Aleksander Olin - Komusutra.rtf

(737 KB) Pobierz
10 sierpnia 1994 roku Aleksander Kwaśniewski odwiedził w Szpitalu Bródnowskim w Warszawie rekonwalescenta po operacji chirurgi

ALEKSANDER OLIN

 

 

 

Komusutra


10 sierpnia 1994 roku Aleksander Kwaśniewski odwiedził w Szpitalu Bródnowskim w Warszawie rekonwalescenta po operacji chirurgicznej, Krzysztofa Łukomskiego.

12 sierpnia 1994 Aleksander Kwaśniewski przyjął delegację parlamentu Tajlandii.

Antoni Styrczula Rzecznik Kancelarii Prezydenta

 

 

0. Alibi

 

 

Jeszcze raz spojrzał na kontrolkę plazmotronu. Dioda rezerwy już nawet nie migała, ale złowieszczo paliła się ciągłym, czerwonym światłem. Może energii starczy jeszcze na jeden strzał. A może nie. Ruska ruletka. Cholerne pięćdziesiąt metrów. A przecież to tylko jednominutowy spacerek po błotnistej polance, jeden skok przez strumyczek i można wracać do domu. 007 przymrużył oczy i niemal realnie na ekranie wyobraźni ujrzał holowizor szemrzący w kącie przytulnej niszy mieszkaniowej, ujrzał też gwałtowny wzrost potencjału na elektronicznym koncie, a ponadto oczyma duszy 007 widział wyciągniętą rękę I Sekretarza Projektu, a w niej złotą kartę wstępu do Orgazmolandu.

Nie będę przecież gnił w tych paprociach pięćdziesiąt milionów lat, aż te kurwy wyzdychają - pomyślał 007, odepchnął trzymetrowy liść i zaczął biec przez błoto tak wielkimi susami, że po każdym takim susie miał wrażenie, że przy następnym majtająca się na pasku trzykilogramowa kamera holowizyjna wydziobie mu obiektywem dziurę w prawej nerce. Do strumienia zostało jeszcze dwadzieścia metrów. 007 próbował lewą ręką przeciągnąć kamerę nieco bardziej na plecy. Jednak wrażenie bycia tłuczonym młotkiem po kręgosłupie okazało się gorsze od dziobania po nerce. Na szczęście problem kamery niespodziewanie uległ przyspieszonej miniaturyzacji. Z krzaczorów wyskoczyła podwójna dawka tego, czego 007 najbardziej się obawiał - dwa welocyraptory - niniejszy dwumetrowy i większy na oko prawie trzy i półmetrowy. 007 wiedział, że ma szczęście w nieszczęściu. Gady zwykle osaczające ofiarę z dwóch stron tym razem nadciągały z jednego kierunku. 007 uniósł plazmotron. Serce jedynego ssaka w tej okolicy trzepotało się jak kanarek w kuchence mikrofalowej. 007 wiedział, że ma w porywach tylko jeden strzał, jeżeli w ogóle. Wczoraj pół ładunku plazmy poszło na odstraszenie tyranozaurów wałęsających się nad tym strumieniem. Jednak tyranozaury przestraszyły się tylko trzech pierwszych błyskawic, które 007 posłał w powietrze, a potem oswoiły się z nowym zjawiskiem i zrobiły się tak upierdliwe, że 007 nakręcił z tyranozaurami tylko parę kilkusekundowych migawek, a potem wkurwił się i wytłukł je co do nogi, zużywając dobre kilkadziesiąt megawatów energii...

Welocyraptory były już tuż, tuż - trzydzieści metrów. 007 niemal słyszał przelatujące przez głowę strzępy krzyżujących się w panice zdań: „Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy... Jak mnie klona do życia przywróciłaś cudem... Ojcze nasz... Hare kriszna, kriszna hare, hare kriszna, hare hare...”

Brakowało dziesięć metrów do tego, by 007 przy współpracy welocyraptorów uzyskał szansę widzenia z adresatami modlitw. Jednak błysk plazmotronu udaremnił pojawienie się tej szansy. 007 nacisnął spust w momencie, kiedy większy z gadów nieopatrznie zabiegł drogę mniejszemu. Oba cielska znalazły się w jednej linii i błyskawica plazmy w ułamku sekundy zamieniła je w deszcz skwierczących skwarków padających na błotnistą polanę. 007 nie tracił czasu na napawanie się zwycięstwem. Zwłaszcza że mogło to być ostatnie zwycięstwo, zważywszy poziom energii w plazmotronie. 007 w trzy sekundy wykonał dziesięć skoków i wreszcie dotarł do strumienia.

Kurwa, w lewo czy w prawo? - 007 próbował dostrzec w błocie swoje własne ślady, które zostawił rano. Jednak błotnisty brzeg był dosłownie zadeptany przez tabun małych skutellozaurów, które koło południa przydreptały do wodopoju. 007 nacisnął zielony przycisk pilota dyndającego na jednej ze sprzączek kombinezonu. Sygnał ćwierknął ze skrzypowego zagajnika, znajdującego się za strumieniem, kilkanaście metrów w lewo.

- Całkiem nieźle ją zamaskowałem - mruknął 007 do siebie i ruszył w kierunku maszyny czasu. Strumień opłukiwał buty z błota. Nagle na powierzchni wody pojawiły się drobne prążki. Głuchy łoskot uderzył 007 w uszy, a wibracja gruntu połaskotała w pięty. 007 odblokowywał już rygiel pokrywy włazu, kiedy z lasu za błotnistą polaną, przez którą przed chwilą 007 przebiegł, ponad gęstwiną liści niczym peryskop pojawiła się charakterystyczna ohydna morda.

- Spierdalaj stąd, chuju... - szepnął 007 w kierunku tyranozaura i drżącym palcem zaczął naciskać kod cyfrowy na pokrywie. Z nerwów zamiast szóstki 007 nacisnął dziewiątkę i musiał całą operację znoszenia blokady powtarzać od początku. Tyranozaur leniwie wylazł z krzaków na polanę. Balansując ogonem, schylił się i najpierw powąchał, a potem polizał błoto nasączone aromatem welocyraptorów zgrillowanych w plazmowym ogniu. W tym momencie syknął pneumatyczny odźwiernik i pokrywa odskoczyła ze szczękiem. Tyranozaur, słysząc nieznany dźwięk, odskoczył na dwa metry, a potem z zaciekawieniem spojrzał prosto w oczy Kwaśniewskiego 007.

Były chwile, że Kwaśniewski 007 żałował, że jest klonem i do tego czaskaderem. To była właśnie taka chwila. Kwaśniewski 007 bez przekonania wycelował plazmotron w kierunku gada i nacisnął spust. Plazma ledwie czknęła na odległość dwu metrów, a tyranozaur w odpowiedzi prychnął jedynie i walnął ogonem w błoto. Kwaśniewski 007 nie miał zamiaru wrócić do bazy nadgryziony jak 006. Jednym skokiem znalazł się we wnętrzu kabiny i zatrzasnął klapę. Pasów jednak nie zdążył zapiąć, gdyż potężny wstrząs targnął ciałem czaskadera o pulpit sterowniczy.

Jeśli ten skurwiel uszkodzi stabilizator... - 007 zdrętwiał na tę myśl, jednak na dalsze myślenie nie było czasu. Wielka morda kuła w pancerną szybę.

- Zaraz cię, kutasie, urządzę... - krzyknął 007, zapiął wreszcie pas, włączył antypole ochronne i rozrusznik ssawy grawitacyjnej. Podróż w czasie wymaga zakrzywienia czasoprzestrzeni W mobilny bąbel. Ssawa grawitacyjna powoduje, że na czas jednej nanosekundy znaczna część ziemskiej grawitacji koncentruje się wokół pojazdu, wypychając jego zawartość w przeszłość lub przyszłość w zależności od ustawienia spinów. Kwaśniewski 007 przesunął suwak przyspieszacza temporalnego. Tyranozaur znalazł się w strefie bąbla startowego. Jak zassany odkurzaczem poleciał w kierunku jego centrum, razem z gałęziami, błotem i wodą ze strumienia... A pięciocentymetrowej grubości antypole ochronne otaczające pancerz pojazdu zrobiło z tej materii prehistoryczną mielonkę.

- Oż kurwa, nie nastawiłem współrzędnych - pomyślał Kwaśniewski 007, lecz nic już nie zdołał zrobić. Suwak przyspieszacza temporalnego był przesunięty przecież do przodu. 007 stracił przytomność.

 

***

- 007 macie już cztery lata, jesteście dojrzałym klonem, przeszliście wszechstronne przeszkolenie, czas najwyższy, żebyście poznali prawdę: 007 jesteście pochodnym bratem Prezydenta Tysiąclecia - uroczystym tonem powiedział I sekretarz projektu.

007 poczuł, że łzy same podpływają mu do oczu. Wziął wieniec z rąk I sekretarza i zrobił trzy kroki w kierunku granitowej piramidy, w której od lutego 2008 roku, u stóp Pałacu Prezydenckiego, w samym centrum geometrycznym placu Defilad spoczywały zwłoki Aleksandra Kwaśniewskiego. 007 przyklęknął i złożył wieniec.

- A więc nie jestem doświadczalnym sierotą, probówkowym bękartem, popłuczyną ze zlewki laboratoryjnej... Nie, moim bratem macierzystym, pośmiertnym dawcą tkanki jest sam Prezydent Tysiąclecia - klon 007 łkał i nie wstydził się tego. Po raz pierwszy od czterech lat poczuł się naprawdę związany z rzeczywistością społeczną, w której przyszło mu się wylęgnąć.

Chwila zadumy minęła. 007 wstał z kolan, odwrócił się i mocnym krokiem zbliżył do I sekretarza projektu.

- 007, nie musicie pytać... Czytam to pytanie w waszych oczach: „Dlaczego?” Tak? - zaczął I sekretarz. - Dlatego, że znamy tylko trzy przypadki mutacji genetycznej powodującej wrodzoną odporność na przyspieszenie temporalne występujące przy przemieszczaniu się bąbla czasoprzestrzennego. Na czterdzieści milionów testów przeprowadzonych w latach 2090-2095 tylko trzy wykazały obecność pożądanej sekwencji. Pierwszym nosicielem okazał się seryjny gwałciciel ze Stąporkowa, przebywający obecnie w zamrażalni penitencjarnej w Kielcach, drugim nosicielem jest jeden z pacjentów Głównego Perforatorium Mózgowego bielskopodlaskiego Makropolis, cierpiący na psychozę maniakalno-depresyjną, trzecim nosicielem zupełnie przypadkowo okazał się właśnie twój brat macierzysty, Aleksander Kwaśniewski, a ściślej rzecz ujmując, jego mumia. Komisja etyczna rozpatrzyła dokładnie wszystkie te kandydatury i z oczywistych względów właśnie zwłoki Prezydenta Tysiąclecia zostały wybrane jako dawca tkanki najwartościowszej z punktu widzenia całego projektu; jako dawca życia dla całej serii nieustraszonych klonów, które poniosą polskie DNA ku krawędziom czasu w przeszłość i przyszłość...

- Ku chwale ojczyzny! - 007 odruchowo się wyprężył.

- Nie, nie, spocznijcie, 007, przepraszam za ten patos... Ale widzę, że dali wam w kość na przeszkoleniu... -głos I Sekretarza brzmiał ciepło, prawie serdecznie.

- Przepraszam, towarzyszu Sekretarzu, czy wiadomo już, jakie będzie moje zadanie?

- Tak, 007. Wasze zadanie jest podwójne. Po pierwsze będziecie kontynuowali robotę 006, takie tam filmiki dokumentalne dla Spielberga... Wiecie, w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Spielberg oparł na tym, co mu dostarczycie, te swoje nieudolne animacje.

- Przepraszam, towarzyszu, to, co nakręcę, mam osobiście dostarczyć Spielbergowi?

- Dokładnie tak, to druga część waszej misji. Przy okazji, wiecie, musicie dostać od Spielberga hasło i numer konta, na którym zapłata w złocie za całą robotę czeka już prawie sto lat w sejfie szwajcarskiego banku. Wiecie, 007, dochody z usług temporalnych dla nieżyjących już klientów mają szansę do 2100 roku osiągnąć dziesięć procent całego eksportu PRL (od aut. - Polskojęzyczny Region Lingwistyczny - największa jednostka terytorialna środkowo-wschodniej Europy).

007 nie odzywał się. Myślał nad czymś.

- 007 nie rozmyślajcie za dużo, wieczorem dostaniecie kostkę programową ze szczegółami. A, jeszcze jedno, jeżeli jakimś cudem... awaria... nie wiem co... zapłaczecie się w okolice 1953 roku, to, wiecie, unikajcie jak ognia matki Prezydenta Tysiąclecia...

007 spojrzał pytająco.

- Już wy dobrze wiecie dlaczego. Chcecie być własnym ojcem? Z waszym Wielkim Bratem też nigdy nie rozmawiajcie...

- Przepraszam, towarzyszu sekretarzu, przecież wysyłacie mnie, jak słyszę, siedemdziesiąt milionów lat do tyłu w odwiedziny do dinozaurów z okresu Górnej Kredy.

- 005 też tak myślał i zamiast w Górnej Kredzie, zarył w pokładach węgla z okresu późnego Gierka, wywołując tąpnięcie, w wyniku którego górnik przodowy, Alojzy Piątek, przez siedem dni odżywiał się własnymi sikami, zanim dotarła do niego ekipa ratunkowa. Uczcie się lepiej na cudzych błędach, 007, no, chyba, że to wy chcecie zostać Tutanchamonem...

 

***

Kwaśniewski 007 otworzył oczy. Że też zawsze podczas skoku czasowego powracają sceny z rozmowy z I sekretarzem - pomyślał i jednocześnie uświadomił sobie, że coś jest bardzo nie w porządku. 007 czuł żołądek w gardle -nie było to dziwne, zważywszy, że maszyna czasu była odwrócona do góry nogami. Kwaśniewski nacisnął przycisk znoszący osłonę optyczną i spojrzał przez pancerne szkło. W świetle jarzeniówek oświetlających kabinę było widać również to, co znajdowało się za kopułowatą szybą - piasek. Cała kopuła odwróconej maszyny wrośnięta była w piasek.

No, chyba że to wy chcecie zostać Tutanchamonem... - znowu w uszach zabrzmiał głos I sekretarza. Kwaśniewski 007 spojrzał na wskaźnik paliwa jądrowego: 0,000 kg. Rzut oka na wskaźnik współrzędnych czasoprzestrzennych: AWARIA!

Ten chuj, tyranozaur, rozpierdolił stabilizator, no to jestem uziemiony - przez głowę Kwaśniewskiego 007 przelatywały same najczarniejsze myśli. - Zaryłem na Saharze, to pewne... 1340 rok p.n.e... To ja będę Tutanchamonem...

W roku 2096, tuż przed wysłaniem pierwszego czaskadera Kwaśniewskiego 001, jeden z infornautów zupełnie przypadkowo porównał kod genetyczny mumii egipskiego faraona Tutenchamona z kodem genetycznym mumii Aleksandra Kwaśniewskiego. Były identyczne. To był koronny dowód, że podróż w czasie jest możliwa, z drugiej strony to był dowód, że nie wszyscy czaskaderzy powrócą.

Kwaśniewski 007 miał ochotę zapłakać.

- Kurwa, dlaczego ja? - klął, uwalniając się z pasów bezpieczeństwa.

Będziesz faraonem Egiptu - popiskiwał cichy głosik w podświadomości.

Nie ma się co martwić, umrzesz młodo, zabalsamują cię, a Howard Carter odkopie twój grobowiec w 1922 roku - chichotał złośliwie inny podświadomy głos.

Ale na kilka lat obejmiesz tron faraona wielkiego starożytnego państwa - optymizm znów próbował się przebić.

- Sram na tron faraona, ja chcę do mojej niszy mieszkaniowej - mamrotał rozpaczliwie Kwaśniewski, usiłując się dostać do umieszczonej pod podłogą śluzy awaryjnej. Wypadłszy z fotela, podłogę miał oczywiście nad głową. Kwaśniewski otworzył wreszcie klapę i wcisnął się do małej, ciasnej komory ewakuacyjnej.

Lepiej żeby się piach nie nasypał do kabiny - pomyślał Kwaśniewski 007 i zamknął klapę prowadzącą do kokpitu. Pociągnął dźwignię pneumatycznego odźwiernika klapy zewnętrznej. Woda bluznęła zewsząd. A więc piasek widoczny przez kopułę nie był piaskiem pustynnym, tylko piaskiem wyściełającym jakieś dno. Krztusząc się’, 007 usiłował zamknąć klapę z powrotem. Jednak wir wodny był zbyt silny. Kwaśniewski 007, nie myśląc już w ogóle, lecz tylko kierując się niezawodnym instynktem czaskadera, odbił się od dna śluzy i popłynął w kierunku powierzchni, która mogła być bardzo, bardzo daleko.

Pierwszy haust powietrza oszołomił Kwaśniewskiego 007 prawie tak bardzo, jak przenikliwy gwizd, który w sekundę później przeszył powietrze. Słychać również było jakieś ludzkie krzyki. Kwaśniewski natychmiast znowu zanurkował i zaczął z siebie pod wodą ściągać kombinezon. Lepiej się było nie pokazywać nie wiadomo komu w rynsztunku z XXI wieku z emblematami PRL na plecach. Kwaśniewski 007 ledwie odepchnął od siebie zwiniętą szmatę kombinezonu, kiedy poczuł, że ktoś chwyta go za włosy i ciągnie na powierzchnię. 007 próbował się wyrwać, jednak napastnik był silniejszy, a Kwaśniewskie-mu brakowało już powietrza. 007 dał się wywlec spod wody i, nabrawszy oddechu, spróbował ugryźć przeciwnika w przedramię.

- Kurwa, nie szarp się, durniu, bo się obaj utopimy -wybulgotał napastnik. - Głuchy i ślepy jesteś, idioto, czarnej flagi nie widzisz, gwizdka nie słyszałeś, kurwa mać.

Kwaśniewski 007 uważniej spojrzał na właściciela ręki nadal trzymającej go za włosy. Napięte rysy właściciela ręki niespodziewanie złagodniały.

- O Jezu, panie Aleksandrze, przepraszam, niech pan mnie obejmie, o tak, już płyniemy do brzegu.

Po dwóch minutach walki z żywiołem 007 i jego nieoczekiwany wybawca siedzieli już na plaży.

- Ja naprawdę przepraszam, że ja tam tak do pana, ale nie poznałem, myślałem, że pan drugiego sierpnia wyjechał, a tu...

- A dzisiaj który jest? - 007 wykorzystał okazję.

- No jak to? Dziesiąty.

- A który rok?

- Ale pana skołowało: dziewięćdziesiąty czwarty, dlaczego pan za boję wypłynął, przecież to szaleństwo przy czarnej fladze, miał pan szczęście, już siódma, miałem właśnie zejść z dyżuru...

Kwaśniewski 007 odetchnął, tylko trzy lata różnicy, a ten facet na pewno zna go z holowizji. Pewnie 002 lub 003 byli tu kilka dni temu, oni lubią morze. 007 uważnie rozejrzał się dookoła - w górze, na skarpie jakieś dziwne domki, na plaży instalacje z rurek i ludzie jakoś tak dziwnie porozbierani...

Dziury ozonowej się nie boją, czy co? - pomyślał Kwaśniewski. - Aha, pewnie to ten Nadmorski Skansen Życia Alternatywnego, morski odpowiednik Bractwa Miecza i Kuszy bądź też Stowarzyszenia Ekopasterzy...

- Przepraszam, ma pan tu gdzieś holofon, muszę się skontaktować z centrum temporalnym - zapytał 007.

- Panie Aleksandrze, ja panu tyle razy mówiłem... i pan nie posłuchał. Niech pan się przyzna, cały dzień pan leżał na słońcu... Niby pana nie złapało, ale w głowie pewnie pana łupie, co? Może pan chodzić? Zaraz pana zaprowadzę do doktora Majewskiego, powinien teraz być w ośrodku.

Kwaśniewskiemu serce podeszło do gardła. Próbując opanować drżenie głosu, zapytał jeszcze raz:

- Który jest rok, niech mi pan powie dokładnie.

- Już panu mówiłem: dziewięćdziesiąty czwarty.

007 przez moment pomyślał, że to wszystko mu się śni.

No tak, w dziewięćdziesiątym czwartym to język polski jeszcze nie istniał, co za głupi temporalny koszmar senny, trzeba się obudzić, trzeba się obudzić.

- Albo niech pan tu poczeka, a ja zawołam pana żonę.

- Ja mam żonę? - w swojej sennej halucynacji 007 nie widział nic zdrożnego w zadawaniu głupich pytań.

- Panie Aleksandrze, albo, za przeproszeniem, panu zdrowo przygrzało, albo pan sobie ze mnie jaja robi... Ma pan żonę, nazywa się Jolanta Kwaśniewska i córkę też pan ma, aha, to jeszcze może mnie pan też nie zna?

- No, niezupełnie...

- Marek Haberka, ratownik - uśmiechając się ironicznie, Haberka wyciągnął rękę.

007 podał swoją, potem nagłym ruchem wyszarpnął ją i złapał się za głowę, symulując, że właśnie wszystko sobie przypomina.

- A no tak, teraz jestem w tym no, no...

- Cetniewie, Cetniewie, na wczasach w Centralnym Ośrodku Sportu. W Rybitwie pan mieszka, pokój numer 32, trzecie piętro... Jeszcze coś panu przypomnieć, nie, no żeby kogoś tak nad morzem zamroczyło, to nie widziałem, a piwka pan nie strzelił wcześniej, co?

007 milczał.

- To co, chce pan poczekać na żonę czy idziemy do lekarza.

- Nie, nie, panie Marku, dochodzę do siebie, zaraz sam pójdę - 007 już wiedział gdzie jest, znał dokumentalny wirtual o swoim Wielkim Bracie.

Tak, tak, jeżeli Jolanta żona Wielkiego Brata żyje, to może być tylko dziewięćdziesiąty czwarty rok... A więc prawie sto lat, kurwa mać. Żeby skądś wytrzasnąć kilogram wzbogaconego uranu, to za godzinę byłbym w domu. O ile oprócz braku paliwa nie ma w maszynie poważniejszej awarii - myślał 007, patrząc na fale rozbryzgujące się o piasek.

- Cześć Marek... No, pięknego masz topielca... Przez lornetkę patrzyłem... Dobry wieczór panie Aleksandrze, dzisiaj pan wrócił? Coś pana nie było przez ostatnie dni.

Drugi ratownik podszedł niby mimochodem. Chwała Bogu, a więc na szczęście przyszłego prezydenta nie ma teraz w tym Cetniewie - pomyślał 007.

- Tak, wróciłem, ładna pogoda, pomyślałem: szkoda lata...

- Ale coś pan zbladł, kilka dni temu był pan jakoś bardziej opalony... O, ale slipy ma pan szałowe! Gdzie pan je kupił - drugi ratownik wbił łapczywy wzrok w slipy z temporalu, które 007 miał na sobie.

- Zbysiu, daj panu Aleksandrowi spokój, ma, zdaje się, udar słoneczny i jest w szoku po tym topieniu.

- Dobra, dobra już nie przeszkadzam, ale, Marek, weź coś szepnij o wyborach Miss Plaży.

- Zbyszek, nie teraz. Nie widzisz...

- Nie, nie, ja już czuję się dobrze - wtrącił 007.

- Panie Aleksandrze kochany, nie mamy sponsorów, a u was ten Rusek dzisiaj bankiet urządza, szepnąłby pan słówko kilku nadzianym gościom, przydałoby się z dziesięć baniek. Nagrody dla dziewczyn... Wie pan.

- Nie ma sprawy - odpowiedział 007, zastanawiając się jednocześnie, po co dziewczynom jakieś bańki.

 

***

Do pensjonatu dotarł sam. Co prawda facet zapytany przy zejściu z plaży: „Gdzie jest Rybitwa” odpowiedział: „Oj, Olek, Olek znowu sobie w szyjkę stuknąłeś na plaży”, ale drogę pokazał. Kwaśniewski 007 chwilę postał przed wejściem do pensjonatu, ale skoro drzwi nie otworzyły się same, zaczął, macać gałkę, wreszcie coś kliknęło i sezam stanął otworem. Nie zwracając uwagi na zdumione spojrzenia odzianych w garnitury indywiduów, minąwszy recepcjonistkę, która zrobiła minę, jakby właśnie połknęła pióro cyfrowe, Kwaśniewski 007 wkroczył na schody, rozsiewając dookoła kolorowe rozbłyski światła rozszczepiającego się tęczowo na powierzchni temporalnych slipów. Trzydzieści sekund później stał już z bijącym sercem przed drzwiami z numerem 32. Drzwi znowu się same nie otworzyły, więc położył rękę na specjalnym zagiętym pałąku, który opadł na dół. Jolanta, wychodząca właśnie z łazienki, pisnęła cicho i cofnęła się o krok. Po jej jędrnej, opalonej skórze spływały ostatnie krople wytryśnięte kilka sekund wcześniej z prysznica. 007 stanął w progu jak wryty.

- Olek, Jezu, jak się przestraszyłam. Co ty tu robisz? Nie stój tak.

007 zamknął drzwi za sobą i z pewną nieśmiałością przyglądał się żonie przyszłego Prezydenta Tysiąclecia odzianej jedynie w ręcznik niedbale owinięty wokół talii. W rzeczywistości była dużo piękniejsza niż na tym wirtualu dokumentalnym. Piersi Wielkiej Bratowej kołysały się kusząco. Różowe aureolki, niedawno podrażnione gorącą wodą, promieniały niczym dwa centra tarcz strzelniczych czekających na celny strzał pożądliwych ust.

- Co się tak gapisz, jakbyś mnie pierwszy raz widział. Jezu, przecież ja dwie godziny temu przez telefon z tobą rozmawiałam. Mówiłeś, że jesteś w Warszawie, znowu mnie okłamałeś...

- Ja przyjechałem tu...

- Ciekawe czym w dwie godziny?

- Ma... ma... machalasem - Kwaśniewski 007, patrząc na tę nieżyjącą już dawno kobietę, nie mógł skupić myśli.

- Piłeś... No tak... Gdzie masz rzeczy?

- Ukradli - odpowiedział 007 już nieco przytomniej.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin