Noah Gordon - Medicus z Saragossy.rtf

(979 KB) Pobierz
Noah Gordon

Noah Gordon

 

Medicus z Saragossy

 

 

 

Noah Gordon

Urodził się w Worcester w stanie Massachusetts, kształcił w prywatnych szkołach tego miasta, potem studiował na uniwersytecie w Bostonie, gdzie ukończył dziennikarstwo (1950) oraz filologię angielską (1951). Przez kilka lat pracował w jednym z nowojorskich wydawnictw jako redaktor, później był reporterem w "Boston Herald" i wydawcą czasopism medycznych ("Psychiatrie Opinion", "The Journal of Hu-man Stress"), przez wiele lat asystentem wolantariuszem na oddziale chirurgii Szpitala Miejskiego w Bostonie, sanitariuszem pogotowia ratunkowego, pracownikiem szpitala dla umysłowo chorych. Jego związki z medycyną, zainteresowania i fascynacje znalazły swój wyraz w trylogii o dziejach lekarskiej rodziny Cole'ów (Medicus, Szaman, Spadkobierczyni Medicusa), we współczesnej powieści Lekarze, a także w barwnych dziejach syna toledańskiego złotnika, bohatera książki Medicus z Saragossy. Powieści te przyniosły mu międzynarodową sławę i wiele nagród, m.in. nagrodę J. F. Coopera przyznawaną przez Stowarzyszenie Historyków Amerykańskich "za wysoki poziom literacki fikcji historycznej, łączącej talent historyka z kunsztem pisarza".

 

 

 

 

Noah Gordon

Medicus z Saragossy

 

Tytuł oryginału The Last Jew

 

Kalebowi, Emmie

i Babci

z miłością

 

 

 

Część pierwsza

Pierworodny

Toledo (Kastylia) 23 sierpnia 1489 roku

 

 

Rozdział 1

Syn złotnika

Nieszczęścia Bernarda Espiny zaczęły się w pewien upalny dzień z powietrzem ciężkim niczym kawał żelaza i jaskrawym, bezlitosnym słońcem wiszącym na niebie jak klątwa. W chwili gdy tego ranka brzemiennej niewieście z nagła odeszły wody, tłok w jego lecznicy już się przewalił, a dwóch pozostałych jeszcze pacjentów czym prędzej przepędził z izby. Kobieta nie przybyła tu rodzić; przywiozła swojego starego ojca, nękanego uporczywym kaszlem. Dzieciątko było jej piątym i nie zwlekało z przyjściem na świat. Espina pochwycił śliskie różowe ciałko, a gdy poklepał drobniutkie pośladki, krzepki mały peon wydał z siebie cienki a donośny wrzask, na co czekający za oknem jęli śmiać się i wznosić wiwaty.

Pomyślny poród wprawił medyka w dobry humor, budząc w nim złudną nadzieję, iż cały ten dzień okaże się równie szczęśliwy. Na popołudnie nie miał żadnych wezwań, zamyślał więc naładować kosz łakociami, wziąć flaszkę czerwonego wina i wraz z rodziną wybrać się nad rzekę, gdzie dzieci będą mogły popluskać się w wodzie, on zaś i Estrella, siedząc w trawie pod cienistym drzewem, będą sączyć wino, raczyć się słodyczami i spokojnie sobie gawędzić.

Kończył badać ostatniego już pacjenta, gdy na dziedziniec ciężko wtoczył się zdrożony osioł - nadmiernie widać poganiany w tej spiekocie - niosąc na grzbiecie człowieka w brązowej szacie nowicjusza. Głosem urywanym z tłumio-

nego podniecenia przybysz powiadomił medyka, iż wzywa go padre Sebastian Alvarez, przeor klasztoru Wniebowzięcia.

Przeor życzy sobie, byście przybyli niezwłocznie.

Musiał wiedzieć, że ma do czynienia z przechrztą, Espina od razu to wyczuł. Gość okazywał mu wprawdzie tyle szacunku, ile się należy profesji medyka, przemawiał doń jednak prawie tak wyniośle, jakby się zwracał do żyda.

Bernardo w milczeniu skinął głową. Osiołkowi nakazał dać wody, po trochu, nie za dużo naraz, a jeźdźcowi jadło i napitek. Niespiesznie wyszedł oddać mocz, obmył twarz i ręce, po czym przełknął kawałek chleba. Nowicjusz jeszcze się posilał, kiedy on dosiadał już konia, by stawić się na wezwanie.

Minęło jedenaście lat, odkąd przyjął chrzest i stał się żarliwym wyznawcą swojej nowej wiary. Czcił każdą niedzielę, codziennie chodził na mszę wraz z żoną i zawsze chętnie służył Kościołowi. Teraz też bezzwłocznie podążył na rozkaz przeora, bacząc jednak, by zanadto nie zmordować konia; o tej godzinie słońce miało kolor płynnej miedzi.

Do klasztoru hieronimitów przybył akurat w porę, by usłyszeć rozgłośny dźwięk dzwonów wzywających wiernych na Anioł Pański. Ujrzał czterech spoconych braciszków z koszem czerstwego chleba i wielkim kotłem sopa boba, pełnych chrześcijańskiej nadziei, iż cienka zakonna wodzian-ka doda nieco ciała wychudłym nędzarzom zebranym u klasztornej furty.

Przeor pogrążony w poufnej rozmowie z bratem zakrystianem, Juliem Perezem, przechadzał się po krużganku. Espinę uderzyła niezwykła powaga malująca się na obu twarzach i... tak, oszołomienie. Słowo to nagle przyszło mu na myśl, kiedy padre Sebastian bardzo posępnie pozdrowił go imieniem Jezusa Chrystusa, odprawiwszy wpierw zakrystiana.

- W naszym gaju oliwnym znaleziono zwłoki młodzieńca. Został zamordowany - powiadomił go kapłan. Był w średnim wieku, a do twarzy na stałe przyrósł mu wyraz głębokiej troski, jakby wiecznie się martwił, że Bóg nie

10

 

pochwala jego uczynków. Neofitów wszakże zawsze traktował przyzwoicie.

Bernardo pokiwał głową, lecz w mózgu odezwał mu się sygnał ostrzegawczy. Prawda, że w świecie króluje zbrodnia, że z pożałowania godną regularnością ludzie znajdują wciąż czyjeś zwłoki, jednakże... po co umarłemu lekarz?

-              Chodźmy.

Ojciec Sebastian poprowadził go do celi, gdzie złożono ciało. Roiło się tu już od much, a w powietrzu wisiał słodkawy odór ludzkich szczątków. Bernardo starał się oddychać płytko, lecz niewiele to pomogło.

Odchyliwszy narzuconą miłosiernie derkę, zobaczył krzepkie młodzieńcze ciało odziane jedynie w koszulę. Z nagłym skurczem bólu rozpoznał tę twarz i szybko nakreślił znak krzyża, nie bardzo wiedząc, dla kogo to czyni - dla martwego żydowskiego chłopca, dla samego siebie czy ze względu na obecność mnicha.

Przeor popatrzył mu w oczy.

-              Dowiemy się wszystkiego o tej śmierci - powiedział

cicho.      Wszystkiego, co możliwe.

Bernardo milczał. Dziwił się coraz bardziej, choć pewne rzeczy dla obu od początku były oczywiste.

— To  Meir,  syn  Chilkiasza Toledana - rzekł po

krótkiej chwili, co przeor potwierdził skinieniem głowy.

Ojciec zabitego chłopca był znanym złotnikiem, najlepszym

w całej Kastylii. - Jeśli mnie pamięć nie myli - dodał

medyk - ten młodzik miał ledwo piętnaście lat. Wkraczał

dopiero w wiek męski. W tym stanie go znaleziono?

— Tak. Znalazł go brat Angelo, który zaraz po jutrzni

poszedł zebrać oliwki, korzystając z porannego chłodu.

— Czy pozwolisz mi go zbadać, ojcze? - zapytał

Espina. Przeor w odpowiedzi machnął tylko niecierpliwie

ręką.

Twarz chłopca była nietknięta i tak młodzieńczo niewinna! Na jego ramionach i piersi widniały jednak sine, podbieg-łe krwią piętna, uda pokryte były całą siatką spękanych żyłek. Na plecach zmarłego Espina odkrył trzy powierzchowne zranienia zadane czymś tępym a ciężkim, na lewym

11

 

boku ponad trzecim żebrem cięcie od miecza bądź lancy. Odbyt był rozerwany, między pośladkami pozostała sperma. Paciorki zakrzepłej krwi otaczały wianuszkiem podcięte gardło. Bernardo znał rodzinę chłopca. Byli to zawzięci żydzi, niezłomnie wierni swojej religii, nienawidzący takich jak on odszczepieńców, którzy dobrowolnie wyrzekli się wiary ojców.

Kiedy ukończył badanie, ojciec Sebastian poprowadził godo świątyni, gdzie klęcząc na twardej kamiennej posadzce, wspólnie odmówili Pater Noster. Przeor, podniósłszy się z klęczek, wydobył ze stojącej za ołtarzem szafki małą szkatułkę z drzewa sandałowego, z niej zaś prostokątny, mocno uperfumowany zwitek szkarłatnego jedwabiu. Gdy go rozwinął, Bernardo ujrzał jasny wysuszony szczątek długości około pół piędzi.

-              Czy wiesz, co to jest? - spytał zakonnik i z pewną

niechęcią wręczył mu ów przedmiot.

Espina podsunął się bliżej ku pełgającemu światłu wotywnych świeczek i zaczął go bacznie studiować.

— To fragment ludzkiej kości, wasza wielebność.

— Tak jest, mój synu.

Bernardo był w pełni świadom, że stoi na skraju zdradliwej przepaści, ujawniając wiedzę zdobytą podczas długich godzin spędzonych potajemnie przy stole sekcyjnym. Kościół surowo zabraniał sekcji zwłok, on jednak popełnił ów grzech, kiedy jeszcze był żydem, w czasach gdy terminował u Samuela Prova, słynnego żydowskiego lekarza, który stale uprawiał te niedozwolone praktyki.

— To fragment kości udowej, najdłuższej kości ludzkiego

ciała. Jej koniec, ten przy kolanie - powiedział, patrząc

przeorowi prosto w oczy. Ponownie skupił uwagę na zbielałym kawałku kości, badając jego ciężar, wygięcie, bruzdy

i inne znaki szczególne. - Pochodzi z prawej nogi niewiasty.

— Potrafisz wszystko to rozpoznać tylko patrząc?

— Tak.

Płomienie świec barwiły oczy przeora na żółto.

-              To najświętszy ze szczątków. Kość osoby bliskiej

Zbawicielowi.

Relikwia. Espina z nowym zainteresowaniem przyjrzał się kości. Nigdy nawet przez myśl mu nie przeszło, że kiedykolwiek będzie trzymał w ręku taką świętość.

— Czy to kość jakiejś męczennicy, ojcze?

— Świętej Anny, mój synu - cicho odrzekł przeor.

Bernardo dopiero po chwili pojął znaczenie tych słów.

Matka Najświętszej Dziewicy? Nie, to nie do wiary, pomyślał i nagle uświadomił sobie ze zgrozą, że cóż za głupota! wyraził swą wątpliwość głośno.

-              To prawda, synu. Potwierdzili ją rzymscy duchowni

biegli w takich sprawach. Relikwię przysłał nam jego eminencja kardynał Rodrigo Lanzol.

Bernardowi zadrżała ręka, a przecież był dobrym chirurgiem! Ostrożnie zwrócił kość przeorowi, po czym znowu opadł na klęczki. Przeżegnawszy się zamaszyście, zaczął wraz z zakonnikiem odmawiać następną modlitwę.

Kiedy nieco później znaleźli się znowu pod kopułą upalnego nieba, dostrzegł, że pośród klasztornych zabudowań kręcą się jacyś uzbrojeni ludzie nie wyglądający na mnichów.

— Wielebny ojcze, czy wczoraj wieczorem widziałeś

może tego Meira? - zagadnął przeora.

— Nie - odrzekłpadre Sebastian i wreszcie zdecydował

się wyjawić Bernardowi, po co go tu zawezwał. - Nasz

zakon zamówił u mistrza Chilkiasza, ojca tego chłopca,

relikwiarz z kutego srebra i złota. Miał to być szczególny

relikwiarz, w kształcie cyborium, godny pomieścić szczątek

świętej Anny, dopóki nie zdołam zbudować odpowiedniej

kaplicy ku jej czci. Rysunki Chilkiasza były wspaniałe.

Zapowiadały zaiste niezrównane dzieło. I oto wczoraj wieczór ów młodzik miał je nam dostarczyć, lecz gdy znaleziono jego ciało, obok leżał tylko pusty worek. Być może zabili go żydzi, choć równie dobrze mogli to uczynić chrześcijanie. Ty

jako lekarz masz wstęp do wielu domów. Jesteś chrześcijaninem,  ale byłeś przecie żydem. Chcę, abyś wykrył

zabójców.

13

 

Bernardo Espina z trudem stłumił falę zdumienia i urazy. Cóż za ignorancja! Jak można myśleć, że przechrzta wszędzie jest mile widziany?

- Wielebny ojcze, jestem chyba ostatnią osobą zdolną wykonać to zadanie. Nie mnie powinieneś je powierzyć.

- A jednak to czynię - mnich wlepił w niego twarde spojrzenie. Miało w sobie nieubłaganą zawziętość człowieka, który po to wyrzekł się ziemskich dostatków, by w zamian kupić sobie wszystko, co da się osiągnąć w niebiesiech.

Masz odnaleźć tych morderców, synu. Trzeba im pokazać, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie, my zaś nie jesteśmy bezbronni. To święte zadanie i ty je musisz wypełnić.

 

Rozdział 2

Dar od Boga

Ojciec Sebastian znałdobrze brata Pereza. Wiedział, że to człowiek niezachwianej wiary i że bez wątpienia dostąpiłby godności przeora klasztoru Wniebowzięcia, gdyby on sam umarł albo awansował. Zakrystian klasztornej kaplicy grzeszył wszakże wadą nadmiernej ufności. Przeor uznał za rzecz mocno niepokojącą już choćby to, że spośród sześciu surowookich strażników wynajętych przez brata Pereza do patrolowania klasztoru trzech zaledwie znanych jest im obu osobiście. Miał przy tym bolesną świadomość, że cała przyszłość klasztoru, nie mówiąc już o jego własnej, spoczywa w małej drewnianej szkatułce ukrytej w skromnej kaplicy. Obecność relikwii przepełniała go wdzięcznością i nie słabnącym zdumieniem, że zdarzył mu się taki cud, lecz budziła zarazem ogromny niepokój: powiernictwo takiej świętości to wielki honor, ale też straszna odpowiedzialność.

Jako dwunastoletni zaledwie chłopiec Sebastian Alvarez zobaczył kiedyś coś niezwykłego w wypolerowanej powierzchni czarnego ceramicznego dzbana. Ta wizja - bo do końca dni swoich miał wierzyć, że musiało to być święte widzenie - objawiła mu się pewnej nocy w rodzinnym domu w Walencji, w sypialnej komnacie, którą dzielił z braćmi, Augustinem i Juanem Antoniem. Obudził się nagle i w oblanej księżycowym blaskiem czarnej polewie dzbana zobaczył umęczonego Pana Jezusa na krzyżu. Zarówno postać Zbawiciela, jak i krzyż były niewyraźne, nie dostrzegł więc żadnych

15

 

szczegółów, prawie zaraz też zapadł na powrót w jakiś słodko kojący sen. Kiedy zbudził się rankiem, dzban wyglądał jak zwykle, obraz zniknął, lecz wspomnienie tej sceny, jasne i wyraziste, na zawsze wryło mu się w pamięć.

Nigdy nie wyjawił nikomu, że Bóg uczynił go swoim wybrańcem, zsyłając mu ową wizję. Starsi bracia szydziliby z niego, mówiąc, że tym, co zobaczył, musiał być sierp księżyca, co na chwilę odbił się w dzbanie. Ojciec, możny grand, który z racji swego rodowodu i włości uważał, że wolno mu być okrutnikiem, wygarbowałby skórę głupiemu synowi. Matka, zaszczute stworzenie żyjące w wiecznym strachu przed mężem, rzadko otwierała usta, do dzieci zaś nie odzywała się prawie nigdy. Ale on, Sebastian, jasno zrozumiał tej nocy, jakie odtąd ma być jego życie. Zaczął objawiać tak wielką nabożność, że bez trudu nakłonił ojca, aby oddał go w służbę Kościoła.

Po święceniach kapłańskich z chrześcijańską pokorą zadowalał się pełnieniem różnych mało znaczących funkcji. Dopiero w szóstym roku kapłaństwa przyszło mu w sukurs rosnące znaczenie średniego brata, Juana Antonia. Tytuł szlachecki i dobra rodowe w Walencji odziedziczył najstarszy, Augustin, ale Juan Antonio zawarł świetne małżeństwo w Toledo, a rodzina jego małżonki, potężni Borgiowie, sprawiła, że Sebastian został przydzielony do tutejszej kurii.

Biskup Toledo mianował go kapelanem nowego klasztoru hieronimitów i prawą ręką przeora, ojca Jeronima Degasa. Klasztor ten, pod wezwaniem Wniebowzięcia, był niesłychanie ubogi. Nie miał własnych ziem z wyjątkiem owego skrawka, na którym stały budynki, ani innej trwałej substancji. Mnisi dzierżawili jedynie niewielki oliwny gaik, a Juan Antonio zezwolił im w drodze łaski uprawiać winną latorośl na obrzeżach swojej posiadłości. Klasztor zbierał mniej niż skromne datki - ani Juan Antonio, ani inni okoliczni posiadacze nie byli zbyt szczodrzy - nie przyciągał też bogatych nowicjuszy.

Gdy po śmierci ojca Degasa braciszkowie wybrali go przeorem, Sebastian Alvarez uległ grzechowi pychy, choć w głębi ducha podejrzewał, że ów zaszczyt przypadł mu

16

 

w udziale głównie z powodu brata. Pierwsze pięciolecie kierowania klasztorem nie tylko umniejszyło jego dobre mniemanie o sobie, lecz i podkopało w nim siłę ducha. Mimo to nadal ośmielał się marzyć. Olbrzymi zakon cystersów został wszak założony przez garstkę dzielnych ludzi, uboższych niż jego mnisi, a teraz jest potęgą. Gdy tylko jakaś społeczność biało odzianych braciszków osiągała liczbę sześćdziesięciu, dwunastu natychmiast ruszało w drogę zakładać nowy klasztor i tak oto rozsiedli się po całej Europie ku chwale Jezusa Chrystusa. Padre Sebastian powiedział sobie, że jego skromne zgromadzenie również zdolne jest tyle osiągnąć, jeśli tylko Bóg miłościwy zechce mu wskazać drogę.

W roku pańskim 1488 nadzieje ojca Alvareza odżyły: zapowiedziano wizytę dostojnego gościa ze świętej Stolicy Apostolskiej. Wszyscy kastylijscy duchowni byli nią niezmiernie poruszeni. Kardynał Rodrigo Lanzol miał wszak hiszpańskie korzenie, urodził się bowiem w pobliżu Sewilli jako Rodrigo Borgia. Adoptowany w młodości przez swego stryja, papieża Kaliksta III, wyrósł z czasem na osobistość, której zaczęto się lękać, tak wielką posiadał władzę. Al-varezowie dawno już dowiedli swej lojalności wobec rodu Borgiów. Łączyły ich przyjaźnie i przymierza, teraz zaś więzy między rodzinami umocniły się jeszcze dzięki małżeństwu Eleonory Borgii z Juanem Antoniem Alvarezem. Za sprawą tychże koneksji Juan Antonio stał się znaną postacią u dworu, gdzie pełnił różne zaszczytne funkcje. Mówiono, że jest ulubieńcem samej królowej Izabeli.

Eleonora i kardynał Lanzol byli kuzynami w pierwszej linii.

- Potrzebna jest nam relikwia - zwrócił się do niej Sebastian. Ciężko mu było wystąpić z tą prośbą. Nie znosił bratowej za jej próżność, nieszczerość i straszną kąśliwość, kiedy ktoś ją czymkolwiek rozdrażnił. - Relikwia jakiegoś męczennika lub może któregoś z pomniejszych świętych. Gdyby jego eminencja pomógł klasztorowi w zdobyciu świętej pamiątki, byłaby to dla nas rzecz wielka. Pewien

17

 

jestem, że rad byłby przyjść nam z pomocą, gdybyś tylko go poprosiła.

- Och nie, nie mogę! - zaprotestowała Eleonora.

Sebastian nie skapitulował. Im bliżej było wizyty, tym bardziej poniżał się przed bratową błaganiem o wstawiennictwo, ona zaś stopniowo miękła. Na koniec aby się pozbyć natręta, złożyła mu obietnicę, że uczyni dla jego sprawy wszystko co w ludzkiej mocy. Wiadomo było powszechnie, że brat jej ojca, Garci Borgia Junez, będzie podejmował kardynała w swojej posiadłości w Cuence.

- Pomówię ze stryjem - obiecała Sebastianowi. - Będę go prosić, aby się za wami wstawił.

Tuż przed wyjazdem z Toledo kardynał Lanzol odprawił w miejscowej katedrze uroczystą mszę, w której uczestniczyli wszyscy bracia zakonni, księża i dostojnicy kościelni z całego regionu. Po nabożeństwie stał jeszcze chwilę przed ołtarzem otoczony tłumem oddanych stronników. Na głowie miał mitrę kardynalską, w ręku wielki pastorał, na szyi zaś paliusz darowany mu przez papieża.

Sebastian, patrząc na niego z daleka, miał uczucie, że doświadcza drugiej w swym życiu nabożnej wizji. Nie starał się zbliżyć do kardynała. Eleonora już mu powiedziała, że Garci Borgia Junez przedłożył Lanzolowi wiadomą prośbę, a jak mądrzeją uzasadnił! Przypomniał, że po każdej wielkiej krucjacie rycerstwo i piesze wojska ze wszystkich krajów Europy wracają do domu przez Hiszpanię, ogałacając królestwo z cennych relikwii. Wykopują z ziemi kości świętych i męczenników, rabują ich szczątki z każdego prawie kościoła czy katedry napotkanych na swojej drodze. Stryj, mówiła Eleonora, delikatnie napomknął kardynałowi, że gdyby mógł ofiarować jakąś niewielką relikwię pewnemu hiszpańskiemu księdzu spowinowaconemu z rodem Borgiów przez jej małżeństwo, zyskałby sobie w zamian wdzięczność całej Kastylii.

Teraz, myślał Sebastian, wszystko w ręku Boga i Jego rzymskich namiestników.

18

 

Dni mijały mu bardzo powoli. Z początku ośmielał się marzyć, że darowana relikwia będzie mieć moc spełnienia chrześcijańskich modlitw i że Bóg miłosierny obdarzy ją łaską uzdrawiania chorych. Taka świętość ściągałaby wiernych z najdalszych stron. I hojne datki. Ubogi klasztor stałby się wielką, kwitnącą kongregacją, a jego przeor... W miarę jak dni oczekiwania urastały w tygodnie, a potem w miesiące, zakazał sobie tych myśli. Już prawie stracił wszelką nadzieję, kiedy nadeszło wezwanie z biskupstwa. Do kurii dotarł właśnie worek pocztowy z Rzymu - co zdarzało się dwa razy w roku - w nim zaś wśród innych przesyłek znaleziono zapieczętowaną kopertę dla ojca Sebastiana AWareza z klasztoru Wniebowzięcia.

Nie była to rzecz zwykła, aby skromny kapłan otrzymywał listy opatrzone pieczęcią świętej Stolicy Apostolskiej. Biskup pomocniczy Guillermo Ramero był tym mocno zaintrygowany, toteż wręczając Sebastianowi przesyłkę, patrzył nań wyczekująco, przekonany, że przeor zaraz ją otworzy i ujawni zawartość swemu zwierzchnikowi - jak przystało dobremu słudze Kościoła. Był wściekły, gdy padre Alvarez zwyczajnie odebrał kopertę i oddalił się zaraz z pośpiechem.

Dopiero w zaciszu swej celi przeor palcami drżącymi z emocji przełamał woskową pieczęć. W środku znajdował się dokument zatytułowany "Translatio Sanctae Annae". Osunąwszy się na krzesło, zaczął go odczytywać i wtedy, dopiero wtedy jął z wolna pojmować, że ów dokument to historia ziemskich szczątków świętej Anny, rodzicielki Najświętszej Dziewicy.

Żydówka Chana, małżonka Joachima, zmarła w Nazarecie i tam też złożono jej ciało do grobu. Już pierwsi chrześcijanie darzyli ją głęboką czcią. Wkrótce po śmierci Chany dwie Marie, jej krewne, i dalszy kuzyn imieniem Maksymin wyruszyli w świat głosić słowo Ewangelii w obcych krajach. W uznaniu świętości tej misji ofiarowano im drewnianą szkatułkę z kilkoma relikwiami matki Najświętszej  Dziewicy. Trójka pielgrzymów, przebywszy Morze

19

 

Śródziemne, wylądowała w Marsylii. Kobiety osiadły w pobliskiej wiosce rybackiej, by nawracać mieszkańców na prawdziwą wiarę, że jednak ów przybrzeżny obszar padał ofiarą częstych najazdów, Maksyminowi powierzono misję ukrycia świętych kości w bezpieczniejszym miejscu. Dalsza wędrówka zaprowadziła go do miasta Apt, gdzie umieścił je w świątynnym relikwiarzu.

Spoczywały tam setki lat. W ósmym wieku po narodzinach Chrystusa miasto odwiedził ten, którego żołnierze zwali "Carolus Magnus" - Karol Wielki, król Franków. Zdumiał się, ujrzawszy relikwiarz i wyrytą na nim inskrypcję: "Tu oto spoczywają szczątki świętej Anny, matki Przenajświętszej Maryi Dziewicy".

Ów król wojownik, wydobywszy kości z kawałka zbutwiałego płótna, doznał poczucia Boskiej obecności - trzymał wszak w ręku szczątki niewiasty, z której krwi narodził się Chrystus! Kilka tych relikwii ofiarował swym najbliższym druhom, te, które zatrzymał sobie, wyprawił do Akwizgranu. Nakazał sporządzić inwentarz wszystkich kości znalezionych w Apt, którego kopię wysłał papieżowi, pozostałe zaś szczątki powierzył opiece biskupa Apt i jego następców. W roku pańskim osiemsetnym, gdy po zwycięskim podboju całej zachodniej Europy Karol Wielki włożył na skronie koronę Świętego Cesarstwa Rzymskiego, jego szaty koronacyjne zdobił haft przedstawiający postać świętej Anny.

Z grobowca w Nazarecie wcześniej już wydobyto pozostałe tam jeszcze kości.  Kilka spośród nich  otrzymały kościoły w różnych krajach, trzy ostatnie powierzono pieczy Ojca Świętego. Te trzy przez ponad stulecie spoczywały w rzymskich katakumbach, ale oto nadszedł rok 830 i pewien złodziej relikwii, nazwiskiem Duesdona, diakon Kościoła rzymskiego, zuchwale splądrował katakumby, chcąc zaopatrzyć w relikwie germańskie klasztory. Sprzedał im między innymi szczątki świętych Sebastiana, Fabiana, Aleksandra, Emerencji, Felicyty, Felicjana i Urbana, dziwnym wszakże trafem przeoczył trzy kości świętej Anny. Kiedy władze kościelne odkryły bezbożną grabież, przeniesiono je do

20

 

magazynów, gdzie przez kilka następnych stuleci bezpiecznie obrastały kurzem.

Teraz zawiadamiano ojca Sebastiana, iż wkrótce otrzyma jedną z tych bezcennych kości.

Przez całą dobę, od jutrzni do jutrzni, na kolanach dziękował Bogu za łaskę, nie przyjmując jadła ni napoju. Kiedy wreszcie spróbował się podnieść, nie miał czucia w nogach. Zaniepokojeni bracia musieli go wynieść z kaplicy i złożyć na łóżku w celi. Pan Bóg wszakże przywrócił mu siły; wtedy poszedł pokazać "Translatio" Juanowi Antoniowi i Garciemu Borgii. Zdjęci nabożnym podziwem, zobowiązali się pokryć koszt relikwiarza, w którym cząstka babki Zbawiciela miała czekać na godną kaplicę. Długo deliberowali nad wyborem rzemieślnika, który sprostałby temu zadaniu. Za radą Juana Antonia postanowili na koniec zlecić je Chilkiaszowi Toledanowi, żydowskiemu złotnikowi, który zyskał sobie znaczny rozgłos tak oryginalnością swych wzorów, jak i pięknem ich wykonania.

Sebastian odbył z nim później dyskusję w sprawie kompozycji relikwiarza oraz zapłaty za dzieło. Wtedy też przyszło mu na myśl, jak dobrze byłoby pozyskać dla Chrystusa duszę tego żyda. Wszak dzieło Chilkiasza służyć ma Jego chwale.

Rysunki przedłożone przez złotnika świadczyły wymownie, że jest on nie tylko biegłym w swej sztuce rzemieślnikiem, lecz i prawdziwym artystą. Cały kielich wraz z kwadratową podstawą i pokrywą miał być wykonany z litego polerowanego srebra. Chilkiasz zaproponował, by umieścić na nim dwie postacie wykonane techniką filigranu - z cieniutkich srebrnych niteczek. Widoczne były tylko ich plecy, jednakże płeć postaci nie budziła żadnych wątpliwości - promieniały kobiecym wdziękiem. Po lewej stronie stała matka, po prawej córka, nie całkiem jeszcze dojrzała niewiasta, łatwa wszakże do rozpoznania po otaczającej głowę aureoli. Na całej powierzchni cyborium Chilkiasz chciał wycyzelować mnóstwo roślin znanych Chanie za życia - winorośl i drzewa oliwne, granaty, daktyle i figi, pszenicę orkisz i jęczmień. Po drugiej stronie kielicha, ukryte przed wzrokiem kobiet,

21

 

tak jak ukryta jest przyszłość, jawiło się wyobrażenie tego, co nadejdzie - wyrzeźbiony w litym srebrze krzyż, który wiele lat po śmierci Chany miał stać się symbolem nowej religii. U stóp krzyża widniała szczerozłota postać Dzieciątka.

Padre Sebastian obawiał się trochę, iż dwaj fundatorzy mogą zgłosić własne pomysły, przez co sprawa ulegnie zwłoce, jednakże ku jego uldze szkice Chilkiasza wprawiły ich w zachwyt.

Nie minęły nawet dwa tygodnie, kiedy stało się dla niego jasne, że rychła pomyślność klasztoru nie jest już tajemnicą. Ktoś - Juan Antonio, Garci Borgia bądź złotnik - pochwalił się widać relikwią. A może komuś w Rzymie wymknęło się niebaczne słówko. Kościół czasami przypomina wioskę, pomyślał nieco zgryźliwie. Duchowni z Toledo, którzy do tej pory nie raczyli bodaj zauważyć osoby skromnego przeora, teraz przyglądali mu się bacznie, a w ich oczach czaiła się wrogość. Do klasztoru przybył biskup sufragan Guillermo Ramero i jął szczegółowo lustrować kaplicę, kuchnię i cele mnichów.

— Eucharystia to ciało Pana naszego - zauważył

- czyż jest więc potężniejsza od niej relikwia?

— Nie, wasza ekscelencjo - potulnie odrzekł Sebastian.

— Skoro relikwię Świętej Rodziny ofiarowano naszemu

miastu, powinna ona stać się własnością biskupstwa w Toledo, nie zaś podległej mu instytucji - zagrzmiał jego ekscelencja.

Sebastian tym razem zmilczał, zmierzył się jednak z biskupem długim, nieruchomym spojrzeniem, z którego znik-nęła wszelka potulność. Biskup parsknął ze złością i dał znak swej świcie, że wizyta skończona.

Zanim ojciec Sebastian zdecydował się podzielić doniosłą nowiną z bratem zakrystianem, ten dowiedział się już wszystkiego od swego krewniaka, księdza z diecezjalnego Świętego Oficjum. Przeor wkrótce odkrył, że o relikwii mówią już wszyscy, nie wyłączając jego własnych mnichów, a nawet nowicjuszy. Krewniak z diecezji powiadomił również zakrystiana, iż szpiedzy donoszą o licznych przygotowa-

22

 

niach do różnych drastycznych akcji. Franciszkanie i benedyktyni wystosowali do Rzymu ostre listy protestacyjne. Cystersi, którzy swą potęgę zbudowali na szczególnym kulcie Przenajświętszej Maryi Panny, zawrzeli oburzeniem, że relikwia Jej rodzicielki ma przypaść w udziale zgromadzeniu hieronimitów. Wynajęli już adwokata, by przedłożył ich sprawę Rzymowi. Nawet wśród samych hieronimitów dawały się słyszeć szepty, iż tak czcigodnej relikwii nie powinno się powierzać tak skromnemu klasztorowi.

Ojciec Sebastian i brat Julio doskonale zdawali sobie sprawę, czym grożą owe działania: wysyłka relikwii może zostać wstrzymana. Dla klasztoru byłaby to klęska, spędzali zatem długie godziny na modlitwie, błagając Boga o łaskę.

Wreszcie jednak pewnego letniego dnia u wrót klasztoru Wniebowzięcia pojawił się krzepki brodaty wędrowiec w ubogim odzieniu peona. Przybył w porze wydawania wodzianki, którą zaczął zajadać z takim samym zapałem jak wszyscy głodni petenci. Kiedy już tę cienką polewkę wy-chłeptał do ostatniej kropli, zapytał o ojca Sebastiana, a zostawszy sam na sam z przeorem, przedstawił mu się jako ojciec Tullio Brea z Rzymu, przybywający z błogosławieństwem jego eminencji kardynała Rodriga Lanzola. Po tych słowach wydobył ze swej wyszarganej sakwy małą drewnianą szkatułkę. Przeor, podniósłszy wieczko, znalazł w środku mocno pachnący zwitek jedwabiu koloru krwi, w nim zaś tak długo oczekiwany ułomek bezcennej kości.

Włoski duchowny niedługo zabawił w klasztorze. Został na nieszporach, których nigdy jeszcze nie celebrowano tu tak radośnie i z taką wdzięcznością, lecz gdy tylko przebrzmiały ostatnie dźwięki pieśni wieczornej, równie niepostrzeżenie jak przybył, rozpłynął się w mroku nocy.

Przeor po tej wizycie nieraz rozmyślał tęsknie, jak beztroska być musi taka służba Bogu: wędrować sobie po świecie w przebraniu... Podziwiając zręczność takiego posunięcia, jakim było niewątpliwie powierzenie cennej przesyłki niepozornemu pielgrzymowi bez żadnej eskorty, pchnął do Chilkiasza gońca z listem, w którym radził mu zrobić to

23

 

samo. Niech ukończony relikwiarz dostarczy samotny posłaniec po zapadnięciu zmroku.

Złotnik usłuchał i wysłał w drogę swego syna, tak jak kiedyś uczynił to Bóg. Z takim samym też rezultatem, myślał przeor. Ten chłopak, Meir, był żydem, nie dostąpi więc nigdy Królestwa Bożego, mimo to padre Sebastian zmówił pacierz za jego duszę. Morderstwo i kradzież pokazały mu jasno, ile niebezpieczeństw grozi zewsząd powiernikom bezcennej relikwii, pomodlił się więc także za powodzenie medyka, któremu w imię Boże nakazał odnaleźć złoczyńców.

 

Rozdział 3

Żyd, który stał się chrześcijaninem

Bernardo Espina lękał się przeora Alvareza. Mądry człek i zarazem taki nierozumny, rozmyślał markotnie, oddalając się od klasztoru. Wszak on, Bernardo Espina, jest bodaj ostatnim z ludzi zdolnym dowiedzieć się czegokolwiek tak od żydów, jak i chrześcijan, gdyż gardzą nim jedni i drudzy.

Zaczął myśleć o swym pochodzeniu i historii swojej rodziny - a znał ją w całości. Według legendy pierwszy Espina, który osiadł na Półwyspie Iberyjskim, był przedtem kapłanem w świątyni Salomona. Jego potomkowie i inni żydowscy przybysze przetrwali w Hiszpanii rządy Wizygotów, a potem podboje Maurów i chrześcijan. Zgodnie z nakazami swych rabinów zawsze skrupulatnie przestrzegali praw każdej monarchii i ludu, wśród którego żyli. Osiągnęli w Hiszpanii najwyższe godności. Służyli władcom jako wezyrowie, opływali w dostatki jako lekarze i dyplomaci, lichwiarze i bankierzy, poborcy podatków i kupcy, posiadacze ziemscy i słynni rzemieślnicy. Równocześnie prawie każde pokolenie padało ofiarą pogromów, do których biernie lub czynnie zachęcał wiernych Kościół katolicki. "Żydzi to ludzie wpływowi i niebezpieczni, przywodzący dobrych chrześcijan ku zwątpieniu" - surowo pouczył Bernarda ksiądz, który udzielał mu chrztu.

Dominikanie i mnisi spod znaku świętego Franciszka przez setki lat podburzali przeciw żydom pueblo menudo,

¦   25

 

"małych ludzi", jak zwali niższe warstwy, wzniecając w nich niechęć przeradzającą się nieraz w zaciekłą nienawiść. I tak po krwawym pogromie w roku 1391 - wymordowano wtedy pięćdziesiąt tysięcy żydów! - nastąpiło jedyne w ich dziejach masowe nawrócenie, podczas którego setki tysięcy wyznawców Jahwe przyjęły wiarę Chrystusową. Jedni uczynili to w obronie życia, inni dla majątku i wpływów. Wśród konwertytów byli ludzie tacy jak Espina, którzy szczerze pokochali Zbawiciela, jednakże wielu głośno wyznając katolicyzm, nadal potajemnie przestrzegało starej wiary. Byli oni tak liczni, że w roku 1487 papież Sykstus IV ustanowił Świętą Inkwizycję, która miała wykrywać fałszywych chrześcijan i karać ich śmiercią.

Bernardo słyszał nieraz, jak niektórzy żydzi nazywają przechrztów: los marranos, wieprze, twierdząc przy tym, że skazani są na wieczne potępienie i że w Dniu Sądu ich ciała nie powstaną z martwych. Litościwsi mówili o nich anusim, przymuszeni, utrzymując, iż Bóg w miłosierdziu swoim wybaczył im grzech apostazji, rozumiejąc, że zmuszeni go byli popełnić, by przetrwać.

On sam nie należał do "zniewolonych". Jako żydowski chłopiec zerknął kiedyś przez otwarte drzwi do katedry i zaintrygowała go postać rozpięta na krzyżu. Ojciec i inni starsi nazywali tego kogoś "wisielcem". Później, kiedy ja...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin