Shirley Conran - Szkarlat.rtf

(1614 KB) Pobierz

 

Shirley Conran

 

Szkarłat

 

Przełożyły Ewa Mikin, Magdalena Rakowska i Małgorzata Stefaniuk

 


Drogiej przyjaciółce Jennifer d'Abo

 

Kobiety szukają w życiu miłości, mężczyźni władzy.

Ci ostatni pragną jej równie silnie, jak kobiety pragną miłości; kobiety są przekonane, że nie rozumieją, czym jest władza, ale już w pokoju dziecinnym, kiedy powiada się, że ktoś postawił na swoim, oznacza to władzę.

 

Elinor Dow, Płonące serce


Księga pierwsza


Rozdział 1

 

PONIEDZIAŁEK, 5 LIPCA 1965

 

W półmroku dużej sypialni Chateau Saracen na kremowych storach tańczyły refleksy lipcowego słońca, idące od Morza Śródziemnego. Chuda, wymęczona upałem, ubrana na biało pielęgniarka o ziemistej twarzy i podkrążonych oczach wyszła właśnie z łazienki, niosąc małą tacę.

Kiedy zegar kościelny wybił południe, sprawdziła godzinę na swoim zegarku i powoli podeszła do łóżka. Wspaniała, szeroka na dwa metry konstrukcja z baldachimem i brokatowymi kotarami wyszywanymi w złote lilie, zwieńczona ornamentem z kutego srebra, należała niegdyś do hiszpańskiej księżniczki. Imponujący mebel tylko dlatego nie wydawał się wulgarny, że poza tym pokój urządzony był prosto i oszczędnie.

Jutro będą tutaj harcować, pomyślała pielęgniarka, chociaż stara zaczynała sprawiać takie wrażenie, jakby miała jeszcze trochę pożyć. Do tej pory wnuczki okazywały tylko troskę i zaniepokojenie, ale kiedy dowiedzą się, że odeszła, zacznie się bal! Zawsze kiedy nadchodził koniec, rozpętywało się piekło. Sprzeczne uczucia i chwilowy paraliż wywołane wstrząsem ustępowały miejsca gorączkowym szeptom i cichym oskarżeniom, potem zaczynały się drobne intrygi, jeszcze później sprzeczki, wreszcie otwarte, zajadłe kłótnie.

Krew nie woda, kiedy przychodzi do pieniędzy, pomyślała pielęgniarka. Doświadczenie powiadało jej, że każda rodzina jest niczym gotujący się kocioł pełen roszczeń i oczekiwań, rozczarowań i podejrzeń, nieodpowiedzialności, chciwości i strachu. Łoże śmierci stawało się często miejscem, gdzie wszystkie te uczucia dochodziły do punktu wrzenia.

Fortuna, jaką niewątpliwie posiadała stara, była szczególnie łasym kąskiem, zdolnym ujawnić najgorsze cechy charakterów jej bliskich.

Ostrożnie postawiła tacę na stoliku przy łożu i sięgnęła po strzykawkę. lak zawsze, nie mogła się nadziwić, do czego ludzie potrafią się posunąć dla pieniędzy. Do wszystkiego, jeśli są pewni, że ujdzie im to na sucho, zawyrokowała, przesuwając tłoczek i wypuszczając powietrze przed wbiciem igły w wychudzone ramię leżącej w łożu kobiety.

Choć mówiła trochę po angielsku, nie mogła uchwycić sensu rozmów, jakie obcokrajowcy prowadzili między sobą. Nie musiała, była pewna, że do tego zakątka Francji przyciągnął ich zapach pieniędzy. Teraz, kiedy już pojawili się tutaj, wiedziała, że wrócą. Wystarczyło raz usłyszeć syreni śpiew południa Francji, z jego cudownie zmysłowym pejzażem, ostrym słońcem, zachwycającym światłem, błękitnym morzem, sosnowym powietrzem, by już zawsze chcieć wracać do tych miejsc, do wspaniałego jedzenia i lekkiego, młodego wina.

Na szczęście w lipcu i sierpniu turyści grasowali tylko w znanych kurortach i nie zapuszczali się do małych wiosek słonecznego skrawka nadmorskiej ziemi zwanego Cóte d'Azure. Położone na południowym stoku wzgórza, sto metrów nad poziomem morza, przycupnięte wokół jedenastowiecznego zamku, średniowieczne Saracen było właśnie jedną z takich zapomnianych wiosek.

Odniosła tacę do łazienki i stanęła w oknie, napawając oczy wspaniałym widokiem. Porośnięte cedrami i sosnami zbocze, na którym stał zamek, opadało z obydwu stron stromo ku lazurowemu morzu. Kiedy wychyliła się bardziej, mogła dojrzeć ciągnące się na północ od wioski lasy, pełne płowej zwierzyny i dzikiego ptactwa.

W dole, poniżej zamku, widziała skąpane w słońcu kamienne łuki i wąskie uliczki, platany o przywiędłych od upału liściach, zziajane psy, kryjące się w ich cieniu, i zawarte na głucho okiennice domostw, chroniące przed żarem wysysającym z ludzi resztki energii. Przed czwartą oko nie dojrzy żadnego wieśniaka. Letnie upały Riwiery sprawiały przyjemność, jeśli nie trzeba było pracować; na mocy tradycji sięgającej niepamiętnych czasów nikt też nie pracował w godziny skwaru.

Ziewnęła zazdroszcząc sjesty wieśniakom z Saracen, którzy schronili się na całe popołudnie w chłodzie domów, by drzemać, kochać się albo po prostu cieszyć chwilowym oderwaniem od rzeczywistości. Kusząca perspektywa. Kiedy zegar na wieży kościelnej wybije czwartą, otworzą okiennice, rozprostują członki, będą wymieniać pozdrowienia oparci o kute balustrady balkonów i zachowywać się niczym Śpiąca Królewna przebudzona ze stuletniego snu.

Znowu ziewnęła. Nie mogła się teraz zdrzemnąć. Musiała czuwać przy starej, za to jej płacono. Podeszła do nieruchomej postaci, sztywno leżącej w zdobnym łożu.

Zatrzymała się raptownie. lej pacjentka poruszyła się lekko i jęknęła. Elinor O’Dare to odzyskiwała chwilami przytomność, to znów zapadała w morze nieświadomości.

Przez długi czas czarna zasłona strachu i bólu była jedyną rzeczywistością, jaką rejestrował jej umysł. Zdezorientowana, nie wiedziała już, gdzie jest niebo, gdzie ziemia. Była słaba i oszołomiona, jakby unosiły ją jakieś potężne fale, a ona cierpiała na chorobę morską. Czuła, że jeśli się tylko poruszy, wokół jej głowy zaciśnie się metalowa obręcz jeszcze zwiększając nieznośny ból.

Dawno temu, w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy opiekowała się umierającymi żołnierzami, tym, co ją przerażało najbardziej, były odgłosy ich cierpienia, jęki i krzyki dochodzące ze skrwawionych noszy i zlanych potem łóżek. Nawet teraz potrafiła jeszcze przywołać na pamięć słodki zapach śmierci. Pamiętała atmosferę strachu panującą na jej oddziale; teraz, zanurzona w czarnej mgle, odczuwała go sama.

Czy umiera? Przemknęło jej przez myśl pytanie, nieważkie, jak kołujący na wietrze jesienny liść. Jeśli tak, to cierpienia ustaną i nic już nie będzie się liczyło. Fale bólu jakby rzeczywiście odpływały. Czuła nadchodzący spokój. Czy wolno jej mieć nadzieję, że boleść ustąpi, czy też zagniewa tylko bogów ciemności, którzy naślą jeszcze silniejszy? Nie, nie było wątpliwości, ból powoli, ale definitywnie, opuszczał jej ciało.

Wreszcie, po tak długim czasie, mogła zaznać zapomnianej niemal radości, zapomnieć o cierpieniu. Znękane ciało zaczynało się odprężać, ale nie śmiała jeszcze wykonać żadnego ruchu z obawy, że cierpienie powróci. Z uczuciem takim, jakby nie oddychała od wielu godzin, spróbowała ostrożnie wciągnąć głęboko do płuc powietrze.

Natychmiast tysiące igieł przeszyło jej pierś. Chciała instynktownie krzyknąć, ale nie mogła dobyć głosu. Coś twardego i gładkiego zaciskało się na jej twarzy, przygniatało ją coś, czego nie była w stanie dojrzeć.

Mimo że nie mogła się poruszyć, zmysły słuchu i węchu działały. Kiedy skupiła uwagę, słyszała odległe monotonne uderzenia fal o skały pod oknem, czuła ciepło słońca, wdychała zapach prowansalskiego lata.

Nagle uświadomiła sobie, gdzie jest!

Znajdowała się we własnym łóżku w Saracen. Czuła delikatną bryzę, niosącą od lądu zapach rozmarynu, tymianku i nagrzanych słońcem skał.

Pomyślała, że musiała śnić jakiś koszmar, jedno z tych strasznych przywidzeń, które wydają się tak rzeczywiste, nawet jeszcze długo po przebudzeniu. Pomyślała, że powinna otworzyć oczy i zadzwonić po śniadanie. Kubek kawy z mlekiem, croissanty i owoce, poranne gazety i poczta pozwolą jej wrócić do rzeczywistości.

Powieki wydawały się tak ciężkie, że trudno było je unieść. Kiedy wreszcie powoli, z wysiłkiem uchyliła je odrobinę, dojrzała złoty poblask słońca.

Tak. Wszystko jest na swoim miejscu. Nad kominkiem wisi obraz w bogatej ramie, namalowany osiem lat temu, w 1957 roku; naturalnej wielkości podobizny trzech dziewcząt w białych sukniach balowych, siedzących na niebieskiej sofie w ciemnym salonie. Bez trudu można się domyślić, że to siostry, z jednakowym u wszystkich wyrazem szczęścia na twarzy. Chociaż różniły się karnacją i kolorem włosów, wszystkie miały ten sam, mały prosty nos i duże, podłużne, błękitne oczy.

Po lewej osiemnastoletnia Klara, ciemna i drobna, nachylona do przodu z poważną miną, podająca różę rudowłosej Annabel, bez wątpienia rodzinnej piękności. Miranda, chuda szesnastolatka, uczennica o bladej twarzy i nie farbowanych jeszcze na dziwaczny, marmoladowy kolor płowych włosach, przycupnęła na skraju sofy niczym mały ptak. Lekko nieobecna, obdarzona takim samym, jak pozostałe siostry wdziękiem, sprawiała wrażenie gotowej wyfrunąć w świat.

Tylko Annabel można było nazwać pięknością, Klara miała zbyt surową buzię, Miranda zaś nieco za ostre rysy. Wszystkie trzy odznaczały się jednak tym zadowoleniem z życia i pewnością, które biorą się z urodzenia i przywilejów. Co ważniejsze, zdaniem Elinor wszystkie trzy przypominały Billy'ego.

Ten portret zawsze był dla niej pociechą. Wspomniała radosne chwile, kiedy dziewczęta były jeszcze małe i kiedy ona robiła sobie dzień wolny, żeby zabrać je na herbatę albo na zakupy. Wszystkie trzy drżące z niecierpliwości i oczekiwania dziewczynki musiały wtedy porządnie wyglądać: podciągnięte skarpetki, kokardy we włosach.

Elinor rzadko zaznawała w życiu chwil podobnego szczęścia. Nigdy nie nadchodziły, kiedy ich wyczekiwała, rozkwitały nagle, w najmniej oczekiwanych momentach. Dawno temu zrozumiała, że szczęścia nie sposób zaplanować, ale można stawiać sobie cele i potem konsekwentnie je realizować, a to potrafiła robić, powiodło się jej też ponad wszelkie oczekiwania. Pomimo początkowych trudności, zdrad, rozczarowań i prawdziwego znoju, odniosła sukces; jej dwadzieścia dwie powieści opublikowano w czterdziestu krajach, listy od czytelników napływały całymi workami, stała się powszechnie szanowaną postacią. Legendarna Elinor O’Dare była sławna i bardzo, bardzo bogata.

Legendarna Elinor zamrugała teraz gwałtownie powiekami. Palący ból powrócił, znowu zagnieździł się w umęczonym ciele. Do jej świadomości dotarło wreszcie, że nie może wykonać żadnego ruchu. Członki wydawały się zupełnie pozbawione władzy. Próbowała zmusić ręce, by się uniosły, ale odmawiały posłuszeństwa. Była sparaliżowana. Nie śniła. Nie mogła się poruszyć!

Chciała coś powiedzieć, krzyknąć – z gardła nie dobywał się żaden dźwięk. Nie potrafiła nawet otworzyć ust. W głowie czuła gęstą watę. Powoli uświadamiała sobie, że musiał to być wylew. Nie! To niemożliwe! Nie chciała tego! Nie skończyła jeszcze żyć!

Wysiłek myśli osłabił ją. Opuściła powieki i zapadła ponownie w czarną czeluść. Pragnęła przestać myśleć, ale gdzieś z zewnątrz dochodził do niej jakiś dźwięk, znajomy szelest nakrochmalonego fartucha pielęgniarki. Czuła szpitalny zapach eteru i kwaśny odór leków.

– Umieram? – szepnęła po francusku, zmuszając wreszcie wargi do niezdarnego ruchu.

– Nie. Proszę leżeć spokojnie – odezwał się opanowany, obojętny, rzeczowy głos pielęgniarki. Wiedziała, że tamta kłamie. W pierwszej chwili oburzyła się. Przywykła w pełni kierować swoim życiem, sama pisać jego fabułę, jak czyniła to w swoich poczytnych powieściach. Teraz stała się ofiarą własnej bezradności, była wydana na łaskę pielęgniarki. Niewidzialne, nie dające się powstrzymać pióro kreśliło słowo „Koniec", nim Elinor gotowa była zamknąć swą historię. Tym razem nie będzie szczęśliwego zakończenia.

Przez całe lata unikała myśli o śmierci. Jak wielu ludzi o silnym charakterze, którym się powiodło w życiu, nie chciała uznać faktu, że pewnego dnia umrze. Nie zatroszczyła się o sporządzenie testamentu, bo to oznaczałoby podejmowanie nieprzyjemnych decyzji, decyzji dotyczących jej własnej śmiertelności. Odkładała to, zbywając delikatne acz stałe ponaglenia swojego adwokata, woląc nie pamiętać o temacie i myśląc o sobie jako o kimś niezniszczalnym.

Dzisiaj jednak, kiedy leżała tutaj, w zaciemnionym pokoju, zaczynała rozumieć, że niezniszczalne spotkało się z tym, co nieodwracalne. Miała tylko nadzieję, że zostało jej dość czasu na uporządkowanie własnych spraw. Musi szybko podjąć jakieś decyzje albo nie będzie miała szansy podjąć żadnych.

Czuła, że przeszkoda krępująca twarz ustąpiła, ale była zbyt zmęczona, by się poruszyć, myśleć czy uskarżać. Czuła się bezradna, wydana na łaskę jakiejś obcej, anonimowej istoty. Umieranie jest niewątpliwie upokarzające, a zdawała sobie sprawę, że bezradność to dopiero początek.

Nasłuchując jak pielęgniarka krząta się sprawnie, fachowo wokół jej łóżka, cofała się pamięcią do marzeń sprzed wielu lat, do 1917 roku, gdy opuściła małą rodzinne farmę koło Excelsior w Minnesocie, żeby zostać pielęgniarką służb pomocniczych. Miała siedemnaście lat i była idealistką, marzącą o odgrywaniu roli cichego anioła miłosierdzia. Pierwsza wojna światowa w wielu kobietach rozbudziła zapał do służby pomocniczej, dla wielu z nich był to pierwszy krok, żeby wyrwać się z domu. Dla równie wielu było to nagłe pożegnanie ze złudzeniami.

Elinor pamiętała pierwsze wrażenia, gdy trafiła do szpitala polowego w północnej Francji, do którego ją przydzielono. Spodziewała się szpitalnej ciszy, znanej jej z czasów kursu pielęgniarskiego, zamiast tego wpadła w przerażające piekło oddziału C; zwierzęce jęki, zawodzenia, krzyki umierających, ludzie majaczący w gorączce, a wszystko to przy dźwiękach patefonu i piosenek Big Boys, mających podnosić na duchu tych, którzy mieli dość przytomności, by rozumieć, że umierają.

Teraz, niemal pół wieku później, świadoma, jak mało czasu jej pozostało, Elinor traciła cierpliwość równie nagle, jak nagle niegdyś prysnęły jej złudzenia. Unieruchomiona w łóżku stwierdzała ku własnemu zaskoczeniu, że nie chodziło o fizyczny akt umierania, ani tym bardziej o to, że miała zostawić wszystko, co z takim trudem wywalczyła. Nie, męczyło ją to, że dziewczęta nadal jej potrzebowały, potrzebowały jej siły, rady, wsparcia moralnego i emocjonalnego. Mimo że dwie z nich wyszły już za mąż, a trzecia prowadziła dobrze prosperujący interes, była przekonana, że nie poradzą sobie bez niej. Jej majątek będzie naturalnie stanowił dla nich wystarczające zabezpieczenie i zapewni odpowiednią pozycję społeczną, ale kto będzie służył im radą i opieką?

Mogła dać wnuczkom to, czego sama nie miała i czego nie mogła ofiarować swojemu jedynemu synowi Edwardowi; życie niemal całkowicie wolne od trosk, życie, w którym był czas i możliwości, żeby dziewczęta mogły szukać szczęścia i cieszyć się nim, kiedy je znajdą, życie wolne od kłopotów materialnych, z jakimi ona sama borykała się przez czterdzieści pięć lat i które zniknęły dopiero wtedy, gdy dzięki odwadze jej Billy'ego ważyła się sięgnąć po sukces i napawać nim.

Na wspomnienie Billy'ego uniosła lekko powieki. Pomimo półmroku mogła dojrzeć oprawione w srebro fotografie, na stoliku przy łóżku. Jeszcze raz spojrzała w uśmiechnięte, ufne oczy jasnowłosego mężczyzny, którego tak bardzo kochała. Stał tam, lotnicze okulary odsunięte na czoło, ręce w kieszeniach zniszczonej kurtki, z tyłu widać było jego samolot, prymitywną maszynę z płótna i drewna.

Billy był jednym z niewielu, którzy przeżyli rekonwalescencję na oddziale C. Nawigator wypchnął go nieprzytomnego z zestrzelonego samolotu, nim ten stanął w płomieniach. Billy wyszedł z upadku ze wstrząsem mózgu, rozciętą głową i przestrzeloną lewą nogą, w której wywiązało się zakażenie.

Prawie pięćdziesiąt lat później Elinor z uczuciem szczęścia wspominała chwilę, gdy zakochała się w Billym O’Dare. Walki akurat przycichły, krótko po północy usłyszała tłumiony szloch, dochodzący z łóżka numer 17. Chwyciwszy lampę pobiegła sprawdzić, co się dzieje. Łagodnie potrząsnęła młodego mężczyznę za ramię; śniło mu się coś złego, nic więcej. Pilot O’Dare, nie przestając płakać, chwycił dłoń Elinor. Jego twarz częściowo przysłaniał zawój z bandaży, ale lampa oświetlała oczy o zwężonych źrenicach pośrodku cudownie błękitnych tęczówek. Pomyślała, że nigdy nie widziała czegoś równie pięknego.

– Przepraszam, że zrobiłem z siebie takiego głupca – bąknął.

– Wszystko w porządku. Wielu pacjentów ma złe sny – pocieszyła go, próbując cofnąć rękę. Przez woń wełnianych koców i aseptycznych bandaży czuła ostry zapach jego ciała. Uspokoił się już, wiedziała, że może odejść, pomimo to nadal tkwiła przy łóżku i wpatrywała się w jego twarz.

Pacjent numer 17 podniósł jej dłoń do ust, jasne wąsy łaskotały ją w kciuk. Przez moment myślała, że chce ją pocałować w rękę, ale on odwrócił dłoń, przytknął wargi do jej wnętrza i delikatnie polizał. Czuła na skórze wilgotny język, znowu pomyślała, że powinna odejść, ale nogi jakby wrosły w podłogę. Zrobiło jej się gorąco, wstrzymała oddech, pozwalając na tę kocią pieszczotę. Z transu wyrwał ją dopiero krzyk jakiegoś innego pacjenta.

Rano Elinor Dove znała już na pamięć kartę choroby pacjenta numer 17. Wiedziała również, że dowódca samolotu, pilot William Montmorency O’Dare z brytyjskiego RAF-u liczy sobie dwadzieścia pięć lat.

Niczym na zasadzie tajemniczej osmozy cały oddział C wiedział, że siostra Dove zakochała się w O’Dare'em. Jej zielone oczy pod białym kornetem, przypominającym zakonny strój, błyszczały, policzki były bardziej zaróżowione niż normalnie, poruszała się sprężyściej, a siostra przełożona musiała zwrócić jej uwagę, żeby nie śpiewała pod nosem.

Kiedy nawigator Billy'ego, Joe Grant, odwiedził go na oddziale, natychmiast zorientował się w czym rzecz. Powiedział przyjacielowi, że jest szczęściarzem i że siostra Dove jest wyjątkową, odmienną od innych, istotą.

– Wy, mężczyźni, mówicie to o każdej z nas. Czym takim ja się różnię? – prychnęła gniewnie, gdy Billy powtórzył jej słowa Granta.

Billy popatrzył na nią z namysłem.

– Dziewczęta, tam w kraju – powiedział – są bladą imitacją w porównaniu z tobą. Ty masz w sobie tyle witalności, energii! To zaraźliwe! – Zawahał się. – Takie amerykańskie. Zaobserwowałem to samo u waszych żołnierzy. Francuziki ani Angole nie mają tego. Cokolwiek by to było, jesteś wyjątkowa.

Billy O’Dare wsparł się na ramieniu, przekrzywił obandażowaną głowę i z uśmiechem obserwował siostrę Dove. Od tej chwili była na zawsze w jego władzy. Wiele lat po ślubie, kiedy znała już prawdziwą cenę miłości, ten pełen irlandzkiego wdzięku uśmiech, będący kombinacją niewinności i aktorstwa, potrafił rozbroić ją w jednej chwili.

Wspomnienie tego pierwszego uśmiechu towarzyszyło jej przez wszystkie następne lata życia. Tak zapamiętała Billy'ego, takim zachowała go w pamięci. Takim chciała go zachować – uśmiechniętego bohatera z czasów wojny, który został jej romantycznym wybrankiem. Wszystkie późniejsze niemiłe wspomnienia kryła gdzieś w zakamarkach pamięci.

Patrząc na sepiowe zdjęcie w srebrnej ramce, żałowała, że nie istniała jeszcze wtedy kolorowa fotografia. Wszystkie trzy wnuczki odziedziczyły po Billym błękitne oczy, chociaż tylko Miranda miała jego rozbrajający uśmiech. Po Elinor wzięły...

Raptem znowu przypomniała sobie, że nie sporządziła testamentu. Dziedzictwo, tak, to była sprawa, której musiała jeszcze dopatrzyć. Zamknęła oczy, potem wysiłkiem woli otwarła je na powrót. Obraz pokoju powoli wracał.

– Zechce pani otworzyć usta, madame. – Nad łóżkiem nachylała się pielęgniarka. – Jeszcze trochę. – Wlała Elinor do ust kilka kropel lekarstwa i ostrożnie otarła resztki z wysuszonych warg chorej.

– Gdzie... są... moje wnuczki? – wyszeptała Elinor z wysiłkiem.

Nie mogła poruszać lewą częścią twarzy, mówiła powoli, niewyraźnie, z trudem dobywając słów, jak człowiek zamroczony alkoholem. Mogła ruszać palcami prawej ręki i nogi, ale nie czuła palców po lewej stronie.

Z uczuciem narastającej paniki przypomniała sobie, że kiedy jako dziecko budziła się w nocy ze złych snów, chwytała różaniec, by nie dać do siebie przystępu złemu; teraz szukała podobnej otuchy.

– Gdzie są moje wnuczki? – wychrypiała ponownie.

– Panie są chyba na tarasie. Zaraz je zawołam.

Pielęgniarka podeszła do okna i uchyliła okiennice. Tak, były tam, nie zważając na popołudniowe słońce. Zawołała.

Ze swojego łóżka Elinor słyszała podniesione głosy, skrzypienie metalowych krzeseł o kafle posadzki. Uśmiechnęła się słabo, mrużąc oczy przed nagłą inwazją światła.

Kilka chwil później drzwi sypialni otworzyły się na oścież. Zobaczyła bladą, niespokojną twarz Klary, okoloną ciemnymi prostymi włosami.

– Kochanie, tak się martwiłyśmy. – Klara mówiła wysokim, miękkim głosem. Podeszła spiesznie do łóżka, uklękła i ucałowała policzek babki, potem jej wychudzone dłonie.

– Powinna zachować spokój – przestrzegła pielęgniarka.

– Teraz moja kolej – powiedziała Annabel, odgarniając jeszcze wilgotne po kąpieli włosy. Przez ostatnie siedem lat piękna twarz wielkookiej Annabel spoglądała ze wszystkich reklam kosmetyków Avanti na całym świecie. Kiedy Elinor patrzyła na nią, wnuczka kojarzyła się jej z perską kotką, białym puchem i jasnoróżowymi peoniami. Była miękka, zmysłowa, kobieca. Delikatnie pogładziła babkę po pięknych, gęstych, siwych teraz u nasady włosach, rozsypanych na poduszce.

– Babciu, już myślałyśmy, że cię tracimy – szepnęła, całując zapadnięte policzki.

Obydwie siostry, bliskie łez, patrzyły kochającym wzrokiem na babkę. Tylko Klara zachowała mgliste wspomnienie rodziców, którzy zginęli w czasie bombardowania Londynu w 1941 roku. Od tamtej chwili Elinor była zawsze centralną postacią w życiu dziewcząt. Nie wyobrażały sobie świata bez niej. Była dla nich uosobieniem Isadory Duncan i Elinor Glyn w jednej osobie – dzielną, pełną dramatyzmu, nieśmiertelną postacią.

– Gdzie Miranda? – wyszeptała Elinor.

– Musiała na jeden dzień wrócić do Londynu, ma spotkanie w interesach – powiedziała Klara łagodnie. – Jesteśmy tutaj od dwóch tygodni. Annabel przyleciała z Nowego Jorku, kiedy tylko dowiedziała się o twojej chorobie, ale mnie zabrało trochę czasu, nim uporządkowałam swoje sprawy przed wyjazdem z Los Angeles. Miranda wraca dzisiaj wieczorem, przyleci tu helikopterem.

– A gdzie Buzz? – Buzz była wieloletnią przyjaciółką Elinor, a obecnie jej sekretarką.

– Pojechała do Nicei po lekarstwa dla ciebie. Potem miała być na lotnisku, sprawdzić, czy odnalazły się bagaże Annabel. Buzz nigdy nie traci nadziei!

Madame powinna się uspokoić przed wizytą lekarza. – Pielęgniarka zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi sypialni. – Proszę teraz wyjść, a ja go zawołam.

Annabel spojrzała wojowniczo na pielęgniarkę, najwyraźniej gotowa zlekceważyć jej polecenie, ale Klara natychmiast weszła w rolę najstarszej, odpowiedzialnej siostry.

– Nie upieraj się, Żaba – powiedziała przymilnie, używając dziecięcego przezwiska, nadanego Annabel z racji jej szerokich, zmysłowych ust. – Wrócimy, jak tylko nam pozwolą.

I wypchnęła łagodnie siostrę z sypialni. Elinor spojrzała na pielęgniarkę błagalnym wzrokiem, który zdawał się mówić: „Proszę się spieszyć. Mam tyle rzeczy do zrobienia".

Klara w białym bikini leżała na dmuchanym materacu koło basenu. Mała i koścista wyglądała jednak na szczupłą i drobną, pełną nieuchwytnego wdzięku osóbkę. Wydawało się, że przemknie między palcami, niczym źródlana woda z górskiego strumienia.

Obok leżała Annabel w jedwabnym szlafroku w kolorze wina, należącym do jej męża. Miała go zawsze w bagażu podręcznym razem ze zmianą bielizny, gdyż wydawało się, że reszta jej walizek podróżuje zawsze własnymi drogami. Tym razem było tak samo.

Kiedy odezwał się ogrodowy telefon, Annabel chwyciła natychmiast słuchawkę.

– Może to w związku z moim bagażem. Jeśli pojechał w nieznane, linie lotnicze będą musiały zapłacić za wszystkie nowe stroje. – Spojrzała z niesmakiem na przyciski telefonu, który służył również jako domowy interkom. – Nigdy nie nauczę się, jak to działa. Nacisnęła jeden z guzików, połączenie zostało przerwane. – Niech diabli wezmą tę maszynę. – Zobaczyła, że Klara obserwuje zaniepokojona jej zmagania. – Przepraszam. Czekałaś na rozmowę?

– Nie. Może... Myślałam, że... – Klara odgarnęła pasemka włosów z czoła. Nagle wybuchnęła płaczem, kryjąc twarz w dłoniach.

Annabel podniosła się z materaca i podbiegła do siostry. Objęła ją, przytuliła do siebie.

– Co się dzieje, skarbie? Wiedziałam, że coś jest nie tak! Inaczej nie targałabyś tutaj z Kalifornii Josha i jego niani. Powiedz. Czemu on nie dzwoni?

Klara uspokoiła się. Tonem pełnym oburzenia, pozbawionym zwykłej miękkości, opowiedziała siostrze o kłótni. Poszła na plażę z Joshem i nianią. Miała bóle menstruacyjne i wróciła wcześniej. W sypialni zastała męża w łóżku ze szczupłą, opaloną dziewczyną. Zrobiła scenę, potem wpadła do swojej garderoby i zaczęła się pakować. Zza okna dobiegł ją wizg opon ruszającego sprzed domu samochodu. Klęczała nad walizką lejąc łzy, kiedy usłyszała, jak wraca Josh z nianią i jak zanosząc się śmiechem wchodzą do domu. W tej samej chwili zadzwoniła z Nowego Jorku Annabel.

– Powiedziałaś mi, że babcia miała wylew – wspominała Klara, siąkając nosem.

– Moje biedactwo – mruknęła Annabel gładząc długie, ciemne włosy siostry.

– On tak potrafi kluczyć. Robi ze mnie histeryczną kretynkę, gdy tymczasem sam jest zawsze winien. – Klara otarła łzy wierzchem dłoni. Zawsze sobie mówiła, że pomimo uganiania się za kobietami mąż ją kocha „na swój sposób", że nigdy nie wystawi na szwank ich „prawdziwej" miłości i nie będzie narażał szczęścia Josha. Mówiła sobie, że przygody z innymi kobietami to tylko sposób potwierdzania własnej męskości i że żadnej z tych przygód nigdy na pewno nie traktował poważnie. Ale tego dnia uświadomiła sobie, że nie jest w stanie znosić dłużej upokorzeń. Zostawiła go więc.

Annabel w milczeniu obejmowała siostrę i czekała.

Wreszcie Klara podjęła przerwaną opowieść.

– Nie miałam już ochoty na godzenie się, kwiaty, te same co zawsze przysięgi i ten sam co zawsze ból przy jego następnej zdradzie. Nagle przestało mnie po prostu obchodzić, co z nim będzie. – Uścisnęła siostrę. – Annabel, nie mów o tym nikomu, dobrze?

– Czy powtórzyłam kiedyś komuś jakiś twój sekret? Jeśli jednak odeszłaś na dobre, to prędzej czy później ludzie będą musieli się dowiedzieć. Jesteś pewna, że chcesz...

– Rozwieść się? Tak, zdecydowanie. Nie chcę, żeby Josh rósł mając za przykład takiego ojca.

– Niech tylko babcia nie dowie się o tym, przynajmniej jeszcze nie teraz. W ogóle nie mów nic nikomu, dopóki nie uznasz, że jesteś pewna.

Kiedy Annabel pocieszała siostrę, podeszła pokojówka.

– Ogrodowy telefon nie działa. Jest rozmowa z Nowego Jorku do panny Annabel – powiedziała po francusku.

– Odbiorę w sypialni. – Annabel poderwała się z dziecinnym entuzjazmem i pobiegła na górę do swojego apartamentu, którego okna wychodziły na brukowany dziedziniec i pobliski kościół.

– Kochanie? Wreszcie! Jakie wiadomości? – Annabel słyszała w tle odgłosy stacji telewizyjnej w Nowym Jorku, w której jej mąż był dziennikarzem; jednym z jedenastu reporterów dziennika, ale tylko jednym z trzech, którzy pokazywali się przed kamerą.

– Lokalne czy ogólnokrajowe, skarbie? Jest jedenasta rano i w Nowym Jorku żar leje się z nieba. Wczoraj Martin Luther King wygłosił przemówienie, w którym apelował o zakończenie wojny w Wietnamie, ale Johnson wysyła kolejne oddziały. Mój komentarz na dzisiejszy wieczór? Koncepcja Kennedy'ego szybkiej operacji wietnamskiej może skończyć się trzecią wojną światową. – Niemal widziała jego kpiarski uśmiech. – Mam nadzieję, że twoje wiadomości są mniej alarmujące.

Annabel powiedziała mężowi, że Elinor odzyskała świadomość.

– To cudownie, kochanie. Kiedy wracasz?

– Nie wiem. Kiedy babcia poczuje się lepiej. Czemu pytasz?

Wahał się przez chwilę.

– Sidney chce z nami rozmawiać.

– Dlaczego? – Sidney był ich księgowym i jego imię uruchamiało natychmiast dzwonek alarmowy w głowie Annabel.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin