Świetlni
„Umiera się na wiele sposobów: z miłości, z tęsknoty, z rozpaczy, ze zmęczenia, z nudów, ze strachu... Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej. Kiedy świat zacieśnia się do rozmiaru pułapki, śmierć zdaje się być jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie.”
Paulo Coelho
„ Po prostu daj mi odejść”
Sam nigdy nie mówiła o śmierci. Nie obchodziło ją co się z nią stanie. Tak samo jak ja, żyła tym co jest i szczególnie nie obchodziło ją to co będzie kiedyś. To że muszę o niej opowiadać w czasie przeszłym, boli mnie jak nic na świecie. To jest ból, którego nie mogę znieść, którego nienawidzę.
Sam popełniła samobójstwo. Jakiś kretyn ją rzucił. Niestety ten kretyn był dla niej wszystkim i nie chciała więcej żyć na tym świecie co on. Jednak to tylko szczegóły, które pamiętam jak przez mgłę. Najważniejsza w tym wszystkim jestem ja, a właściwie to co zrobiłam. Nigdy nie widziałam Sam w takim stanie- płakała, dławiła się łzami i błagała mnie. Błagała, żebym jej pomogła. Żebym pomogła się zabić…
Wtedy miało to dla mnie sens. Pomogłam jej zdobyć tabletki i inne trucizny. Kochałam ją, więc nie chciałam żeby cierpiała. Chciałam, żeby było jej lepiej. Ona mówiła, że lepiej będzie jej tylko w niebie.
Nigdy nie zapomnę krzyku rodziców, moich zaprzeczeń, że nic nie wiedziałam i zapewnień, że cierpię tak jak oni. Cierpiałam, ale to uczucie w pełni poznałam po jakimś czasie.
Nie mogłam uwierzyć, że do tego dopuściłam. Nie dopuszczę do tego, bym chodziła po tym świecie. Zabiłam siostrę. Ale zapłacę za to.
Nazywam się Charlie, a to moja historia.
***
„Pamiętaj także o tym, że kochałam, i że to miłość skazała mnie na śmierć.”
Gdy Sam zmarła, a ja zdałam sobie sprawę, że to tylko i wyłącznie moja wina, wiedziałam, że zapłacę za to. Kary nikt mi za to nie wymierzy, bo nikt nie wie, że przyczyniłam się do samobójstwa Sam. To było jej życzenie przed śmiercią, a ja idiotka jej to obiecałam. Karę wymierzyłam sobie sama i to dawno temu.
Moja siostra zmarła w swoje siedemnaste urodziny. Nie dane jej było zasmakować więcej życia i umrzeć jako staruszka, więc mi też nie będzie dane. Siedemnaste urodziny kończę w listopadzie, teraz jest październik, ale Sam urodziny ma 20 października, więc na ten dzień wyznaczyłam datę swojej śmierci. Skoro ona żyła tylko siedemnaście lat, to ja też przeżyję tylko tyle. Stwierdziłam, że tak będzie sprawiedliwie.
„Gdy śmierć jest największym niebezpieczeństwem, pokłada się nadzieję w życiu; ale gdy się zna jeszcze straszniejsze niebezpieczeństwo, pokłada się nadzieję w śmierci.”
Na co dzień jestem zwykłą szesnastolatką, która świetnie udaje uśmiech. Od śmierci Sam minął prawie rok, więc wszyscy myślą, że jest już okej. Nikt nie wie o tym, że nie jest, ale to dobrze.
Moje postanowienie o śmierci jest teraz jakby moim drugim „ja”, z którym wszędzie chodzę. Czesząc swoje długie, czarne włosy, malując tuszem gęste rzęsy i nakładając róż na swoje ciemne policzki- w każdej tej chwili myślę i wiem o tym, że za tydzień już mnie tu nie będzie. Nawet raz nie pomyślałam o tym, że w ostatniej chwili stchórzę. Pogodziłam się z tym kilka miesięcy temu i nie przeszkadzało mi to w codziennym życiu. Nie chodziłam przygnębiona ani smutna. Wręcz przeciwnie starłam się cieszyć ostatnimi dniami, rozmowami z bliskimi, promieniami słońca, które padały na moją twarz, gdy szłam do szkoły. To wszystko cieszyło mnie jak nigdy.
Ale nie czułam się źle z tym, że to stracę. To była kara, od której nie zamierzałam się uchylić.
Gdybym komuś o tym powiedziała, to z chęcią zamknął by mnie w psychiatryku. I dlatego nikt o tym nie wie. Nikt nie wie o tym, że nie mogłabym żyć normalne z tym, że pomogłam się komuś zabić.
Ostatniego dnia mojego życia, żegnając się przed domem z przyjaciółkami, niespodziewanie po policzkach poleciały mi łzy. Zdziwiłam się, one również.
- Charlie, co jest?- zapytała Stella z niepokojem.
Otarłam szybko łzy i spojrzałam na nie z uśmiechem.
- Nic, coś mi wpadło do oka- odparłam obojętnie, udając, że rzeczywiście tak było.
W końcu pod niepokojącymi wzrokami dziewczyn, weszłam do domu i rzuciłam plecak na ziemię.
- Jestem mamo!- zawołałam tak jak zawsze, gdy wracałam do domu.
- Zjedź obiad! Ja się szykuję!- odkrzyknęła mama z piętra.
Uśmiechnęłam się do siebie i weszłam do kuchni. Rodzice mieli dzisiaj rocznicę ślubu. Chcieli to uczcić dzisiaj, bo jutro była rocznica śmierci Sam. Mi to pasowało, bo w momencie, gdy wskazówka zegara wskaże dwunastą nikogo nie będzie w domu. „Boże, ale jestem poetycka”- pomyślałam i znowu się uśmiechnęłam.
Jedząc obiad nie mogłam się nadziwić jak bardzo jest mi to wszystko obojętne. To że to mój ostatni obiad, że rodzice znów będą cierpieć i to że to właśnie dzisiaj. Stało się to dla mnie rodzajem formalności. Po prostu to zrobię i po sprawie.
„Boję się śmierci, ale brakuje mi woli życia. Moje życie to ciągłe cierpienie.”
Gdy rodzice wychodzili, nie zeszłam na dół. Nie chciałam się z nimi żegnać, więc krzyknęłam tylko z dołu, by dobrze się bawili.
Jak tylko usłyszałam szczęk zamka w drzwiach, jakby nieświadomie rzuciłam się na dół i zbiegłam po schodach. Dobiegłam do okna i zobaczyłam jak rodzice wsiadają do samochodu.
- Kocham was- powiedziałam do szyby i patrzyłam jak odjeżdżają. Tak bardzo ich kochałam. „Sam też ich kochała”- usłyszałam głosik w swojej głowie. To mnie ożywiło i szybko spojrzałam na zegarek. Była dziewiąta.
Rozejrzałam się po kuchni i zmarszczyłam czoło. Co by tu robić przez ostatnie trzy godziny mojego życia? „A co robiła Sam?”- znów ten sam głosik.
- Płakała- powiedziałam na głos. To była prawda. Sam płakała przed śmiercią. Jakby na żądanie z oczu popłynęły mi łzy. Dotknęłam ze zdziwieniem policzka- był mokry. Ale ja wzruszyłam tylko ramionami i stwierdziłam, że tak widocznie musi być.
Poszłam więc do swojego pokoju, wyjęłam swoje trucizny z szufladki i usiadłam na łóżku. Leki czekały tam od bardzo dawna, ale z niewiadomego powodu poczułam ukłucie strachu. Nie!- krzyknęłam sobie w duchu- Pomyśl o Sam. Pomyślałam i od razu przeszło.
Usiadłam na łóżku i płakałam. Płakałam, bo to robiła Sam przed śmiercią, ale gdy na zegarku wybiła jedenasta, zaczęłam płakać, bo musiałam to wszystko zostawić. Myślałam o rodzicach, o przyjaciółkach, o Sam, o wszystkim…
Gdy wybiła dwunasta, a data na zegarku wskazała 20 października mój płacz był niepohamowany. Ukryłam twarz w dłoniach i płakałam tak jak jeszcze nigdy w życiu. Chciałam wypłakać w tych ostatnich chwilach wszystko. To całe cierpienie i to wszystko co zrobiłam.
Gdy oderwałam drżące dłonie od twarzy sięgnęłam po pudełeczko z lekami.
- Przepraszam Sam- wyszeptałam z cierpieniem- Tak bardzo cię przepraszam. Ja… ja nie chciałam…
Znów zadławiłam się łzami i poczuła ukłucie cierpienia w sercu. „Po prostu to zrób”- znów usłyszałam głosik w mojej głowie.
Z pudełeczka wysypałam garść tabletek nasennych i patrzyłam na nie płacząc, a jednocześnie odczuwając tak wielkie cierpienie, że nie chciałam tego więcej czuć. Nie chce znać tego uczucia…
Podniosłam dłoń z tabletkami bliżej twarzy. Patrzyłam na nie jak na zbawienie, ale w głębi jak na koniec końców.
Gdy wkładałam pierwszą tabletkę do ust, drzwi mojego pokoju otworzyły się gwałtownie. Stanął w nich nieznajomy o silnych mięśniach i czarnych, potarganych włosach. Wyglądał jak jakiś super bohater. Ale nie myślałam teraz o tym, bo byłam oniemiała ze zdziwienia.
- Zdążyłem!- chłopach krzyknął łagodnie przez ramię, z lekką ulgą.
- Ok., to ja się zmywam! Lecę do kolejnej!- usłyszałam z dołu inny głos.
Nieznajomy zamknął drzwi i odwrócił się w moją stronę.
- Odłóż to- powiedział kręcąc głową, po czym podszedł i usiadł na łóżku obok mnie.
Ciągle patrzyłam na niego w głębokim szoku, ale nie spełniłam jego prośby, a wręcz przeciwnie przycisnęłam tabletki do siebie, jak swoje największe skarby.
- Nie bój się- powiedział chłopak z uśmiechem- i bądź tak miła i podaj mi dłoń.
Zamrugałam ze zdziwieniem. Poczułam, że na rzęsach wciąż mam łzy.
- Kim ty do cholery jesteś?- zapytałam.
Chłopak wywrócił oczami i westchnął. Po czym, ku mojemu zdziwieniu sięgnął po moją dłoń, przyciągnął do siebie i wyjął z niej tabletkę. Byłam tak zaskoczona, że rzuciłam mu tylko jeszcze bardziej zdziwione spojrzenie.
Ale po chwili kompletnie zapomniałam o tym, że miałam mu nawtykać, że do czegoś mnie zmusza. Poczułam coś niesamowitego, ale i też krótkotrwałego. Jakieś ciepło. Niesamowite ciepło, które ogarnęło moje serce, ale po chwili zaczęło się ulatniać tak szybko jak się pojawiło.
- Chcesz się zabić?- zapytał chłopak, puszczając moją dłoń.
- Nie- odparłam natychmiast. Od razu zdałam sobie sprawę z tego co powiedziałam i ze zdziwienia, aż zatkałam usta ręką. Potraktowałam to „nie” jak obelgę.
- Co mi zrobiłeś?- zapytałam po chwili ze złością- Ja chce się zabić.
Na twarzy chłopaka pojawiło się lekkie zdziwienie, zmieszane z niecierpliwością.
- Naprawdę?- zapytał znudzony i znów sięgnął po moją dłoń.
Wyrwałam mu ją ze złością.
- Co ty robisz?!- krzyknęłam- Zostaw mnie!
- Nie mogę- odparł chłopak wodząc po mojej twarzy sowimi ciemnymi, niebieskimi oczami.
- Kim ty jesteś?- zapytałam znów ze złością- I czego ode mnie chcesz?
- W sumie to nie powinienem ci o nas mówić, ale…
- O jakich nas?- zapytałam zdezorientowana- Kim ty jesteś?
Chłopak westchnął i spojrzał na mnie.
- Jestem Świetlnym. Nazywam się Shon i jestem tu, żeby powstrzymać cię od samobójstwa- odparł i przyglądał mi się z nieukrywanym zaciekawieniem.
- Świetlnym?- zapytałam, marszcząc brwi ze złości- A kto to jest?
Uśmiechnął się lekko.
- Nie powinienem ci mówić o tym kim jesteśmy, ale widać jeden dotyk na ciebie nie działa, więc…
- Co więc?- zapytałam nagląco.
- Naprawdę wciąż chcesz się zabić?- zapytał niedowierzając.
- Tak!- prawie krzyknęłam- Ale miałeś mi powiedzieć kim jesteś i co tu robisz!
Byłam na skraju załamania nerwowego. Właśnie miałam się zabić, na co czekałam ostatni rok mojego życia, a tu niespodzianka.
- Świetlni to ludzie, które powstrzymują takie osoby jak ty, przed samobójstwem, zabójstwem i różnego typu złymi rzeczami. Ludzie nie wiedzą, że robią to, bo namawiają ich do tego przeciwnicy Świetlnych- Wtopiciele zła. Tak bardzo wpływają na ich psychikę, że w końcu robią coś złego, niewybaczalnego.
Na chwilę zapadła cisza.
- To jakiś żart?- zapytałam.
- Nie- odparł całkiem poważnym tonem.
Zamrugałam i zrobiłam zniecierpliwioną minę. Chciałam to szybko wyjaśnić i pożegnać tego wariata.
- Chcesz mi powiedzieć, że całe zło na świecie to sprawa jakiś istot?- zapytałam, coraz mniej w to wszystko wierząc. Wpada tu jakby nigdy nic i mówi, że jest zbawicielem świata.
Chłopak zmierzył mnie swoimi szafirowymi oczami.
- W zasadzie to tak- odparł po chwili.
Zdałam sobie sprawę, że już nie płaczę, ale policzki wciąż mam mokre. Wytarłam je rękawem bluzy i spojrzałam z powątpieniem na Shona.
- Skoro jesteście takimi wybawicielami to dlaczego, wciąż na świecie jest „to zło”?- zapytałam.
Sama nie wiedziałam dlaczego drążę ten temat, ale stwierdziłam, że jak udam zainteresowanie to może szybciej się odczepi.
- Nas jest o wiele mniej, niż tych co wmawiają ludziom zło. Krążymy po świecie i „wysłuchujemy” wołań o pomoc ludzi takich jak ty. Ale jak się domyślasz nie możemy być w kilku miejscach na raz.
- Ja nie wołałam o żadną pomoc- powiedziałam ze złością.
- Nie musiałaś- odparł z cieniem uśmiechu- My to po prostu słyszymy i czujemy obecność Wtopicieli Zła.
- Nikogo tu nie było- powiedziałam i spojrzałam na niego jakby zwariował.
Shon wywrócił oczami i podszedł do okna.
- Ty ich nie widzisz- zaczął- Słyszysz tylko ich szepty, namawianie.
Zapadła cisza. Rzeczywiście słyszałam czasem głosik w swojej głowie, ale według mnie była to tylko i wyłącznie moja wyobraźnia- moje drugie „ja”.
- Z tobą coś jest nie tak- wyrwał mnie z zamyślenia Shon.
- Słucham?
- Co jest nie tak. Zwykle ludzi do których dotrzemy leczymy jednym dotykiem i przechodzi im chęć na śmierć, czy inne czynienie zła, ale ty… ty wciąż upierasz się przy swoim.
Spojrzałam na niego i dopiero teraz przypomniało mi się co miałam zrobić.
- Wiesz fajnie, że wpadłeś- zaczęłam- ale mam coś do zrobienia, więc skoro jestem takim beznadziejnym przypadkiem to tracisz tu tylko czas.
- Nie mogę odejść- powiedział kręcąc głową i wrócił na łóżko.
- Dlaczego?- zapytałam ze złością.
- Jeżeli już zostałem do ciebie przydzielony to nie mogę pozwolić, żebyś się zabiła- powiedział.
Poczułam, że ogarnia mnie złość. Miałam dosyć tej dyskusji.
- Czy ty nie rozumiesz?!- niemal krzyknęłam z furią- Ja chcę się zabić! I to teraz!
- Daj mi rękę- powiedział i sięgnął po moją dłoń, ale ja ją wyrwałam i zerwałam się na równe nogi.
- To nic nie da!- krzyknęłam ze złością i łzami w oczach- Nie zmienisz tego!
- Tylko ci się tak wydaje- powiedział lekko zły.
Wciągnęłam głęboko powietrze, a po policzkach poleciały mi obficie łzy.
- Dlaczego ja?!- wrzasnęłam- Dlaczego was nie było kiedy moja siostra miała chęć zabić się?! Dlaczego jej nie uratowaliście, a mnie chcecie?!
Tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że to właśnie chciałam wykrzyczeć.
- Mówiłem ci, że nie możemy być jednocześnie na cały świecie i…- zaczął, ale mu przerwałam.
- No to bądźcie teraz gdzie indziej, bo ja muszę się zabić i nikt tego nie zmieni! Rozumiesz?!- wrzasnęłam z furią, a potem ogarnął mnie niepohamowany szloch.
- Nie mogę na to pozwolić- powiedział patrząc na mnie uważnie.
Rzuciłam mu zrezygnowane spojrzenie. Był nieugięty.
- Proszę cię- zaszlochałam błagalnie i osunęłam się na łóżko, chowając głowę w rękach- ona zasłużyła na to, żeby żyć. Ona tak, ja nie. Proszę cię nie każ mi z tym żyć… Po prostu daj mi odejść.
- Nie rozumiem dlaczego nasz wpływ na ciebie nie działa, ale jedyne co mogę ci teraz obiecać to to, że się nie zabijesz- odparł stanowczo, ale usłyszałam w jego głosie nutę smutku.
- Ale ja nie chce żyć, nie mogę…
- Każdy ma do tego prawo i…
- Ja nie mam- krzyknęłam przez łzy- I nie mów mi kto ma prawo, a kto nie! Sam na pewno była osobą, która miała to prawo! I co z tego?!
Na chwilę zapadła cisza przerywana tylko moim płaczem. Nie mogłam powstrzymać tych wszystkich emocji.
Już byłam gotowa na śmierć i wszystko miało się udać. A teraz nagle całość runęła.
- Ona na pewno by tego nie chciała- usłyszałam głos Shona.
Podniosłam głowę.
- Ty nie wiesz czego ona by chciała- zaczęłam- a wiesz dlaczego? Bo ona nie żyje i ci nie powie. Mi też nie powie i nikomu…
Znów mój głos się załamał. Nie miałam już siły dłużej prowadzić tej konwersacji. Chciałam tylko jednego. Czy o tak wiele prosiłam?
„Czy jest coś gorszego niżeli śmierć? Życie, jeśli pragniesz umrzeć.”
Po obietnicy jaką złożył mi Shon, wiedziałam, że moja data śmierci zostanie przełożona. Ale tylko przełożona, bo on nie rozumiał, że ja tego chciałam, a nie ktoś mnie zmuszał. Oni się pomylili. O ile w ogóle byli jacyś „oni”. Nie wiem dlaczego tak od razu uwierzyłam w Świetlnych. Może tak naprawdę byli oni wynikiem mojej chorej wyobraźni? Sama nie wiem, ale nikt, ani nic nie zabroni mi tego, co zamierzałam zrobić.
Sam była najlepszą siostrą pod słońcem, nigdy nie zrobiła niczego złego, a nikt jej w porę nie uratował. Ja jej nie powstrzymałam, więc to ja jestem winna tej śmierci. Wiem, że mogłam coś zrobić, ale tego nie zrobiłam. Nie zasługuje na coś takiego jak prezent w postaci życia.
Shon zapowiedział, że będzie chodził za mną krok w krok pilnując, bym się nie zabiła. Tak też robił. Ja natomiast obiecałam, że i tak się zabije, bo tego pragnę.
On nie potrafi tego zrozumieć. Ciągle myśli, że to wina Wtopicieli i jego misją jest cudowne uratowanie mnie. Jedno wiem na pewno- to że on teraz mnie tu bez sensu pilnuje, sprawia, że na świecie giną ludzie, którzy naprawdę są ofiarami Wtopicieli. To ich powinien teraz ratować, a nie łazić wszędzie za mną… To nic nie da. Wiem to.
Nie wiem kiedy Shon odpuści. Na pewno ja nigdy tego nie zrobię. Takie jest moje przeznaczenie, które sama sobie wyznaczyłam.
Jedno mogę powiedzieć: Sam już niedługo się zobaczymy.
Koniec
szalony-kapelusznik