Jose Saramago - Miasto białych kart.doc

(1311 KB) Pobierz
Dla Pilar, za wszystkie dni

José Saramago

 

 

Miasto białych kart

(Przełożył: Wojciech Charchalis)


 

 

 

 

Dla Pilar, za wszystkie dni

Manuelowi Vazquezowi Montalbanowi, żywemu


 

 

Zawyjmy, rzekł pies.

Księga głosów


 

Zła pogoda na wybory, poskarżył się przewodniczący komisji wyborczej numer czternaście, energicznie złożyw­szy przemoczony parasol i ściągnąwszy płaszcz, który na niewiele mu się zdał, gdy dysząc, biegł przez czterdzie­ści metrów od miejsca, gdzie zostawił samochód, aż do drzwi, przez które wszedł do budynku z rozdygotanym sercem. Mam nadzieję, że nie jestem ostatni, rzucił do sekretarza, czekającego na niego w głębi, zasłoniętego przed zalewającymi podłogę strugami deszczu. Nie przy­szedł pański zastępca, ale jeszcze mamy czas, uspokoił go sekretarz. Przy takim deszczu wielkim wyczynem będzie, jeśli dotrzemy tu wszyscy, powiedział przewod­niczący, gdy przechodzili do sali głosowania. Najpierw przywitał się z kolegami, którzy mieli podliczać głosy, następnie z przedstawicielami partii i ich zastępcami. Uważał na to, aby do każdego z nich odezwać się takimi samymi słowami, starając się nie okazywać wyrazem twa­rzy własnych preferencji politycznych i ideologicznych. Przewodniczący, nawet lokalu wyborczego tak pospoli­tego jak ten, w każdej sytuacji powinien się kierować naj­wyższym poczuciem niezależności lub, innymi słowy, za­chowywać pozory.

Poza wilgocią zagęszczającą atmosferę, która i tak była już gęsta, wszak chodziło o pomieszczenie wewnętrz­ne z zaledwie dwoma wąskimi oknami wychodzącymi na dziedziniec, ciemny nawet w słoneczne dni, napięcie, używając rodzimego porównania, można było ciąć no­żem. Lepiej by było przełożyć wybory, odezwał się przed­stawiciel partii centrowej, pc, od wczoraj pada bez ustanku, pełno było osunięć ziemi i podtopień, tym razem fre­kwencja będzie bardzo niska. Przedstawiciel partii pra­wicowej, pp, skinął głową na znak zgody, lecz uznał, że jego udział w rozmowie powinien przyjąć formę ostroż­nego komentarza, Oczywiście nie umniejszam ryzyka zaistnienia takiej sytuacji, jednakowoż mniemam, że najczystszy duch obywatelski naszych współobywateli, zaprezentowany przy tak wielu okazjach, zasługuje na nasze najwyższe zaufanie, oni są świadomi, och tak, ab­solutnie świadomi, wielkiego znaczenia tych wyborów municypalnych dla przyszłości stolicy. Powiedziawszy to, jeden i drugi, przedstawiciel pc i przedstawiciel pp, z na wpół sceptycznym i na wpół ironicznym wyrazem twa­rzy zwrócili się w stronę przedstawiciela partii lewico­wej, pl, ciekawi tego, jakąż to opinię będzie w stanie wy­razić. Dokładnie w tej chwili, chlapiąc wodą na wszyst­kie strony, wpadł do sali zastępca przewodniczącego i jak się należało spodziewać, mając na względzie, że obsada stołu była już kompletna, przyjęcie było bardziej niż ser­deczne, gorące. Nie udało nam się zatem poznać punktu widzenia przedstawiciela pl, jednakże analizując sytu­ację oraz przypominając sobie niektóre uprzednie wypo­wiedzi, należy przypuszczać, iż wyraził się zgodnie z li­nią historycznego optymizmu, zdaniem takim jak to, na przykład, Wyborcy mojej partii są osobami nieulegającymi takim nieznacznym przeszkodom, ci ludzie nie zostaną w domu z powodu jakichś kilku żałosnych kropel wody spadających z nieba. W rzeczywistości nie było to kilka żałosnych kropel, były to wiadra, cebry, nile, iguazu i jangcy, lecz na wieki wieków błogosławiona niech będzie wiara, gdyż nie tylko usuwa góry z drogi tych, któ­rzy ze swej władzy czerpią korzyści, ale jest też w stanie porwać się na najbardziej ulewne deszcze i wyjść z nich sucha.

Ukonstytuowała się komisja, każdy jej członek zajął przynależne mu miejsce, przewodniczący podpisał ob­wieszczenie i nakazał sekretarzowi pójść je powiesić, zgodnie z zaleceniami prawa, na drzwiach budynku, lecz sekretarz, dając dowód elementarnego poczucia zdrowego rozsądku, zauważył, że papier nie utrzyma się na ścianie ani jednej minuty, w kilka chwil rozmyje się tusz, a zaraz potem porwie go wiatr. No to powieście obwieszczenie w środku, gdzie deszcz go nie dosięgnie, prawo nie precyzuje tej sytuacji, istotne jest to, żeby ob­wieszczenie zostało wywieszone w widocznym miejscu. Zapytał komisji, czy zgadza się z nim, wszyscy odpowie­dzieli, że tak, z tym zastrzeżeniem, że przedstawiciel pp zażądał, aby decyzję uwzględnić w aktach, uprzedzając ewentualne protesty. Kiedy sekretarz powrócił ze swej wilgotnej misji, przewodniczący zapytał go, jaka jest po­goda, a ten odpowiedział, wzruszając ramionami, Taka sama jak od rana, Czy na zewnątrz jest jakiś wyborca, Ani śladu. Przewodniczący wstał i zaprosił członków komisji oraz przedstawicieli partii do towarzyszenia mu przy inspekcji kabiny do głosowania, która okazała się pozbawiona elementów mogących wypaczyć praworząd­ność wyborów politycznych, mających się tam odbywać przez cały dzień. Spełniwszy wymóg formalny, wrócili na swoje miejsca, aby przejrzeć listy wyborcze, które także okazały się wolne od błędów, luk i elementów wzbudzających podejrzenia. Nadeszła uroczysta chwila, w której przewodniczący odsłania urnę, prezentuje ją wyborcom, aby mogli stwierdzić, że jest pusta, aby na­zajutrz, gdy zajdzie taka potrzeba, byli świadkami, że poprzez żadne występne działanie nie wprowadzono do niej w mrokach nocy fałszywych głosów, mogących wy­paczyć wolną i suwerenną wolę polityczną obywateli, żeby nie powtórzyło się tutaj raz jeszcze to historyczne oszustwo, o malowniczej nazwie podsypki, które, nie za­pominajmy o tym, można popełnić zarówno podczas aktu, jak i po nim, w zależności od okazji i skuteczności jego autorów i wspólników. Urna była pusta, czysta, nie­pokalana, lecz na sali brak było choćby jednego wybor­cy, jedynego reprezentanta, któremu można by ją poka­zać. Może któryś z nich chodzi zagubiony po okolicy, zmagając się z potokami deszczu, znosząc chłostanie wiatru, przyciskając do serca dokument uwierzytelnia­jący go jako obywatela z prawem głosu, lecz biorąc pod uwagę to, jak się sprawy mają na niebie, szybko tu nie dotrze, jeśli w końcu nie zawróci do domu, zostawiając przeznaczenie miasta w rękach tych, których czarny sa­mochód podwiezie pod drzwi, a potem spod drzwi odbie­rze, umożliwiając spełnienie obywatelskiego obowiązku pasażerowi siedzącemu na tylnej kanapie.

Prawo tego kraju stanowi, aby natychmiast po za­kończeniu inspekcji zagłosowali przewodniczący, człon­kowie i przedstawiciele partii, jak również odpowiedni zastępcy, jeśli, rzecz jasna, będą wpisani do okręgu wy­borczego komisji, do której zostali przypisani, jak było w tym przypadku. Nawet szanując czas, cztery minuty wystarczyły, aby urna przyjęła swoich pierwszych jede­naście głosów. I zaczęło się, nie było innego wyjścia, oczekiwanie. Nie upłynęło nawet pół godziny, kiedy prze­wodniczący, niespokojny, zasugerował jednemu z człon­ków, aby poszedł zobaczyć, czy nikt nie nadchodzi, może pojawili się wyborcy, ale zawrócili, widząc drzwi za­mknięte przez wiatr, i zaraz poszli zaprotestować, że skoro wybory zostały przełożone, przynajmniej wypa­dałoby poinformować społeczeństwo przez radio i tele­wizję, które wszak służą do takich komunikatów. Po­wiedział sekretarz, Każdy wie, że drzwi zatrzaśnięte przez wiatr robią hałas jak sto diabłów, a tutaj nic nie słyszeliśmy. Członek komisji zawahał się, pójdę, nie pój­dę, lecz przewodniczący nalegał, Dobra, proszę mi zro­bić tę przysługę i uważać, żeby pan nie przemókł. Drzwi były otwarte, solidnie podparte. Członek komisji wysta­wił głowę na zewnątrz, jedna chwila wystarczyła, aby rozejrzeć się w obie strony, a następnie cofnąć ją, ocie­kającą wodą, jakby wsadził ją pod kran. Chciał zadzia­łać jak prawdziwy członek komisji, sprawić przyjemność swojemu przewodniczącemu, a ponieważ pierwszy raz powierzono mu tę funkcję, liczył na pochwałę za szyb­kość i skuteczność wykonywanych czynności, a z cza­sem na zyskanie doświadczenia, kto wie, może kiedyś nadejdzie dzień, w którym także i on będzie przewodni­czył komisji wyborczej, loty wyższe niż ten przeszyły już niebo opatrzności i nikogo nie wprawiało to w zdumie­nie. Kiedy wrócił do sali, przewodniczący, trochę współ­czujący, a trochę rozbawiony, wykrzyknął, Człowieku, nie trzeba się było tak moczyć, To bez znaczenia, panie przewodniczący, powiedział członek komisji, wycierając brodę rękawem marynarki, Udało się panu kogoś zoba­czyć, W zasięgu wzroku, nikogo, ulica jest jak wodna pustynia. Przewodniczący wstał, zrobił kilka niezdecy­dowanych kroków przed stołem, podszedł do kabiny, zerknął do środka i wrócił. Przedstawiciel pc zabrał głos, aby przypomnieć swoją prognozę, że frekwencja będzie niewielka, przedstawiciel pp ponownie uderzył w pojed­nawczy ton, wyborcy mają cały dzień na głosowanie, pewnie czekają, aż ucichnie nawałnica. A już przedsta­wiciel pl postanowił zachować milczenie, myślał o tym, jak blado by wypadł, gdyby pozwolił sobie na wypowie­dzenie tego, co miał ochotę powiedzieć, kiedy zastępca przewodniczącego wszedł do sali, Kilka żałosnych kro­pel deszczu nie jest w stanie przestraszyć wyborców mo­jej partii. Sekretarz, na którego wszyscy popatrzeli wy­czekująco, wybrał zaproponowanie praktycznej suge­stii, Sądzę, że nie byłoby złym pomysłem zadzwonić do ministerstwa i poprosić o informację, jak przebiegają wybory tutaj i w reszcie kraju, dowiedzielibyśmy się, czy ten spadek energii obywatelskiej jest powszechny, czy też jesteśmy jedyni, których wyborcy nie przyszli zaszczycić swoimi głosami. Oburzony przedstawiciel pp wstał z miejsca, Żądam, aby zapisać w protokole mój stanowczy protest, jako przedstawiciela partii prawico­wej, przeciw pozbawionym szacunku słowom i kpiącemu tonowi, z jakim pan sekretarz właśnie odniósł się do na­szych wyborców, będących w najwyższym stopniu osto­ją demokracji, tymi, bez których tyrania, każda z ist­niejących w świecie, a jest ich wiele, owładnęłaby już naszą ojczyzną, którą dał nam los. Sekretarz wzruszył ramionami i zapytał, Czy mam zanotować żądanie pana przedstawiciela pp, panie przewodniczący, Sądzę, że nie ma takiej potrzeby, chodzi o to, że jesteśmy podenerwo­wani, roztrzęsieni, zaniepokojeni, a wiadomo wszak, że w takim stanie ducha łatwo jest powiedzieć coś, czego w rzeczywistości nie myślimy, jestem przekonany, że pan sekretarz nie chciał nikogo obrazić, on sam jest wyborcą świadomym swoich obowiązków, czego dowodem jest to, że tak jak wszyscy tu obecni stawił czoło burzy, aby dotrzeć tu, gdzie wezwał go obowiązek, tymczasem te szczere wyrazy uznania nie przeszkadzają mi poprosić pana sekretarza, aby zajął się ścisłym wykonywaniem powierzonej mu misji, powstrzymując się od jakichkol­wiek komentarzy mogących urazić wrażliwość osobistą i polityczną obecnych osób. Przedstawiciel pp uczynił skąpy gest, który przewodniczący wolał uznać za gest zgody, i konflikt został zażegnany, do czego walnie przy­czynił się przedstawiciel pc poprzez przypomnienie pro­pozycji sekretarza, Rzeczywiście, siedzimy tu jak roz­bitkowie pośrodku oceanu, bez żagla ani kompasu, bez masztu ani wiosła, i bez ropy w baku, Ma pan świętą rację, odezwał się przewodniczący, zadzwonię do mini­sterstwa.. Na ustawionym z boku stole stał telefon i do niego skierował się przewodniczący, niosąc wręczoną mu kilka dni wcześniej kartkę z instrukcjami, na której znajdowały się, oprócz innych użytecznych wskazówek, numery telefonów ministerstwa spraw wewnętrznych.

Rozmowa była krótka, Mówi przewodniczący komisji wyborczej numer czternaście, jestem bardzo zaniepoko­jony, dzieje się tu coś naprawdę dziwnego, jak dotychczas nie pojawił się żaden wyborca, aby oddać głos, jesteśmy otwarci już od ponad godziny i ani żywego ducha, tak, proszę pana, oczywiście, nie sposób zatrzymać burzy, deszczu, wiatru, podtopień, tak, proszę pana, będziemy cierpliwie czekać, oczywiście, od tego jesteśmy, nawet nie trzeba tego mówić. Od tej chwili przewodniczący wziął udział w rozmowie jedynie kilkoma skinięciami głowy, zawsze na zgodę, kilkoma przytłumionymi wykrzyknieniami i trzema lub czterema początkami zdań, których nie zdołał dokończyć. Kiedy odłożył słuchawkę, spojrzał na kolegów przy stole, lecz w rzeczywistości nie widział ich, było tak, jakby przed sobą miał pejzaż cały stworzo­ny z pustych sal, nieskalanych list wyborczych, czekają­cych przewodniczących i sekretarzy, przedstawicieli par­tii, patrzących po sobie nieufnie, zastanawiających się, kto może wygrać, a kto przegrać na takiej sytuacji, a tam, w oddali, jakiś przemoczony i usłużny członek komisji wraca od wejścia i oświadcza, że nikt nie przychodzi. Co odpowiedzieli w ministerstwie, zapytał przedstawiciel pc, Nie wiedzą, co o tym myśleć, to oczywiste, że zła po­goda zatrzymuje wielu ludzi w domu, ale w całym mieście praktycznie dzieje się dokładnie coś takiego jak tu i na to nie znajdują odpowiedzi, Dlaczego mówi pan, że prak­tycznie, zapytał przedstawiciel pp, W niektórych okręgach wyborczych, to prawda, że w niewielu, pojawili się wy­borcy, ale frekwencja jest minimalna, jak nigdy, A w po­zostałej części kraju, zapytał przedstawiciel pl, nie tyl­ko w stolicy pada, To właśnie jest niepokojące, są miej­sca, w których pada tak jak tu, a mimo to ludzie głosują, co logiczne, liczniejsze są regiony, gdzie panuje dobra pogoda, a skoro już o tym mowa, mówią, że służby me­teorologiczne przewidują poprawę pogody przed połu­dniem, Może się też zdarzyć, że ze złej pogody zrobi się jeszcze gorsza, pamiętajcie o przysłowiu, w południe przejaśnia się albo zasnuwa, zauważył drugi członek komisji, który dotychczas jeszcze nie otworzył ust. Zale­gła cisza. Wtedy sekretarz wsunął rękę w jedną z we­wnętrznych kieszeni, wyciągnął telefon komórkowy i wy­kręcił numer. Czekając, aż ktoś odbierze, powiedział, To mniej więcej tak, jak się mówi o górze i mahomecie, sko­ro nie możemy zapytać wyborców, których nie znamy, dlaczego nie przychodzą na wybory, zadajmy pytanie rodzinie, która jest znana, cześć, co słychać, to ja, jeszcze tam jesteś, dlaczego nie przyszłaś zagłosować, do­brze wiem, że pada, jeszcze mam mokre nogawki, tak, to prawda, przepraszam, zapomniałem, że mi powie­działaś, że przyjdziesz po obiedzie, oczywiście, zadzwo­niłem do ciebie, bo tu sprawy się komplikują, nawet so­bie nie wyobrażasz, jeśli ci powiem, że jak dotąd nikt nie przyszedł na głosowanie, pewnie mi nie uwierzysz, dobrze, no to czekam na ciebie, całuję. Wyłączył telefon i skomentował ironicznie, Przynajmniej jeden głos mamy zagwarantowany, później przyjdzie moja żona. Przewod­niczący i pozostali członkowie komisji spojrzeli po sobie, rzucało się w oczy, że należy pójść za jego przykładem, ale żaden z nich nie chciał być pierwszy, byłoby to przy­znaniem, że co do szybkości rozumowania i obrotności palmę pierwszeństwa w tej komisji wyborczej dzierży sekretarz. Członek komisji, który poszedł do drzwi, żeby zobaczyć, czy pada, w lot zrozumiał, że będzie jeszcze musiał zjeść dużo chleba i wiele soli, zanim zostanie se­kretarzem jak ten, zdolny, który z największą prostoli­nijnością świata wydobył jeden głos z telefonu komórko­wego jak prestidigitator wyciąga królika z cylindra. Wi­dząc, że przewodniczący, usunąwszy się w kąt, rozmawia przez telefon komórkowy z kimś ze swojej rodziny i że inni, dyskretnie szepcząc do własnych aparatów, robią to samo, członek od drzwi docenił uczciwość kolegów, którzy nie używając stojącego tam telefonu stacjonarne­go, z założenia przeznaczonego do użytku służbowego, szlachetnie oszczędzają państwowe pieniądze. Jedynym z obecnych, który nie miał telefonu komórkowego, więc musiał polegać na wiadomościach przekazywanych przez innych, był przedstawiciel pl, choć trzeba dodać, że miesz­kając samotnie w stolicy i mając rodzinę na prowincji, biedny człowiek nie miał do kogo dzwonić. Rozmowy, jedna po drugiej, dobiegały końca, najdłuższą prowadzi przewodniczący, najwyraźniej żąda od osoby, z którą rozmawia, aby przyszła natychmiast, ciekawe, jak to się skończy, jakkolwiek by było, to on powinien przemówić na początku, skoro sekretarz zdecydował się go wyprze­dzić, niech mu to wyjdzie na zdrowie, już zdążyliśmy zobaczyć, że facet należy do gatunku żwawych, gdyby przestrzegał hierarchii, jak my to robimy, po prostu prze­kazałby pomysł swojemu przełożonemu. Przewodniczą­cy wydo-był z siebie westchnienie, które uwięzło mu w pier­si, włożył telefon do kieszeni i zapytał, No więc wiedzą coś, panowie. Pytanie, poza tym, że niepotrzebne, było odrobinkę zdradliwe, po pierwsze dlatego, że jeśli cho­dzi o ogólną wiedzę, zawsze coś tam się wie, nawet jeśli do niczego to się nie przydaje, po drugie dlatego, że było oczywiste, iż pytający wykorzystywał autorytet nieodłącz­nie związany ze stanowiskiem, aby wymigać się od swo­jego obowiązku, którym było rozpoczęcie wymiany infor­macji przez niego samego, swoim głosem i osobą. Jeśli jeszcze nie zapomnieliśmy o tym westchnieniu i wzma­gającym się napięciu, które, jak nam się wydawało, w pew­nej chwili rozmowy usłyszeliśmy w jego słowach, logicz­ne będzie pomyśleć, że dialog, zakłada się, że po drugiej stronie pewnie był ktoś z rodziny, nie był tak przyjemny i pouczający, jak na to zasługiwało jego usprawiedliwio­ne zainteresowanie jako obywatela i przewodni-czącego, i że bez zimnej krwi, aby rzucić się na źle przygotowane improwizacje, wykręca się teraz od kłopotów, nakłania­jąc podwładnych do wypowiadania się, co, jak też wie­my, jest innym sposobem, bardziej nowoczesnym, na by­cie szefem. Członkowie komisji i przedstawiciele partii, oprócz pl, który z braku własnych informacji stał tylko i słuchał, powiedzieli, że albo członkowie rodzin nie chcą zmoknąć i czekają, aż niebo postanowi się przejaśnić, żeby ożywić ludowe głosowanie, albo też, tak jak żona se­kretarza, chcą zagłosować po południu. Członek komisji od drzwi jako jedyny okazał zadowolenie, widać było na jego twarzy pełen satysfakcji uśmiech człowieka, który ma powód do dumy ze swych zasług, co też po przetłu­maczeniu na słowa daje, co następuje, U mnie w domu nikt nie podniósł słuchawki, co może tylko oznaczać, że już są w drodze. Przewodniczący usiadł na swoim miej­scu i ponownie zaczęło się czekanie.

Niemal godzinę później wszedł pierwszy wyborca. Wbrew powszechnemu oczekiwaniu i ku rozczarowaniu członka komisji od drzwi był to nieznajomy. Odstawił parasol do odcieknięcia przed wejściem do sali i, okryty błyszczącą od wody plastikową peleryną, podszedł do sto­łu. Przewodniczący wstał z uśmiechem na ustach, ten wyborca, mężczyzna w zaawansowanym wieku, ale jesz­cze silny, przybył obwieścić powrót do normalności, do zwyczajowego ogonka obywateli spełniających swój obo­wiązek, i powoli posuwał się do przodu, bez niecierpli­wości, świadomy, jak powiedział przedstawiciel pp, do­niosłego znaczenia tych wyborów municypalnych. Męż­czyzna podał przewodniczącemu dowód osobisty i ksią­żeczkę wyborczą, ten dźwięcznym, niemal szczęśliwym głosem obwieścił numer książeczki oraz nazwisko jej posiadacza, członkowie odpowiedzialni za spis przerzu­cili strony listy wyborców i kiedy go znaleźli, powtórzy­li imię nazwisko i numer książeczki, odhaczyli go i cią­gle ociekający wodą mężczyzna skierował się z kartką do kabiny, po chwili wyszedł stamtąd z kartką złożoną na czworo, wręczył ją przewodniczącemu, który z uro­czystą miną wrzucił ją do urny, odebrał dokumenty i wy­szedł, zabierając parasol. Następny wyborca pojawił się po dziesięciu minutach, ale od jego wizyty, chociaż po troszeczku, bez entuzjazmu, niczym jesienne liście po­woli odrywające się od gałęzi drzew, kartki z głosami wpadały do urny. Choćby nie wiem jak bardzo członko­wie komisji opóźniali operację głosowania, nie tworzyła się kolejka, co najwyżej trzy lub cztery osoby czekały na oddanie głosu, a z trzech czy czterech osób, choćby te osoby bardzo się wysilały, nigdy się nie utworzy kolejka godna tego miana. Miałem rację, odezwał się przedsta­wiciel pc, frekwencja będzie okropna, bardzo niska, nic nie będzie z tych wyborów, trzeba je będzie powtórzyć, Może ulewa osłabnie, powiedział przewodniczący, i spoj­rzawszy na zegarek, wyszeptał, jakby się modlił, Już prawie południe. Ten, którego nazwaliśmy członkiem komisji od drzwi, wstał zdecydowanie, Jeśli pan prze­wodniczący pozwoli, skoro teraz nikt nie głosuje, pójdę zobaczyć, jaka jest pogoda. Wrócił po krótkiej chwili, poszedł na lewej nodze, a wrócił na prawej, znowu szczę­śliwy, obwieszczając dobrą nowinę, Deszcz znacznie osłabł, już prawie nie pada i niebo zaczyna się przeja­śniać. Mało brakowało, żeby członkowie komisji rzucili się sobie w ramiona, lecz radość trwała krótko. Mono­tonne kapanie wyborców nie zmieniło się, przychodził jeden, przychodził drugi, przyszła żona, matka i ciotka członka komisji od drzwi, przyszedł starszy brat przed­stawiciela pp, przyszła teściowa przewodniczącego, któ­ra okazując brak szacunku wobec aktu głosowania, po­informowała przybitego zięcia, że córka pojawi się do­piero pod wieczór, Powiedziała, że zastanawia się nad pójściem do kina, dodała okrutnie, przyszli rodzice za­stępcy przewodniczą-cego, przyszli inni, którzy nie nale­żeli do tych rodzin, wchodzili obojętni, atmosfera trochę się ożywiła, dopiero gdy pojawiło się dwóch polityków pp, a kilka minut później jeden z pc, kamera telewizyj­na, która jak zaczarowana, wyłania się znikąd, zrobiła kil­ka ujęć i powróciła w nicość, jakiś dziennikarz poprosił o możliwość zadania pytania, Jak przebiega głosowanie, a przewodniczący odpowiedział, Mogło być lepiej, ale te­raz, skoro pogoda zaczęła się zmieniać, jesteśmy prze­konani, że liczba wyborców się zwiększy, Wrażenie, ja­kie odnieśliśmy po przeprowadzeniu wywiadów w innych komisjach wyborczych, jest takie, że tym razem frek...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin