A Monroe - Podroze Poza Cialem.pdf

(1023 KB) Pobierz
66502169 UNPDF
Robert A. Monroe
Podróże poza Ciałem
zarówno na świecie jak i w moim życiu osobistym. "
Najbardziej interesującym doświadczeniem było publiczne zakwalifikowanie mnie jako członka wysoce podejrzanej
grupy określanej mianem mediów, zmysłowców, szarlatanów lub - bardziej generalnie - parapsychologów.
Publikacja książki po prostu „zdmuchnęła" mój wizerunek poważnego odpowiedzialnego biznesmena. Jednakże
pojawienie się Podróży... na rynku wydawniczym miało też swoje dobre strony, często całkowicie nieoczekiwane, a
wiele obaw zostało dzięki niej rozproszonych. Na przykład fakt, że byłem (i wciąż jestem) dobrze prosperującym i
aktywnym człowiekiem w świecie interesu, w dużym stopniu zaważył na poważnym podejściu do zawartego w niej
materiału. Powinienem był także przejawiać więcej wiary i pewności siebie w to co znam. Zawsze twierdziłem, że
handel i przemysł dotyczą „czegoś cennego", nie zwracając szczególnej uwagi na pochodzenie tego czegoś. „Jeżeli
działa, to stosuj to - mawiałem." Obawiałem się jednak reakcji, jaką mogła wywołać książka u członków zarządu
korporacji, której jestem prezesem. (Kto bowiem chciałby zlecać przeprowadzanie wielomilionowych operacji takiej
niestałej osobie! ) Po opublikowaniu książki, na pierwszym posiedzeniu zarządu w Fort Lauderdale na Florydzie,
nikt o niej nie wspomniał. Ja także nie. Lecz kiedy w drodze na obiad przepływaliśmy przez kanał jachtem
należącym do przewodniczącego zarządu, w pewnej chwili z kabiny wyszła jego żona z egzemplarzem Podróży... w
ręce. „Czy mógłbyś dać mi autograf, Bob?" - zapytała. Spełniłem Jej prośbę, chociaż z odrobiną zakłopotania i
zaskoczenia. Okazało się jednak, że moje obawy były niepotrzebne. „Interesująca książka" - powiedział
przewodniczący przez ramię, kierując jachtem do nabrzeża. - „Moja żona jest całkiem niezłym medium. Nigdy nie
podejmuję poważniejszych decyzji bez konsultacji z nią. I wiesz - to rzeczywiście pomaga". Nie poproszono mnie
więc o złożenie rezygnacji, jak się tego obawiałem. Ta publiczna „odsłona" mojej prywatnej strony życia nie miała
także większego wpływu na kontakty handlowe. Zamiast tego, nieoczekiwanie otworzyły się przede mną nowe
drogi. Bo i któż mógłby przypuszczać, że o doznaniach poza ciałem będę mówił w tak szacownej i konserwatywnej
instytucji jaką jest Smithsonian Institute? A tak się jednak stało. Twierdzono iż Podróże... są książką wyprzedzającą
swój czas, że zawarty w niej materiał dopiero teraz może się spotkać ze szczerym i poważnym zainteresowaniem.
Może to i prawda, lecz co właściwie spowodowało taką zmianę w ciągu czterech zaledwie lat? Czasami myślę, że
książka ta była swego rodzaju katalizatorem, który wyzwolił reakcję łańcuchową. Początkiem było proste
twierdzenie, iż doznania parapsychiczne nie są rzeczą niezwykłą i naturalne jest traktowanie ich jak czegoś, czego
współczesna nauka nie jest jeszcze w stanie zmierzyć ani powtórzyć. Życie poza życiem jest właściwie jednym z
takich doznań. Inna decyzja dotyczyła czasu publikacji książki. Otóż sądziłem, że mój świadomy umysł lub jaźń nie
ma jeszcze dostatecznego doświadczenia czy treningu, aby kontrolować takie „niefizyczne wycieczki". Po pierwsze
było to spowodowane nudą i irytacją testami typu „stąd tam, i z powrotem w naszym świecie fizycznym". Kto
chciałby poświęcać godzinę dziennie na przygotowania (nastawiać instrumenty, wytwarzać stan konieczny do
oddzielenia), aby przejść się jedynie od sypialni do kuchni (od Wirginii do Kalifornii lub Kansas). Po drugie, wiele
podróży odbywało się poza świadomym rozumieniem tego faktu i kontrolą, co wskazywałoby, że moje świadome
fizyczne „ ja" miało bardzo ograniczone pojęcie gdzie się udaje i co robi. Powziąłem więc ważną decyzję. W
większości przypadków świadomie oddzielałem się od ciała, po czym przekazywałem dalsze kierowanie akcją mojej
totalnej jaźni (duszy?). Moja świadomość także wybierała się na takie wycieczki, po prostu jako część całości.
SŁOWO OD AUTORA
"Od ukończenia pracy nad Podróżami poza ciałem wiele wydarzyło się
Rezultaty były ekstatyczne, pouczające, zagmatwane, przerażające, niosące otuchę - były też inne, leżące poza moją
zdolnością pojmowania, lecz najwyraźniej stanowiące pewien program edukacyjny, jaki przyswajam sobie sto-
pniowo, kawałek po kawałku. Być może będzie trzeba olbrzymiej zmiany w świadomości, aby zredukować ten
materiał do praktycznego poziomu „czegoś wartościowego". Cóż to oznacza? Może to, że podczas życia fizycznego
zachodzi taka zmiana w świadomości? A może ma to miejsce później, w jakiejś innej rzeczywistości? Kim są ci
„Nauczyciele" czy „Pomocnicy"? Stopniowo zaczynamy już zbliżać się do odpowiedzi na te pytania poprzez nasze
badania w Instytucie. Tak, to prawda - badania naukowe nad tym zjawiskiem stały się faktem od 1972 roku.
Nasza działalność zwróciła na siebie uwagę i zaowocowała współpracą lekarzy, psychologów, biochemików,
inżynierów, wychowawców, przewodniczących korporacji i statystyków, z których wielu znalazło miejsce w naszej
radzie. Otrzymaliśmy przeszło jedenaście tysięcy doniesień o podobnych doznaniach i w większości z nich
przeważało uczucie ulgi, że o sekrecie można już rozmawiać bez obawy posądzenia o utratę równowagi
psychicznej. Tak więc podstawowy cel książki został osiągnięty. W naszym programie badawczym i treningowym
wzięło do tej pory udział przeszło siedemset osób. Pierwszy zespół badaczy liczy sobie sześciu członków. Na
szkolenie czeka pięćdziesiąt osób, a liczba ich wzrasta z dnia na dzień. W niedalekiej przyszłości mamy nadzieję na
uzyskanie większej siedziby, większej ilości niezbędnego sprzętu i wykwalifikowanych pracowników, co pozwoli
nam nadrobić wszelkie zaległości i rozszerzyć program badań. Lecz nawet w tym roku programy szkoleniowe i
naukowe stoją na poziomie mogącym przynieść chlubę niejednemu uniwersytetowi. Tymczasem zespół uzyskuje
dane o wiele szybciej niż możemy je przeanalizować. Zaś znaczenie tego co do tej pory udało nam się
usystematyzować, jest ogromne. Fakt iż cała szóstka badaczy jest w swych doniesieniach zazwyczaj zgodna - nie
są oni świadomi swoich wzajemnych doświadczeń, prócz sytuacji, kiedy działają wspólnie - stanowił prawdziwy
wstrząs dla tych, którzy opracowywali otrzymany tą drogą materiał. Szczegóły opiszę w kolejnej książce. To
wszystko, co wydarzyło się w ciągu czterech lat od chwili pierwszej publikacji Podróży... wzmocniło jedynie
koncepcję przyśpieszonych zmian w pracy - szczególnie zmian w potrzebach człowieka. Przed obecnym
wznowieniem książka została przeze mnie bardzo troskliwie przejrzana. Jestem szczęśliwy mogąc stwierdzić, iż w
świetle późniejszych doświadczeń niczego nie musiałem w niej zmieniać. Podstawowe założenia są wciąż takie
same. A z punktu widzenia przeprowadzonych wtedy eksperymentów, jest ona w dalszym ciągu aktualna. Jedno
wiemy na pewno - odczytanie poniższych słów przez wasze lewe półkule mózgowe jest już pierwszym stadium
filtracji.
Robert A. Monroe
Dla tych, którzy zainteresowani są działalnością Instytutu lub doświadczyli spontanicznych doznań poza ciałem,
podaję adres:
The Monroe Institute Route 1, Box 175
Faber, Virginia 22938
WSTĘP
W naszym zorientowanym na działanie społeczeństwie,
zasypiający człowiek przestaje niejako istnieć. Ponieważ leży prawie nieruchomo od sześciu do ośmiu godzin więc
nie „działa", nie może „myśleć produktywnie" czy robić czegokolwiek. Wszyscy wiemy, że ludzie śnią, lecz
równocześnie wychowujemy nasze dzieci tak, aby uważały zarówno same sny jak i zjawiska zachodzące podczas
snu za nieważne, nierealne w porównaniu z wydarzeniami dnia codziennego. Dlatego większość ludzi zapomina swe
sny, a jeżeli zdarzy im się pamiętać, zazwyczaj uważają je za zwykłe dziwactwa. Prawdą jest jednak, że
psychologowie i psychiatrzy traktują sny swoich pacjentów jako wskazówkę przy określaniu odchyleń osobowości,
lecz nawet takie zastosowanie snów i innych nocnych doświadczeń właściwie nie pozwala ich uznawać za realne w
jakimkolwiek sensie. Uważa się je za rodzaj wewnętrznych danych przetwarzanych przez „ludzki komputer". Istnieją
pewne ważne wyjątki od takiego spojrzenia na sny, lecz dla ogromnej większości ludzi w naszym współczesnym
społeczeństwie sny są w dalszym ciągu kwestią, którą poważni ludzie nie powinni zawracać sobie głowy. Jak
odnieślibyśmy się do kogoś kto twierdzi, że podczas snu lub w innych stanach nieświadomości miał doznania,
które wydały mu się nie tylko wstrząsające, ale jak najbardziej prawdziwe? Załóżmy, że ta osoba twierdzi, jakoby
ubiegłej nocy unosiła się w powietrzu ponad Nowym Jorkiem. Co więcej, mówi że doznanie było nie tylko
nadzwyczaj realne, ale jednocześnie wiedziała, że to nie sen i że istotnie szybuje nad Nowym Jorkiem.
Prawdopodobnie zignorujemy takie twierdzenia lub też dyplomatycznie (albo mniej dyplomatycznie) poin-
formujemy ową osobę, że być może coś jest nie w porządku z jej głową, albo że jest szalona, i będziemy sugerować
jak najszybszą wizytę u psychoterapeuty. Jeżeli ten ktoś dalej będzie się upierać przy realności swoich przeżyć i
może jeszcze opowie nam o innych swoich dziwnych doświadczeniach, to w najlepszej wierze możemy
wyekspediować taką osobę do szpitala dla wariatów. Z drugiej strony, jeżeli nasz „podróżnik" jest wystarczająco
bystry, to szybko nauczy się nie opowiadać o swoich doznaniach. Jedynym problemem jaki odkryłem rozmawiając
z wieloma takimi ludźmi jest obawa czy nie popadają przypadkiem w szaleństwo. Dla celów dalszych rozważań
przypomnijmy, że nasz „podróżnik" jest bardziej nawet kłopotliwy. Załóżmy że twierdzi, iż po locie nad Nowym
Jorkiem „wpadł" na krótko do twojego mieszkania. Widział ciebie i dwie inne, zupełnie nie znane mu osoby.
Opisuje je dokładnie i relacjonuje toczącą się wtedy rozmowę. A teraz załóżmy, że się nie mylił. Rzeczywiście roz-
mawiałeś z takimi osobami, na tematy, o których wspominał. I cóż mamy z tym wszystkim począć? Typową reakcją
byłoby stwierdzenie, że wszystko to jest bardzo interesujące, ale ponieważ wiemy, iż nie może się wydarzyć, więc
nie musimy się zastanawiać, co oznacza. Lub też spokojnie można by zbyć to wszystko powołując się na „zbieg
okoliczności". Cudowny zwrot - zbieg okoliczności - a już mamy przywrócony spokój umysłu. Na nieszczęście
dla spokoju naszych zmysłów, istnieją tysiące podobnych przykładów, o których mówią ludzie jak najbardziej
wiarygodni. Nie zajmujemy się więc czysto hipotetyczną sytuacją. Przypadki takie określane są jako wędrowne
jasnowidzenia, projekcja astralna lub bardziej naukowo - doznania poza ciałem (OOBE)1. Formalnie możemy
zdefiniować OOBE jako przypadki, kiedy osoba: (1) wydaje się odbierać wrażenia z otoczenia, które nie mogą
być odbierane z miejsca, gdzie się akurat znajduje jej ciało fizyczne, oraz (2) osoba ta ma świadomość, że w tym
czasie nie śpi ani nie fantazjuje, i nawet zdaje sobie sprawę z nieprawdopodobieństwa takich zdarzeń. Będzie się
czuła całkowicie przytomna, w pełni władz umysłowych i będzie wiedzieć, że nie śni. Co więcej, po przebudzeniu
nie będzie uważać tego wszystkiego za sen. Jak więc mamy rozumieć ów fenomen? Gdybyśmy chcieli szukać
naukowych źródeł informacji na temat OOBE, to praktycznie nie znajdziemy żadnych. Naukowcy, ogólnie
mówiąc, po prostu nie zajmują się tymi fenomenamil. Podobnie ma się sprawa z literaturą naukową na temat
postrzegania pozazmysłowego. Zjawiska takie jak telepatia, jasnowidzenie, prekognicja2 i psychokineza3 nie są
„możliwe" w rozumieniu świata nauki i znanych nam fizycznych praw rządzących materią. A ponieważ jakoby
nie mogą mieć miejsca, większość naukowców nie zadaje sobie nawet trudu by zapoznać się z przykładami
wskazującymi, że istnienie tych zjawisk jest faktem, a w oderwaniu od tych faktów, ich niewiara jeszcze się
umacnia. Skutkiem tego rodzaju okrężnego rozumowania często spotykanego wśród naukowców, jest niewielka
ilość badań nad doznaniami pozazmysłowymi. Pomimo braku danych naukowych, wiele wniosków możemy
wysnuć na podstawie materiałów już istniejących. Po pierwsze: OOBE jest doznaniem powszechnym w tym sensie,
że wzmianki o nim pojawiają się od początku historii człowieka a opisy brzmią podobnie, niezależnie od różnic
kulturowych pomiędzy doświadczającymi go ludźmi. Relacja na temat OOBE gospodyni domowej z Kanady jest
niezwykle podobna do opisu pochodzącego ze starożytnego Egiptu lub źródeł orientalnych. Po drugie: OOBE
zwykle przydarza się raz w życiu i najczęściej związane jest z silnym zagrożeniem. Czasami wywołuje je choroba,
szczególnie jeżeli jest niezwykle ciężka, czasem bardzo mocny stres. W wielu przypadkach OOBE występuje
podczas snu jakby zupełnie samoistnie. Jedynie bardzo rzadko jest rezultatem świadomych działań. Po trzecie:
OOBE jest zazwyczaj jednym z najgłębszych doświadczeń w życiu osobistym człowieka i jako takie radykalnie
zmienia jego przekonanial. Wyraża się to zwykle wiarą w nieśmiertelność duszy i życie po śmierci. Człowiek
który doświadczył przebywania poza ciałem wie, że posiada pewien rodzaj świadomości, która będzie istnieć po
śmierci ciała. Pozornie nie brzmi to zbyt logicznie, gdyż nawet jeżeli OOBE jest czymś więcej niż tylko snem czy
halucynacją, to jednak występuje wtedy, kiedy ciało fizyczne żyje i funkcjonuje, więc wydaje się, iż OOBE może
zależeć lub pochodzić od niego. Wątpliwości tego rodzaju nie mają tylko ludzie, którzy doświadczyli OOBE.
Jestem pewien, że nasza wiara w duszę wywodzi się z przeżyć ludzi doznających OOBE. Po czwarte: OOBE jest
przeważnie niezwykle zabawne dla tych, którzy go doświadczają. Z grubsza szacuję, że około 90-95% ludzi z
takimi doznaniami jest zadowolonych z pojawienia się OOBE i uważa je za zabawne, podczas gdy jedynie 5% osób
jest nimi przerażonych, ponieważ w czasie trwania OOBE wydaje im się, źe umierają. Prawie za każdym razem,
kiedy mam odczyt na ten temat, ktoś potem podchodzi i dziękuje, że poruszyłem ten problem, gdyż ludzie nie
potrafiąc go wytłumaczyć martwią się, że oszaleli. Po piąte: w niektórych przypadkach OOBE, opis tego co działo
się w odległym miejscu jest dokładny i o wiele bardziej zgodny z rzeczywistością, niż można by się spodziewać po
zwykłym zbiegu okoliczności. Oczywiście nie mówię tu o wszystkich przypadkach, ale o sporej ich części. Aby je
wytłumaczyć musielibyśmy uznać, albo że „halucynacyjne" przeżycia OOBE związane są z doznaniami
pozazmysłowymi, albo że nasz „podróżnik" naprawdę tam był. W ten sposób OOBE staje się czymś realnym. Fakt,
że większość naszej wiedzy na temat OOBE pochodzi z relacji osób, które oświadczyły ich tylko raz w życiu,
stwarza nam dwa poważne problemy. Pierwszy polega na tym, iż większość ludzi nie może wywoływać doznań
poza ciałem przy pomocy woli, co wyklucza możliwość badania ich w precyzyjnych warunkach laboratoryjnych.
Drugim jest to, że osoba wtłoczona na krótko w nowe i dziwne otoczenie może nie być dobrym obserwatorem. Jest
zbyt podniecona i przejęta niezwykłością tego zjawiska. Dlatego też relacje ludzi, którzy doświadczyli OOBE tylko
raz w życiu są bardzo niedokładne. Książka, którą trzymacie w rękach jest bardzo rzadkim okazem. Jest to opis
dziesiątek OOBE osoby, która doświadczyła ich wszystkich osobiście i jest, jak uważam, doskonałym
sprawozdawcą. Nic podobnego nie zostało opublikowane przez wiele lat. Robert A. Monroe jest dobrze
prosperującym biznesmenem, który całkiem nieoczekiwanie zaczął doświadczać OOBE przeszło ćwierć wieku
temu. Pochodzący z rodziny akademickiej, wykształcony i inteligentny, szybko dostrzegł niezwykłość tych
doświadczeń i od początku zaczął je systematycznie zapisywać. Jego zbiór jest fascynujący i nie wymaga tu
dalszego wprowadzenia, a jego relacje wzbudzają we mnie pełne zaufanie. Kiedy człowiek ma głębokie doznanie o
charakterze religijnym okazuje się zazwyczaj, że jego relacja związana jest nie z tym co się wydarzyło, ale z tym co
oznacza to w jego wierze. Przypuśćmy, iż pewna osoba znalazła się nieoczekiwanie ponad swoim ciałem, a wciąż
jeszcze zaskoczona tym zjawiskiem, dostrzegła w kącie pokoju ciemną, niewyraźną postać, i przenikający ją
niebieski krąg światła. Dobry reporter tak właśnie opisałby tę scenę. Jednak wielu ludzi inaczej by ją
zinterpretowało: „Ubiegłej nocy na skutek łaski Boga, moja nieśmiertelna dusza została wyniesiona z grobowca
mego ciała i pojawił się anioł, który na znak łaski ukazał mi symbol świętości". Często, kiedy pytałem kogoś co
właściwie zaszło, spotykałem się z takimi właśnie zniekształceniami, ale większość publikowanych relacji na temat
OOBE nie była poddawana tego rodzaju indagacjom. Stwierdzenie, że OOBE spowodowane zostało wolą Boga, że
ciemna sylwetka przeobraziła się w anioła, a błękitny krąg był symbolem świętości, wszystko to stanowi część
osobistej interpretacji, a nie opis przeżycia. Większość ludzi nie uświadamia sobie jak ich umysły automatycznie
interpretują tego typu rzeczy. Sądzą, że doznanie przebiegało w taki właśnie sposób. Robert Monroe jest wyjątkiem
pośród tych, którzy opisywali OOBE. Dostrzegł on mianowicie skłonność umysłu próbującego interpretować
doznania tak, aby dopasować je do znanych schematów. Dlatego też relacje Monroe'a są szczególnie cenne. Wstępną
serię badań laboratoryjnych przeprowadzono w okresie między wrześniem 1965 roku a sierpniem 1966 roku, kiedy
to miałem możliwość korzystania z Elektroencefalograficznego Laboratorium Uniwersyteckiej Szkoły Medycznej w
Wirginii, co umożliwiło mi studiowanie wykresów fal mózgowych. Ośmiokrotnie Monroe, podłączony do
przyrządów próbował wywołać u siebie OOBE. W przypadku sukcesu miał się kierować do sąsiedniego pokoju, co
umożliwiłoby mu zarówno obserwowanie krzątających się przy sprzęcie techników, jak i próbę odczytania tabliczki
z pięciocyfrową przypadkową liczbą umieszczonej na półce sześć stóp nad podłogą. Równocześnie dokonywano
pomiarów fal mózgowych (elektroencefalogram), ruchów oczu pod zamkniętymi powiekami, oraz rytmu serca
(elektrokardiogram). Laboratorium nie było niestety przystosowane do takich doświadczeń, więc zmuszeni byliśmy
przynieść do pokoju badań łóżko polowe. Jedna z elektrod mierzących fale mózgowe posiadała kształt zapinanego
na uchu klipsa, powodującego nieprzyjemny ucisk, a co za tym idzie, trudności w relaksacji. Przez pierwszych
siedem nocy Monroe nie miał ani jednego OOBE. ósmej nocy udało mu się przeżyć dwa bardzo krótkie OOBE a ich
opis znajduje się w dalszej części tej książki. W pierwszym OOBE występowało kilka nierozpoznanych,
pogrążonych w rozmowie osób. Ponieważ nie udało się określić miejsca, nie można było sprawdzić, czy to fantazja,
czy odbiór rzeczywistych wydarzeń. Podczas drugiego OOBE Monroe stwierdził, iż nie może w pełni kontrolować
swoich ruchów, dlatego też nie był w stanie dojrzeć tabliczki z cyfrą w sąsiednim pokoju. Powiedział jednak zgodnie
z prawdą, że pracownica laboratorium znajdowała się poza pomieszczeniem i razem z mężczyzną
(zidentyfikowanym później jako jej mąż) stała na korytarzu. Jako parapsycholog nie mogę twierdzić, iż „dowodzi"
to, że Monroe rzeczywiście widział, co się działo w innym, oddalonym od niego miejscu i trudno jest oszacować
wielkość prawdopodobieństwa tego faktu. Niemniej jednak rezultat uważam za zachęcający do podjęcia prób badań
tego niezwykłego fenomenu w warunkach laboratoryjnych. Następna okazja pracy z Robertem w laboratorium
nadarzyła się, kiedy odwiedził mnie w Kalifornii latem 1968 r. Mogliśmy odbyć co prawda tylko jedną sesję, ale za
to w znacznie dogodniejszych warunkach: dysponowaliśmy normalnym łóżkiem zamiast polowego i innym typem
elektrody, nie powodującym ucisku. W tych warunkach Monroe był w stanie przeżyć dwa krótkie OOBE. Obudził
się prawie natychmiast po pierwszym doznaniu i ocenił jego długość na osiem do dziesięciu sekund. Zapis fal
mózgowych tuż przed jego przebudzeniem wskazywał Fazę 1 snu, wystąpił też pojedynczy, gwałtowny ruch oczu
pod powiekami. Jego ciśnienie krwi wskazywało nagły spadek, utrzymując się na niskim poziomie przez osiem
sekund, a potem równie nagle powróciło do normy. Monroe zrelacjonował (patrz opis tego doznania w tekście) że
„wytoczył się" ze swego ciała, znalazł się w hallu oddzielającym jego pokój od pokoju z urządzeniami rejestrującymi
i po kilku sekundach odczuł potrzebę powrotu do ciała, spowodowaną trudnościami w oddychaniu. Asystentka Joan
Crawford i ja, obserwowaliśmy go na monitorze telewizyjnym i zauważyliśmy, że tuż przed przebudzeniem jego
ręka przesunęła się w kierunku gardła. Monroe ponownie spróbował wytworzyć OOBE. Chciał przenieść się do
pokoju z urządzeniami rejestrującymi i odczytać znajdującą się na półce tabliczkę z cyframi. Wykres jego fal
mózgowych wykazywał, że pogrążony jest w bardzo lekkim śnie, więc po trzech kwadransach przypomniałem mu
przez interkom, żeby spróbował wywołać OOBE. W chwilę później powiedział, że wywołał, ale zamiast znaleźć się
w pokoju z urządzeniami monitorującymi stwierdził, iż jest na zewnątrz w dziwnym otoczeniu, którego nigdy
przedtem nie widział. Poczuł się straszliwie zdezorientowany i postanowił wrócić do ciała. Opis owego otoczenia
wskazywał, że był to wewnętrzny dziedziniec, na który rzeczywiście mógł zawędrować w trakcie OOBE, jeśli
obrałby kierunek przeciwny do zamierzonego. Nie jest co prawda absolutnie pewne, czy odwiedzając mnie
wcześniej tego samego dnia w biurze, nie widział tego dziedzińca. Tak więc eksperyment sam w sobie nie stał się
niezbitym dowodem na paranormalny charakter OOBE. W obrębie zmian fizjologicznych ponownie widoczna była
Faza 1 snu i tylko dwa gwałtowne ruchy oczu. Tym razem nie wystąpił jednak wyraźny spadek ciśnienia krwi.
Doznania Monroe'a, podobnie jak doświadczenia uznanych mistyków na przestrzeni wieków, oraz wszystkie dane na
temat doznań pozazmysłowych wskazują, że nasz obecny materialny pogląd na świat jest bardzo ograniczony, oraz
że istnieją wymiary rzeczywistości daleko szersze niż nasze obecne koncepcje. Wysiłki moje i innych badaczy
zmierzające w kierunku wyrażenia tych doświadczeń w taki sposób, który byłby możliwy do zaakceptowania, mogą
nie przynieść oczekiwanych rezultatów. Posłużę się tutaj przykładem dwóch eksperymentów z Monroe'm, które co
prawda zrobiły na mnie duże wrażenie, jednak z naukowego punktu widzenia trudno je ocenić. Krótko po
ukończeniu pierwszej serii doświadczeń laboratoryjnych, opuściłem wschodnie wybrzeże Kalifornii. W kilka
miesięcy później moja żona i ja zdecydowaliśmy się podjąć je na nowo. Pewnego wieczoru koncentrowaliśmy się
intensywnie przez około pół godziny, próbując w ten sposób pomóc Monroe'owi wywołać OOBE i skomunikować
się z nami. Gdyby potrafił potem opisać nasz dom, byłby to dowód na parapsychiczne aspekty OOBE. Wcześniej
tego dnia zadzwoniłem do Monroe'a i powiedziałem mu tylko, że dziś w nocy będziemy się starali skierować go do
naszego domu. Innych szczegółów nie podałem. Wieczorem wybrałem przypadkowy czas, w którym jak sądziłem
Monroe będzie już spał. Mój wybór padł na 23°° czasu kalifornijskiego, co odpowiadało 2°° nad ranem na
Wschodnim Wybrzeżu. O jedenastej wieczorem przystąpiliśmy z żoną do koncentracji. O 23°5 przeszkodził nam
telefon. Nie odebraliśmy go i aż do 233° staraliśmy się kontynuować koncentrację. Następnego ranka zadzwoniłem
do Monroe'a i powiedziałem mu tylko, że rezultaty były zachęcające i że oczekuję na listowne sprawozdanie z jego
doświadczeń, by porównać nasze relacje. W noc eksperymentu Monroe miał następujące doznanie, które cytuję na
podstawie nadesłanych mi przez niego notatek: Wieczór minął bez szczególnych wydarzeń i około I4° w nocy, wciąż
rozbudzony, poszedłem w końcu do łóżka (pozycja północno-południowa). Kot leżał w łóżku razem ze mną. Po
długim okresie uspokajania umysłu całe moje ciało oganięła fala ciepła - bez żadnych przerw w pełnej świadomości i
bez oznak stanu przedsnu. Prawie natychmiast poczułem jak ktoś (lub coś) kołysze moim ciałem na boki, a potem
ciągnie za stopy! (Słyszałem pełne dezaprobaty miauczenie kota). Stwierdziłem, że ma to jakiś związek z
eksperymentem Charliego i całkowicie ufny, nie miałem się jak zwykle na baczności z powodu obcych. Szarpanie za
nogi trwało i w końcu uporałem się z oddzieleniem jednego ramienia mojego Drugiego Ciała. Uniosłem je do góry
wczuwając się w ciemność. Po chwili szarpanie ustało, a jakaś ręka pochwyciła mnie za nadgarstek - początkowo
delikatnie, a potem bardzo mocno i z łatwością wyciągnęła mnie z fizycznego ciała. Wciąż ufny i odrobinę
podekscytowany wyraziłem wolę udania się do Charliego, o ile było to tam, dokąd „to coś" chciało mnie zabrać.
Odpowiedź brzmiała twierdząco (chociaż nie wyczuwałem żadnej osobowości, raczej zainteresowanie sytuacją).
Jakaś „dłoń" mocno trzymała mnie za nadgarstek i mogłem wyczuć część ramienia należącego do tej ręki (było to
lekko owłosione, umięśnione męskie ramię). Nie mogłem jednak „zobaczyć" do kogo należy. Usłyszałem także
swoje imię. Potem zaczęliśmy się poruszać, ze znajomym uczuciem czegoś, w jak powietrze optywało moje ciało.
Po krótkiej podróży (wydawało się że około 5 sekund) zatrzymaliśmy się i dłoń uwolniła mój nadgarstek. Panowała
kompletna ciemność i cisza. Potem spłynąłem w dół do czegoś, co wydawało się być pokojem... W tym miejscu
kończę cytowanie notatek Monroe'a. Dodam jedynie, że kiedy zakończył on swą krótką podróż i wstał, aby do mnie
zadzwonić, była 2°5 nad ranem, jego czasu. Tak więc zgodność była doskonała. Monroe poczuł szarpanie
wyciągające go z ciała około minutę po tym, jak zaczęliśmy się koncentrować. Jednak z drugiej strony,
występujący w dalszej części jego opisu wygląd naszego domu oraz to, co ja i żona robiliśmy w tym czasie
całkowicie nie pokrywa się z prawdą: „widział" w pokoju zbyt wielu ludzi, „dostrzegł" mnie robiącego coś, czego
wcale nie robiłem, a sam opis pokoju był całkowicie chybiony. Co miałem z tym począć? Jest to jeden z tych frustrujących
przypadków, na które parapsycholodzy napotykają pracując nad słabo kontrolowanymi fenomenami. Nie można stwierdzić z całą
pewnością, że jest to efekt paranormalny, ale też trudno po prostu uznać, że nic się nie wydarzyło. Wygodnie jest trwać wraz z
naszym zdrowym rozsądkiem przy założeniu, że świat fizyczny jest.taki, jakim go widzimy, a człowiek jestb albo zdolny do
postrzegania takiego świata, albo nie. Niektóre relacje OOBE pochodzące ze źródeł literackich, wydają się potwierdzać ten
punkt widzenia, podczas gdy inne są zadziwiającą mieszaniną opisów rzeczywistych sytuacji z takimi, których w danym
miejscu nie było czy też nie było dla nas - zwykłych obserwatorów. W książce tej Monroe przytacza wiele takich relacji,
szczególnie na temat prób komunikowania się w trakcie OOBE z ludźmi, którzy zupełnie tego nie pamiętają. Drugi zabawny
eksperyment miał miejsce u schyłku 1970 roku, kiedy złożyłem Monroe'owi krótką wizytę w Wirginii w drodze do
Waszyngtonu. Powiedziałem mu, że gdyby miał tej nocy OOBE, to powinien przyjść do mojej sypialni i spróbować
wyciągnąć mnie z ciała, tak bym i ja doświadczył czegoś podobnego. Równocześnie uświadomiłem sobie, iż
uczyniłem tę propozycję z mieszanymi uczuciami: jednocześnie chciałem i nie chciałem by mu się to udało. Ale o
tym później. W pewnej chwili, tuż nad ranem (spałem niezbyt głęboko i pierwsze blaski świtu raz po raz budziły
mnie) śniłem coś, kiedy zacząłem sobie niejasno przypominać, że Monroe miał próbować wyciągnąć mnie z ciała.
Częściowo oprzytomniałem, ale pozostawałem jeszcze w świecie snu. Odniosłem wrażenie jakichś wibracji wokół
mnie, „wibracji" które niosły ze sobą uczucie nieokreślonego zagrożenia. Pomimo lęku pomyślałem, że
Zgłoś jeśli naruszono regulamin