Aldiss Brian W. - Cieplarnia.pdf

(671 KB) Pobierz
Brian W
Brian W. Aldiss
Cieplarnia
przekład : Marek Marszał
Wszystko rosło posłuszne nieuchronnemu prawu, rozpychając się i wyrodniejąc w swym
pędzie do wzrostu. Temperatura, światło, wilgotność - te nie zmieniały się, pozostawały takie
same od... lecz nikt nie wiedział, od jak dawna. Nikogo już nie obchodziły doniosłe pytania,
zaczynające się od "Jak długo...?" lub "Dlaczego...?" Tutaj nie było już miejsca dla rozumu.
Tu było miejsce dla wzrastania, dla roślin. Jak w cieplarni.
Kilkoro dzieci wyszło w zielone światło, aby się pobawić. Pobiegły konarem, bacznie
wypatrując wrogów, nawołując się ściszonymi głosami. Szybko rosnący jagodobij przemykał
ukosem do góry, kiście jego lepkich owoców połyskiwały szkarłatem. Widać było, że jest
zaaferowany wysiewem i dzieciom nic nie grozi z jego strony. Minęły go pędem. Z pory ich
snu skorzystał parzyperz, wyrastając za skrajem terytorium grupy. Drgnął, gdy się
przybliżyły.
- Zabić go - powiedziała krótko Toy. Była naczelnym dzieckiem grupy. Skończyła dziesięć
lat, przeżyła dziesięć owocowań figowego drzewa. Słuchali jej wszyscy, nawet Gren.
Dobyli pałek, które każde dziecko nosiło wzorem dorosłych, i rzucili się na parzyperz. Darli
go i siekli. Ogarnęło ich podniecenie, gdy tłukli roślinę, miażdżąc jej jadowite wypustki. W
tym podnieceniu upadła Klat. Pięcioletnia zaledwie, najmłodsza. Jej dłonie dostały się w
jadowitą masę. Wrzasnąwszy przeraźliwie, przewróciła się na bok. Pozostałe dzieci również
podniosły krzyk, ale nie zapuściły się w parzyperz na ratunek. Mała Klat krzyknęła ponownie,
usiłując wydostać się z matni. Jeszcze zacisnęła kurczowo palce na szorstkiej korze - i po
chwili leciała w dół. Dzieci widziały, jak spada na wielki liść rozpostarty parę długości pod
nimi; uczepiła się go i tak pozostała, drżąc na rozhuśtanej zieleni. Podniosła na nich żałosne
spojrzenie, lękając się zawołać.
- Sprowadź Lily-yo - poleciła Grenowi Toy.
Gren pognał z powrotem. Z powietrza spadła na niego osica, obwieszczając wściekłość
tubalnym brzęczeniem. Odrzucił ją ciosem dłoni, nie zwalniając biegu. Rzadki okaz dziecka
mężczyzny, lat dziewięć, już bardzo śmiały, rączy i dumny. Szybko dotarł do chaty
Prowodyrki.
Osiemnaście domów-orzechów wisiało uczepionych spodu gałęzi. Orzechy wydrążono i
przytwierdzono do konara spoiwem pędzonym z krzewu acetonowego. Zamieszkiwało je
osiemnastu członków grupy, po jednym na orzech: Prowodyrka, jej pięć kobiet, ich
mężczyzna i jedenaścioro pozostałych przy życiu dzieci. Na krzyk Grena Lily-yo wspięła się
po lianie i stanęła przy nim.
- Klat spadła! - zawołał Gren i pognał z powrotem. Zanim Lily-yo go wyprzedziła,
raptownie zastukała pałką w konar. Jej sygnał wywołał pozostałą szóstkę dorosłych, kobiety:
Flor, Daphe, Hy, Ivin i Jury oraz Harisa, mężczyznę. Wyskoczyli z bronią w ręku, gotowi do
ataku lub ucieczki. Lily-yo wydała w biegu wysoki, przenikliwy gwizd. Z gęstego listowia
natychmiast wypadł głuszek, podlatując do jej ramienia. Mechata, wirująca parasolka, której
otwarte pręty utrzymywały kierunek lotu, dostosowała swoją prędkość do jej biegu.
Dzieci i dorośli obstąpili Lily-yo, gdy spoglądała w dół na Klat, wciąż rozpłaszczoną na
liściu gdzieś pod nimi.
- Leż spokojnie, Klat! Nie ruszaj się! - zawołała Lily-yo. - Przyjdę do ciebie.
Pomimo trwogi i bólu Klat usłuchała polecenia, z nadzieją wznosząc wzrok do góry, w
kierunku, z którego nadchodziła pomoc. Lily-yo dosiadła okrakiem sierpowatej podstawy
głuszka i zagwizdała cichutko. Z całej grupy ona tylko posiadła w pełni sztukę ujeżdżania
głuszków. Były to półwrażliwe na bodźce owoce suchoświstu. Końce puchatych prętów kryły
nasiona tak osobliwie ukształtowane, że lekki powiew wiatru szeptał w nie jak do ucha;
zamienione w słuch wyczekiwały najmniejszego podmuchu, by go wykorzystać do rozsiania.
Po wielu latach prób ludzie nauczyli się wysługiwać tymi prymitywnymi uszami do swoich
własnych celów, jak to właśnie zrobiła Lily-yo. Głuszek zniósł ją w dół na ratunek
bezradnemu dziecku. Klat leżała na plecach i modląc się w duchu, śledziła ich przybycie.
Wciąż spoglądała w górę, gdy przez liść ze wszystkich stron wystrzeliły zielone zęby:
- Skacz, Klat! - krzyknęła Lily-yo.
Dziewczynka zdążyła się jeszcze podnieść na kolana. Roślinni drapieżcy nie są tak szybcy
jak ludzie. Zielone zęby zatrzasnęły się na jej talii. Wyczuwszy obecność ofiary przez
pojedynczą warstwę zieleni, gębokłap wyszedł na pozycję pod liściem. Przypominał nieco
ramę - tylko para zrogowaciałych, kwadratowych szczęk na zawiasach, z licznymi długimi
zębami. Z narożnika ramy, na kształt szyi, wyrastał pal, krzepki i grubszy od człowieka. Teraz
gębokłap tę szyję zginał, zabierając Klat na dół do swojej właściwej paszczy, przebywającej z
resztą rośliny jeszcze niżej, na niewidzialnym dnie lasu, pośród ciemności i rozkładu.
Gwizdem Lily-yo skierowała swego głuszka z powrotem na górę, na rodzinny konar. Nic
już nie dało się zrobić dla Klat. Tak już było.
Grupa rozpraszała się. Stojąca gromadka kusiła niezliczone leśne licha. Poza tym śmierć
Klat nie była pierwszą, jaką oglądali. Grupa Lily-yo składała się kiedyś z siedmiu
podwładnych kobiet i dwóch mężczyzn. Dwie kobiety i jednego mężczyznę zabrała zieleń. Te
osiem kobiet zrodziło grupie dwadzieścioro dwoje dzieci, w tym pięcioro dzieci mężczyzn.
Śmierć często zabierała dzieci, zawsze tak było. Teraz, po odejściu HIat, już ponad połowę
dzieci zabrała zieleń. Lily-yo zdawała sobie sprawę, że jest to szokująco wysoka śmiertelność,
i jako przywódca obwiniała siebie. Choćby nie wiadomo ile niebezpieczeństw czyhało w
gałęziach, znali je wszystkie i potrafili się bronić. Winiła siebie tym bardziej, że w
pozostałym przy życiu potomstwie uchowała się tylko trójka dzieci mężczyzn, Gren, Poas i
Veggy. Z nich, jak niejasno przeczuwała, Gren zrodzony był do kłopotów.
Lily-yo wracała z zielonego blasku. Nasłuchując hasła do wysiewu, głuszek niepostrzeżenie
odpłynął, wezwany milczącym nakazem lasu. Nigdy świat nie był tak przepełniony Puste
miejsca nie istniały. Zdarzało się, że głuszki szybowały nad dżunglą przez całe stulecia w
oczekiwaniu na lądowanie, jak symbole osamotnienia świata roślin.
Zatrzymując się nad jednym z orzechów, Lily-yo zjechała po lianie do jego wnętrza. To
była chatka Klat. Prowodyrka z ledwością przecisnęła się do środka, tak małe było wejście.
Ludzie budowali jak najmniejsze drzwi, powiększali je, w miarę jak rośli, by zapobiec
wizytom nieproszonych gości. W chatce Klat panował wzorowy porządek. W miękkim
miąższu wnętrza zostało wycięte łóżko; tutaj sypiała pięcioletnia dziewczynka, gdy ogarnęła
ją senność pośród niezmiennej zieloności lasu. Na łóżku leżała dusza Klat. Lily-yo zatknęła ją
za pas. Wciągnęła się na lianę i ująwszy nóż, cięła w miejscu, gdzie usunięto korę drzewa i
orzech łączył się z żywym drewnem. Po kilku ciosach spoiwo puściło. Chatka Klat zawisła na
moment, po czym zleciała na dół. Gdy zniknęła w ogromnych, mięsistych liściach, nastąpiło
wśród nich poruszenie. Coś walczyło o przywilej pożarcia wielkiego kęsa.
Lily-yo wdrapała się z powrotem na konar. Na chwilę przystanęła dla złapania oddechu.
Szybciej niż kiedyś dostawała zadyszki. W zbyt wielu polowaniach brała udział, za dużo
urodziła dzieci, stoczyła zbyt wiele walk. Z rzadką i przelotną zadumą nad sobą spojrzała na
swe gołe, zielone piersi. Były mniej pełne, niż kiedy po raz pierwszy dopuściła do siebie
mężczyznę Harisa, zwisały niżej. Kształt miały nie tak piękny Instynktownie wiedziała, że
minęła jej młodość. Instynktownie wiedziała, że nadszedł czas, by Odejść Wyżej.
Grupa oczekiwała jej przy Zagłębieniu. Pobiegła do nich, pozornie sprawna jak zawsze, ale
serce ciążyło jej kamieniem. Zagłębienie w złączeniu konara z pniem przypominało
odwróconą do góry dłoń. Tam gromadziły się ich zapasy wody. Grupa obserwowała
wchodzącą na pień kolumnę mocarmitów. Jeden z mocarmitów kilkakrotnie pozdrowił
bezgłośnie ludzi. Pomachali mu w odpowiedzi. Jeżeli w ogóle mieli sojuszników, były nimi
mocarmity. Tylko pięć wielkich rodzin przetrwało wśród rozpasanego zielonego żywiołu:
osice, pszczelce, mrówce i mocarmity, które stworzyły społeczeństwa owadzie, potężne i
niezniszczalne, a piątą stanowił człowiek, łatwo i nędznie ginący, nie zorganizowany tak jak
owady, lecz nie wymarły, ostatni przedstawiciel zwierząt w całym wszechzwycięskim świecie
roślin.
Lily-yo podeszła do grupy. Ona również wodziła spojrzeniem za ruchomą kolumną
mocarmitów, dopóki nie znikły w pokładach zieleni. Mogły żyć na dowolnym poziomie
wielkiego lasu, w Wierzchołkach czy na Dnie, w dole. Pierwsze i ostatnie z owadów; dopóki
cokolwiek będzie żyło, mocarmity i osice nie zginą. Lily-yo spuściła wzrok i przywołała
grupę. Wydobywszy duszę Klat, na oczach wszystkich wzniosła ją nad głowę, by dobrze
widzieli.
- Zieleń zabrała Klat - powiedziała. - Jej dusza musi powędrować do Wierzchołków, jak
nakazuje obyczaj. Flor i ja zabierzemy ją tam natychmiast, abyśmy mogły podążyć za
mocarmitami. Daphe, Hy, Ivin, Jury, wy strzeżcie dobrze mężczyzny Harisa i dzieci do
naszego powrotu.
Kobiety skinęły z powagą głowami. Następnie, podchodząc kolejno, dotykały duszy Klat,
topornie wyciosanej z drewna figurki kobiecej. Gdy rodziło się dziecko, do obowiązków ojca
należało wyrzeźbienie mu duszy, bo kiedy kogoś zabrała w lesie zieleń, prawie nigdy nie
pozostawała choćby kosteczka do pogrzebania. Dusza miała przetrwać do pogrzebu w
Wierzchołkach.
Podczas ceremonii dotykania duszy Gren czmychnął i zuchwale odłączył się od grupy.
Prawie równy wiekiem Toy, dorównywał jej też siłą i rzutkością. Nie tylko był wytrzymały w
biegu. Potrafił się wspinać. Pływać. Co więcej, miał własną wolę. Nie bacząc na krzyk swego
przyjaciela Veggy'ego, popędził do Zagłębienia i skoczył w wodę. Otwierając oczy pod jej
Zgłoś jeśli naruszono regulamin