Noah Gordon
MEDICUS
Tytuł oryginału The Physician
Kochanej Ninie, która mi dała Lorraine
Były to ostatnie bezpieczne i beztroskie chwile dzieciństwa Roba, a on jednak w swojej nieświadomości uważał obowiązek pilnowania ojcowskiego domu, braci i siostry za dopust Boży. Tak wczesną wiosną słońce stało jeszcze na tyle nisko, że ciepłymi liźnięciami sięgało pod okap strzechy, Rob więc rozsiadł się na pochyłym szorstkim kamieniu przed drzwiami od ulicy i z lubością się wygrzewał. Ulicą Gęśli zbliżała się jakaś kobieta, ostrożnie stawiając stopy między wybojami w bruku. Bruk wymagał naprawy, tak samo jak większość nędznych wyrobniczych domków skleconych byle jak przez rzemieślników, którzy na życie zarabiali stawianiem porządnych domów dla ludzi bogatszych, cieszących się większym powodzeniem.
Rob miał do wyłuskania koszyk wczesnego groszku i jednocześnie starał się nie spuszczać z oka młodszego rodzeństwa, co pod nieobecność mamy było jego obowiązkiem. Sześcioletni William Stuart i czteroletnia Annę Mary grzebali się w ziemi przy domu, wśród chichotów oddając się swoim tajemniczym zabawom. Jonathan Carter, półtoraroczny malec, bełkotał z sytości leżąc na kożuszku, nakarmiony papką z chleba i poklepany po plecach, póki mu się nie odbiło. Siedmioletni Samuel Edward wymknął się Robowi. Sprytny Samuel zawsze umiał się wymigać od pomocy, toteż Rob rozglądał się za nim z oburzeniem. Łuskał strączki jeden po drugim, jak mama wydłubując groszek z woskowych dołków kciukiem, i nie przerwał swego zajęcia, gdy zobaczył, że ta kobieta zmierza prosto do niego. Mięsistą twarz miała jaskrawo wymalowaną, a sznurówka poplamionego stanika tak wysoko podnosiła jej piersi, że przy pewnych ruchach łyskały z niego uróżowane brodawki. Rob J. liczył sobie ledwie dziewięć lat, ale dziecko Londynu zawsze pozna ulicznicę.
— Hej tam, to dom Nathanaela Cole'a?
Przyjrzał się jej z niechęcią, gdyż nie pierwszy to raz ladacznica pukała do ich drzwi pytając o ojca.
— A kto pyta?—burknął, zadowolony, że ojciec wybrał się szukać pracy, a mama poszła odnieść hafty i może uniknąć kłopotliwego spotkania.
— Żona go potrzebuje. Od niej przychodzę.
— Co mówicie? Jak to: potrzebuje go?
Zręczne dziecinne palce przerwały łuskanie groszku. Nierządnica przyjrzała mu się chłodno, po tonie jego głosu i zachowaniu zgadując, co o niej sądzi.
— To twoja matka? Skinął głową twierdząco.
— Zaczęła ciężki poród. Jest w stajniach Egglestana przy PuddleDock. Lepiej poszukaj ojca i mu powiedz— powiedziała i odeszła.
Rozejrzał się, nie wiedząc, co począć.
— Samuel! — zawołał, lecz przeklęty Samuel jak zwykle zapodział się nie wiadomo gdzie, Rob oderwał więc Williama i Annę Mary od zabawy. — Zajmij się małymi, Willum — przykazał, po czym zostawił dom i pobiegł ile sił w nogach.
Gdyby wierzyć bajarzom, których nie braknie nigdy, Anno Domini 1021, rok ósmej ciąży Agnes Cole, był rokiem szatana. Zaznaczył się uciążliwymi dla ludzi klęskami i potwornymi wybrykami natury. Poprzedzającej go jesieni straszne mrozy spętały rzeki i ścięły zbiory. Spadły deszcze, jakich nie bywało, a wskutek nagłej odwilży wysoka fala wtargnęła do Tamizy zmiatając mosty i domy. Spadały gwiazdy wlokąc za sobą błyskawice i pokazała się kometa. W lutym wyraźnie zatrzęsła się ziemia. Piorun utrącił szczyt krucyfiksu i powtarzano sobie po cichu, że Chrystus i jego święci posnęli. Podobno pewne źródło przez trzy dni tryskało krwią, a podróżni opowiadali, że w lasach i różnych tajemnych miejscach pokazuje się diabeł.
Agnes przykazała najstarszemu synowi, żeby nie dawał wiary tym bajdom, z troską jednak dodała, że gdyby Rob J. coś niezwykłego zobaczył albo usłyszał, ma uczynić znak krzyża.
Ciężko się żyło bożemu ludowi tego roku, gdyż zbiory zawiodły i nastały ciężkie czasy. Nathanael przez cztery miesiące z górą nie zarobił ani pensa i zawdzięczał utrzymanie umiejętnościom żony, która pięknie haftowała.
Kiedy się pobierali, oboje byli chorzy z miłości i bardzo ufni w swoją przyszłość. Nathanael planował, że wzbogaci się jako przedsiębiorca budowlany, w cechu ciesielskim jednak awansowało się powoli i wszystko zależało od komisji egzaminacyjnych, które tak drobiazgowo oceniały każdy projekt, jakby był przeznaczony dla króla. Sześć lat był czeladnikiem, a dwakroć tyle towarzyszem stolarskim. Teraz powinien się już ubiegać o stopień mistrza ciesielskiego, niezbędny dla samodzielnego przedsiębiorcy. Aby jednak zostać mistrzem, trzeba było energii i pomyślnych czasów, on zaś nazbyt już utracił ducha, by się postarać.
Życie ich nadal uzależnione było od cechu, lecz teraz nawet londyński cech cieśli zawodził. Nathanael stawiał się co dzień rano w domu cechowym tylko po to, by się dowiedzieć, że żadnej pracy nie ma. Razem z innymi zrezygnowanymi towarzyszami szukał zatem pociechy w trunku, który zwali pimentem. Jeden z cieśli dostarczał miodu, inny przynosił korzenie, a w domu cechowym zawsze się znalazł dzban wina. Od żon innych cieśli Agnes wiedziała, że nierzadko jeden z nich wychodzi i sprowadza kobietę, której po pijanemu kolejno zażywają bezrobotni mężowie.
Pomimo wad Nathanaela Agnes nie potrafiła odsunąć go od siebie, gdyż wielkie czerpała upodobanie w rozkoszach ciała. Dbał o to, aby stale chodziła z brzuchem, i od nowa napychał ją dzieckiem, ledwie zdążyła wydać na świat poprzednie, a ilekroć zbliżał się jej czas, unikał domu. W ich życiu niemal dosłownie spełniły się ponure przepowiednie ojca Agnes, wygłoszone, kiedy już z Robem w brzuchu wychodziła za młodego cieślę, który się zjawił w Watford do pomocy przy budowie stodoły sąsiada. Ojciec winił za wszystko jej edukację, twierdząc, że nauka napełnia kobietę szaleństwem pożądliwości.
Jej ojciec był właścicielem niedużej zagrody, którą otrzymał od Ethekeda z Wessexu zamiast żołdu. Jako pierwszy z rodziny Kempów osiadł na roli. Walter Kemp oddał córkę na naukę w nadziei, że zapewni jej to małżeństwo z jakimś ziemianinem, ponieważ bogaci ziemianie przekonali się już, jak praktycznie jest mieć kogoś zaufanego, kto potrafi czytać i rachować, i że tym kimś może być żona. Goryczą napełnił go widok córki wychodzącej za mąż tak nisko i niewybrednie. Ale biedak nie mógł jej nawet wydziedziczyć. Ta odrobina, jaką posiadał, przeszła za zaległe podatki na Koronę, kiedy umarł.
Ambicje ojca ukształtowały jednak życie córki. Pięć najszczęśliwszych lat życia, jakie zapamiętała, były latami spędzonymi jako dziecko w szkole u zakonnic. Zakonnice nosiły szkarłatne buciki, biało-fioletowe habity i welony cienkie jak mgiełka. Nauczyły ją czytania i pisania, trochę łaciny niezbędnej do zrozumienia katechizmu, jak również kroju, szycia niewidocznym ściegiem i płaskiego haftu, tak eleganckiego, że był znany i poszukiwany we Francji jako haft angielski. „Fanaberie", których się nauczyła od zakonnic, teraz żywiły całą rodzinę.
Tego ranka poważnie się zastanawiała, nim wybrała się odnieść wykonane hafty. Czas jej się zbliżał i czuła się ciężka i niezdarna, lecz spiżarnia świeciła już pustkami. Trzeba było iść na targ Billingsgate, kupić mąki i kaszy, a na to potrzebowała pieniędzy należnych od mieszkającego w Southwark, na drugim brzegu rzeki, kupca handlującego haftami. Z małym zawiniątkiem w ręku ruszyła więc powoli przez Thames Street w stronę Mostu Londyńskiego.
Na Thames Street kłębił się jak zawsze tłum jucznych zwierząt i dokerów kursujących z towarem między przepastnymi składami a lasem masztów przy nabrzeżu. Gwar spadł na nią jak deszcz podczas suszy. Mimo wszystkich kłopotów wdzięczna była Nathanaelowi za to, że zabrał ją z Watford i zagrody. Jakże kochała to miasto!
— Wracaj, psiajucho, oddaj pieniądze! Ale już! — wydzierała się wściekła przekupka na kogoś, kogo Agnes nie mogła dojrzeć.
Śmiech mieszał się z gwarem obcych języków, przekleństwa padały jak czułe zaklęcia. Mijała po drodze obszarpanych niewolników dźwigających na statki ciężkie gęsi żelaznej surówki. Psy obszczekiwały uginających się pod tym strasznym ciężarem biedaków, pot perlił się na ich ogolonych głowach. Wciągnęła w płuca czosnkowy odór bijący od nie mytych ciał i metaliczny zapach surówki, a następnie przyjemniejszą woń płynącą od wózka, przy którym jakiś człowiek zachwalał paszteciki z mięsem. Ślina napłynęła Agnes do ust, lecz miała w kieszeni tylko jednego miedziaka, w domu zaś głodne dzieci.
— Paszteciki słodkie jak grzech! — wołał sprzedawca.
— Smaczne i gorące!
Baseny portowe pachniały rozgrzaną w słońcu żywicą i smołowaną liną. Idąc położyła rękę na brzuchu i poczuła ruchy dzieciaka pływającego w zawartym między jej biodrami oceanie. Na rogu gromada marynarzy z kwiatami przy czapkach śpiewała wesoło, a trzech muzykantów przygrywało im na piszczałce, bębenku i harfie. Kiedy ich mijała, zauważyła mężczyznę opartego o dziwaczny wóz z wymalowanymi znakami zodiaku. Mógł mieć jakieś czterdzieści lat. Zaczynały mu wypadać włosy, ciemnobrązowe jak i broda. Twarz miał ogorzałą, rysy miłe i byłby przystojniejszy od Nathanaela, gdyby nie tusza
— nosił przed sobą brzuch równie pełny jak ona. Tusza owa nie była odpychająca, przeciwnie, rozbrajała, pociągała i mówiła patrzącemu: oto przyjazna, braterska dusza, aż nazbyt rozkochana w tym, co dobre w życiu. Niebieskie oczy iskrzyły się i błyszczały nie przynosząc ujmy uśmiechowi igrającemu na wargach.
— Śliczna pani, będziesz moją turkaweczką? — zapytał. Zaskoczył ją, rozejrzała się, ciekawa, do kogo mógł to powiedzieć, lecz nikogo prócz niej w pobliżu nie było.
— Ha!
Normalnie zmroziłaby hultaja jednym spojrzeniem, ażby mu w pięty poszło, ale miała poczucie humoru i spodobał się jej ten mężczyzna, który je też okazał, i to niemałe.
— Jesteśmy jak stworzeni dla siebie. Życie dałbym za was, moja pani! — zawołał za nią z zapałem.
— Nie ma potrzeby, już Chrystus to zrobił, mopanku — powiedziała.
Uniosła głowę, wyprostowała plecy i odeszła kołysząc się kusząco i dźwigając przed sobą potwornie wielkie, rozdęte dzieckiem brzuszysko. Zawtórowała mu śmiechem.
Dawno już żaden mężczyzna nie złożył jej hołdu jako kobiecie bodaj żartem, toteż po tej absurdalnej wymianie zdań Agnes w lepszym nastroju przepychała się dalej Thames Street. Wciąż uśmiechnięta zbliżała się już do Puddle Dock, gdy chwyciły ją bóle.
— Matko miłosierna... — wyszeptała.
Ból szarpnął znowu, zaczynając się w podbrzuszu, lecz ogarnął wnet umysł i całe ciało. Nogi się pod nią ugięły. Gdy osunęła się na bruk, pękł worek z wodami.— Na pomoc! — zawołała. — Niech mi ktoś pomoże!
Natychmiast zebrała się londyńska gawiedź żądna widowiska i zewsząd otoczyły Agnes ludzkie nogi. Przez mgłę bólu dojrzała krąg ciekawych twarzy.
Jęknęła.
— Odsuńcie się, psubraty! — warknął parobek rozwożący piwo. — Kobieta nie ma czym oddychać. I dajcie ludziom zarobić na chleb powszedni. Zabierzcie ją z ulicy, bo wozy nie przejadą!
Zanieśli ją gdzieś, gdzie było ciemno, chłodno i mocno śmierdziało nawozem. Zanim się tam znalazła, ktoś zdążył się ulotnić z jej haftami. W głębi tego mroku poruszały się jakieś wielkie kształty. Gdzieś o deskę stuknęło kopyto budząc wyraźne echo i rozległo się głośne rżenie.
— Co to? Hola, nie możecie jej tu wnosić — oznajmił kłótliwy głos. Należał do zrzędnego człowieczka ze sterczącym brzuchem i szczerbatą gębą. Agnes poznała Geoffa Egglestana i pojęła, że jest w jego stajniach. Rok temu z okładem Nathanael przestawił w nich kilka boksów i do tego się teraz odwołała.
— Mości Egglestan—powiedziała słabym głosem —jestem Agnes Cole, żona tego cieśli, co go pan dobrze zna.
Wydało jej się, że dojrzała na jego twarzy błysk niechętnego rozpoznania i kwaśną świadomość, że nie może jej wyrzucić. Ludzie tłoczyli się za nim z oczyma błyszczącymi ciekawością.
— Proszę... — wydyszała Agnes. — Niech się ktoś zlituje i sprowadzi mojego męża.
— Nie mogę zostawić stajni — burknął Egglestan. — Musi iść kto inny.
Nikt się nie poruszył i nie odezwał. Ręka Agnes powędrowała do kieszeni w poszukiwaniu monety.
— Proszę... — powtórzyła wyjmując pieniążek.
— Spełnię chrześcijański obowiązek — od razu powiedziała jakaś kobieta, niewątpliwie ulicznica. Jej palce zacisnęły się na monecie jak szpony.
Ból był nie do zniesienia, jakiś nowy i inny. Do silnych skurczów Agnes przywykła, po dwóch pierwszych jej porody nie były zbyt trudne, gdyż spowodowały rozstąpienie się kości. Przed i po urodzeniu Annę Mary miewała poronienia, zarówno jednak Jonathan, jak i dziewczynka po odejściu wód wyszli z niej z łatwością, jak śliskie ziarenka spomiędzy palców. Takiego bólu jak ten nie zaznała przy żadnym ze swoich pięciu porodów.
Święta Agnieszko, pomodliła się w drętwym milczeniu, święta Agnieszko, wspomożycielko jagniąt, zmiłuj się nade mną.
Zawsze podczas porodu modliła się do swojej patronki i święta Agnieszka przychodziła jej z pomocą, ale tym razem Agnes nie czuła nic poza nieustającym bólem i dzieckiem tkwiącym w niej jak wielki szpunt.
Tymczasem jej urywane krzyki przyciągnęły uwagę przechodzącej babki położnej, dobrze podchmielonej staruchy, i ona to klnąc przepędziła ze stajni gapiów. Podeszła do Agnes i przyjrzała się jej z niesmakiem.
— Te diabelne chłopy ułożyły cię w gnoju — mruknęła. Nie miało sensu przenoszenie jej na inne miejsce, gdyż wszędzie było tak samo. Babka zadarła spódnice Agnes powyżej pasa, przecięła na niej bieliznę, odgarnęła zgnojoną słomę sprzed otwartego sromu i wytarła ręce o brudny fartuch.
Z kieszeni wydobyła naczynie ze smalcem pociemniałym już od krwi i śluzu innych kobiet. Zaczerpnąwszy trochę zjełczałego tłuszczu, ruchami jak przy myciu nasmarowała dłonie i wsunęła najpierw dwa, potem trzy palce, a na koniec całą dłoń w rozwartą pochwę rodzącej, która wyła już jak zwierzę.
— Jeszcze nie tak będzie bolało, moja pani — orzekła po chwili, smarując sobie ramiona aż do łokci. — To niebożę mogłoby się ugryźć w piętę, gdyby chciało. Wyłazi rzycią naprzód.
Rob J. ruszył biegiem w stronę Puddle Dock. Potem sobie przypomniał, że ma szukać ojca, skręcił więc w kierunku cechu cieśli, każde bowiem dziecko członka cechu wiedziało, dokąd ma biec w razie potrzeby.
Siedziba londyńskiego cechu cieśli znajdowała się przy końcu ulicy Cieśli, w starej koszarowej budowli o ścianach z pali przeplecionych wikliną i pokrytych grubą warstwą tynku, który co parę lat trzeba było kłaść od nowa. W obszernym wnętrzu, na prostych krzesłach i przy stołach zbitych przez cechowych towarzyszy, siedziało kilkunastu mężczyzn w skórzanych kaftanach i pasach z narzędziami. Rob zobaczył wśród nich sąsiadów i członków Dziesiątki ojca, ale Nathanaela nie było.
Dla londyńskich rzemieślników parających się obróbką drewna cech był wszystkim: urzędem zatrudnienia, apteką, przedsiębiorstwem pogrzebowym, miejscem towarzyskich spotkań, ośrodkiem pomocy w okresach bezrobocia, sądem rozjemczym, agencją pośrednictwa i wynajmu, władzą polityczną i autorytetem moralnym. Było to stowarzyszenie rygorystycznie zorganizowane, składające się z czterech grup cieśli zwanych Setkami. Każda Setka Uczyła dziesięć Dziesiątek, które zbierały się oddzielnie w mniejszym gronie, i dopiero kiedy z takiej Dziesiątki ubywał ktoś wskutek śmierci, przedłużającej się choroby lub przeprowadzki, przyjmowano do niej jako terminatora nowego członka, zazwyczaj z listy oczekujących synów starych członków. Słowo starszego cechu rozstrzygało jak słowo panującego monarchy i do tej właśnie osobistości, do Richarda Bukerela, udał się teraz Rob.
Bukerel plecy miał pochyłe, jakby przytłoczone odpowiedzialnością. Wszystko w nim wydawało się mroczne: włosy miał czarne, oczy koloru dębowej kory, obcisłe spodnie, bluzę i kurtę z surowej wełny ufarbowanej w wywarze z łupin włoskiego orzecha, a twarz ciemną jak wyprawna skóra, ogorzałą na słońcu przy budowie tysięcy domów. Poruszał się, mówił i myślał z rozwagą, z rozwagą wysłuchał też Roba.
— Nie ma tu Nathanaela, synu.
— Nie wiecie, panie majstrze, gdzie go szukać? Bukerel zastanowił się.
— Poczekaj no tu chwilkę — rzekł wreszcie i podszedł do siedzących w pobliżu kilku mężczyzn.
Do Roba dotarły tylko jakieś oderwane słowa i wypowiedziane szeptem zdanie.
— Jest z tą suką? — zapytał szeptem Bukerel. Po chwili starszy cechu wrócił.
— Wiemy, gdzie znaleźć twojego ojca—oznajmił.—Leć do matki, chłopcze. Znajdziemy Nathanaela i przyjdziemy tam za tobą.
Rob wybąkał słowa podziękowania i pobiegł w swoją stronę.
Nie przystawał, żeby odsapnąć. Uskakując przed ciężkimi wozami, wymijając pijaków i przemykając przez tłum, pędził do Puddle Dock. Po drodze dojrzał swego wroga, Anthony'ego Tite'a „Szczyla", z którym w zeszłym roku stoczył trzy zażarte bójki. Anthony z dwójką przyjaciół, szczurów portowych, znęcał się nad paroma niewolnikami dostawcy portowego. Nie zatrzymuj mnie teraz, śmierdzielu, pomyślał chłodno Rob, bo cię załatwię. Tylko spróbuj.
Tak jak miał zamiar załatwić któregoś dnia tego bydlaka, swego tatę.
Zobaczył, że jeden z tych portowych szczurów pokazuje go Anthony'emu, ale już ich minął i biegł dalej. Bez tchu i z kłuciem w boku zdążył do stajni Egglestana na moment, kiedy nieznajoma starucha owijała noworodka.
W stajni gęsto było od smrodu końskiego nawozu i krwi jego matki. Mama leżała na ziemi, oczy miała zamknięte, twarz bladą. Zdumiało go, jaka jest mała.
— Mamo!...
— Jesteś jej synem?
Skinął głową, jego chuda pierś unosiła się i opadała. Stara charknęła i splunęła na ziemię.
— Niech matka odpocznie — poleciła.
Gdy przyszedł tata, na Roba prawie nie spojrzał. Wozem wymoszczonym słomą, pożyczonym przez Bukerela od przedsiębiorcy budowlanego, zawieźli do domu mamę i noworodka, chłopca, który miał zostać ochrzczony imionami Roger Kemp Cole. Zawsze po urodzeniu nowego dziecka mama z żartobliwą dumą pokazywała im maleństwo. Teraz tylko leżała ze wzrokiem wlepionym w strop pod strzechą. Wreszcie Nathanael wezwał z sąsiedztwa wdowę Hargreaves.
— Nie da rady nawet karmić dzieciaka — użalił się.
— Może jej przejdzie — pocieszyła go wdowa Hargreaves. Słyszała o jakiejś mamce i ku olbrzymiej uldze Roba zabrała niemowlę. Dosyć miał roboty przy pozostałej czwórce dzieci. Jonathan Carter co prawda przyuczony już był do nocnika, ale bez nadzoru matki chyba o tym zapomniał.
Nathanael został w domu, Rob J. mało się jednak do niego odzywał i tak manewrował, by schodzić ojcu z drogi. Brak mu było lekcji, jakie odbywali co dzień rano, mama bowiem umiała przemienić naukę w wesołą zabawę. Nie znał nikogo innego, kto by miał w sobie tyle ciepła, figlarnej czułości i cierpliwości do jego ociężałej pamięci.
Samuelowi Rob przykazał trzymać Williama i Annę Mary z dala od domu. Tego wieczora Annę Mary z płaczem upomniała się o kołysankę. Rob przytulił siostrę nazywając ją panną Annę Mary, najbardziej bowiem lubiła, kiedy tak się do niej zwracano, a na koniec zaśpiewał jej jakieś bzdury o kosmatych króliczkach i puszystych ptaszkach w gniazdku, ciesząc się, że nie słyszy tego Anthony Tite. Siostra twarz miała okrąglejszą i ciało delikatniejsze niż matka, choć mama zawsze im mówiła, że Annę Mary rysy i charakter wzięła po Kempach, łącznie z rozdziawianiem ust podczas snu.
Nazajutrz mama wyglądała lepiej, ale według ojca te rumieńce na twarzy to była gorączka. Dygotała, toteż przykrywali ją dodatkowo czym się dało.
Trzeciego dnia rano, kiedy Rob podawał matce wodę, przeraził się jej rozpalonej twarzy. Pogłaskała go po dłoni.
— Mój Rob — wyszeptała. — Mój mały mężczyzna... — Oddech miała nieświeży i bardzo szybko oddychała.
Kiedy ją wziął za rękę, coś z niej przeszło do niego. Była to świadomość, całkowita pewność tego, co ją czeka. Nie był w stanie zapłakać ani nawet krzyknąć. Włosy wstały mu na głowie, ogarnęła go niepomierna zgroza. Nawet człowiek dorosły nie wiedziałby, co z tym począć, a on był przecież dzieckiem.
W przerażeniu uścisnął dłoń mamy, aż ją zabolało. Zauważył to ojciec i zdzielił go kułakiem w głowę.
Na drugi dzień rano, gdy Rob J. wstał, matka nie żyła.
Nathanael Cole siedział i płakał, co wystraszyło dzieci, do których nie dotarło, że mama odeszła na zawsze. Nigdy dotąd nie widziały, żeby ojciec płakał, zbiły się więc w gromadkę blade i czujne.
Pochówkiem i wszystkim co z nim związane zajął się cech. Przyszły kobiety, choć żadna nie była blisko z Agnes, która z racji swego wykształcenia nie cieszyła się ich zaufaniem. Teraz jednak wybaczyły jej, że za życia umiała czytać i pisać, i ubrały ją do trumny. Rob znienawidził na zawsze zapach rozmarynu. W lepszych czasach mężczyźni zgromadziliby się dopiero wieczorem, po pracy, obecnie jednak wielu jej nie miało, przyszli więc wcześniej. Hugh Tite, ojciec Anthony'ego, zupełnie do niego podobny, zjawił się w imieniu trumniarzy, komitetu, który od lat zaopatrywał w trumny zmarłych członków cechu. Poklepał Nathanaela po plecach.
— Dosyć nazbierałem twardych sosnowych desek. Resztki z tej roboty przy stawianiu karczmy Bardwella w zeszłym roku. Pamiętasz to piękne drewno? Będzie miała trumnę jak się patrzy.
Hugh był półzawodowym wędrownym cieślą i Rob słyszał, jak ojciec mówił z pogardą, że nie potrafi dbać o narzędzia, ale teraz Nathanael tylko skinął głową i wrócił do swojego kubka.
Cech dostarczył wszystkiego w obfitości, pogrzeb bowiem był jedyną okazją do pofolgowania sobie w jedzeniu i piciu. Poza jabłecznikiem i jęczmiennym piwem było jeszcze piwo słodowe i trunek z miodu zmieszanego z wodą i odstawionego na sześć tygodni dla fermentacji. Był też przyjaciel i pocieszyciel cieśli, piment, było wino morwowe zwane moratem i korzenny miód zwany meteglinem. Towarzysze cechowi przynieśli całe naręcza pieczonych kuropatw i przepiórek, wiele smażonych i pieczonych zajęcy i sarniny, wędzone śledzie, świeże pstrągi i płastugi, jak również niezliczone bochenki chleba.
Cech podjął się zebrać dwupensową składkę na biednych w intencji świętej pamięci Agnes Cole i dostarczył żałobników, którzy poprowadzili kondukt do kościoła, oraz grabarzy, którzy przygotowali grób. U Św. Botolfa ksiądz nazwiskiem Kempton bezmyślnie odśpiewał mszę i polecił mamę Jezusowi, a towarzysze cechowi odmówili za jej duszę dwa psalmy. Na cmentarzu spoczęła u stóp niewielkiego cisa.
Po powrocie z pogrzebu kobiety odgrzały i podały stypę. Wszyscy długo jedli i pili, dzięki śmierci sąsiadki mogąc na chwilę zapomnieć o wikcie biedaków. Wdowa Hargreaves usiadła przy dzieciach i podsuwała im co smaczniejsze kąski, demonstracyjnie okazując swoją troskliwość. Przygarniała je do obfitego, pachnącego biustu, a one wierciły się, udręczone. Kiedy jednak Williama zebrało na wymioty, za dom wyprowadził go Rob i trzymał głowę zwijającemu się w kurczach, charczącemu dzieciakowi. Potem Della Hargreaves pogłaskała Williama po włosach i orzekła, że wszystko to z żalu po matce. Rob wszakże wiedział, że przekarmiła małego przyrządzonymi przez siebie potrawami, i już do końca stypy trzymał rodzeństwo z dala od jej marynowanego węgorza.
Chociaż rozumiał, co to jest śmierć, uświadomił sobie, że czeka, kiedy mama wróci do domu. Jakaś część jego istoty zbytnio by się nie zdziwiła, gdyby otworzyła drzwi i weszła z zakupami zrobionymi na targu i pieniędzmi od handlarza haftów z Southwark.
„Lekcja historii, Rob. Jakie trzy germańskie plemiona napadły na Brytanię w roku pańskim 400 i 500?
— Anglowie, Jutowie i Sasi, mamo.
— Skąd przybyli, kochanie?
— Z Germanii i Danii. Pokonali Brytów na wschodnim wybrzeżu i założyli królestwa Northumbrii, Mercji i Wschodniej Anglii.
— Skąd tyle rozumu u mojego syna?
— Od mądrej matki.
— Ach! Masz buziaka za mądrą matkę. I drugiego za mądrego ojca. Nigdy ci nie wolno zapominać o mądrym ojcu..."
Ku wielkiemu zdumieniu Roba ojciec nie odszedł. Wydawało się, że Nathanael chce porozmawiać z dziećmi, lecz nie potrafił. Większość czasu spędzał przy naprawie strzechy. Parę tygodni po pogrzebie, kiedy odrętwienie jeszcze nie minęło, ale Rob zaczynał już pojmować, jak inne będzie teraz jego życie, ojciec znalazł wreszcie pracę. Grunt nadrzeczny w Londynie, brunatny i grząski, to miękki, lepki muł, siedlisko małży niszczących statki, świdraków okrętowców. Plugastwo to straszne poczyniło szkody w drewnianych konstrukcjach, od niepamiętnych czasów wgryzając się w nabrzeża i dziurawiąc je jak sito, toteż niektóre wymagały wymiany. Praca była mordercza i niewiele miała wspólnego z budową pięknych domów, ale Nathanael był w potrzebie i przyjął ją z wdzięcznością.
Obowiązki domowe spadły na Roba, mimo że był kiepskim kucharzem. Często Della Hargreaves przynosiła jedzenie albo przyrządzała któryś z posiłków, zwykle gdy Nathanael był w domu, starała się też wtedy ładnie pachnieć, czule i troskliwie traktować dzieci. Była tęga, lecz w miarę pociągająca, twarz miała rumianą, wystające kości policzkowe i spiczastą brodę oraz małe pulchne dłonie, którym oszczędzała pracy. Rob zawsze się opiekował braćmi i siostrą, teraz jednak tylko on to robił, z czego ani on, ani oni nie byli zadowoleni. Jonathan Carter i Annę Mary nieustannie popłakiwali. William Stewart stracił apetyt, buzia mu się wyciągnęła i oczy zrobiły się ogromne, a Samuel Edward jeszcze bardziej się rozzuchwalił i przynosił do domu przekleństwa, którymi obrzucał Roba z tak złośliwym upodobaniem, że starszy brat nie widział innego wyjścia, jak poskramiać go laniem.
Starał się postępować tak, jak według niego mama by postąpiła.
Rankami, kiedy maleństwo dostało swoją papkę z chleba, a reszta jęczmienny chleb i coś do popicia, czyścił palenisko pod okrągłym otworem stanowiącym ujście dla dymu, przez który z sykiem leciały w ogień krople deszczu, kiedy padało. Wynosił popiół za dom, wyrzucał go i zamiatał podłogi. Okurzał nieliczne sprzęty we wszystkich trzech izbach. Trzy razy w tygodniu chodził na targ przy Billingsgate zrobić zakupy, które mama przynosiła do domu chodząc tam raz na tydzień. Wielu straganiarzy go znało. Gdy pierwszy raz się tam pojawił, ten i ów do wyrazów współczucia dołączył niewielki podarunek dla rodziny Cole'ów: parę jabłek, kawałek sera, pół niewielkiego solonego sztokfisza. Ale w ciągu paru tygodni on przywykł do nich, a oni do niego i targował się zacieklej niż mama, żeby nie myśleli, że mogą wykorzystać swoją przewagę nad dzieciakiem. Z targu wlókł się jak najwolniej do domu, tak mu było nieśpieszno z powrotem przejmować od Williama ciężkie brzemię opieki nad dziećmi.
Mama chciała w tym roku posłać Samuela do szkoły. Wcześniej wymogła na Nathanaelu zgodę na naukę Roba u zakonników przy kościele Św. Botolfa, przez dwa lata więc co dzień chodził do szkoły parafialnej, potem jednak musiał przerwać naukę, aby ona mogła zająć się haftem. Teraz nikt do szkoły nie pójdzie, ojciec bowiem nie umie czytać ani pisać i naukę uważa za stratę czasu. Rob tęsknił za szkołą. Chodził po gwarnych dzielnicach tandetnych, ciasno skupionych domków, już prawie nie pamiętając, że kiedyś główną jego troską były dziecinne zabawy i widmo Tony'ego Tite'a „Szczyla". Anthony i jego banda patrzyli, jak przechodzi, nie ścigając go, jakby strata matki uczyniła go nietykalnym.
Któregoś wieczora ojciec powiedział, że dobrze się spisuje.
— Zawsze byłeś nad wiek dorosły — oznajmił Nathanael niemal z przyganą. Popatrzyli na siebie zmieszani, nie mając wiele więcej do powiedzenia. Jeżeli Nathanael wolny czas spędzał z ladacznicami, to Rob o tym nie wiedział. Nadal nienawidził ojca, gdy pomyślał o losie matki, ale wiedział, że Nathanael walczy w sposób, którym ona byłaby zachwycona.
Łatwo mógłby przekazać opiekę nad braćmi i siostrą wdowie Hargreaves i z nadzieją przyglądał się jej zabiegom, bo miejscowi prześmiewcy i kpiarze już mu donieśli, że to ona jest kandydatką na jego macochę. Dzieci nie miała, jej mąż, Lanning Hargreaves, był cieślą i piętnaście miesięcy wcześniej zginął przygnieciony belką. Jeśli kobieta umierając zostawiła małe dzieci, obyczaj nakazywał, aby wdowiec szybko ożenił się powtórnie, toteż nikt się za bardzo nie zdziwił, kiedy Nathanael zaczął przesiadywać sam na sam z Delią u niej w domu. Nigdy jednak te wizyty nie trwały długo, Nathanael bowiem był zazwyczaj bardzo zmęczony. Z czarnych dębowych pni trzeba było ciosać czworoboczne pale i falochrony służące do budowy nabrzeży, a następnie, podczas odpływu, wbijać je głęboko w dno rzeki. Nathanael pracował w wilgoci i chłodzie. Tak jak inni członkowie jego zespołu nabawił się głuchego kaszlu i wracał do domu obolały ze zmęczenia. Z dna zamulonej Tamizy wydobywali strzępy historii: rzymski skórzany sandał z długimi rzemieniami do wiązania w kostce, ułamaną dzidę, różne skorupy. Ojciec przyniósł Robowi płaski ułomek krzemienia, grot strzały ostry jak nóż, znaleziony na głębokości dwudziestu stóp.
— Rzymski? — zapytał przejęty Rob. Ojciec wzruszył ramionami.
— Może saski.
Ale co do pochodzenia monety znalezionej parę dni później nie było wątpliwości. Kiedy Rob zmoczył popiół z paleniska i cierpliwie ją oczyścił, z jednej strony poczerniałego krążka pojawiły się słowa: Prima Cohors Britanniae Londonii. Kościelna łacina Roba okazała się ledwie wystarczająca.
— Wybita chyba na pamiątkę pierwszej kohorty przybyłej do Londynu — powiedział.
Z drugiej strony widniał Rzymianin na koniu i trzy litery: IOX.
— Co znaczy to IOX? — zapytał ojciec.
Rob nie miał pojęcia. Mama by wiedziała, lecz umarła, a poza nią nie miał kogo zapytać, schował więc monetę głęboko.
Tak przywykli do kaszlu Nathanaela, że już go nikt nie słyszał. Pewnego ranka, gdy Rob czyścił palenisko, dobiegły go zza drzwi jakieś hałasy. Otworzył i ujrzał Harmona Whitelocka, członka załogi ojca, i dwóch niewolników wypożyczonych od dokerów. We trójkę przynieśli Nathanaela do domu.
Niewolnicy przerażali Roba. Wolność można było stracić w różny sposób: jeniec wojenny stawał się własnością wojownika, kiedy ten darowywał mu życie, zamiast go zabić; na niewolę skazywano za pewne przestępstwa, na przykład za długi albo niezapłacenie kary lub grzywny. Razem ze skazanym szli w niewolę żona i dzieci, a także przyszłe pokolenia jego rodziny.
...
Arabella88