnot, sprawiła, że Serinę zżerała zazdrość. Kobieta ubrana była w najmiększe jedwabie, jakie Serina widziała i obwieszona złotymi łańcuchami wartymi fortunę. Złote łańcuszki tworzyły czapeczkę, która zwieńczała jej złote włosy, złote łańcuchy wisiały przy czapeczce i spływały po jej plecach, złote łańcuchy otaczały szyję i ramiona i opinały ciasno jej talię w kremowej sukni. Była cudowna, niemal tak piękna, jak pan elfów obok niej, a Serina chciała być ubrana w tę suknię i stać na jej miejscu.

Przypomniała sobie, jak lord Dyran wziął niedoskonale wykonany miecz, który jej ojciec przyniósł mu wraz ze skargą i zgiął go wpół, a następnie złożył jeszcze raz na pół zgięte ostrze. Ten pokaz siły zaparł jej dech w piersi i aż przeszedł ją zimny dreszcz. Co też musi czuć ktoś tak silny — albo ta, która obłaskawia taką siłę?

Potem lord Dyran nakazał przyprowadzić płatnerza, który wykonał to ostrze. Przyjrzał mu się tylko przez chwilę, a potem wykonał lekki gest dłonią — lecz człowiek zgiął się wpół i padł na ziemię krzycząc, tak że trzeba było go wynieść. Nikt nie zaprotestował ani nie uniósł ręki, aby mu pomóc. Słyszała później, że pan trafił go elfim pociskiem, i że gdyby kiedykolwiek jeszcze wyprodukował niedoskonałe ostrze, maleńki odłamek kamienia elfów, tkwiący w jego piersi, znów zada mu taki sam ból.

 

Wznosisz się sama i upadasz sama. Gdybyż on choć w połowie tak dbał o mnie, jak o doskonałość swych mieczy — ale ja jestem mniej warta niż miecz, a zastępczyni już czekała.

Przy każdym kroku, przy każdym pełnym udręki oddechu, coraz gorętszy ogień płonął w jej myślach. Kiedy lord Dyran znudzi się nią, będzie miał z niej mniej pożytku niż z któregoś ze swych rentierów. Nie obchodziło go już, co się z nią stanie.

Rentierzy — niegdyś gardziła nimi; słabi w magii, lub podupadli „władcy” elfów, którzy stracili zbyt wiele w stale odnawiających się pojedynkach. Pojedynki toczyli wyszkoleni gladiatorzy, lecz reprezentowały one bardzo realne walki między rodami, a straty ponoszone, gdy ich wojownicy przegrywali, były równie prawdziwe...

Dwakroć żałośniejsi byli ci elfowie, których magia była zbyt słaba, by nadawała się do czegokolwiek, poza samoobroną. Chociaż tym „rentierom” nie można było założyć obroży, można jednak było przymuszać ich w inny, subtelniejszy sposób. Często służyli jako nadzorcy lub główni kupcy i zajmowali inne poufne stanowiska. Ani nie należeli całkowicie do świata szlachetnie urodzonych panów, ani nie żyli w takich luksusach, jak rozpieszczani i cenieni niewolnicy, tacy jak nałożnice i artyści. Serina kiedyś litowała się nad nimi. Nie, lepiej ponieść klęskę, pomyślała, niż ciągnąć żałosną, nędzną egzystencję, jak oni...

Lepiej rządzić choćby przez chwilę; stać u boku lorda Dyrana i nie odpowiadać przed nikim, prócz swego pana... bać się tylko czysto ludzkich sztuczek. Różnić się tym od rentierów, których każdy czyn był ruchem w grze, której nie rozumieli.

— No tak — powiedział Dyran, rzuciwszy spojrzenie na czubek głowy drżącego nadzorcy, gdy podwładny elf ukląkł przed nim. — Wygląda na to, że nie możesz dostarczyć tyle, ile trzeba. — Dziś ubrany był cały na czarno, a w mlecznym świetle padającym ze świetlika jego włosy opadające na ramiona połyskiwały jak srebro. Na jego twarzy malował się wyraz, który Serina znała aż nadto dobrze, wyraz, który mówił, że jest w podłym nastroju, skłonny do okrucieństwa, i miała cichą nadzieję, że rozładuje go na osobie nadzorcy.

— Nie, panie — odrzekł elfi nadzorca drżącym głosem. Nic w jego wyglądzie — poza strojem — nie sugerowało człowiekowi niezmiernej przepaści społecznej, jaka dzieliła go od Dyrana. Jego włosy, ściągnięte zgrabnie w koński ogon, były równie długie, jedwabiste i w tym samym kolorze bladego złota. Miał równie zielone oczy i posturę dorównującą Dyranowi. Obaj mieli ostro zakończone czubki uszu, typowe dla ich rasy i obaj sprawiali wrażenie wojowników w kwiecie wieku. Nadzorca odziany był w skórzany strój do konnej jazdy; Dyran w piękny aksamit. Jednakże różnic między nimi nie można było wyczuć ludzkimi zmysłami; różnic, które czyniły z Dyrana władcę. — Było zbyt wielu rannych, panie, by...

— Z powodu twojego niedbalstwa — przypomniał mu jedwabistym głosem Dyran.

Serina domyśliła się, że wino w jego pucharze się ociepliło i podała mu schłodzone. Nie zwrócił na nią uwagi, zbyt zajęty swą ofiarą.

Nadzorca zbladł. — Ależ panie, mówiłem, że łańcuchy w kuźni wymagają...

— Z powodu twego niedbalstwa — powtórzył Dyran i opadł na oparcie bogato rzeźbionego drewnianego krzesła, złożywszy długie, smukłe dłonie przed podbródkiem. — Obawiam się, Goris, że będę musiał udzielić ci lekcji dbałości o narzędzia. Zdaje się, że masz córkę?

— Tak, panie — szepnął nadzorca. Rzucił szybkie spojrzenie w górę i Serina dostrzegła malujący się na jego twarzy wyraz beznadziejnej bezradności, jak u zwierzęcia schwytanego w potrzask. — Ale ona jest moją jedyną spadkobierczynią...

Dyran machnięciem ręki okazał lekceważenie dla niej. — Wydaj ją za Doriona. Od dawna zawraca mi głowę, żeby znaleźć mu żonę, a on wypełnił swoje zobowiązania z naddatkiem. Zobaczymy, czy jego ród okaże się bardziej kompetentny od twojego.

Nadzorca gwałtownie podniósł głowę; szmaragdowe oczy rozszerzyły się od wstrząsu.

— Ależ, panie! — zaprotestował. — Dorion jest... — Powstrzymał się i nagle przełknął ślinę, a jego źrenice zwęził strach.

Lord Dyran nachylił się w swym krześle. — Tak? — powiedział z jadowitą łagodnością. — Cóż takiego chciałeś powiedzieć? — Uniósł jedną brew w grymasie dobrze znanym Serinie. Oznaczało to, że gotów był zaatakować, gdyby go rozgniewano.

Nadzorca zamarł z przerażenia. — Nic, panie — szepnął słabo.

— Jak sądzę, chciałeś powiedzieć: „Dorion jest zboczeńcem” — rzekł gładko Dyran pogodnym głosem, a na jego twarzy odmalował się spokój. — Miałeś zamiar wyrazić swe oburzenie, iż Dorion woli ludzkie kobiety od nudnych elfich panienek. Jak i ja. No, przypomniałeś sobie wreszcie?

— Nie, panie — zaprotestował nadzorca, ledwo wykrztusiwszy słowa. Serina zauważyła, że dygotał lekko i zaciskał dłonie, by się nie zdradzić.

Dyran przykuł go swoim spojrzeniem, jak ptaka bezradnego, który znalazł się w zasięgu groźnej żmii. — Nie mylisz się sądząc, że Dorion woli swoje konkubiny od mdłych elfowych dziewic. Mimo to, Dorion zamierza wypełnić swój obowiązek i spłodzić następcę, choćby miało to okazać się przygnębiające i obrzydliwe. Jak i ja uczyniłem. A ty posiadasz odpowiednią córkę. Dojrzałą, w wieku odpowiednim do rodzenia dzieci. No, powiedzmy, ledwo w tym wieku, ale już bardzo blisko. Dorionowi wystarczy, jeśli będzie dojrzała; szczerze mówiąc, sądzę, że nawet wolałby, gdyby nie było to zgodne z jej wolą. Wydasz ją za Doriona, Goris. Dopilnuj tego.

Nadzorcy zbielały wargi, lecz skinął tylko głową; wstał powoli, z trudem i odwrócił się ku wyjściu.

— Aha, jeszcze jedno, Goris...

Nadzorca odwrócił się jak człowiek uwięziony w koszmarze. Jego twarz była szara ze strachu.

— Sam zajmiesz się tymi łańcuchami w kuźni. Dysponujesz wystarczającą do tego celu mocą magiczną — rzekł władca elfów i uśmiechnął się słodko. — Oczywiście, jeśli to, co mi powiedziałeś, jest zgodne z prawdą. Ledwo wystarczającą mocą, lecz dostateczną. Jeśli pokażesz, że gotów jesteś podjąć pewien wysiłek dla mnie, może pozwolę twojej córce na rozwód, kiedy już urodzi dziecko.

Dyran wybuchł śmiechem, widząc jak nadzorca zgarbił się i ze spuszczoną głową, ciężkim krokiem, ruszył w stronę drzwi. Serina wiedziała, czemu się śmieje. Jeśli Goris dysponuje magią „ledwo” wystarczającą, by naprawić łańcuchy w kuźni, oznaczało to, że przez wiele tygodni po tym będzie przykuty do łóżka z wycieńczenia, a przez następny miesiąc lub dłużej, nie będzie w stanie używać swych czarów bez uczucia strasznego bólu.

Jeśli natomiast chodzi o młodziutką córkę Gorisa, nadzorca elfów Dorion bez wątpienia zaciągnie ją do łoża, kiedy tylko ją poślubi i będzie nawet bez pozorów miłości czynił to tak długo, aż dziewczyna zajdzie w ciążę, a wtedy porzuci ją dla objęć swych nałożnic.

Dyran sięgnął po puchar wina i czekał, aż marszałek dworu przekaże mu następną sprawę do rozpatrzenia. Serina napełniała puchar, kiedy tylko wypuszczał go z dłoni. Nie litowała się nad córką Gorisa. Jeśli dziewczyna chciała odnieść sukces, musiała być równie bezlitosna jak każdy inny elfi władca lub dama. Jeśli tego nie potrafiła, zasługiwała na to, co się z nią stanie.

Goris nie wie, że uszkodzone łańcuchy w jego kuźni to sabotaż. To jedna z korzyści płynących z przebywania stale u boku Dyrana; kiedy po raz pierwszy zawiadomiono go o uszkodzeniach, Serina została wtajemniczona w doniesienia i fakt, iż zostały one osłabione przy użyciu magii. Sabotażystą mógł być nawet Dorion, lecz w chwili obecnej Dyran wolał założyć, że było to dzieło któregoś z jego rywali w Radzie. Równie dobrze mogło się to okazać prawdą; ten rodzaj sabotażu był typowy dla członków Rady, jak również tych, którzy chcieliby dopiero zasiąść w Radzie. Był to jeszcze jeden maleńki ruch w niekończącym się cyklu porachunków i podstępów.

Goris i Dorion być może przyłączyliby się do tej gry, to znaczy gdyby byli w stanie, lecz ich słabe pozycje i równie słaba magia gwarantowała, że zawsze będą służyć potężniejszemu elfiemu władcy. Tylko jedno powstrzymywało elfich panów od otwartego wymordowania się: narodziny były taką rzadkością, iż para elfów mogła starać się dziesiątki lat, nim urodziło się jedno dziecko, a gdyby rozpoczęły się morderstwa na masową skalę, zleceniodawca znalazłby się na czołowym miejscu listy ofiar wszystkich innych władców.

Można by pomyśleć, że mając przed sobą perspektywę splądrowania całego świata,...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin