51 - Pan Samochodzik i Krzyz Lotarynski - Niemirski Arkadiusz.rtf

(807 KB) Pobierz

ARKADIUSZ NIEMIRSKI

 

 

 

 

 

Pan Samochodzik i…

 

Krzyż lotaryński

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA


ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

CZY NAZWISKA SĄ ZWIERCIADŁEM DUSZY? • PRZEDSTAWIAM MOICH ZNAJOMYCH • NARZEKAM NA PARYŻ, CZYLI DROCZĘ SIĘ • NA PARYSKIM BRUKU • KILKA SŁÓW O NORWIDZIE • PIĘKNA DZIEWCZYNA • ZŁODZIEJ NIEBIESKIEJ TECZKI • ZEZNAJĘ NA POLICJI • NA DWORCU NORD • MOJA SŁABOŚĆ DO SPÓDNICZEK • DZIENNIKARZ VIDAC

I BOGINI NA PERONIE • TELEFON OD SAINT-GERMAINA

 

 

Siedzieliśmy w trójkę pod parasolem w paryskiej kafejce w pobliżu bulwaru Saint-Germain. Były początek lipca i przedpołudniowy hałas ulicy nieco psuł subtelny smak wybornej kawy i francuskich rogalików. Obok mnie siedziała niewiasta w wieku czterdziestu trzech lat, panna Alina Szczurzycka z mojego ministerstwa, magister polonistyki, niebrzydka szatynka z dużym kokiem jakby przylepionym do tyłu głowy, typ okularnicy, niewiasta o niezbyt subtelnej osobowości. Jej nazwisko idealnie współgrało z niektórymi cechami jej charakteru. Była wścibska, złośliwa i dużo mówiła.

Czasami nazwiska bezbłędnie informują nas o wnętrzu ich właścicieli, są nieomylnym drogowskazem ludzkiego charakteru, jakby były zwierciadłem duszy. Niemniej jednak czasami bywa zupełnie odwrotnie. Weźmy takiego doktora Kwiatkowskiego. Mój kolega siedzący po mojej lewej ręce nie miał z subtelnością kwiatów nic wspólnego, a jeśli miałbym pokusić się o jakieś porównanie, to nasuwa mi się tylko jedno - kawałek wołowiny. Był osobnikiem otyłym, z przerzedzonymi włosami niewiadomego koloru i ze źle dobranymi oprawkami okularów zdobiących jego mały nos. Sapał nawet wtedy, kiedy odpoczywał. Lubił krzyżówki. Z pozoru był spokojny, ale wiedziałem, że niekiedy mocno się denerwował. Pięćdziesięcioletni Zbigniew Kwiatkowski - pracownik Instytutu Literatury - był oficjalnym sekretarzem naszej skromnej delegacji naukowej wysłanej do Paryża w związku z odnalezieniem zaginionych dokumentów należących do naszego wielkiego artysty doby romantyzmu - Cypriana Kamila Norwida.

W zasadzie okrycia dokonano kilka miesięcy temu, ale oficjalny epilog tej sensacyjnej, choć niezbyt nagłośnionej przez francuskie media sprawy, nastąpił w pierwszych dniach lipca. Pojechałem tam razem z pięcioosobową ekipą reprezentującą kulturę naszego kraju. Tak wyraziła się o nas szefowa mojego resortu - Ministerstwa Kultury i Sztuki. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że byłem dyrektorem Departamentu Ochrony Zabytków w tym ministerstwie i od lat zajmowałem się zagadkami historycznymi i poszukiwaniem skarbów narodowej kultury, które to zajęcia więcej miały wspólnego z zawodem detektywa niż z biurową robotą. Nie lubiłem urzędniczej nasiadówki, wyjazdów o charakterze oficjalnym, rautów i zebrań. Byłem samotnikiem i kochałem przygodę - przyroda i zabytki były moją pasją. Jednak w obliczu tak ważnego dla polskiej kultury odkrycia, nie mogłem odmówić prestiżowego wyjazdu do stolicy Francji. Mój krótki pobyt w Paryżu właśnie się kończył. Opuściliśmy nasz hotel i w oczekiwaniu na pociąg wybraliśmy się w trójkę na ostatnią przechadzkę po tym niezwykłym mieście. Pozostali członkowie naszej ekipy, młodzież jak ich nazywaliśmy, to jest Mirabela i Wiktor, udali się do pobliskiego muzeum Rodina i stamtąd mieli pójść na zakupy. Umówiliśmy się na dworcu kolejowym Nord około piętnastej.

Paryż wydał mi się inny od tego, jaki ostatni raz widziałem[1]. Kiedy to było? Dwadzieścia lat temu? A może więcej! Zmienił się w sensie dla mnie negatywnym. Za dużo było w nim smrodliwych pojazdów, odpadów cywilizacji, zgiełku współczesności, zaś natłok turystów - okupujących każdy kąt Paryża - nie zachęcał do spokojnych i długich spacerów. Na szczęście wciąż można było tutaj znaleźć zakątki szczycące się niepowtarzalnym klimatem i architekturą. Perełki. Do nich należały też tereny nieśmiertelnych Montmartre i Monparnasse, a przede wszystkim Luwr, Wersal i wiele muzeów oraz galerii. Poprzedniego wieczora wchłonął mnie Montmartre. Gdy potem w nocy samotnie spacerowałem jego stromymi uliczkami pnącymi się subtelnie po wapiennym wzgórzu, w mojej duszy zagrał na cienkiej strunie nostalgii niewidzialny skrzypek.

Ale wróćmy może na bulwar Saint-Germain. Magister Szczurzycka zamówiła jakiś likier.

- Paryż to jest dopiero miasto! - gadała zauroczona tym miejscem i nie mogłem się jej dziwić. - Nie to co Warszawa! Prawda, panie doktorze?

- No tak - sapał Kowalski. - Ależ naturalnie. Paryż to Paryż, nie ma co. Stolica kulturalna Europy. Luwr, Wersal...

- I korki samochodowe - wpadłem w ironiczny ton, ale bardziej czyniłem tak na złość Szczurzyckiej. - I potworna drożyzna. I ci japońscy turyści.

- Pan to zawsze narzeka - prychnęła na mnie Szczurzycka. - Jest pan malkontentem. Czego pan chce od Paryża?

- Po prostu kiedyś podobał mi się bardziej.

- Może dlatego, że był pan młodszy - zauważył doktor. - No i kiedyś wszędzie było spokojniej.

Miał rację. Samochody i motory wciąż tutaj trąbiły jak najęte, z każdym rokiem przybywało ich na pęczki, a uliczki pozostały te same. Nie można było Paryżowi odmówić pewnego kolorytu i specyficznego zapachu, który rozsiewał się wraz z nim nad Sekwaną. O nie! Nie sposób było przejść obojętnie obok zabytkowych kamienic, wytwornych restauracji i hoteli, zignorować urocze zaułki z zachęcającymi sklepikami, ale to nie był już ten mój dawny Paryż.

Dosłownie siedzieliśmy na paryskim bruku, a konkretnie na szarych płytach, którymi wyłożono placyk na rogu ulic. Było tutaj wytwornie, by nie napisać - luksusowo. Kiedyś przychodził tutaj ponoć sam Hemingway i wiele znakomitości światowej literatury oraz nauki. Popijałem kawę i spojrzeniem taksowałem strzelistą wieżę dawnego opactwa, najstarszego kościoła w Paryżu: Saint-Germain-des-Pres.

W zasadzie nie mogłem narzekać, jednak osoba magister Szczurzyckiej od początku naszej wizyty w Paryżu działała na mnie jak czerwona płachta na byka. Są takie osoby, które z niewiadomych dla nas powodów, wpędzają nas w irytację albo zdenerwowanie - swoim sposobem mówienia, gestami czy wręcz wyglądem. I właśnie magister Szczurzycka, osoba bardzo dobrze znająca twórczość Norwida, autorka kilku ważnych prac o poecie, tak na mnie działała. I nic nie mogłem na to poradzić.

- Warszawa jest wprawdzie szara, ale przynajmniej nie można się zgubić - oświadczyłem na koniec. - Paryż mnie przerasta. Jest wielki. Oczywiście, zazdroszczę im architektury i chętnie zamieniłbym się z Francuzami... Luwr za Pałac Kultury i Nauki.

Szczurzycka lekceważąco machnęła ręką na moje słowa i zaczęła zagadywać Kwiatkowskiego, szczebiocząc przy tym niemiłosiernie. W związku z tym otworzyłem niebieską teczkę z dokumentami dotyczącymi sprawy Norwida i udawałem, że przeglądam jej zawartość.

- Ciekawe, co dzisiaj dadzą na obiad? - zgadywała kobieta. - Oby nie żabie udka!

- Żaba jest mała - ożywił się doktor. - Jak tu się taką najeść? Co innego sztuka mięsa, ha, ha.

- Ha, ha - wtórowała mu Szczurzycka. - Jak pan coś powie, to boki zrywać. Przepyszny dowcip.

I tak sobie gadali, popijając już to likier, już to kawę, a ja w tym czasie cofnąłem się do naszej wizyty w podparyskiej dzielnicy Ivry, w której nasz wielki poeta dokończył marnie swojego żywota.

Norwid spędził ostatnie lata w Zakładzie Świętego Kazimierza na przedmieściach Paryża w Ivry na ulicy Chevaleret. Był to w zasadzie przytułek założony w 1846 roku z fundacji księżnej Anny Czartoryskiej. Otwarto go już w 1851 roku jako dom dla polskich sierot i starców, początkowo głównie dla wojskowych weteranów. Mieszkali tam Józef Zaliwski, Tomasz Olizarowski i Karol Malankiewicz. Tam właśnie trafił 56-letni Norwid w 1877 roku i był zdaje się najmłodszym z dorosłych pensjonariuszy (i w dodatku pierwszym niewojskowym!). Zmarł tam w 1883 roku.

Zakład ów, choć położony u granic miasta, był oddalony o kilka godzin podróży od centrum Paryża. Dojeżdżało się tam pociągiem, dorożką albo parostatkiem (dzisiaj jest w Ivry przystanek metra). Widziałem na starych dziewiętnastowiecznych rycinach panoramę oddalonego o kilkanaście kilometrów Paryża; mógł to widzieć ze swojego okna i sam Norwid - oddalone miasto i Sekwanę łamiącą brzegi w zawiłych skrętach, zmierzającą monotonnie ku miastu, które kiedyś znał. Rzeczywistość ostatnich lat życia Norwida nie pozwoliła mu na choćby kilkugodzinną wizytę w Paryżu.

 

Nieleniwo pies kroczy z ciężkiego spuszczon łańcucha.

Świat coś czuje. - Opodal jest wielkie miasto Paryż,

Za bogaclwy goniące we dwa miliony śmiertelnych.

 

Tak pisał w wierszu Do Bronisława Z. w 1879 roku.

Paryża już nigdy nie odwiedził, gdyż surowy regulamin zakładu kazał wracać do izb o 20:30, a podróż do Paryża była za długa. Co tam Paryż! Już nigdy nie zobaczył ojczyzny!

 

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

podnoszą z ziemi przez uszanowanie

dla darów Nieba, tęskno mi Panie.

 

W zamian słyszał codzienny gwizd lokomotywy w Ivry, bo po drugiej stronie rue Chevaleret, za niskim murem znajdowały się tereny kolejowe, składy i remiza.

Ten mur stoi do dziś, choć dzielnica nabrała nieco nowoczesnego szlifu - wyburzono okoliczne stare domy i wybudowano nowe, postawiono wieżowce podobne do półek z książkami, będące naziemną częścią Biblioteki Narodowej. Ale podobnie jak w XIX wieku, tak i dziś, dojdziemy pustą i głuchą ulicą Chevaleret do szarego muru Zakładu Świętego Kazimierza ciągnącego się wzdłuż dochodzącej z prawej ulicy Charcot. Ponad murem ujrzycie ogrodowe drzewa i dzwonnicę kaplicy. Nad wejściem wisi nawet tablica ku czci poety. Izbę pamięci urządzono w innym pokoju, w skrzydle od ulicy, gdzie nigdy nie mieszkał.

To tutaj, w jednym z pokoików na piętrze - wilgotnym, ciemnym i zimnym - dogorywał polski geniusz, a zegar na wieży pobliskiego kościółka wybijał mu kolejne, bolesne godziny. Umieszczono go tutaj ze względu na jego ubóstwo, nieporadność życiową, głuchotę i rosnącą dziwaczność. Dzięki temu mógł przeżyć, a krewni i znajomi, których nieustannie molestował prośbami o pomoc, pozbyli się go na dobre.

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem ten niegdyś szary, trzypiętrowy dom pod krzyżem, stojący w głębi zaułka, a było to równe pięć dni temu, poczułem się stary i samotny. Surowy dom - choć otynkowany - wydał mi się jeszcze bardziej szary niż otaczające go mniejsze budynki, a uroczy skądinąd ogród nie potrafił rozgonić mojego ponurego nastroju. Wszystkie okna były tutaj jednakowe, płaszczyzny muru nijakie, przywodzące na myśl jedynie koszary. W tutejszej kaplicy wciąż słychać modlitwę sióstr szarytek, które ponad sto lat temu przemykały dziedzińcem z białymi kornetami na głowach. Kiedy myślałem o Norwidzie, zawsze ogarniał mnie ogromny smutek.

W 1883 roku pochowano poetę na cmentarzu dla biedaków, w nędznym grobie w Montmorency, gdzie spoczął wraz z dziesięcioma ubogimi - między innymi z kapitanem wojsk polskich i inwalidą. Zostali na zawsze przyciśnięci głazem, zaś na płycie wyryto nazwiska, objaśnienia i daty. Data śmierci Norwida - fałszywa.

Minorowy nastrój, w jaki się wpędziłem wspominając Norwida, prysnął pomału wraz z pojawieniem się w kafejce ślicznej niewiasty o nieokreślonej narodowości. Mogła być Francuzką, Niemką i Polką. Blondynka o subtelnych rysach i niebieskich oczach. I jeszcze ten pieprzyk pod lewym okiem. Uwielbiałem ten typ kobiecej urody. Patrząc na uroczą blondynkę w wieku dwudziestu ośmiu lat, ukrywającą jędrne ciało pod zwiewną spódniczką, zgadywałem, jak może mieć to paryskie cudo na imię. Yvonne? Monique? Isabelle? Dominique? Marie?

Nie powiem, gdy przeszła obok nas i na chwilę zerknęła na mnie - a wydało mi się, że patrzy z uwagą i z niemałą ciekawością - przeszył mnie przyjemny dreszcz od głowy do stóp. Potem patrzyłem, jak subtelnymi ruchami ręki miesza w filiżance kawy cukier, długo i niewinnie, niczym czarodziejka, i jak cudownie poprawia kosmyki włosów opadających jej na czoło, by na koniec założyć jedną nogę na drugą. Gdy na mnie przelotnie spojrzała, znów dojrzałem w jej oczach ciekawość.

- Gdzie pan tak patrzy? - zapytała magister Szczurzycka, gdyż gapiłem się na dziewczynę niezbyt dyskretnie.

Doktor Kwiatkowski błyskawicznie podchwycił wzrokiem obiekt moich westchnień.

- No tak - sapał, ale tym razem zdecydowanie szybciej. Rozpromienił się i zdaje się zabłysły mu niezdrowo oczy. - Paryż to Paryż. Ech, piękne miasto.

Puścił do mnie oko. Dopił kawę i westchnął ciężko. Nieoczekiwanie od naszego stolika wstała Szczurzycka.

- Czy dadzą panowie namówić się na małe zakupy? - spytała zalotnie, ale dla mnie w jej uśmiechu więcej było kwasu niż miodu. - Trzeba kupić jakieś drobne prezenty.

- Co racja, to racja - westchnął Kwiatkowski i wstał. - Żona by mi nie darowała. Idzie pan z nami?

- Nie, dziękuję - odpowiedziałem i zaraz łypnąłem mało dyskretnie na dziewczynę. Nie wiedzieć czemu nie mogłem od niej oderwać oczu.

- Nie mam dla kogo kupować prezentów. Żony nie mam. Państwo wybaczą.

- Współczuję panu - rzuciła koleżanka Szczurzycka z przesadną troską.

- To musi być przykre. Tak żyć samotnie.

- Pani też jest osobą samotną - zauważyłem cierpko.

- Ale ja mam jeszcze czas!

Zdaje się, że kobieta wypominała mi mój wiek i starokawalerstwo.

- Też to sobie powtarzam - bąknąłem. - Żeby nie tracić nadziei. Kolega Kwiatkowski zaśmiał się mało dyskretnie.

- Na żeniaczkę nigdy nie jest za późno - znowu puścił do mnie oko i zerknął na piękną dziewczynę w sukience.

Ale koleżanka Szczurzycka już go ciągnęła w kierunku ulicy, więc biedak był zmuszony szybciej człapać i przez to sapał jak lokomotywa. Dzięki temu zostałem sam z dopitą kawą i z własnymi myślami. Myślałem o tej dziewczynie, że gdybym był młodszy, to dosiadłbym się do niej, znalazłszy przedtem dowcipny pretekst, słowo-klucz do niewieściego serca. Dzisiaj młodzi ludzie nie potrzebowali najczęściej inteligentnego pretekstu, aby zagadnąć do pięknej dziewczyny, może dzisiaj wystarczało już tylko skinienie głową i pospolite jak prażona kukurydza: ,.cześć? Wyrafinowane zwroty i gra słów były dobre dla takich jak ja, starych romantyków, którzy darzyli każde piękno należną mu czcią.

Kiedy tak zastanawiałem się, jakimże to sposobem mógłbym zainteresować piękną dziewczynę, a czyniłem tak wyłącznie w sferze mojego umysłu, teoretycznie, wydarzyła się rzecz niezwykła i zarazem przykra. Otóż, w pewnym momencie, pomiędzy jednym łypnięciem w kierunku jej stolika a kolejnym marzeniem, dziewczyna niebezpiecznie zachwiała się na swoim wiklinowym foteliku. Drżącymi dłońmi dotknęła głowy, pomachała nimi, jakby chciała odpędzić od siebie złe moce i znowu się zachwiała. Nie widziałem wtedy dokładnie jej twarzy, ale wydawało mi się, że pobladła. Była bliska omdlenia.

Miałem swój powód! Doskoczyłem do niej w momencie, gdy osuwała się z fotela na bruk i w ostatniej chwili ująłem jej rękę, a potem objąłem smukłą kibić.

- Madame! - krzyczałem zwróciwszy tym samym na siebie uwagę klientów. - Dobrze się pani czuje?

Ktoś stanął za moimi plecami, jakiś gotowy służyć pomocą dżentelmen, zjawił się także kelner, słowem - powstało niezgorsze zamieszanie. Ale ja już pomagałem dziewczynie usadowić się z powrotem na fotelu, a ta dziękowała mi wstydliwie acz z wdzięcznością. Z radością przyjąłem fakt, że bladość na jej twarzy ustąpiła, a ja stałem przed nią gotowy służyć pomocą, gdyby tylko tego zapragnęła.

- Dziękuję panu - rzekła cichutko po francusku. - Ostatnio dużo pracuję i nie śpię po nocach. Jaki pan miły...

- Na imię mam Tomasz - rzuciłem zaskoczony. - Jak pani na imię?

Nie doczekałem się odpowiedzi. Ostrzegawczy krzyk za moimi plecami kazał mi szybko odwrócić się w kierunku mojego stolika.

- Złodziej! - krzyczała jakaś starsza pani siedząca opodal. - Złodziej ukradł teczkę!

To była moja teczka, ta niebieska, tekturowa, zwierająca dokumenty dotyczące mojej ministerialnej misji, opisującej znaleziony w Zakładzie Świętego Kazimierza w Ivry notatnik Norwida. Widziałem, jak jakiś ubrany w czarną skórę człowiek w kasku na głowie biegnie z moją teczką pod pachą do stojącego po drugiej stronie nowoczesnego skutera, zapala go i odjeżdża z rykiem. Porzuciłem na chwilę dziewczynę, którą uratowałem przed upadkiem i poleciałem na drugą stronę ulicy, ale skuter ze złodziejem oddalał się już nieubłaganie, odpływał w głąb uliczki, mijając slalomem sznur samochodów. Nie miałem szans na dogonienie go.

A kiedy zrezygnowany wróciłem do kafejki, ze zdumieniem stwierdziłem, że piękna dziewczyna w sukience zniknęła. Nie było jej. Dopiero teraz, stojąc na chodniku przed parasolami kafejki, zrozumiałem, że zostałem wykiwany. Niektórzy klienci ochoczo wskazywali mi rękami kierunek ucieczki młodej damy, ale wiedziałem, że nie złapię jej. Ktoś zaplanował kradzież niebieskiej teczki i zrobił to w sposób nie pozbawiony pewnego kunsztu. Zwykły złodziej wyrwałby mi teczkę na ulicy i już. Ale ci, którzy ukradli mi ją, zrobili to z klasą. Dałem się podejść jak żółtodziób, ale pewnie każdy na moim miejscu pośpieszyłby dziewczynie na pomoc, zapominając o dokumentach. Jakże mogłem pomyśleć, że piękna kobieta może przynieść szczęście, wszak zawsze było na odwrót - pojawienie się uroczych niewiast w moim życiu zwiastowało nieszczęście.

Tylko dlaczego komuś zależało na tej teczce?

 

***

Krótka wizyta na policji przerodziła się ze zwykłej rutynowej sprawy w przesłuchanie balansujące na krawędzi groteski. Zeznawałem długo - wciąż powtarzając to samo:

- Nie znam tej młodej kobiety ani osobnika na skuterze. Moim zdaniem, to zorganizowana grupa.

Później męczono mnie pytaniami o zawartość teczki.

- Zawierała dokumenty dotyczące odbioru znalezionych w Ivry papierów po Norwidzie - odpowiadałem grzecznie młodemu inspektorowi. - Zeszyt. Notatnik, tyle że zapisany bazgrołami geniusza. Wśród nich znalazło się kilka nie wysłanych przez artystę listów, rękopisy ostatnich wierszy, nieznanych. Znaleziono je w sąsiednim pokoju w Zakładzie Świętego Kazimierza w Ivry, ukryte w podłodze. Prawdopodobnie mieszkał tam znajomy Norwida, któremu poeta powierzył część swoich papierów, a ten z niejasnych dla nas powodów ukrył je w przytułku. Nie znamy jego nazwiska. Dopiero po ponad stu latach, robiąc remont w niektórych pokojach, natknięto się na ową niecodzienną skrytkę. Przez ten czas mieszkało w tym pokoju kilkadziesiąt osób. W przytułku nie można było liczyć na sejf albo depozyt. A przecież biedni ludzie też lubią mieć swoje sekrety. Jednak dzięki temu dziwactwu zachowały się listy i wiersze Norwida. Proszę bardzo, możecie to sprawdzić w polskiej ambasadzie, także wasze Ministerstwo Kultury zna dobrze tę sprawę.

Sprawdzili. Potem, gdy nie było już sensu zadawania mi tych samych pytań, młody inspektor próbował znaleźć wyjaśnienie powodu, dla którego ukradziono mi niebieską teczkę.

- Pan zajmuje się kradzieżami dzieł sztuki - zawiesił na mnie dłużej wzrok. - Tak mi powiedziano w waszym konsulacie. Nazywają pana Panem Samochodzikiem, prawda? Śmiesznie brzmi, nie powiem, ale do rzeczy. Czy nie przypuszcza pan, że jakaś francuska szajka złodziei dzieł sztuki dowiedziawszy się, że znaleziono nieznane zapiski polskiego poety, postanowiła ukraść teczkę? Oni mają chrapkę na te wiersze!

- Ale przecież w teczce nie było żadnych zapisków z Ivry! - zaprotestowałem. - Wszystkie znalezione materiały znajdują się w specjalnym sejfie-neseserze. Neseser zostanie przekazany nam na dworcu przez waszych urzędników. A w teczce trzymałem kopie niektórych dokumentów.

- Hm, dziwne - mruczał inspektor francuskiej policji. - Może dopiero zamierzają ukraść neseser.

- Być może, ale za te wiersze Norwida nie dostaną na rynku zbyt wiele. Gdyby to jeszcze był Mickiewicz, to rozumiem.

- Kto taki? - zdumiał się.

- No Mickiewicz. Adam Mickiewicz.

- Słyszę, że Mickiewicz, ale pytam, kto to taki?

Policjant nie miał bladego pojęcia, kim był Adam Mickiewicz! Nie znał ani Słowackiego, ani Norwida. Był laikiem w zakresie literatury i sztuki w ogóle. Ale czemuż to na świecie panowała taka niesprawiedliwość, że przeciętny Polak znał największe nazwiska francuskiej sztuki, a przeciętny Francuz nie słyszał nawet o naszym narodowym wieszczu?

- Mickiewicz to znany polski sportowiec - odpowiedziałem złośliwie, ale byłem doprawdy poirytowany niewiedzą policjanta. - Pierwsza liga.

- Bokser? - zainteresował się.

- I to jeszcze jaki! - kontynuowałem tę komedię.

- Uwielbiam boks zawodowy, ale o Mickiewiczu nie słyszałem.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin