Józef Burny
PAN SAMOCHODZIK
I...
RODZINNY
TALIZMAN
Oficyna wydawnicza WARMIA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ODPORNY NA LEKARZY • WSZĘDZIE AMULETY I TALIZMANY • WIZYTA STARYCH I NOWYCH PRZYJACIÓŁ • CO PRZECHOWAŁ DZIADEK WIEWIÓRKI • TAJEMNICA DO WYJAŚNIENIA • LEGENDA PRZEKAZANA PRZEZ DZIADKA WIEWIÓRKI SENIORA • KIM BYLI BRACIA UCIEKINIERÓW I SUDAWOWIE • PORAŻAJĄCA WNIKLIWOŚĆ WILHELMA TELLA JUNIORA • KAPSUŁA CZASU • POWRÓT PANA SAMOCHODZIKA • WEHIKUŁ • ROZWAŻANIA NAD ATLASEM • ROZSUPŁAĆ SUPEŁEK • CO KRYŁA POD SOBĄ WYTARTA SKÓRKA • ZALEDWIE PARĘ GODZIN PO PÓŁNOCY • KTO, KIEDY I DLACZEGO PODZIELIŁ RĘKOPIS • CO TO ZA JĘZYK? • GDZIE SĄ POZOSTAŁE KAWAŁKI DOKUMENTU • DROGA DO UKRYTEGO SKARBU LUB DO INNEGO CELU
Dziadek Wiewiórki był zawsze zdrowy i pogodny. Jeżeli nawet zachorował, to na krótko. Zaraz zdrowiał. Nie potrzebował do tego lekarza, recept i medykamentów. Nosił na szyi talizman, przekazywany w rodzinie od niepamiętnych czasów. Żartował, że pochodzi z kresów, a ludzie stamtąd - jak powszechnie wiadomo - są odporni na wszystkie choroby i na lekarzy.
Rzeczywiście, pochodził z kresów, zza Bugu. Zdążyliśmy między sobą wymienić wiele serdecznych uścisków dłoni, pożytecznych uwag i żartów z codzienności. Pewnego dnia odszedł, zostawiając talizman i związaną z nim legendę najstarszemu synowi.
Od niepamiętnych czasów człowiek przypisuje niektórym przedmiotom moc tajemną. O jednych mówi, że są amuletami przynoszącymi szczęście i chroniącymi przed niebezpieczeństwem, o innych, że ściągają na ludzi same nieszczęścia i niebezpieczeństwa. Może, dla zrównoważenia dobrych i złych mocy, dobrze mieć jedne i drugie pod ręką? Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nigdy też nie miałem takich przedmiotów, bo nie jestem przesądny. Dziadek Wiewiórki też nie sprawiał wrażenia człowieka przesądnego. A jednak.
Jakby było mało mocy amuletów, ludzie wymyślili kiedyś i produkują talizmany. Ich obowiązkiem jest, oczywiście, przynoszenie posiadaczowi szczęścia i ochrona przed złą przygodą. Są to magiczne figury lub tajemnicze słowa wyryte w metalu albo kamieniu. Mogą też być zapisane na pergaminie, papierze i na czymkolwiek innym. W dawnej Polsce, na przykład, zapisywano modlitwy i zaklęcia, zwane charakterami, na cudownym pasie, którym się okręcano.
Okazało się, że talizman dziadka Wiewiórki jest czymś więcej. Kim, jednak, jest Wiewiórka? Zaraz to wyjaśnię, zachowując właściwą kolejność zdarzeń.
***
Poprawiałem przed lustrem moją srebrzystą czuprynę, gdy zadzwonił telefon. Telefon jest pożytecznym wynalazkiem pod warunkiem, że nie odzywa się wówczas, gdy ktoś dzwoni przez omyłkę do kogoś, kto usiłuje właśnie przyczesać to, co kiedyś z dumą nazywał szopą. Spojrzałem na zegarek. „Do mnie o tej porze? Niemożliwe. Niech dzwoni... Wolę bez przedziałka. Chociaż... gdyby dać go trochę niżej... Oho! Jeszcze jeden sygnał i włączy się sekretarka... Niech się włączy. Albo nie! Sam odbiorę! Przecież to do mnie, nie do niej...”
- Słucham?
- Dzień dobry! Pan Tomasz?
- Kogóż to mam zaszczyt gościć na linii, bo głos wydaje mi się obcy?
- Nie dziwię się, że pan nie rozpoznaje mojego głosu! Nie pamiętam już, kiedy przeszedłem mutację. Przeszli ją też Wilhelm Tell i Sokole Oko...
- Wiewiórka!?
- Wiewiórka!
Wszystkim, którzy nie pamiętają Wilhelma Tella, Sokolego Oka i Wiewiórki, przypominam, że przydomki takie nosili trzej zaprzyjaźnieni ze mną młodzi harcerze. Trafnie oddawały one ich umiejętności, możliwości i ulubione zajęcia. W przeszłości rozwiązaliśmy razem wiele tajemnic i przeżyliśmy liczne, mrożące krew w żyłach, przygody. Opowiadałem o nich już wielokrotnie.
Wiewiórka powiedział, że powinniśmy się spotkać we czwórkę, jak kiedyś. Powodów jest kilka. I wszystkie są bardzo ważne. Ucieszyłem się, bo lubię niespodziewane spotkania ze starymi kompanami z bardzo ważnych powodów. Bez ważnych powodów też chętnie powitałbym ich w moich progach.
W drzwiach ujrzałem Wilhelma Tella, Sokole Oko i Wiewiórkę. Nastoletni chłopcy stali uśmiechnięci od ucha do ucha. Zdębiałem. Coś mi nie pasowało z Wiewiórką. Przecież parę godzin temu rozmawiał ze mną męskim głosem. Widocznie musiałem się zdrzemnąć w fotelu i teraz śnię. Szybko przymknąłem drzwi, przetarłem oczy. Po chwili ostrożnie wyjrzałem na klatkę schodową. Za drzwiami stali trzej rośli, szeroko uśmiechnięci mężczyźni. To byli moi przyjaciele z odległej przeszłości. A tamci chłopcy? Coś mi się przywidziało.
- Czuwaj, druhowie!
- Czuwaj, druhu Tomaszu! - odkrzyknęli gromko i radośnie, ożywiając psy sąsiadów, które zaczęły nagle ujadać, początkowo na obcych, później, zapewne z rozpędu i dla wprawy, wzajemnie na siebie.
Po wymianie grzeczności, przerywanej łyczkami herbaty i kawy, przeszliśmy do rzeczy.
- Przed śmiercią dziadek przekazał mojemu ojcu swój talizman - zagaił Wiewiórka, wyciągając z szarej koperty lśniący rzemyk, do którego był przymocowany skórzany, obszyty ściegiem z jelita baraniego, wytarty prostokącik. - Pamiętam, że nosił to zawsze na szyi, mówiąc, że tak robił jego ojciec i jego dziadek, naśladując męskich przodków. Mój ojciec, człowiek daleki od przesądów, zamknął talizman w szufladzie swojego biurka i na wiele lat o nim zapomnieliśmy. Dopiero Wiewiórka junior, który jest pana fanem...
- Chwileczkę! - przerwałem Wiewiórce. - Czy to oznacza, że towarzyszą ci juniorzy Wilhelm Tell i Sokole Oko?
Moi goście przytaknęli radośnie głowami.
Chłopcy, chociaż wychowani w zupełnie innej już Polsce, zachowywali się jak ojcowie, gdy ci byli w ich wieku. Widziałem ich zapał do uczestniczenia w wyjaśnianiu wielkiej tajemnicy, która przyszła wraz z nimi do mnie.
- To był przypadek - mówił szybko Wiewiórka junior. - Myszkowałem po chacie w poszukiwaniu jakiejś wolnej kasety magnetofonowej. Znalazłem wreszcie jedną wśród rzeczy, które zostały na pamiątkę po pradziadku. Włączyłem, żeby sprawdzić, czy jest czysta. I usłyszałem głos pradziadka. Mówił dziwnie. Jakby czytał jakąś legendę. Na zakończenie przypomniał dziadkowi, że talizman, we właściwym czasie i z odpowiednim pouczeniem, ma obowiązek przekazać najstarszemu synowi, czyli mojemu ojcu, jak największą świętość.
- Rozmawiałem o tym z ojcem - wtrącił Wiewiórka senior. - Powiedział, że dziadek wielokrotnie opowiadał mu starą legendę rodzinną. Dzięki temu znają na pamięć. Wolę dziadka spełni. Talizman przekaże. Może to zrobić nawet teraz. I przekazał, pouczając, że moim obowiązkiem jest jego przechowanie i przekazanie najstarszemu męskiemu następcy wraz z legendą.
- Czyli mnie! - wykrzyknął rozpromieniony Wiewiórka junior. - A ja...
Wiewiórka junior zawiesił głos i rozejrzał się po obecnych.
- Jak myślicie? Co zrobię?
- Spełnisz wolę przodków! - odkrzyknął Wilhelm Tell junior.
- Na twoim miejscu zastanowiłbym się, czy ten sposób spełniania woli przodków jest tym, co stanowi sedno ich woli - zauważył odkrywczo Sokole Oko junior. - To przekazywanie z pokolenia na pokolenie nie wygląda mi na ostateczny cel misji talizmanu i legendy w czasie.
Pamiętam, że tata Sokolego Oka juniora też potrafił być osobą dociekliwą i bezwzględnie logiczną.
- No właśnie! - wykrzyknął uradowany Wiewiórka junior. - Czas najwyższy ustalić, o co w tym wszystkim chodzi! I z tego powodu pojawiliśmy się u pana...
Wiewiórka junior przerwał, bo poprosiłem o talizman.
Sięgnąłem po lupę. Goście pochylili się w moją stronę. Na wytartym, skórzanym prostokąciku nie zauważyłem żadnych magicznych znaków lub napisów. Może się wytarły? A może ich na nim nigdy nie było?
- Nic tu nie ma - mruknąłem rozczarowany.
Oba pokolenia moich przyjaciół zgodnie przytaknęły.
- Może to oznaczać, że ten skórzany wisiorek nigdy nie był i nie jest talizmanem.
Mówiąc te słowa miałem wrażenie, że słyszę głos dziadka Wiewiórki seniora: „Jest czymś więcej”.
Powtórzyłem: - Jest czymś więcej.
- Czym? - zaciekawił się Wiewiórka senior.
- Jeszcze nie wiem. Musimy nad tym popracować. Może legenda coś nam podpowie?
Włączyłem magnetofon. Po kilku nieśmiałych, wyciszonych chrząknięciach usłyszeliśmy znajomy, ciepły, spokojny głos.
Gdy bezwzględny, chytry wróg napada, by wymordować ludzi i zagarnąć ziemią uprawianą setki lat przez ojców, waleczni wojownicy chwytają za broń i bez ociągania się stają do walki w obronie dziedzictwa. Jest to walka na śmierć i życie. Zbrojnych napastników nie chroni święty obowiązek gościnności. Oni muszą zginąć, by ziemia żywicielka została przy tych, do których prawowicie należy. Lud bez swojej ziemi jest niczym.
Dawno temu, daleko stąd, dzielni mężowie stanęli pamiętnej nocy do walki w obronie życia swoich żon i dzieci. Bronili ziemi ojców. Powstrzymali krwiożerczy pościg za kobietami uchodzącymi z dziećmi do braci siedzących za Sudawami.
Mężowie polegli w heroicznym boju. Ich święte obowiązki wobec ziemi najeźdźców przeszły na synów.
Gdy synowie dojrzeli, zebrali innych synów i - wspierani przez goszczących ich braci - ruszali wielekroć na wroga, by odzyskać zagrabioną ziemię i na nią powrócić. Wielu z nich poległo bohaterską śmiercią wojownika, utoczywszy wcześniej krwi nieprzyjaciół. Przetrwali nieliczni.
Synowie dzielnych wojowników którzy pamiętnej nocy polegli w boju - chroniąc kobiety uciekające z dziećmi przed zbrodniczym pościgiem - u kresu swoich żywotów zdali się na pergamin i umiejętności skryby. Gdy nadejdzie właściwy czas, pergamin złożony w jedno przekaże potomnym wieść o ich świętych obowiązkach. I oni obowiązki te wypełnią.
Dziadek Wiewiórki seniora skończył. Po krótkiej chwili z głośnika magnetofonu usłyszeliśmy westchnięcie, chrząknięcie i ponownie jego głos:
- Nie wiem, czy to się dobrze nagrało i czy ty pamiętasz dokładnie, co ci kiedyś tyle razy opowiadałem...
- Pamiętam, dziadku - wyrwało się wzruszonemu Wiewiórce seniorowi, chociaż dziadek, którego nie było wśród nas, zwracał się nie do niego, a do jego nieobecnego ojca, swojego najstarszego syna.
- Na wszelki wypadek opowiem jeszcze raz. Nie zaszkodzi.
I dziadek powtórzył wszystko z niezwykłą dokładnością. Po zakończeniu dodał, że talizman i legenda mają być przekazywane - zgodnie z wolą przodków - najstarszym synom. Po czym wyłączył magnetofon. Zapadła cisza, którą uciąłem, zanim zaczęła się przedłużać:
- Opowieść dziadka Wiewiórki, jak sądzę, jest wiarygodna, bo nie ma w niej bałamutnych zmyśleń o jakichś objawieniach, cudach lub smokach...
- Brzmi prawie jak żołnierski meldunek i zarazem rozkaz - zauważył Wilhelm Tell junior. - Składa się z czterech wyraźnie zaznaczonych części. Z pierwszej dowiadujemy się jak postępują mężczyźni, gdy ktoś napada na ich terytorium. W drugiej części mowa jest o tym, że ileś wieków temu, daleko od miejsca, gdzie powstała legenda, toczyły się okrutne walki w obronie ziemi i życia rodzin. Kobiety z dziećmi umknęły do braci. Mężczyźni polegli w boju. Ziemia ich ojców została zagrabiona. Część trzecia zawiera informację o dorosłych już synach poległych mężczyzn. Spełniając swój obowiązek, walczyli oni o odzyskanie ziemi, która jednak pozostała w rękach zaborców. Z naszego punktu widzenia najistotniejsza wydaje się część ostatnia. Dowiadujemy się z niej, że u schyłku swojego życia synowie podyktowali skrybie coś w rodzaju testamentu, adresowanego do przyszłych pokoleń ich ludu. Był zatem, a może nawet jest, manuskrypt, bez którego nie wyjaśnimy, o co w tym wszystkim chodzi.
- To znaczy? - podtrzymałem coraz bardziej frapujący wywód chłopca.
- Legenda, chociaż jest ogólnikowa, zawiera ciekawe informacje. Wspomniani są, na przykład, Sudawowie. To wskazówka co do czasu i miejsca części zdarzeń. Trzeba tylko ustalić, co dziś o nich wiadomo. Interesująca jest też wzmianka o braciach. Musimy dociec, kim byli i gdzie leżało ich terytorium. W legendzie brakuje jednak informacji umożliwiających dokładne określenie chronologii i miejsca zdarzeń oraz stron walczących.
Wilhelm Tell junior przerwał i spojrzał niepewnie w moją stronę.
- Śmiało, chłopcze, kontynuuj! - wygrzebałem się na chwilę z zasłuchania i zamyślenia.
Ośmielony chłopiec nabrał powietrza w płuca i wyrecytował:
- Sądzę, że legenda miała spełniać i spełnia do tej pory rolę nośnika informacji o istnieniu czegoś w rodzaju, jakby to dziś powiedziano, kapsuły czasu, gwarantującej przetrwanie najistotniejszych treści w niezmienionym kształcie. Mam na myśli, oczywiście, istnienie spisanego testamentu. Dowodzi tego umiejscowienie tejże informacji w czwartej, ostatniej sekwencji legendy.
Wilhelm Tell senior spojrzał z uznaniem i dumą na syna. Pozostali seniorzy i juniorzy, zaskoczeni błyskotliwym wystąpieniem chłopca, osłupieli z wrażenia i podziwu. Siedzieli nieruchomo, czekając na ciąg dalszy wywodów. Zdziwiony Wilhelm Tell junior rozglądał się po obecnych. W końcu wydukał:
- Co jest? Palnąłem jakieś głupstwo?
- Ależ skąd - wysapał ciepło Wiewiórka senior. - Mów dalej.
- Uważam, że Wiewiórka junior ma rację. Wyjaśnienie tajemnicy z przeszłości jego rodziny wymaga powrotu Pana Samochodzika.
Ten chłopiec wiedział dokładnie, co mówi. Wytworzył sytuację, w której nie było potrzeby proszenia mnie o powrót, jednocześnie ja nie musiałem swojego powrotu proponować lub zapowiadać. Miał, po prostu, nastąpić bez żadnych ceregieli i umizgów. I fakt ten postanowiłem tak właśnie potraktować. Pan Samochodzik powrócił w tej chwili. I już. Szkoda tylko, że mój słynny wehikuł nie doczekał. No cóż. Nie można mieć jeszcze raz wszystkiego, co się kiedyś miało.
Nagle odezwała się komórka Sokolego Oka seniora.
- Tak?... Świetnie!... Pan Samochodzik się ucieszy! Wszyscy się cieszymy! Dzięki! Jesteśmy właśnie u pana Tomasza.
Sokole Oko senior, na którym skupiła się nasza uwaga, schował telefon do kieszeni i spojrzał wesoło w stronę okien. Po chwili dobiegł nas warkot silnika samochodowego i pisk opon.
„Czyżby? To niemożliwe!” - machnąłem zrezygnowany ręką. Podbiegłem jednak, wraz z innymi, do okna. Na jezdni przy krawężniku stał mój wehikuł. Przypominał żabę z zadartym tyłkiem. Rozejrzałem się po rozpromienionych twarzach gości.
- Pan Samochodzik musi mieć swój słynny atrybut - usłyszałem głos Sokolego Oka juniora. - To wierna kopia pamiętnej przeróbki wyścigowego ferrari po kraksie, dzieła pana wuja sprzed lat. Ma nawet śrubę! Samochód przeszedł wszystkie testy. Użyte części i materiały mają wymagane atesty i certyfikaty. Na tej podstawie wehikuł został dopuszczony do ruchu drogowego i zarejestrowany. Jest, oczywiście, ubezpieczony.
- Mieliśmy początkowo trudności - dodał Wiewiórka senior. - Okazało się jednak, że fani Pana Samochodzika są wszędzie. Nawet na bardzo poważnych stanowiskach. Wehikuł jest ich darem na rzecz fundacji imienia Pana Samochodzika.
- Tę fundację wymyślili nasi synowie - odezwał się Wilhelm Tell senior. - Początkowo wehikuł miał być tylko atrapą, bo był rekonstruowany jako eksponat muzealny. Aha! Małe wyjaśnienie. Nasza fundacja realizuje projekt pod nazwą: „Muzeum Pana Samochodzika”. Poszukując oryginalnego podwozia do wehikułu, trafiliśmy nieoczekiwanie na właściciela sprawnego silnika ferrari. Gdy dowiedział się w czym rzecz, podarował ten silnik naszej fundacji. Fani i przyjaciele zadbali, by wehikuł miał osiągi swego pierwowzoru, przy zachowaniu identycznej techniki obsługi...
Wszystko to zwaliło się na mnie nieoczekiwanie. Wiedziałem, że muszę się jakoś pozbierać, zachować... Niestety. Zablokowało mnie? Przecież w każdej sytuacji potrafiłem sobie ze sobą poradzić. Widocznie nie tym razem... „A może powiedzieć coś mądrego, dowcipnego?” - szukałem w myślach jakiegoś wyjścia z sytuacji. „Na przykład zażartować, że nie czuję się jeszcze eksponatem muzealnym?”.
Moje wewnętrzne zmagania, o dziwo, przerwał mój głos:
- Przyjaciele! Cieszę się z naszego spotkania po latach, poznania juniorów i z tego wszystkiego, co się tu stało! Chwilowo jednak brak mi właściwych słów, powróćmy zatem do rzeczy. Rozwiązywanie tajemnicy legendy i nieznanego, wspomnianego w niej rękopisu, może okazać się fascynującą przygodą z nieoczekiwanym finałem. Pozwólcie, że do jutra zatrzymam u siebie taśmę z nagraniem i wisiorek. Jutro o tej porze zapraszam was wszystkich do siebie. Być może już wówczas będę miał coś interesującego do zakomunikowania.
Zostałem sam na sam z wisiorkiem Wiewiórki seniora. Zrobiło się jakoś pusto. Spojrzałem przez okno na wehikuł. Posłusznie czekał. Na biurku połyskiwały kusząco kluczyki.
Ponownie uruchomiłem magnetofon.
Wiedziałem, kim byli wspomniani przez dziadka Wiewiórki juniora Sudawowie, zwani też Jaćwingami. Już w II wieku naszej ery wymienił ich z nazwy geograf aleksandryjski Ptolomeusz Klaudiusz. Wymienił też sąsiadujących z nimi od wschodu Galindów, zamieszkujących na obszarze dzisiejszego Pojezierza Mazurskiego.
Lud Jaćwingów, zwanych też Sudawami, istniał do końca XIII wieku. Został rozproszony i wyniszczony. Skoro w legendzie jest wymieniona nazwa ludu, nie terytorium, to dramatyczna ucieczka kobiet z dziećmi „do braci siedzących za Sudawami” musiała mieć miejsce, gdy lud ten istniał, czyli między początkiem naszej ery a końcem XIII wieku.
Datę ucieczki można, na szczęście, nieco uściślić. Pod koniec legendy jej bohaterowie „zdali się na pergamin i umiejętności skryby”. Oznacza to, że nie potrafili pisać, doceniali jednak wagę słowa pisanego i znali kogoś zaufanego, kto opanował sztukę pisania. U kresu swojego życia, czując własną bezsilność wobec rzeczywistości, podyktowali temu osobnikowi coś w rodzaju testamentu, dokumentu bardzo ważnego, adresowanego do męskich potomków ich rodzin. Mogło się to wydarzyć dopiero po pojawieniu się i upowszechnieniu piśmiennictwa w tej części Europy, czyli w XIII wieku.
Z legendy wynika, że dyktujący swój testament starcy uczestniczyli w ucieczce, której datę próbuję uściślić. Byli wówczas dziećmi. Wydarzenia, o których mówi legenda, następowały z ich udziałem, a zatem w ciągu ich życia. Jest więc prawdopodobne, że ucieczka miała miejsce w pierwszej połowie XIII wieku. Oznaczałoby to, że jej powodem była zbrojna agresja krzyżacka, początkująca podbój i okupację Prus.
Znając już prawdopodobną datę i przyczynę ucieczki, postanowiłem dociec: skąd wyruszyła. Ktoś może tu powiedzieć, że przecież wyruszyła z Prus. To prawda. Ale ówczesne Prusy - jeżeli pominąć Jaćwież jako terytorium, przez które przechodzili się uciekinierzy - to obszar podzielony na niezależne od siebie państewka plemienne: Skalowię, Nadrowię, Sambię, Natangię, Barcję, Warmię, Pogezanię, Pomezanię, Ziemię Sasinów i Galindię. Ustalenie, z którego państewka wyszła ucieczka pozwoliłoby, oczywiście, określić pochodzenie plemienne uciekinierów.
W „Atlasie historycznym Polski” odszukałem mapkę Polski pierwszych Piastów. Jaćwież rozciągała się na wschód od dzisiejszej Krainy Wielkich Jezior Mazurskich i dalej na północ. Zamieszkiwali ją Jaćwingowie, znani też jako Sudawowie, czyli lud Bałtów prusko-litewskich. Nazwa tego ludu pochodziła od włóczni lub broni. Może to oznaczać, że Sudawowie cieszyli się opinią ludzi walecznych.
W pierwszej połowie XIII wieku kobiety z dziećmi uciekły przez Jaćwież do braci, czyli do ludu z nimi spokrewnionego. Ludami spokrewnionymi były plemiona Prusów - siedzące w swoich niezależnych państewkach na zachód od Jaćwieży - oraz plemiona Litwinów i Żmudzinów na północ i wschód od niej. Do spokrewnionych należało też, oczywiście, plemię Sudawów.
Jeżeli przyczyną ucieczki był barbarzyński najazd krzyżacki, to uciekinierzy musieli poruszać się z zachodu na wschód, do Litwinów lub Żmudzinów. Przez chwilę wyobraziłem sobie garstkę przerażonych, zmęczonych, spragnionych, wygłodniałych kobiet i dzieci idących w nieznane, bez większych szans na przetrwanie. One, po prostu, musiały sobie poradzić. Tych - wystawionych na ciężką próbę, uciekających przez dziką i niedostępną Puszczę Galindzką - garstek kobiet z dziećmi było zapewne więcej.
Podbój Prus rozpoczęli Krzyżacy napaścią na najdalej wysuniętą w kierunku zachodnim Pomezanię. Ziemię tę opanowali w latach 1233-1236. Może wówczas, stamtąd właśnie, ruszyły na wschód pierwsze grupy uciekinierów? Niektóre z nich, zostawiając po drodze zmarłych, dotarły szczęśliwie do braci siedzących za Jaćwieżą. Oznaczałoby to, że przebyły one długi i nieznany sobie szlak od Wisły do Litwy. Czy byli wśród nich uciekinierzy z legendy? Nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Jednego mogłem być jednak pewien: legenda, opowiedziana przez dziadka Wiewiórki seniora, liczyła sobie ponad siedemset lat.
Do 1283 roku Krzyżacy, przy walnej pomocy rycerstwa z Czech i zza Odry, podbili całe Prusy. Moi legendarni uciekinierzy mogli zatem pochodzić z każdego terytorium plemiennego, oczywiście, poza Jaćwieżą.
Nagle uświadomiłem sobie, że skórzany wisiorek, uchodzący w rodzinie Wiewiórki za talizman, jest rówieśnikiem legendy. Jeżeli tak, to liczy sobie ponad siedemset lat i może być rzeczywiście swoistą kapsułą czasu, jak zauważył Wilhelm Tell junior.
Ponownie obejrzałem tajemniczy, skórzany prostokącik o wielkości męskiej dłoni. W miejscu umocowania rzemyka, wytartego do połysku od noszenia na kolejnych szyjach, zauważyłem niewielki, mocno zaciągnięty supełek, łączący końce baraniego jelita, którym ktoś kiedyś obszył starannie krawędzie wisiorka.
Sięgnąłem po lupę i przyjrzałem się uważnie krawędziom. Liczyłem na to, że ujrzę przylegające do siebie dwie warstwy skóry. Przeliczyłem się. Ujrzałem jedną warstwę.
A jeżeli krawędzie s...
Marcin1712