14_Pan Samochodzik i Nieśmiertelny.pdf

(1088 KB) Pobierz
122518528 UNPDF
Cykl PAN SAMOCHODZIK (TOM 14)
Księgozbiór DiGG
f
2009
122518528.001.png 122518528.002.png 122518528.003.png
PROLOG
Z darzyło się to miesiąc przed moim służbowym wyjazdem do stolicy
Kolumbii, Bogoty. Pracowałem wtedy bardzo intensywnie, przygotowując
materiały do referatu, jaki w Bogocie na międzynarodowym kongresie,
poświęconym sprawie ochrony muzeów przed coraz liczniejszymi
włamaniami, miał wygłosić mój bezpośredni zwierzchnik, Marczak,
dyrektor Centralnego Zarządu Muzeów w Ministerstwie Kultury i Sztuki.
Tezy naszego referatu były następujące: na całym świecie mnożą się
kradzieże dzieł sztuki i w związku z tym muzea bogatych krajów coraz
bardziej udoskonalają systemy zabezpieczające zbiory przed złodziejami.
Są to systemy niezwykle kosztowne, wyposażone w skomplikowane
aparatury elektroniczne. Biedniejszych państw nie stać na ich
zastosowanie. A zresztą, jak wynikało z faktów, które skrzętnie
odnotowywałem, doskonaleniu systemów zabezpieczających towarzyszyło
zawsze doskonalenie sposobów włamań i kradzieży. Świat był więc
widownią swoistej eskalacji: coraz droższe urządzenia zabezpieczające i
coraz sprytniejsze sposoby ich unieszkodliwiania. Jak długo miała trwać ta
eskalacja?
Stwierdziliśmy w naszym referacie, że indywidualni złodzieje dzieł
sztuki należą już do przeszłości, zamiast nich powstały ogromne,
międzynarodowe gangi przestępcze. Tym właśnie gangom powinno się
przeciwstawiać nie coraz lepsze środki zabezpieczające, ale
międzynarodową organizację dla zwalczania gangów, złożoną z
rozmaitych specjalistów do walki z kradzieżami dzieł sztuki. Tylko
powstanie takiej organizacji mogło - naszym zdaniem - położyć tamę
narastającej fali włamań i kradzieży do muzeów. Albowiem dane
statystyczne na ten temat były po prostu przerażające. W ciągu minionych
czterech lat na całym świecie skradziono czterdzieści dwa tysiące dzieł
sztuki o łącznej wartości trzydziestu milionów dolarów. Codziennie łupem
złodziei padało średnio od czterystu pięćdziesięciu do pięciuset takich
dzieł...
Pewnego dnia, gdy mozoliłem się nad doborem najwłaściwszych słów
dla zobrazowania tych zagadnień, do mojego pokoju w Ministerstwie
wniesiono nagle drugie biurko. W ślad za nim zjawiła się dziwna osoba. Z
początku nie wiedziałem, czy to kobieta, czy mężczyzna, bo miała krótko
przycięte włosy, zmierzwione i przypominające ptasie gniazdo. Nosiła ta
osoba spodnie i coś w rodzaju luźnej, wełnianej tuniki zrobionej na
drutach, podobnej do worka na pszenicę. Na jej szyi wisiał przedziwny
naszyjnik - na grubym łańcuszku kołysały się drewniane klocki zupełnie
takie same, jakimi kiedyś bawiłem się w przedszkolu. Ile ta osoba mogła
mieć lat? - dwadzieścia osiem? czterdzieści? sześćdziesiąt? Tak na dobrą
sprawę widziałem tylko jasną cerę policzków, mocno zaciśnięte usta oraz
wyraźnie zarysowany podbródek bez zarostu.
- Czego pan lub pani sobie życzy? - zwróciłem się do niej uprzejmie.
- To pan o mnie nic nie wie? - zdumiała się owa osoba głosem kobiecym
i miłym dla ucha. - Jestem Florentyna, pańska sekretarka.
Przerażenie odebrało mi głos. Przypomniałem sobie kłopoty, jakie
przeżyłem z poprzednią sekretarką, panną Moniką. Wówczas to Marczak
zgodził się, żebym sam sobie wynalazł odpowiedniego współpracownika,
niekoniecznie zresztą kobietę. A oto teraz przysłano bez mojej wiedzy
jakąś pannę Florentynę, dziwną osobę z klockami na szyi.
Bez słowa wyszedłem z pokoju i udałem się do swego zwierzchnika.
Marczak unikał mego spojrzenia. Coś tam chrząkał, pomrukiwał,
przesuwał papiery na biurku, a potem zerknąwszy w okno oświadczył
urzędowym tonem:
- Dwa lata w pańskim dziale był blokowany wolny etat. Od dwóch lat
obiecywał pan, że wynajdzie sobie sekretarkę i nic z tego nie wyszło. Nie
stać nas na taką rozrzutność, panie Tomaszu. Proszę się więc nie dziwić, że
w tych dniach minister raczył się osobiście zainteresować tą sprawą i
musieliśmy przyjąć pannę Florentynę.
- Kim ona jest? - zapytałem grzecznie.
Marczak bezradnie rozłożył ręce.
- Nie wiem, panie Tomaszu. Minister wezwał mnie do siebie i
powiedział jak do przyjaciela: „Prowadzisz ożywioną korespondencję z
muzeami na całym świecie, wyjeżdżasz wkrótce do Bogoty, aby wygłosić
referat. Panna Florentyna zna doskonale dziesięć języków. Taka osoba
będzie ci bardzo potrzebna, choćby z tego względu, że referat należy
przełożyć na kilka języków”. Odrzekłem ministrowi, że mogą to zrobić
wynajęci tłumacze. Ale on znowu rzekł do mnie jak do przyjaciela: „Ta
pani pracowała najpierw w Ministerstwie Przemysłu Ciężkiego, ale z
jakichś tajemniczych względów wkrótce jej wymówiono. Potem
zatrudniono ją w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Niestety, jest osobą
pozbawioną jakichkolwiek umiejętności dyplomatycznych i narobiła im
mnóstwo kłopotów. Zadzwonili do mnie z Ministerstwa Spraw
Zagranicznych (a wiesz, że musimy się z nimi liczyć) i poprosili, abym
znalazł dla niej u nas jakąś pracę”.
- Nie uznaję protekcji - oświadczyłem.
- Ja także, panie Tomaszu - przytaknął gorliwie Marczak. - Ale w tym
wypadku musimy ustąpić. Nasz minister mnie o to poprosił, a jego poprosił
inny minister. To jednak pana wina, że do tej pory nie znalazł pan sobie
sekretarki.
- I co ja mam z nią zrobić? - westchnąłem.
- Nie wiem, panie Tomaszu - zakłopotał się szczerze Marczak. - Może
weźmiemy ją ze sobą do Bogoty, przyda się nam jako tłumacz w
rozmowach z muzealnikami innych krajów. Nasz referat też przełoży na
dziesięć języków.
Z ciężkim sercem wróciłem do swojego pokoju, gdzie zastałem pannę
Florentynę, siedzącą za wniesionym niedawno biurkiem i przeglądającą
jakieś zagraniczne czasopismo.
Połowa referatu na kongres w Bogocie była już gotowa. Wręczyłem go
jej i poleciłem, aby przetłumaczyła na dziesięć języków.
- Przepraszam panią, ale jakie języki pani zna? - zapytałem.
- Angielski, niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, portugalski,
rosyjski, holenderski, grecki, duński. Mogę także dość swobodnie
rozmawiać po japońsku, w języku suahili oraz papiamento.
- Papiamento? - pomyślałem, że żartuje sobie ze mnie.
Lecz ona odparła z powagą:
- Papiamento jest językiem używanym przez ludność zamieszkującą
Antyle Holenderskie. To mieszanina holenderskiego, hiszpańskiego,
portugalskiego, francuskiego oraz języków afrykańskich. Znam również
trochę...
- Nie, nie, dosyć - oświadczyłem błagalnie.
Od tej chwili przez prawie dwa tygodnie nie odzywaliśmy się do siebie
ani słowem w żadnym języku, nawet po polsku. Z początku próbowałem
do niej zagadnąć, pytałem o to i owo, ale zbywała mnie półsłówkami albo
po prostu monosylabami. Zresztą tak naprawdę nie mieliśmy wspólnego
tematu do rozmowy. Ona znała dziesięć języków, ja natomiast byłem
detektywem. Mnie interesowali złodzieje dzieł sztuki i włamania do
muzeów. Ona sprawiała wrażenie osoby zajętej jakimiś własnymi
wewnętrznymi troskami i po prostu ograniczała się do wykonywania tego,
co jej zleciłem.
Aż wreszcie po dwóch tygodniach usłyszałem znowu głos Florentyny.
Przeglądała właśnie tygodnik włoski „Epoca” i nagle wykrzyknęła z
największym entuzjazmem:
- Niech pan sobie wyobrazi, że, jak mówią dane statystyczne, do roku
tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego bardzo dużo Niezidentyfikowanych
Obiektów Latających, czyli Unidentified Flying Objects, zwanych w
skrócie UFO ukazywało się właśnie nad Kolumbią.
- I co z tego?
- Przecież mam z panami wyjechać do Bogoty. Ach, jakie to będzie
cudowne, jeśli uda mi się tam porozmawiać z kimś, kto widział UFO.
- Panią interesują podobne sprawy?
- Ja po prostu żyję nimi dzień i noc - wykrzyknęła niemal z dzikim
entuzjazmem. - Przeczytałam wszystko, co napisano o UFO i UFO-
ludkach. Koresponduję z największymi znawcami tego zagadnienia oraz z
dziesiątkami ludzi w różnych krajach, którzy widzieli UFO, a nawet
kontaktowali się z UFO-ludkami. Znajomość wielu języków jest w tym
niezwykle przydatna.
- O tak, oczywiście - przytaknąłem ze zrozumieniem. - Przepraszam za
niedyskretne pytanie: pani jest mężatką? ma pani dzieci?
Florentyna zarumieniła się lekko i odparła z niechęcią:
- Nie wyszłam za mąż i mieszkam z mamusią. Kobieta ogarnięta pasją
naukową nie może tracić czasu na głupie randki z mężczyznami. Dzieci
też, oczywiście, nie posiadam.
- Wszystko jasne - kiwnąłem głową. - Tak więc UFO to pani jedyna
namiętność. Z jej powodu wędruje pani od jednej instytucji do drugiej,
nigdzie długo nie zagrzewając miejsca. Niestety, muszę panią
poinformować, że i ja w żadne UFO nie wierzę. Uważam tę sprawę za
wymysł pseudonaukowców i fantastów. Jeśli pragnie pani pracować w
moim dziale, to proszę nigdy przy mnie nie mówić o UFO, UFO-ludkach i
tym podobnych historiach.
W odpowiedzi usłyszałem ciche:
- Zgadzam się, panie kierowniku...
A kiedy zerknąłem w jej stronę, zauważyłem, że odsunęła nieco kępkę
kosmyków zasłaniających jej czoło i oczy. W tych oczach - o dziwo,
bardzo dużych i bardzo ładnych - ujrzałem łzy. A choć ostrzegano mnie już
wiele razy, iż łzy stanowią broń najczęściej używaną przez kobiety,
poczułem głęboką skruchę, zrobiło mi się bardzo przykro i oświadczyłem
łagodnie:
- Nie jestem kierownikiem tyranem. Przysięgam, że na wiele może pani
sobie pozwolić. Postaram się tolerować pani ewentualne wychodzenie po
zakupy w godzinach pracy, a nawet jeśli najdzie panią ochota, aby
zatańczyć na własnym biurku, nie powiem złego słowa. Ale o jedno
naprawdę błagam: ani słowa o UFO.
Zrozumiała. I odtąd znowu niewiele ze sobą rozmawialiśmy. Aż
wreszcie przyszedł dzień naszego odlotu do Bogoty i znaleźliśmy się w
trójkę na międzynarodowym lotnisku na Okęciu. Dyrektora Marczaka i
mnie celnicy przepuścili do samolotu po pobieżnym tylko sprawdzeniu
bagaży. Natomiast pannę Florentynę spotkała z ich strony wielka
podejrzliwość. Zaprowadzili ją do specjalnego pomieszczenia, gdzie
została poddana osobistej rewizji. Na szczęście panna Florentyna nie
posiadała rzeczy zakazanych do wywozu i po jakimś czasie wraz z nami
znalazła się w samolocie.
- Niech się pani nie martwi, bo to się niekiedy zdarza - pocieszył ją
dyrektor Marczak.
- To mój przepiękny, nowoczesny naszyjnik wzbudził zainteresowanie
celników - oświadczyła panna Florentyna. - Zbadali dokładnie wszystkie
klocki podejrzewając, że zawierają schowki, w których kryją się jakieś nie
oclone towary.
A ja poczułem raptem strach na myśl, że z tak dziwacznie ubraną osobą
będę musiał reprezentować nasz kraj za granicą. Dlatego zapytałem
złośliwie:
- A pani tunika? Czy ona nie wzbudziła podejrzeń celników? Nie sądzi
pani, że ta tunika trochę przypomina worek na pszenicę? O ile wiem, nie
ma w naszym kraju zakazu wywozu worków na pszenicę. A jednak, jeśli
ktoś wywozi taki worek...
- Stop - odezwała się ostro, czerwona ze złości panna Florentyna. - Pan
nie ma gustu i nie zna się na nowoczesnej modzie. Tę tunikę sama zrobiłam
szydełkiem, a mój naszyjnik wszystkim się podoba. Tak, tak, zauważyłam,
że jest coś we mnie, co budzi pańską niechęć. Teraz wiem co: mój zbyt
elegancki wygląd.
To powiedziawszy, panna Florentyna zajęła w samolocie fotel obok
mnie i w ten sposób, niemal ramię w ramię, ale w milczeniu, odlecieliśmy
do Bogoty.
122518528.004.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin