ZBIGNIEW NIENACKI
NIESAMOWITY DWÓR
— A może pójdziemy przez park? Będzie bliżej. — zaproponowała Zosia.
— Teraz? Po ciemku?
— Słyszałeś o duchu we dworze i zląkłeś się?
— Nie boję się — wzruszył ramionami Antek — tylko jest naprawdę bardzociemno. W parku można wpaść na krzaki i podrapać się. A szosą, choć dalej, alewygodniej. I muszę ci powiedzieć, że o żadnym duchu nic słyszałem. Zresztą,rozsądny człowiek w duchy nie wierzy.
— I ty jesteś ten rozsądny człowiek? — zakpiła.
— Staram się być rozsądny — rzekł z powaga, — Pragnę zostać lekarzem,a lekarz nie powinien wierzyć w duchy.
— A ja będę aktorką — w rozmarzeniu powiedziała Zosia.
— Wiem, wiem. Słyszałem to już wiele razy — mruknął Antek i nagle skręciłz szosy w rozwalającą się bramę parkową.
— Więc jednak chcesz iść przez park?
— A tak. Chcę ci udowodnić, że żadnych strachów się nie lękam.
— A ja się boję — westchnęła Zosia.Stanęła na szosie i ani myślała pójść przez park.Antek chwycił ją za rękę.
— Chodź. Strach trzeba przełamywać. Inaczej popadniesz w kompleksy.
— Co to są kompleksy? — zdumiała się Zosia.Lekceważąco machnął ręką:
— Za długo trzeba by ci tłumaczyć. To są sprawy naukowe dla lekarzy i psychologów. Jeśli się czegoś boisz, każdy lekarz ci poradzi: należy przełamać strach.Zresztą, duchów nie ma. Pójdziesz ze mną przez park i sama się przekonasz.
Była ciemna, dżdżysta, listopadowa noc. Wracali ze szkoły, z próby kółka dramatycznego. Szkoła znajdowała się we wsi Janów, a oni mieszkali w Janówce,
prawie trzy kilometry dalej, w lasach nad Pilicą. Stały tam trzy domy Funduszu Wczasów Pracowniczych, ojciec Antka był kierownikiem ośrodka wczasowego, a matka Zosi prowadziła stołówkę.
Wieś Janów łączyła z Janówką asfaltowa szosa, która nieco dalej przeskakiwała rzekę po drewnianym moście. Szosa jednak robiła duży łuk omijając ogromny park i stary dwór, ukryty w gęstwinie wielkich drzew. Dawny właściciel dworu, hrabia Bruśnicki, życzył sobie, aby szosa biegła wzdłuż skraju jego posiadłości i musiano go posłuchać, choć to przedłużało bardzo trasę i podnosiło koszty budowy drogi. Ale to były bardzo dawne czasy, wtedy park był szczelnie ogrodzony wysokim murem z kamienia i nikt nie miał tam prawa wstępu. Potem jednak, przed sama wojną, kupił dwór Joachim Czerski, z zawodu antykwariusz. Nie bardzo dbał o swoją posiadłość, mur wykruszył się w kilku miejscach i ludzie, którym było spieszno z Janowa do Janówki, wydeptali ścieżkę przez dworski park.
Joachim Czerski umarł przed tygodniem. Nie miał dzieci ani krewnych, więc jego posiadłość miało przejąć państwo. We dworze znajdowało się wiele zabytkowych przedmiotów, starych mebli, obrazów, cennych książek. W okolicy krążyła pogłoska, że w dworku Czerskiego zorganizowane zostanie muzeum regionalne. Na razie jednak władze ograniczyły się jedynie do zamknięcia okiennic, opieczętowania drzwi i okien.
— Mój ojciec bardzo by chciał, aby tu było muzeum — powiedział Antek. —Już dwukrotnie był w tej sprawie u władz wojewódzkich. Czy wiesz, jakie tomiałoby dla nas znaczenie? Przyjeżdżaliby tutaj turyści, wycieczkowicze, naszedomy wczasowe byłyby pełne gości, a może zbudowano by jeszcze kilka nowych?Bo przecież tu jest pięknie, prawda?
— Tak — chętnie zgodziła się Zosia. Janówkę uważała za najpiękniejsze miejsce na świecie.
— A teraz tylko jeden dom wczasowy jest czynny. Ludzie nie chcą tu przyjeżdżać na wypoczynek. Wolą Sopot lub Zakopane. W lipcu i w sierpniu zawszejest więcej gości, ale przecież nie opłaca się utrzymywać taki ośrodek tylko nadwa letnie miesiące. Może zlikwidują tutaj Fundusz Wczasów Pracowniczych?Tak mówił ojciec...
— Wiem — westchnęła Zosia. — I wtedy będziemy musieli opuścić Janówkę. Muzeum to byłaby wspaniała rzecz. A najlepiej, żeby w tym starym dworze straszył jakiś okropny duch. Taki duch dla reklamy, dla turystów, rozumiesz?Czytałam, że w Anglii, jeśli zamek posiada ducha, to jest droższy, bo chętniej gozwiedzają. Wczasowicze mieliby jeszcze jedną atrakcję.
— Ach, to dlatego zaczęłaś o tym duchu. Chcesz wymyślić ducha?
— Ducha albo upiora. Jak wolisz. I nawet sama gotowa jestem odegrać rolęducha.
— Potrafiłabyś?
— Mogę być i duchem, i taką, co widziała ducha i bardzo go się boi. Co tysobie myślisz? Aktorka musi grać różne role. Są sztuki z duchami. Na przykład,u Szekspira występują duchy i upiory. Będę się do tych ról przygotowywać, udającmiejscowego ducha. Albo taką, co się ducha zlękła.
Nagle przystanęła na ścieżce parkowej i zaczęła się trząść. Chwyciła Antka za rękę i dzwoniąc zębami, powtarzała:
— Boję się... Boję się... On był straszny. Świeciły mu się oczy, miał na sobiebiałą, powłóczystą szatę, która się rozwiewała od wiatru i ukazywała szkielet...Widziałam trupią czaszkę...
— Gdzie? Co?... — zaniepokoił się Antek.Poklepała go po plecach.
— Nie bądź głupi, ja tylko udaje. Gram, rozumiesz?
— Ducha trudniej zagrać — powiedział Antek.
— A tak — zgodziła się Zosia — ale należy spróbować.Po chwili dodała:
— Jak tu strasznie w tym parku...
Antek pokręcił głową. Nie wiedział, czy ona znowu gra, czy rzeczywiście park wydaje jej się straszny.
W przekonaniu Antka, w parku było po prostu bardzo nieprzyjemnie. Otaczała ich ciemność tak gęsta, że nie widzieli się wzajemnie i idąc krętą ścieżką, wciąż musieli trzymać się za ręce. Znali dobrze tę drogę, za dnia, a nawet nocą wiele razy tędy chodzili. I dlatego mimo mroku wiedzieli, kiedy ominąć pień drzewa, krzak, wielki kamień. Ktoś inny już po wielekroć przewróciłby się i podrapał o krzaki albo rozbił sobie głowę o drzewo. A oni raz tylko wleźli w grabowy żywopłot. Wiedzieli, że tuż za żywopłotem rozciąga się gazon przed frontowym wejściem do dworu. Gazon należało ominąć, potem przechodziło się obok na wpół zrujnowanej oficyny. Dalej znowu biegła ścieżka między krzakami i drzewami. Skraj parku był jednak już blisko, a za nim asfaltowa szosa i most na rzece.
Doszli do gazonu przed dworem. Dął silny wiatr, mżyło. Drzewa huczały groźnie. Chwilami, gdy wiatr stawał się porywisty, przez park przetaczał się łoskot, jakby to nie szosa biegła jego skrajem, a tor kolejowy z pędzącym pociągiem.
Po kilku krokach ciemność rozjaśniła się nieco, bo wyszli spomiędzy drzew. Otworzył się przed nimi pusty gazon i trochę rozbieliły mrok jasne ściany starego dworu.
— Jak on się nie bał mieszkać sam w takim wielkim domu — szepnęła Zosia.
— Przyzwyczaił się — powiedział Antek, który bardzo chciał, aby uważanogo za człowieka rozsądnego. — Zresztą, w oficynie mieszka przecież stary Janiak.O, widzisz, pali się u niego światło.
Zobaczyła malutkie okienko, rozjarzone czerwonym blaskiem i poczuła się raźniej. Nie oświetlona bryła starego dworu wydawała jej się groźna i martwa, ale światełko w pobliskiej oficynie przydawało nieco życia tej ponurej scenerii.
— A on się nie boi? — spytała.
— Janiak? Co ty wciąż o strachach! — zniecierpliwił się Antek.
— Ja się boję starego Janiaka. On wygląda tak... niesamowicie — namyślałasię chwilę, szukając właściwego określenia.
— Eee, tam — lekceważąco rzekł Antek. — Po prostu dziwak. Taki sam, jakbył pan Czerski. A ty co? Chcesz udawać ducha, a umierasz ze strachu. Uważam,że nie tyle odpowiada ci rola straszącego ducha, co ducha przestraszonego.
— Cichooo... — syknęła Zosia i mocniej ścisnęła go za rękę.
Ale on nic nie słyszał poza łoskotem wiatru, który zagłuszył wszystkie inne dźwięki. „O co jej chodzi?" — zastanawiał się. I zaraz zrozumiał. Zobaczył światełko na piętrze starego dworu. Błyskało w pokoju, który mieścił się tuż nad frontowym wejściem. Były tam aż trzy okna i duży balkon oparty o cztery potężne kolumny, wznoszące się jeszcze wyżej i wspierające wielki ozdobny trójkąt, wieńczący front domu. Światełko błysnęło w okienku środkowym, potem w oknie na lewo, a w chwilę później przesunęło się do prawego okna. I zgasło.
— Przecież dwór jest zamknięty i opieczętowany — stwierdził Antek.
— Tttaaak... — wyjąkała Zosia. Dygotała i zęby jej dzwoniły. Ale tym razemnie udawała strachu.
— Złodzieje! Ktoś zakradł się do dworu! — zawołał Antek. Chwycił mocniejZosię za rękę i pociągnął ją w stronę oficyny. — Trzeba zawiadomić Janiaka!
— To nie złodzieje, tylko duch — pojękiwała Zosia.Wpadli do kamiennej sieni. Załomotali do jedynych tam drzwi.
— Proszę pana! Proszę pana! Złodzieje! — krzyczał Antek.
Drzwi otworzyły się natychmiast. Na progu małej izdebki stanął brodaty, zgarbiony mężczyzna z wielką szopą siwych włosów na głowie.
W niechętnym milczeniu wysłuchał chaotycznej opowieści Antka o światełku, które widzieli na piętrze dworu. Potem zapalił naftową latarnię i w takim samym ponurym milczeniu wyszedł z domu. We trójkę obeszli cały dwór, oglądając drzwi frontowe i kuchenne, a później zamknięte okiennice. Wszędzie widniały nie naruszone, przyklejone starannie paski papieru z pieczęciami Ministerstwa Kultury i Sztuki.
Dopiero teraz, po raz pierwszy, odezwał się Janiak.
Powiedział krótko swoim skrzypiącym, chrapliwym głosem:
— Śniło się wam, dzieciaki...
A przecież i Zosia, i Antek widzieli wyraźnie to światełko. Jakby ktoś z palącą się świecą albo latarką elektryczną krążył po pokoju na piętrze. Ale jak o tym przekonać Janiaka?
— Może to był duch?... — nieśmiało szepnęła Zosia.
Janiak spojrzał uważnie na Zosię, a potem na pogrążony w ciemnościach stary dwór.
— Tam była biblioteka pana Czerskiego. Całe wieczory i noce w niej przesiadywał.
— I co? Co pan myśli? — dopytywała się Zosia.
— Może przesiaduje w niej nadal? — zachrypiał Janiak. A Zosia znowu zatrzęsła się ze strachu.
Antek usiłował być rozsądny.
— Duchów nie ma — powiedział. Ale w jego głosie nie było wielkiego przekonania. Bo wciąż otaczał ich groźnie huczący park i mrok. I pamiętał o światełku, które przecież widzieli, a które nie miało prawa tam się palić, bo dwór był niezamieszkany i opieczętowany.
— Więc wam się tylko śniło to światełko — rzekł Janiak. — Bo duchów niema. Idźcie do domu, dzieciaki — burknął.
Zbliżył latarnię do twarzy, uniósł szkiełko i zdmuchnął.
Poszedł zaraz do mieszkania, a oni wzięli się za ręce i prawie biegiem pędzili ścieżką do skraju parku. Bezlistne gałęzie chwytały ich za rękawy, chłostały po twarzach, a oni wciąż pędzili, ani na chwilę nie zwalniając kroku.
Zadyszani przystanęli dopiero na szosie. Zobaczyli pobłyskujące wesoło okna w domu wczasowym nad rzeką. Antek poczuł, że znowu wraca mu rozsądek.
— Chciałaś ducha i masz ducha — oświadczył z pretensją w głosie, jakby toZosia była winna przygodzie w parku.
Nic się nie odezwała. Słyszała za swoimi plecami ponuro huczący park. Z pewnej odległości, gdy ciemność pochłonęła drzewa wydało jej się, że goni ich jakiś groźny głos, dobywający się z głębi ziemi, z mroku.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
NIESPODZIEWANE WEZWANIE • DZIWNA PARA MŁODYCH LUDZI
• NIESPODZIANKA • KONFRONTACJA • SAMOCHÓD CZY
KARAWAN? • PODRÓŻ DO JANÓWKI • KIM JEST PAN
SAMOCHODZIK? • SPOTKANIE ZE STARYM DWOREM • PIERWSZA NOC I PIERWSZA PRZYGODA • CZY WIERZĘ W DUCHY?
Pod koniec listopada 1967 roku wezwano mnie do Departamentu Muzeów i Ochrony Zabytków w Ministerstwie Kultury i Sztuki w Warszawie.
Wysoko postawiona osoba, która chciała ze mną rozmawiać, była akurat zajęta i kazano mi zaczekać w obszernym hallu. Oczekiwało tam sporo interesantów, znalazłem jednak wolne krzesło w długim szeregu zajętych foteli. Usiadłem i przekonany, że długo wypadnie mi tu przebywać, zapaliłem papierosa.
Z nudów obserwowałem innych interesantów, nikogo z nich zresztą nie znałem. Potem bezwiednie zaczął mi wpadać w ucho szmer prowadzonej obok rozmowy.
W...
Marcin1712