Lato 1941 roku było gorące i pełne pyłu unoszącego się nad suchymi polami i drogami prowadzącymi przez rosyjskie wioski. Kapitan Otto Laubach patrzył na ten krajobraz zza szyby swego kubelwagena. Lubił palić cienkie cygara i właśnie takim rozkoszował się teraz, co jakiś czas oglądając się za siebie na kolumnę ciężarówek. Pod swoją komendą miał dziewięćdziesięciu żołnierzy, może nie kwiat Wehrmachtu, ale dość oddanych. Nie chcieli się narażać dowódcy, by nie trafić do jednostki frontowej. Co innego jeździć po składnicach muzealnych, a co innego stawać przed zgrają fanatyków w szmacianych mundurach koloru musztardowego. Zakałą tego oddziału był Thomas Erle, niski, przemądrzały stu-dencik archeologii z Wiednia. Chłopak dostał mundur z odznakami kaprala, ale zupełnie nie nadawał się na żołnierza. Nawet nie przeczytał regulaminów — ciągle tylko popisywał się pomysłami na swoje książki.
—Bądź cicho, człowieku—warknął Laubach, przerywając opis kolejnej mającej powstać książki. — Co wiesz o magazynach w Jermakołowcach?
— Ruscy mieli tam magazyn srebrnych naczyń przeznaczonych na licytacje — Erle przetarł rękawem bluzy zakurzone okularki i otworzył teczkę. — Nasi specjaliści podejrzewają, że zdążyli sprzedać połowę, zanim znalazł się mądrala i wyłożył w Komitecie Centralnym podstawy ekonomii kapitalistycznej, prawo podaży i popytu...
— Przestań! — Laubach wściekły obrócił się do kaprala siedzącego na tylnym siedzeniu. — Głowa boli od tego twojego...
— Jermakołowce — przerwał kierowca stając na wzgórzu, skąd widać było niewielki kołchoz.
Przed nimi stał motocykl z koszem. Obsługujący karabin maszynowy obserwował zabudowania przez lornetkę. Laubach wysiadł i podszedł do niego.
— Widać coś? — zapytał.
— Nic, nikogo nie ma — meldował żołnierz. — Magazyn ma być w tym kościele?
— W cerkwi — Laubach roześmiał się poprawiając młodzieńca. Widział, że ludzie, którymi teraz dowodził w niczym nie przypomi-
nali tych, z którymi pod dowództwem Guderiana szedł na Brześć, forsował Mozę i defilował w Paryżu. To były dzieciaki zafascynowane łatwymi zwycięstwami. Laubach wiedział, że Rosjanie zewrą szeregi i nadejdzie ich czas rewanżu, a potem trzeba będzie jakoś ułożyć sobie życie w nowym świecie — najlepiej na innym kontynencie.
— Jedźcie i uważajcie na wszystko — rozkazał.
Machnął ręką na ciężarówkę wyładowaną piechotą. Gestem nakazał jej jechać za motocyklem. Z samochodu sztabowego wyjął swojego schmeissera i wskoczył na stopień drugiej ciężarówki, obok kierowcy.
— Zjedziesz na tamtą drogę — pokazał szoferowi.
Kolumna pozostałych ciężarówek ustawiła się, a podoficerowie wyszli obserwować, co się wydarzy. Nawet Erle wysiadł z samochodu. Przesłonił dłonią czoło, by słońce nie raziło go tak w oczy.
Gdy tylko motocykl wjechał między obory, rozległa się seria z karabinu maszynowego. Przypominała odgłos tartacznej piły. Erle widział, jak pryskał tynk wokół dwóch małych okienek poniżej baniastych kopu-łek jednej z wieżyczek cerkwi.
— Snajper — powiedział sam do siebie.
To samo myślał strzelec siedzący w koszu widząc, jak motocyklista dostaje postrzał w szyję i nagle przechylają się na bok. Natychmiast nacisnął spust i strugi pocisków wyleciały w kierunku świątyni.
Strach spotkania ze snajperem sparaliżował żołnierzy pod plandeką ciężarówki jadącej za motorem. Piechurzy wyskoczyli kryjąc się za murami. Kapral klęczał i ocierał twarz z potu wielką kraciastą chustką.
Laubach nawet nie zgasił cygara. Zeskoczył ze stopnia i kazał zatrzymać ciężarówkę. Byli już z drugiej strony kołchozu.
— Podnieść bok! — wydał rozkaz.
Kilku żołnierzy wyskoczyło z paki. Obsługa karabinu maszynowego zarzuciła na wierzch bok plandeki, otwieraj ąc w ten sposób dogodne pole ostrzału.
— Snajperzy! — Laubach wskazał dwom żołnierzom pozycje, które mieli zająć.
Sam z siedmioma piechurami skradał się przez pole jęczmienia do kołchozu. Za chlewem poczuli odurzający smród. Mimo to szli dalej. Gdy Laubach wyjrzał zza rogu, zobaczył rosyjską ciężarówkę stojącą na tyłach cerkwi, do której dwóch ludzi pakowało skrzynię. Z drugiej strony słychać było nierówną kanonadę strzałów oddawanych przez żołnierzy z pierwszej ciężarówki.
Młodzi ludzie z przejęciem przyjęli te słowa oblizując spierzchnięte wargi. Laubach pomyślał, że jak zwykle sam będzie musiał wszystkiego dopilnować. Z żalem popatrzył na połówkę cygara i wgniótł ją w ziemię.
Szybkim krokiem przypominającym ruchy kota wyszedł i zaczął zbliżać się do ciężarówki. Młodzieńcy zajmujący się ładowaniem skrzyni byli tak pochłonięci swoim zajęciem, że zauważyli go, gdy było już za późno. Jeden z nich próbował wyrwać zza paska naganta — na próżno. Seria z pistoletu maszynowego bezlitośnie przerwała ich życie. Żołnierze Laubacha biegli za nim. Dwóch przytomnie pamiętało o snajperze i celowało w kierunku wieżyczki.
Laubach zaznaczył sobie punkt na mapie, w czym pomógł mu Utickal.
— Atakujemy — oświadczył swoim ludziom.
Laubach wbiegł do świątyni. Naprzeciw stała młoda, śliczna, czarnooka dziewczyna w zielonym mundurze, z nagantem w dłoni. Niemiecki oficer posłał w jej kierunku kolejną serię, która opróżniła magazynek automatu. Nie przeładowywał broni, tylko z kabury wyjął lugera, przeskoczył nad ciałem rosyjskiej aktywistki i ruszył w kierunku schodków prowadzących do dzwonnicy, gdzie ukrywał się snajper.
Młody chłopak nawet nie usłyszał, jak Laubach zakradł się za jego plecy. Rosjanin trwał z mosinem przytulonym do policzka. Drgnął, gdy usłyszał dźwięk odciągane kurka pistoletu. Potem padł jeden strzał, po którym w kołchozie zapanowała cisza.
Po dwóch godzinach kolumna ciężarówek wiozła skrzynie ze zrabowanymi dziełami sztuki, ciało motocyklisty i uszkodzony motocykl. Laubach jadąc na zachód znowu mógł się rozkoszować swoimi cygarami i nawet nie specjalnie przeszkadzały mu wywody gadatliwego kaprala.
Latem 1944 roku Georg Utickal za namową krewnego zajął się wykonaniem szczególnego obiektu na terenie Mierzei Wiślanej. Do pracy dano mu kilkudziesięciu jeńców, których zakwaterowano w pobliskich budynkach gospodarczych. Georg wolał nie wiedzieć, co oznaczało, że po skończonej robocie wywieziono ich barką na morze, zamiast popędzić z powrotem do obozu.
Potem skierowano go do prac fortyfikacyjnych na froncie rosyjskim koło twierdzy Osowieć. Był tam ranny, ale musiał wrócić na Mierzeję Wiślaną w styczniu 1945 roku. Czekał tam na niego oficer Wehrmachtu. Spotkali się w gospodzie w Neukrug.
— Laubach — przedstawił się oficer.
— Utickal — rzekł Georg siadając po drugiej stronie stołu.
— Cygaro?
— Nie palę — Utickal pokręcił głową.
— Ma pan rację, bo Ruscy ruszą lada dzień i cygara już nie te — wyraźnie niezadowolony patrzył na te, które ćmił. — Pana kuzyn mówił, że ma pan dobre miejsce na skrytkę dla bardzo cennych rzeczy.
— Tylko budowałem odpowiedni schron.
— Świetnie, tu są moje pełnomocnictwa — Laubach wyjął papiery aż czarne od pieczęci zdobionych faszystowskim orłem i swastyką. — Chciałbym, żeby pomógł mi pan zabezpieczyć skrytkę... — przerwał na widok SS-mana, który wszedł do gospody.
— Przyprowadziłem tych, o których pan prosił — oznajmił SS-man.
Utickal nie mógł się nadziwić, nawet po tylu latach wojny, że niektórzy unikali mówienia o innych jako o ludziach. Dla nich jeńcy nie byli ludźmi...
Jeszcze tego samego dnia było po wszystkim. Serie z karabinów maszynowych i wybuchy ładunków wybuchowych zakłóciły ciszę przed nadciągającą ze wschodu burzą. Żołnierze już odjechali. Nie wiedzieli, że Laubach wysłał ich do obrony rubieży Królewca. Na śniegu stali SS-man, Utickal i Laubach. Laubach zaznaczył sobie punkt na mapie, w czym pomógł mu Utickal.
Potem Georg dał małą, kilogramową paczkę SS-manowi i ruszył w kierunku Zalewu Wiślanego. Miał się zdemobilizować, przeżyć piekło przechodzącego frontu i czekać.
Laubach po rozstaniu z SS-manem i saperem dostał się do Piławy. Zastanawiał się, co powinien czynić: trwać do końca przy skarbach czy może uciekać do Berlina? Zatrzymał się na krótko na wartowni w porcie. Przez okno pokryte w rogach ramy lodem patrzył na szarobury krajobraz za oknem, na który składały się kadłuby statków ewakuacyjnych i kłębiące się przy trapach masy uchodźców.
— Biedni ludzie — mruknął Laubach.
— Tak, kapitanie? — zapytał żołnierz dokładający drewno do piecyka.
— Szkoda mi tych ludzi, którzy od trzech tygodni uciekają przed Sowietami, a teraz walczą o miejsce na statkach.
— Ci mają świeże siły, są z Sambii — odparł żołnierz. — Ci z Prus, jak tu przyjechali, to marzyli tylko o ciepłej kwaterze. Dokąd chce pan się dostać?
— Do Królewca.
— Nie radzę. Co prawda nasi trzymają korytarz do miasta, ale jak długo wytrzymają? Do czasu, gdy zabraknie artylerii okrętowej z „Admirała Hippera"?
— Spróbuję — odpowiedział Laubach.
Nazajutrz zabrał się z transportem nowo powołanych żołnierzy Volks-sturmu do Królewca. Tam nikt nie chciał już z nim rozmawiać.
— Niech pan szuka transportów koło Piławy — powiedział mu jeden z oficerów sztabu obrony miasta.
W „Prussia Museum" czekała na Laubacha zalakowana koperta. Kapitan wiedział, co tam jest i nie otwierał jej. Postanowił wrócić do Niemiec, bo przygotowana przez niego machina działała perfekcyjnie.
Z grupą strażaków dostał się do Fischhausen[1], a dalej pojechał pociągiem. Był ósmy lutego 1945 roku. Z dokumentami, jakie posiadał Laubach, bez trudu dostał przepustkę na pokład „Von Steubena". Następnego dnia w południe Laubach wszedł na statek i otrzymał kajutę. Marynarz, który go tam zaprowadził, spojrzał na niego z nienawiścią, jak na zarozumialca, który żyje w luksusie mimo rozpaczliwego położenia innych pasażerów.
„Von Steuben" wypłynął z portu 9 lutego po piętnastej. Laubach chciał wyjść na pokład, żeby zapalić cygaro. Obok jego kajuty przechodziła młoda, energiczna siostra DRK[2]. Miała ładną twarz, jasne włosy i niebieskie oczy. Oficer uśmiechnął się do niej. Odwzajemniła się zimnym spojrzeniem wymownie spoglądając na wielkie łoże za jego plecami.
— Nie wie pani, kiedy będziemy w bezpiecznym porcie? — zapytał ją.
— Rano — rzuciła siostra.
— Dużo jest rannych? — Laubach podtrzymywał rozmowę.
— Dużo.
— Mogę oddać swoją kajutę...
Siostra zerknęła na niego i uśmiechnęła się.
— Dziękuję — odpowiedziała. — Niech pan chwilę poczeka... Pobiegła ciemnym korytarzem w kierunku dziobu. Laubach z zadowoleniem patrzył na jej zgrabne ruchy. Wyjął cygaro i zapalniczkę.
— Tu nie wolno palić — przechodzący marynarz bezceremonialnie ruchem ręki zgasił ogień.
Po chwili na korytarzu pojawiła się ta sama niebieskooka siostra
DRK prowadząc jęczącą, trzymającą się za brzuch kobietę w ciąży.
Oficer nie zdążył wejść do kajuty po teczkę, gdy do środka wszedł jeszcze lekarz i sanitariusz.
— Porodu pan nie widział? — sanitariusz zamknął drzwi przed nosem Laubacha.
Wściekły Laubach wyszedł na górny pokład i pod plandeką przykrywającą szalupę palił cygaro i pił wódkę z piersiówki. Potem z kieszeni płaszcza wydobył pęto suszonej kiełbasy, którą jadł małymi kęsami. Była dwudziesta i dobrze, że nie widział rosyjskiego okrętu podwodnego awaryjnie zanurzającego się dwie mile od „Von Steubena". Kapitan Marine-sko, ten sam, który kilka dni wcześniej posłał na dno „Wilhelma Gu-stloffa", czaił się na swoją drugą ofiarę. Jego „S-13" uciekał pod wodę w obawie przed staranowaniem przez niemiecki kuter torpedowy „T 196" konwojujący statek z uchodźcami.
10 lutego, dziesięć minut przed pierwszą, gdy urocza siostra DRK kładła świeżo urodzone dziecko na piersi matki, a Laubach skończył pić i w śniegu pod szalupą gasił resztki drugiego tego wieczora cygara, w statek uderzyły dwie torpedy wystrzelone przez „S-13" z wyrzutni rufowych.
Kapitan nie wiedział co robić. Czy biec po teczkę do kajuty, czy ratować się z tonącego okrętu? Zobaczył, że nie da rady pokonać fali spanikowanych ludzi i zrezygnował z wyprawy pod pokład. Jako oficer nie mógł wejść do nielicznych ocalałych szalup przed kobietami i starcami. Zdecydował się na czyn szalony. Obwiązał nogi jakimiś szmatami, przywiązał do nich kapoki i skoczył do wody trzymając koło ratunkowe.
Jego twarz momentalnie pokrył lód, ale był pierwszym, którego wyratował kuter. Odwieziono go do Gdyni. W szpitalu stracił ubranie i dokumenty. Był nikim, nie mógł liczyć na luksus ucieczki do Berlina. Jako w pełni zdolny do służby został rzucony na pierwszą linię frontu na Żuławach. Uciekł korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji i umknął na Mierzeję Wiślaną i dalej do Sambii. Tam schwytali go Rosjanie, ale udało mu się ich wyprowadzić w pole.
Po pięciu latach od zakończenia wojny w Hamburgu, w Republiki Federalnej Niemiec zamieszkał pewien mężczyzna. Bardzo lubił czytać magazyny dotyczące nurkowania. Gdy był już starszy, wybrał się w miejsca, które pamiętał z czasów wojny. Czekał na tę chwilę dwanaście lat, nim spotkał starego kompana, który jednak nie przywitał go z otwartymi rękoma...
NOCNY GOŚĆ TWIERDZY OSOWIEĆ • NAZISTOWSKIE ZŁOTO • KOPERTA OD PEWNEJ DAMY • ZNIKNIĘCIE JUBILERA • KIM BYŁ TAJEMNICZY OFERENT? • POZNAJĘ EKIPĘ PŁETWONURKÓW • POJAWIA SIĘ PLUYIA
Był 1 kwietnia, prima aprilis, więc nie spodziewałem się, że to co mówi mój szef, Pan Samochodzik, jest prawdą. Był w wieku, w którym u mężczyzny siwieją włosy, szybko po biegu pojawia się zadyszka, a na kobiety patrzy się tylko przez pryzmat zachwytów romantycznych poetów.
— Będziemy chyba potrzebowali kogoś do pomocy — powiedział pan Tomasz.
Pan Samochodzik nazywał się Tomasz N.N., od bardzo dawna pracował w Ministerstwie Kultury i Sztuki, walcząc ze złodziejami i handlarzami dzieł sztuki, poszukując zaginionych kolekcji i skarbów. Rzecz jasna wszystko co znalazł oddawał polskiemu muzealnictwu. Przez wiele lat pracował w pojedynkę, a tylko sporadycznie dodawano mu kogoś do pomocy. Był starym kawalerem. Po szefie jak dotąd odziedziczyłem tylko tę ostatnią cechę. Jeszcze musiałem się dużo nauczyć, by osiągnąć taki poziom profesjonalizmu jak mój przełożony. Nazywam się Paweł Daniec, mam za sobą służbę w jednostce komandosów, studia historii sztuki i mnóstwo fascynujących przygód związanych z pracą.
— No tak — szef zdjął okulary, przetarł czoło i zerknął za okno, gdzie na szerokim parapecie ministerialnego okna wróble urządzały wiosenne harce, a słońce żarem zachęcało do wyjścia na spacer. — Odebrałem ostatnio kilka ciekawych sygnałów z terenu i musielibyśmy chyba się rozerwać, by wszystkie sprawdzić.
— A co się stało? — zapytałem.
— Pewien miłośnik Twierdzy Osowieć powiadomił mnie, że ktoś nocami błąka się po Forcie Zarzecznym i czegoś tam szuka — opowiadał pan Tomasz. — Druga rzecz, to wiadomość od pewnego jubilera z So-bieszewa. W jego ręce dostało się to — szef przesunął po biurku odbitki.
Zerknąłem na zdjęcia. Oba przedstawiały sztabkę złota, długości około dwudziestu centymetrów, grubości pięciu. Na zbliżeniu była widoczna
punca z faszystowskim orłem zwanym gapą, numery i duża litera „K".
— Nazistowskie złoto? — domyśliłem się.
— Tak — szef pokiwał głową. — Mój przyjaciel jubiler miał tajemniczego gościa. Elegancko ubrany mężczyzna przyniósł to prosząc o podanie ceny, określenie próby złota. Nie muszę ci mówić, że cena takiej sztabki znacznie przekracza twoje roczne zarobki?
— Niestety — przyznałem wzdychając.
— Jubiler zrobił dwa błędy. Zapytał klienta, czy on to znalazł. Usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, zadał drugie, czy ma tego dużo. Tym spłoszył posiadacza sztabki. Ten tylko się uśmiechnął zażenowany, zabrał swój skarb i wyszedł. Oznacza to, że ktoś w okolicach Gdańska natrafił na jakiś hitlerowski skarbczyk. Pół biedy, jeśli znalazł tam samo złoto, wtedy ta historia powinna zainteresować policję. Gorzej, gdy były tam także zrabowane dzieła sztuki.
Zamyśliłem się, zerknąłem na mapę Polski wiszącą na ścianie za plecami szefa.
— Sprawy są dwie, więc może się rozdzielimy — zaproponowałem. — W Osowcu zaczaję się na nocnego wędrowca, pan odwiedzi przyjaciela w Sobieszewie, a ja ewentualnie dołączę do pana.
— Widzę, że nazbyt lekko traktujesz sprawę Osowca—pan Tomasz pogroził mi palcem. — Zrobimy inaczej: to ty pojedziesz nad morze. Proszę, to adres i telefon jubilera. W Trójmieście masz jeszcze jedno ważne spotkanie.
— Jakie, gdzie?
Pan Samochodzik wręczył mi kopertę ozdobioną logo słynnego sopockiego hotelu.
— Chyba od kobiety — uśmiechnął się nieco łobuzersko, udając, że wącha list.
— Pan bierze wehikuł? — upewniłem się.
— Tak, ty masz motor.
Wehikuł, zespół napędowy sportowej rajdówki, włożony w klepaną prawie domowym sposobem karoserię, był trzecim zawodnikiem naszej drużyny, asem w rękawie, który świetnie radził sobie w terenie, w pościgach po szosach i w wodzie, bo miał śrubę jak motorówka i wodoszczelny kadłub.
Motocykl dostałem miesiąc temu dzięki zaprzyjaźnionemu z panem Tomaszem policjantowi. W jednostce policyjnej zajmującej się konwojowaniem ważnych osobistości szła do kasacji z racji wieku honda w bardzo
dobrym stanie, o małym przebiegu. Nie wyglądała jak sportowy bolid, lecz jak ciężka kolubryna, ale mogłem na nią załadować bagaże i ruszać w teren, a że motocyklistów na polskich drogach było niemało, więc specjalnie się nie wyróżniałem. Czarno-srebrzysty stwór ochrzciłem mianem „Sokoła Millenium", statku Hana Solo, mojego ulubionego bohatera serii „Gwiezdne wojny".
Wróciłem do swojego pokoiku, ostrożnie otworzyłem kopertę. W środku była wizytówka sopockiego hotelu ztekstem wjęzyku francuskim: „Dziś
0 dwudziestej w restauracji". Charakter pisma wydawał mi się znajomy, ale na razie skupiłem swą uwagę na dyskietce, która także była w kopercie. Włożyłem ją do stacji dysków. Komputer automatycznie zeskano-wał ją w poszukiwaniu wirusów i trojanów. Sprawdziłem jej zawartość. Był tam tylko niewielki plik filmowy. Uruchomiłem go. Na ekranie pojawiły się animowane usta posyłaj ące wirtualnego całusa. Ostatnie takie usta widziałem, gdy odbierałem SMS-a od pewnej odważnej damy. Było to jakiś czas temu, w drodze z Francji. Czyżby żyła i dała znak?
Nie pozostało mi nic innego jak wsiąść na Sokoła i ruszyć do Gdańska. Wpierw chciałem porozmawiać z jubilerem, potem pojechać do Sopotu. Sokoła trzymałem na ministerialnym parkingu, na zapleczu, obok budki strażnika. Oprócz przemalowania maszyny musiałem na niej zamontować specjalny kufer i sakwy na bagaże. Zostawiłem też szybę ochronną z przodu. Jak wspominałem, motor miał stylowy wygląd upodobniający go do legendarnych harleyów—davidsonów, ale nowoczesny silnik pozwalał przyspieszyć do stu kilometrów w osiem sekund, a maksymalna prędkość, jaką zapewniał producent, wynosiła 200 kilometrów na godzinę. To zupełnie wystarczało na zakorkowaną stolicę
...
Marcin1712