Bo Johnny jest tylko jeden
Uroda, talent oraz inteligencja. Czegóż można chcieć więcej? Ehh, doprawdy, sama nie wiem. Ludzie są tacy ubodzy, z niższego poziomu. Jednym słowem: beztalencia. Bóg tworząc ich musiał być ślepy. Po ziemi powinni chodzić ludzie z klasą i pomysłem na życie, czyli tacy jak ja.
Rozmyślałam o tym stojąc na podium w przepięknej sukni z czerwonej satyny, trzymając w jednej ręce puchar, a w drugiej bukiet fiołków. Tak, to chyba szósty złoty puchar za śpiew operowy. Dlaczego tylko szósty? Zadawałam sobie to pytanie przez trzy dni i wywnioskowałam, że po prostu takie śpiewanie mnie nie zadowala.
Po za tym w dzieciństwie znienawidziłem operę, po tym jak spadłam ze sceny. Śpiewałam z innym dziećmi tworząc coś w rodzaju chórku. Mama ubrała mnie w długą do ziemi suknię w której ledwo co chodziłam. Stałam najbliżej mikrofonu i, no cóż, potknęłam się a jedynej rzeczy jakiej mogłam się złapać był właśnie mikrofon. Narobiłam niezłego huku, a dzieciaki się ze mnie śmiały. Dla dziewięciolatki był to cios w samo serce. Po za tym opera mi zbrzydła gdyż należałam do wybitnej klasy, która co najmniej dwa razy w miesiącu chodziła do opery i teatru. Pomimo tej porażki i tak wspięłam się na szczyt, ale nie odczuwałam już tej przyjemności w śpiewie, którą czułam w wieku dziewięciu lat.
Ale co z tego? Jeśli tłum bezbarwnych, zacofanych beztaleńć krzyczy na mój widok i w dodatku prosi o autograf. Dlaczego tylko oni wiwatują, ludzie z niżu społecznego? Dlatego, że inni uczestnicy i "gwiazdy" są czerwone ze złości, po prostu mi zazdroszczą.
- Marina? Słyszysz mnie? Halo! - Blondynka o zielonych oczach, u której widać już było pierwsze zmarszczki, ale jak na swoją trzydziestkę wyglądała wyśmienicie, zaczęła ciągnąć mnie za dół sukni, gdyż stałam na podium więc złapanie mnie za kostkę nie było rzeczą niemożliwą. Była to Victoria, moja doradczyni, szoferka, kosmetyczko-wizażystka, przyjaciółka, ogólnie jednym słowem trochę więcej niż menedżerka. Pochyliłam się lekko w jej stronę by móc ją lepiej słyszeć. W efekcie odezwało się kilka westchnięć facetów na temat mojego dekoltu. Zakryłam go więc bukietem, a mężczyźni z przodu rzucili mi wrogie spojrzenia. Co jak co, ale to było niesmaczne, w końcu kim ja jestem, striptizerką? Przyszli tu by podziwiać mój głos, a nie biust. Choć tak naprawdę powinnam się do tego przyzwyczaić, od dziesięciu lat jestem podziwiana na każdym kroku, znam swoją wartość i wkurza mnie gdy ludzie oceniają coś innego niż w danym czasie powinni. Nic na to nie poradzę, że bierze mnie na wymioty, gdy na mój widok ślinią się pięćdziesięciolatki z niżu społecznego.
- Słucham? - odpowiedziałam.
- Schodź z tej sceny, za pół godziny masz konkurs tańca, a jeszcze trzeba cię przygotować - Victoria darła się jak najgłośniej mogła, przekrzykując jazgoczący tłum ludzi. Czym prędzej wyprostowałam się i rzuciłam do mikrofonu. Dopiero później zdałam sobie sprawę z niepoprawności wypowiedzianego zdania.
- Niestety miło było przebywać w waszym towarzystwie, ale na mnie już czas. Jeszcze raz dziękuję. - Zbiegłam ze sceny próbując nie połamać szpilek. Ale ze mnie idiotka. Niestety miło było? Niestety? skarciłam się w myślach. No to moja reputacja legnie w gruzach.
Po dziesięciu minutach stałyśmy przed szkołą tańca towarzyskiego, w której miał odbyć się konkurs. Zdjęłam z siebie czerwoną sukienkę i poszłam się odświeżyć. Dziś razem z partnerem miałam zaprezentować walca angielskiego, więc ubrałam się w kremową sukienkę z falbankami i opadłam na fotel, gdzie Vicky próbowała zrobić ze mnie bóstwo. Minuty mijały nieubłaganie a ja miałam szopę na głowie zamiast pięknego koka. Wszystko leciało jej z rąk i co chwila klnęła pod nosem. Ja także się trochę stresowałam, ale w porównaniu z nią byłam oazą spokoju. Nie poganiałam jej, bo to by tylko pogorszyło sprawę, po za tym jest jedyną osobą do której mam choć trochę szacunku. Mój partner nerwowo potupywał nogą, miałam ochotę mu przywalić. Zaczęło się przedstawianie par. Wyszliśmy w ostatniej sekundzie, akurat gdy prezenter wymówił nasze nazwiska. Widziałam jak Vicky ociera pot z czoła i opada na fotel.
- Walca angielskiego zatańczą Marina Dreams i Thomas Smith! - rozległy się brawa. Po przedstawieniu czekaliśmy cierpliwie na swoją kolej. Zostało jeszcze sześć par, gdyż był to już półfinał. Dziś odpadną trzy, nas na pewno nie będzie wśród nich.
Nasz taniec wywołał poruszenie. Ludzie klaskali z zachwytu a jurorzy nawet wstali. Czułam się doceniona i spełniona. Nie byłam zaskoczona werdyktem. Tych, których typowałam odpadli, a ja zostałam.
Wszystko szło jak po maśle, aż do czasu gdy wróciłam do domu i zmęczona padłam twarzą na łóżko. Usłyszałam pukanie, a potem skrzypnięcie drzwi.
- Mogę? - zapytała Vicky.
- Yhy. - odpowiedziałam zmęczona i śpiąca. Gdy usiadłam na łóżku, badawczo przyjrzałam się jej. Miała worki pod oczami, włosy w rozsypce, wyglądała 10 lat starzej niż w rzeczywistości była. W ręku trzymała aspirynę i szklankę wody. Co tu kryć, bez makijażu wyglądała fatalnie. Tak jak fatalnie wyglądała w swoim zielonym szlafroku i dziecinnej piżamie w czarne grochy. Przez głowę przemknęła mi myśl.
- Jesteś chora? - zapytałam przestraszona.
- Nie. - uśmiechnęła się, choć widocznie coś ją trapiło. - To na ból głowy. - zamilkła.
- Przyszłaś żebyśmy sobie mogły posiedzieć w milczeniu?
- Nie. - pokręciła głową i postawiła szklankę na stole. - Bo wiesz... - zaczęła nerwowo skubać opakowanie aspiryny. - Ostatnio tak sobie myślałam o byciu twoją menadżerką, makijażystką ,trenerką... - wymieniała.
- I? - Nie lubiłam jak owijała w bawełnę.
- Męczy mnie to. Nie nadaję się do tego, Marie. Przez te dziesięć lat wypiłam więcej napojów energetyzujących niż nie jeden sportowiec dziwię się, że jeszcze nie jestem na prochach. Po prostu już tego nie wytrzymuję, mam dość tej całej presji, bieganiny. To mnie wykańcza. Masz trzydzieści lat, a nie szesnaście.
- Dwadzieścia dziewięć. - poprawiłam, ale nawet na to nie zwróciła uwagi, dokańczała swój monolog.
- Nie uważasz, że już czas aby to zakończyć? Masz chyba z dziesięć pucharów, dwadzieścia medali, ze setkę dyplomów i statuetek. Wiesz ile kwiatów zwiędło w twoim domu? Czego ty chcesz od życia? Masz już wszystko, jesteś sławna. Ta bezustanna potrzeba, by ktoś cię podziwiał kiedyś cię zniszczy.
- Czuję się młoda, jeszcze się nie wypaliłam, a przez ciebie tak jak przez innych ludzi przemawia zazdrość! - krzyknęłam, ale ona nadal mówiła niewzruszona moimi słowami.
- Chcesz więcej sławy? Rozumiem, idź dalej, ale beze mnie. Chcę spokoju, a nie ciągłej bieganiny, hałasów i tłumu.
- Czy ty mnie właśnie zostawiasz? - zirytowałam się.
- Tak, właśnie. Rezygnuję. - powiedziała wyciągając z kieszeni szlafroka zgiętą na pół kartkę. - Masz wypowiedzenie. - mówiąc to rzuciła kartkę na stół i wzięła szklankę do ręki . - Dobranoc, Marie. - wyszła.
Nie mogłam w to uwierzyć. Siedziałam z szeroko otwartymi ustami i nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. Złość powoli zajmowała moje ciało. Co ona sobie myśli? Zostawiać mnie? MNIE? Jaki pośpiech? Pytania zaczęły kłębić się w mojej głowie. Mam tyle możliwości, których nie wykorzystałam. Co z tego, że medale zajmują całą ścianę w holu, a puchary zdobią półki z dębu? Dyplomy za śpiew, taniec, jazdę konno i grę na fortepianie tworzą ładny rodzaj tapety. Byłam dwukrotnie Miss Hrabstwa Devon dwie prześliczne tiary i szarfy. Reklamuję też kosmetyki i mam własną linię ubrań 'Marini', która jest już pięć lat na brytyjskim rynku. Sporty takie jak pływanie, a nawet szermierka oprócz nagród przynoszą korzyści mojemu ciału. Czy to naprawdę dużo? Nie mam dość tego co robię, ani nie żałuję rzeczy, które zrobiłam.
- Jesteś moją przyjaciółką! - krzyknęłam w drzwi. Oprócz tego trenerką, kosmetyczką, wizażystką, doradcą, szefem, dodałam w myślach. - Jak mogłaś mi to zrobić? - spytałam już ciszej ze łzami w oczach, ale nikt mi nie odpowiedział.
Postanowiłam nie popadać w przygnębienie i skupić się na marzeniach.
Następnego dnia z uśmiechem na twarzy, maszerowałam z dwoma walizkami i książeczką czekową na lotnisko. Vicky nie musi nic o tym wiedzieć, bo gdyby wiedziała na pewno próbowałaby mnie zatrzymać. Może się mylę? Nie, to niemożliwe, za dobrze ją znam, o pomyłce nie ma mowy. Nie potrzebuję takiej przyjaciółki, teraz ważniejsze jest moje marzenia, które się właśnie spełnia. W czarnych szpilkach, kwiecistej sukience z różowymi walizkami i perfekcyjną fryzurą, która układał przed dwoma godzinami jeden z najlepszych brytyjskich fryzjerów, wyróżniałam się w pewien sposób w tłumie. Kasjerka powitała mnie uśmiechem, który ohydnie wykrzywiał jej twarz, dlatego że nie był szczery. Trudno żeby był. Każda kobieta gotuje się na widok swojego faceta rozmawiającego z seksowną laską. Cóż, moja droga z niżu społecznego, mogłaś nie szukać sobie chłopaka w lotnictwie, chciałaś mieć go na oku to teraz cierp.
Klasa A, luksus i jeszcze raz luksus. Gdy tylko zasiadłam zjawiło się obok mnie stewardessa pytając czy zechciałabym coś do picia. Poprosiła ją o latte z pianką, a ona z uśmiechem powędrowała spełnić moje zamówienie. Przynajmniej ona jedna spośród wszystkich cieszyła się swoją pracą. Trochę przebywam z ludźmi i umiem rozpoznać kiedy im się coś podoba a kiedy nie. Sałatka z krewetek, wino rocznik '89 oraz deser lodowy były wyśmienite. Pomijając to, że trochę za nie zapłaciłam. Zmęczona ciągłym oglądaniem filmów i czytaniem gazet, usnęłam.
- Proszę zapinać pasy, niedługo wysiadamy. - obudziła mnie stewardessa.
- Dziękuję za pobudkę. - uśmiechnęłam się.
- Nie ma za co. - odwzajemniła uśmiech.
Po wyjściu z samolotu, idąc przez ulicę zauważyłam, że przy kawiarni stoi mój doradca w sprawach nieruchomości. Jak miło, pomyślałam. Nie lubię spóźnialstwa.
- Dzień dobry, pani Marino.
- Dzień dobry panie... - jak on miał na imię? usiłowałam sobie przypomnieć. No jak? Marina, myśl. Chyba na E.. eee Edmund... nie... A może na V... Vick? Rick? Och.
- Sid. - uśmiechnął się rozbawiony, chuderlawy facet w marynarce. Sid! Właśnie. Ale z drugiej strony kto by chciał mieć na imię jak leniwiec z Epoki Lodowcowej?
Oprowadził mnie po domu. Co ja mówię, pałacu. W Hollywood jeśli chcesz zabłysnąć, nie możesz mieszkać w kartonie. Dzisiejszą noc byłam zmuszona spędzić w hotelu, a to dlatego, że mój dom (tak, kupiłam go) nie jest w pełni urządzony. Powiedzmy sobie szczerze, nie ma mebli. Ale hotel też był znakomity, w końcu pięciogwiazdkowy. Prysznice z hydromasażem, plazma, dobre nagłośnienie, miękkie łóżko, apartament urządzony z gustem.
Nadszedł czas wprowadzki. Z walizkami weszłam do holu. Był ogromny i zapełniony moim trofeami. Tak więc, moi goście nie mogli nie zauważyć tych cudeniek. Niech wiedzą, że mają do czynienia z wyjątkową osobą. Wybrałam się do Hollywood z dwoma walizkami, ale cały dom był zapełniony moimi rzeczami, a to dlatego, że wynajęłam firmę, która mi to wszystko przetransportowała. Biedna Victoria, pewnie oniemiała gdy zobaczyła facetów niosących moje puchary i resztę ubrań. Nie byłam aż taką złą przyjaciółką, zostawiłam jej kartkę z napisem 'Hollywood, nadchodzę! =)'. Nie jest głupia, poza tym odkąd mnie zna, wie że moim największym marzeniem jest pojechać do Hollywood i zabłysnąć. Poznać gwiazdy, chodzić na zakupy do sklepów Versace i Gucciego. Tak, to jest życie.
Po trzech dniach ciężkiej pracy, czyli projektowania dalszych części domu, wylegiwałam się w słońcu z drinkiem w ręce. Miałam piękny ogród z basenem. Moi sąsiedzi chyba też. Fantazyjnie przystrzyżony żywopłot, tyle co wywnioskowałam po fajności ich ogrodu. Zastanawiałam się czy czasami nie przejąć inicjatywy i samej pójść poznać nowych sąsiadów. Ale zaraz potem uświadomiłam sobie, że w piątek idę na imprezę na którą wkręcił mnie Sid. Na pewno kogoś poznam i dowiem się jakich mam sąsiadów. O kurczę, a jeśli obok mnie mieszkają Brad Pitt i Angelina Jolie? Albo seksowny Johnny Depp? Kochałam się w nim odkąd skończyłam 15 lat. Nie, to nie możliwe. Pewnie ci ludzie mają większe wille i mieszkają na odludzi zajmując spory kawałek lasu nazywając go ogródkiem.
Gdy prawie przysypiałam usłyszałam plusknięcie, a potem poczułam na sobie wodę. Dużo wody. Była to piłka, która wpadła do mojego basenu. Pewnie sąsiadów, oddam ją i zrobię na początek dobre wrażenie - pomyślałam i zwlekłam się z leżaka. Nałożyłam suche rzeczy na siebie i gdy otwierałam bramę zobaczyłam, że stoi przy niej małą (no może nie aż taką małą, na oko jednaście lat) dziewczynkę w niebieskiej sukience.
- Dzień dobry. - przywitała się grzecznie.
- Dzień dobry, skarbie. To zapewne twoje. - wskazałam na piłkę.
- Tak. - uśmiechnęła i wyciągnęła rączki. Podałam jej piłkę gdy odezwał się krzyk:
- Lily! Mówiłem żebyś zaczekała. - po chwili ukazała się sylwetka dobrze zbudowanego mężczyzny o brązowych włosach sięgających do szczęki i wydatnych kościach policzkowych. Serce zabiło mi mocniej i stałam z szeroko otwartą buzią (zapewne wyglądałam jak idiotka). Ja chyba śnię. Przecież to nie jest możliwe. NIE JEST. Ale zaraz odezwała się w mojej głowie głosik rozsądku. Ależ oczywiście, że jest, tak samo jak to, że mieszkasz w tej przepięknej willi, jak to, że mieszkasz w Hollywood. Dziewczynka skierowała wzrok na dół, na swoje różowe klapki, lecz ja nadal nie mogłam oderwać wzroku od tych przepięknych rysów. Od wspaniałych lśniących oczu, od seksownego ciała (wspominałam, że mężczyzna był w białej przemoczonej koszulce? Która lepiła się do jego ciała i pokazywała mięśnie brzucha i klatki piersiowej?). Ciągle niedowierzając próbowałam przełknąć ślinę ale nic z tego nie wyszło. Przede mną stał najprawdziwszy w świecie, ze skóry, kości i mięśni Johnny Depp. Zmysłowy i pociągający. Hollywoodzki Bóg Seksu.
- Widzę, że już zapoznałaś się z naszą nową sąsiadką - zwrócił się do Lily Rose.
- Tatusiu, mogę już iść? - odpowiedziała bez namysły dziewczynka, widocznie chcąc już iść się bawić. Zaśmiał się. OMG, Johnny się zaśmiał, było to jak najlepsza symfonia dla ucha.
- Za chwilę do ciebie dołączę. - a dziewczynka już biegła do domu. - Przepraszam za córkę.
- Nie ma za co. - odpowiedziałam natychmiast.
- Johnny Depp. - wyciągnął do mnie ręki, bez zastanowienia chwyciłam ciepłą dłoń Johnny'ego.
- Marina Dream. - wyjąkałam. Zdobyłam się na uśmiech, choć nie wyszedł mi chyba najlepiej bo było mi słabo.
- Jak ci się tu mieszka? - powiedział do mnie na Ty. No tak wariatko, w końcu się mu przedstawiałaś, ale... nie mogłam w to uwierzyć.
- Bardzo dobrze, a sądząc po sąsiadach będzie jeszcze lepiej - uśmiechnął się i przesunął dłoń po włosach odgarniając je do tyłu. Uwielbiałam ten gest.
- Tato, kto ostatni do basenu ten gapa! - wydarł się niższy od dziewczynki chłopiec o blond włosach stojący obok furtki swojego domu
- Miło było cię poznać. Życzę miłego dnia. - powiedział a zaraz potem odwrócił się do chłopca i krzyknął:
- Będę pierwszy, Jack! - pobiegł w stronę chłopca i podrzucił go do góry, po czym postawił delikatnie, jakby to była najdroższa na świecie porcelanowa filiżanka i wbiegł do swojej posesji, a mały Jack pobiegł za nim. Stałam długo i przyglądałam się furtce rozmyślając jaki to Johnny był kochany dla swoich dzieci, zawsze rozpromieniał się przy nich od ucha do ucha. Traktował je jak najdrogocenniejszy skarb, którym nie miał zamiaru się podzielić. Oszołomiona tym co miało miejsce tu, właśnie tu... O rany, właśnie widziałam Johnny’ego Deppa, mojego ukochanego aktora! Zacznijmy jeszcze raz.
Oszołomiona tym co się zdarzyło wzięłam długą kąpiel z wszystkimi możliwymi olejkami, w wannie oświetlonej jakąś setką świec. Po położeniu się do łóżka długo nie mogłam zasnąć. Rozmyślałam o wszystkim, o całej mojej osobie. Kim ja właściwie jestem? 30-latką, która próbuje udawać nastolatkę grając, tańcząc, śpiewając, jeżdżąc konno, udzielając się w reklamach. Właśnie, reklamy! Mogłabym zagrać małą rólkę u boku Johnny’ego. Przestań Marino – karciło mnie moje drugie ja. Tak naprawdę jesteś nikim. Masz wiele medali, pucharów, a nie masz jednej jedynej rzeczy dla której poświęciłabyś wszystko. Jak cie zapytają czym się zajmujesz to co im odpowiesz? Że jestem stukniętą w głowę 30-latką, która biorąc udział dosłownie we wszystkim, chce zaspokajać swoje głupie ego. Nagle zapragnęłam być kimś normalnym, kto zwróciłby na siebie uwagę Johnny’ego. Przez tyle lat uważałam go za inną osobę niż w rzeczywistości był. Wiadomo, że w każdym wywiadzie wspominał o swoich dzieciach czy żonie, ale wtedy nie miało to dla mnie ta wielkiego znaczenia. Teraz widzę, że pomimo tego wielkiego szału, on próbuje być sobą.
Następnego dnia, a raczej popołudnia, bo wstałam po 14, robiłam wszystko jak najwolniej, byle się nie stresować. W końcu dzisiaj był dzień bankietu, czyli piątek. Nie chciałam wpaść w popłoch i biegać po domu jak torpeda. Zjadłam obiado-kolację, umyłam się i włożyłam czarną, elegancką sukienkę zawiązywaną na szyję, która sięgała do kolan. Muszę przyznać, że wyglądałam całkiem zmysłowo. Kasztanowe włosy upięłam w kok oraz naniosłam na usta czerwoną szminkę. Do tego czerwone szpilki i torebka do kompletu. Wyglądałam skromnie, ale zarazem zadziwiająco. Na pewno nie zniknę wśród tłumu, ale nie będę też główną gwiazdą wieczoru. A to wszystko dla Johnny’ego, żeby oniemiał na mój widok i nie przestraszył się, że jestem jakąś kolejną głupią gwiazdeczką, która lubi robić w około siebie szum. Choć to prawda, bo kocham być wśród fleszy, trochę go oszukam ale to dla mojego i jego dobra. Byłam już parę razy na bankiecie, lecz chyba bankiety w Europie nie mają za dużo wspólnego z bankietami w Ameryce. Skąd wiedziałam, że Johnny też idzie? Od mojego kochanego leniwca Sida. Oh przepraszam od Pana Sida z agencji nieruchomości, ale ostatnio lubiłam go tak nazywać.
Wychodząc z samochodu czułam się jak gwiazda filmowa, flesze aparatów oślepiały niesamowicie. W środku stał bilard, duże stoły z krzesłami a w rogu kanapa, o ile trzy metrowy obity w czerwoną skórę prostokąt można nazwać kanapą; oraz wielki plazmowy telewizor. Bosko!
Wypatrywałam wszędzie Johnny’ego i znalazłam go siedzącego przy stole z Vanessą Paradiss. O nie, przecież to jego żona. A właściwie dziewczyna. Właśnie Marina, dobrze kombinujesz. Dziewczyna. – pochwaliłam samą siebie. Nie mają ślubu... jedyne co ich łączy to dzieci. Rozejrzałam się po sali szukając ich, ale widocznie zostawili je w domu, z nianią.
Każdy tutaj miał przydzielone miejsce. Myślałam, że zabije tego, kto je ustalał. Siedziałam przy innym stole, odwrócona do niego plecami, a koło mnie siedziała jakaś... hmm Kristen Stewart? Kto to do cholery jest? Nie znam tej baby. Ja chcę Johnny’ego – jęczałam w myślach jak dziecko, które nie może dostać swojej zabawki z powrotem.
Po godzinie zrobiło się nawet miło. Nadal nie wiedziałam na jaką cześć był wydany ten bankiet, ale sąsiedzi z mojego stolika byli mili. Dziewczyna oprócz tego, że miała koszmarny gust co do ciuchów, była przyjaźnie nastawiona. Zamieniła ze mną kilka zdań, nie pytając czym się zajmuję. Chwała jej za to, bo sama nie wiem, co bym jej odpowiedziała. Drugi sąsiad nie był miły; może nie tyle on sam, co jego żona. Beyonce pożerała mnie wzorkiem, gdy choć słowem odzywałam się do Jay-Z’iego. Głupia, zazdrosna, dzi... obejdę się bez przekleństw. Ale czy to nie niedorzeczne? Wcinać się w każdy temat dogryzając mi przy każdej okazji? Jej mąż nawet nie zwracał na to uwagi. Wydawał się zmęczony i przybity, założę się, że w ogóle nie chciał przyjść na tą imprezę. Pewnie ta żmija zaciągnęła go na nią siłą.
Po następnej godzinie niektórzy poszli do paparazzi pstrykając sobie kilka fotek, a jeszcze inni oglądali mecz na wielkiej plaźmie. Czy mnie oczy nie mylą, czy ja widzę Paris Hilton? Ona ogląda mecz? Na jej widok zrobiło mi się nie dobrze. W żarówiastej żółci wyróżniała się aż za bardzo. Była jak ogromna lampa błyskowa w tunelu i raczej nie dawała nadziei. Po kilku minutach znalazłam Johnny’ego, na szczęście bez Vanessy.
- Jak się bawisz? – zagadałam pierwsza. Ubrany był w zwyczajny czarny garnitur. Chociaż nie wiem czy garnitury od Versace są zwykłe. Wyglądał bosko.
- Najlepszy bankiet na jakim byłem.
- Naprawdę? – spytałam z powątpieniem.
- No dobrze, pierwszą godzinę znosiłem, później było tylko gorzej. – uśmiechnął się, trochę zażenowany, że przyłapałam go na kłamstwie. O Boże, on się uśmiechnął do mnie i to już drugi raz. Serce zabiło mi mocniej. Wiem, że to brzmi jak jakiś głupi okrzyk nastolatki, ale jak ma reagować na takie rzeczy osoba, która jest szalenie zakochana? – Przynajmniej jedzenie mają smaczne.
Nic nie odpowiedziałam, bo właśnie zauważyłam Vanessę przepychającą się przez grupkę ludzi w purpurowej sukience. Co mam jej powiedzieć? Czy Johnny mnie przedstawi? Dlaczego musiała się zjawić akurat teraz? Może lepiej żebym sobie poszła? Wcale nie chcę poznawać sąsiadki, ważne że znam sąsiada. Pytania roiły się w mojej głowie jak w ulu.
- Muszę iść się odświeżyć...
- Vanessa, tutaj! – zamachał Johnny w jej kierunku. – Zostań jeszcze chwilę, poznasz moją żonę. – powiedział to niemal z dumą. Johnny to twoja kobieta, narzeczona, druga połówka, mów se jak chcesz, ale nie żona.
- Jak uważasz. – powiedziałam nie skora do nowych znajomości.
- Vanessa, przedstawiam ci naszą nową sąsiadkę...
- Marina Dream. – przerwałam jemu i przedstawiłam się sama po czym wyciągnęłam w jej stronę rękę. Kobieta o jasnobrązowych włosach uścisnęła mi dłoń, a kąciki jej ust lekko uniosły się w uśmiechu, choć nie wiem czy ten grymas można było nazwać uśmiechem. Żadnego ‘miło mi cię poznać’ ani ‘myślę, że będziemy dobrymi sąsiadkami’.
- Vanessa Paradiss. – zapadła cisza. Nie miałam zamiaru dłużej tego ciągnąć.
- Przepraszam, ale muszę już was opuścić.
- Do zobaczenia. – powiedział Johnny.
- Do zobaczenia. Miło było cię poznać, Vanesso. – ha, i ciekawe co odpowie.
- Mi także, do widzenia. – była chłodna jak lód, wyniosła i wyrafinowana. Lepiej skłamać, że było miło niż wyjść na idiotkę. Dobrze, że nie zadziera nosa, bo wyglądałaby jak paw.
Poszłam do łazienki, umyłam ręce i oparłam czoło o chłodne lustro. Zrobiło mi się nie dobrze, czułam się jakby miała w głowie balon. Chyba musiałam zjeść coś niestrawnego. Nie byłam kimś ważnym, więc mogłam spokojnie opuścić imprezę, nikt by za mną nie płakał. No właśnie, nikt, nawet Johnny. Przeszukałam małą torebkę w której z trudnością mieściłam wszystkie potrzebne rzeczy, ale nie znalazłam niestety tabletek przeciwbólowych. Postanowiłam, że czym prędzej pojadę do domu i wyciągnęłam komórkę, żeby zadzwonić po taksówkę. Gdy skończyłam, próbowałam upchnąć ją w torebce i wypadła mi pomadka. Rozzłoszczona swoją ślamazarnością i tym, że nie wzięłam większej torebki, schyliłam się by ją podnieść. Otworzyłam pomadkę i spojrzałam w lustro by pomalować usta. Podskoczyłam przerażona gdy zobaczyłam w lustrze, że ktoś za mną stoi.
- Przepraszam. – powiedział rozbawiony moim strachem Johnny. Nie słyszałam jak wszedł, pewnie dlatego, że byłam zaabsorbowana rozmową. Chciałam go zapytać co robi w damskiej toalecie, wtedy jednak przypomniałam sobie, że była tylko jedna, wspólna.
- W porządku. – uśmiechnęłam się, choć czułam, że coraz bardziej kręci mi się w głowie.
- Chciałbym przeprosić za zachowanie Vanessy. – oho, to nie tylko ja zauważyłam, że ma serce z lodu. Postanowiłam udawać.
- Dlaczego? Przecież nic nie zrobiła.
- Kłamiesz. Widziałem twój wyraz twarzy, gdybyś miała nóż już dawno poderżnęłabyś jej gardło. – przeraziła mnie jego uwaga. Czy on uważa mnie za psychopatkę? – Na ogół jest inna, miała dzisiaj zły dzień...
- Wybaczam. – chciałam jak najszybciej wyjść, było mi strasznie gorąco. – Wracam do domu. Pozdrów Vanessę. Pomijając muzykę, zabawę i jedzenie, którym się chyba zatrułam było miło.
Twarz Johnny’ego rozciągnęła się w uśmiechu.
- Zadziwiasz mnie, Mari. – gdyby nie pulsujący ból w czaszce i mdłości, cieszyłabym się z jego słów jak wariatka.
- Dziękuję. – powiedziałam i wszyłam z łazienki.
Po tym bankiecie moje życie wywróciło się do góry nogami. Johnny zaczął mnie bardzo często odwiedzać, wpadając na kawkę. Zadziwiałam go tym, że nie chowałam długo urazy do drugiej osoby czyli Vanessy. Dzięki niemu z dnia na dzień zmieniałam się na lepsze. Hol nie zapełniały już puchary, medale i dyplomy jak kiedyś. Na ich miejscu wisiały obrazy i stały wazony z kwiatami. Zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie byłam przywiązana do moich trofeów, nic nie znaczyły. To naprawdę niebywałe jak można się zmienić pod wpływem drugiej osoby. Wydoroślałam, to było pewne. Teraz byłam ciałem i duchem trzydziestolatką. Johnny był cudowny, poświęcał mi tyle czasu. Oczywiście dzieci były na pierwszym. Dzieci, praca, praca, dzieci.
Powinnam być szczęśliwy, że w tym napiętym grafiku znajduje godzinkę lub dwie dla mnie, a Vanessa powinna być zazdrosna bo ten czas, który poświęcał mi, powinien poświecić jej. Ale tak nie jest, Vanessę widziałam tylko raz w życiu, na bankiecie. Nie wychodzi z domu, nie wychodzi na spacery z dziećmi, nawet nie wiem jaki ma samochód. Nie uważam, że jest złą matką, pewnie kocha swoje dzieci, tak samo jak Johnny. Ale dlaczego jest taka odcięta od świata? Basen i plac zabaw kiedyś może się dzieciom znudzić i wtedy wyciągną mamę do parku. Ma światłowstręt czy co? Gdyby nie to, że Johnny przed dwoma dniami rozmawiając przez telefon w mojej obecności powiedział, że mieszka z Vanessą Paradiss pomyślałabym, że ona nie żyje. Choć wielkiej straty by nie było, przynajmniej nie dla mnie. W tym miesiącu pracował nad nowym filmem, więc miał mało czasu dla mnie i swoich dzieci. Wymyślił więc nowy sposób spędzania z nami czasu. Co dwa dni chodziłam z nim i dziećmi do parku wodnego, zoo, wesołego miasteczka i sklepów, pomagając mu wybrać ubrania dla nich. Nawet nie wiedziałam, jakie jego dzieci są wspaniałe dopóki lepiej się z nimi nie zapoznałam. Gdy znalazł chwilkę dla mnie, ale tylko dla mnie pomagał mi wybić się na rynek z moją marką ciuchów. Nie narzekałam na to, cieszyła mnie każda spędzona z nim minuta, nawet jeśli była przeznaczona na plany biznesowe.
Po dwóch tygodniach prasa zaczęła się mną interesować, ale to nie dlatego, że moje ciuchy przyniosły mi sukces, ale dlatego, że pojawiałam się w towarzystwie Johnny’ego Deppa. Parę zdjęć do gazet, trochę szumu było. Odkładaliśmy nasze wspólne spotkania by nie prowokować dziennikarzy. A Vanessy jak nie było, tak nie było. Nie powiem, plotka, że mogłabym być jego kochanką czy opiekunką do dzieci, z którą ma romans, imponowała mi. Z każdym dniem kochałam go coraz bardziej, a dzieci mogłyby być równie dobrze moimi. Traktował mnie jak przyjaciółkę, ale co do mnie czuł oprócz przyjaźni? Czy w ogóle czuł coś więcej? Tego nie wiedziałam. Powierzał mi swoje sekrety, zwierzał się z problemów a ja mu dodawałam otuchy. Widać, że pomiędzy nim a Vanessą nie było dobrze. Powinnam się cieszyć... dlaczego się z tego nie cieszyłam?
Gdy sprawa z romansem ucichła, Johnny zrobił coś czego nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że zrobi. Był to sobotni wieczór, Johnny siedział przy niewielkim stoliku i popijał herbatkę earl grey.
- Ostatnio mam więcej luzu.
- Świetnie, może pójdziemy jutro do wesołego miasteczka?
- Prawdę mówiąc... – zmartwił się, a ja zastanawiałam się co takiego powiedziałam. – Miałem inne plany. Dzieci jutro jadą do babci. A jeśli chodzi o moje plany, to byłaś z nimi związana.
- Naprawdę? – od razu rozpromieniłam się od ucha do ucha.
- Zapraszam cię na wieczorną kolację u mnie. – stop, stop, stop a co z Vanessą? zaczęłam rozmyślać i przez to zapomniałam się cieszyć.
- A co z...
- Vanessa też wyjeżdża z dziećmi. – przerwał mi. Aha, narzeczona z dziećmi wyemigrowała więc Johnny musi się zbawić? Jak wspaniale, to moja pierwsza randka z Johnnym! - A więc?
- O której mam być? - zapytałam szczęśliwa.
- O dwudziestej. – podszedł i pocałował mnie w policzek. – Pa Mari. – wiem jak to wygląda, ale zawsze się tak żegnamy i już mnie to nie dziwi. Co innego za pierwszym razem kiedy myślałam, że dostanę skrzydeł. Poza tym, zmieniłam się i już nie reaguje na wszystko jak nastolatka. Do tego mówi na mnie Mari, tak jak moja eks-przyjaciółka Victoria, ale do tego też się przyzwyczaiłam. Kocham Johnny’ego i żadna rzecz, którą robi mi nie przeszkadza.
Rozpuściłam kasztanowe włosy, które podkręciłam lokówką. Niebieska sukienka do kolan, tusz i trochę szminki naprawdę ładnie ze sobą współgrały. Równo o dwudziestej zadzwoniłam dzwonkiem do Johnny’ego. Już w drzwiach zauważyłam, że miał na sobie niebieską kraciastą koszulę i jeansy. Wyglądał inaczej, ale nie tak odświętnie. Ups, chyba z a bardzo się wystroiłam.
- Witam Panią Pani Marino. Wygląda pani olśniewająco. – ukłonił się i złapał mnie za dłoń. Pocałował ją. Zaśmiałam się, naprawdę jest dobrym aktorem. – Pasujesz do mnie. – wskazał na swoją niebieską koszulę i moją sukienkę.
- Johnny... nie słodź. – odgryzłam się. Wyszczerzył zęby i zrobił zapraszający gest ręką.
W domu pachniało bazylią i świeżymi warzywami. Siadając przy stole spostrzegłam dlaczego. Zrobił sałatkę z fetą. W salonie było ciemno, ale na parapetach i komodach stały świece, a także jedna duża na stole. Czułam się niesamowicie. Ten nastrój, zapachy, ciepło biło ze wszystkich stron i zwalało z nóg. Gdy Johnny usiadł nie mogłam oderwać od niego oczu. Pogrążyliśmy się w rozmowie. Opowiadał jak to nie wiedział co na dzisiaj przygotować i ile wysiłku kosztowało go samo przygotowanie, ale nie brzmiało to jak wypominanie. Spostrzegłam plastry na palcach, zapewne od zacięcia się nożem. Czy gotowanie to dla facetów rzeczywiście taka udręka? Opowiadałam mu o sobie, kim byłam, co robiłam, jaka byłam pusta. Jeszcze nigdy nikomu tak nie zaufałam. Budził we mnie zaufanie, a słowa same płynęły, z taką łatwością się z nim rozmawiało. Powiedziałam mu o Victorii, jak straciłam jedyną przyjaciółkę.
- Brakuje ci jej? – zapytał.
- Na początku próbowałam być twarda, ale tak naprawdę chciałam złapać za telefon i posłuchać jej głosu. Tak, brakuje mi jej.
- Jeśli będzie czegoś bardzo chcieć, spełni się to.
- Możesz tak mówić Jackowi czy Lily, ale nie mnie.
- To działa. Spójrz. – pokazał na czarne niebo ozdobione gwiazdami. – Wybierz sobie jedną i pomyśl życzenie. Spełni się. – nie dawał za wygraną. Roześmiałam się.
- I to niby ja zachowuję się jak dziecko?
- Warto czasem nim się stać, chociaż na chwilę. – jego oczy iskrzyły się w blasku świecy. Był wspaniały.
Pomogłam mu posprzątać po kolacji. Weszłam do salonu i zobaczyłam, że Johnny zaczął zdmuchiwać świeczki.
- Zostaw je, tak jest fajnie. – ...
EarlGreyTea