Flint Eric - 1632
Tytuł oryginału: 1632
Copyright © 2000, 2006 Eric Flint. Wszelkie prawa zastrzeŜone.
Prawa do wydania polskiego naleŜą do ISA Sp. z o.o., Warszawa 2006.
Wszystkie postacie występujące w tej ksiąŜce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do
osób prawdziwych, Ŝyjących lub nie, jest całkowicie przypadkowe.
KsiąŜka jest chroniona polskim i międzynarodowym prawem autorskim. Jakiekolwiek jej
powielanie lub nieautoryzowany uŜytek jej zawartości jest zabronione bez pisemnej zgody
wydawcy lub właściciela praw autorskich. Ilustracja na okładce: Łukasz Mrozek
Wydanie I
Wydawca: ISA Sp. z o.o.
Tłumaczenie: Barbara Giecold i Michał Bochenek
Korekta: Sylwia Sandowska-Dobija
Skład: Jarosław Polański
Informacje dotyczące sprzedaŜy hurtowej, detalicznej i wysyłkowej:
ISA Sp. z o.o. Al. Krakowska 110/114 02-256 Warszawa tel./fax (0-22) 846 27 59 e-mail:
isa@isa.pl
ISBN: 83-7418-097-8 ISBN: 978-83-7418-097-9
Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony internetowej:
www.isa.pl
Mojej matce,
Mary Jeanne McCormick Flint,
oraz Wirginii Zachodniej,
z której pochodzi.
Prolog
Tej tajemnicy nigdy nie udało się wyjaśnić. Podobnie jak meteor tunguski czy krater Walhalla
na Callisto2, dołączy ona do katalogu zjawisk niewytłumaczalnych. Gdy po paru miesiącach
stało się juŜ jasne, Ŝe nie uda się znaleźć Ŝadnej szybkiej odpowiedzi, oczy całego świata
zaczęły stopniowo kierować się w inną stronę. Przez kilka lat ludzie opłakujący swych
bliskich naciskali na władze, aby kontynuowały śledztwo, ale niestety, do tego potrzebni byli
prawnicy, a tych właśnie zabrakło. Sąd prędko ustalił, Ŝe katastrofa w Grant-ville była woła
boŜą, więc z tego tytułu nie naleŜy się Ŝadne odszkodowanie. W ciągu dziesięciu lat
katastrofa, wzorem zabójstwa Kennedy 'ego, stalą się poŜywką dla fanatyków i zapaleńców,
dzięki czemu nie było jej dane odejść w zapomnienie. Prawdopodobnie jednak Ŝaden
szanujący się naukowiec nie Ŝywił nadziei, Ŝe zagadkę uda się ostatecznie rozwikłać.
Teorii, rzecz jasna, nie brakowało, choć z przyrządów pomiarowych nie dało się niczego
konkretnego odczytać. Niewielka czarna dziura przeszła przez atmosferę Ziemi - to była jedna
z teorii. Inna (popularna do czasu, gdy w świetle późniejszych odkryć odrzucono obliczenia,
na których się opierała) głosiła, Ŝe to oderwana superstruna* wymierzyła planecie lekko
chybiony cios.
Jedyną osobą, która była bliska zrozumienia, Ŝe oto powstał nowy świat, był pewien biolog,
Hank Tapper - student trzeciego roku biologii - dołączony praktycznie w ostatniej chwili do
jednej z ekip geologów, wysianych w celu zgłębienia przyczyn katastrofy. Spędzili oni kilka
miesięcy na badaniu obszaru, który zastąpił część Wirginii Zachodniej. Jedynym wnioskiem,
do jakiego doszli, było to, Ŝe ów nowy obszar nie był naturalną częścią rejonu. Był on
10 Erie Flint
jednak bez wątpienia pochodzenia ziemskiego, co całkowicie ostudziło zapał UFO-
maniaków.
Obcy teren został zmierzony, i to dość dokładnie. Tworzył idealną półkulę o promieniu pięciu
kilometrów. Kiedy ekipa geologów odjechała, Tapper pozostał tam jeszcze przez kilka
miesięcy. W końcu doszedł do wniosku, Ŝe identyczna flora i fauna występuje w pewnych
częściach Europy Środkowej. Ogarnęło go podniecenie. Jego odkrycie pokrywało się z
raportem archeologicznym, który - bardzo, ale to bardzo nieśmiało - sugerował, Ŝe
zrujnowane domostwa odnalezione na nowym obszarze przywodzą na myśl przełom późnego
średniowiecza i wczesnego okresu nowoŜytnego na ziemiach niemieckich. Podobnie było z
siedmioma ciałami - dwóch męŜczyzn, dwóch kobiet oraz trojga dzieci - znalezionymi w
jednym z domów. Ogień w znacznym stopniu uszkodził zwłoki, jednak ślady na kościach
wskazywały, Ŝe przynajmniej dwie spośród siedmiu osób zamordowano przy uŜyciu broni
siecznej duŜych rozmiarów.
Badania zębów wskazywały na to, Ŝe ci ludzie albo nie naleŜeli do epoki współczesnej, albo
teŜ - z niejasnych względów - ich uzębienie nigdy nie było leczone. Z drugiej jednak strony
ekspertyza jednoznacznie stwierdzała, Ŝe morderstwa popełniono niedawno. Ponadto w
momencie odnalezienia domostw z ich zgliszczy wciąŜ jeszcze unosił się dym.
Przez kolejne miesiące Tapper sprawdzał, czy gdzieś w Europie Środkowej nie zniknął jakiś
fragment terenu, ale niestety niczego nie znalazł.
Jedynym moŜliwym wyjaśnieniem było przeniesienie zarówno w czasie, jak i w przestrzeni.
Tapper miał przed sobą dobrze zapowiadającą się karierę, która ległaby w gruzach, gdyby
ujawnił swe przypuszczenia bez okazania jakichkolwiek dowodów. A jeśli miał rację, to nie
mogło być mowy o dowodach. JeŜeli cokolwiek pozostało z zaginionego terenu, przepadło
gdzieś w otchłani
Tak więc Tapper musiał się pogodzić z tym, Ŝe jego całoroczny wysiłek poszedł na marne.
Opublikował, rzecz jasna, wyniki swoich badań, lecz jedynie w postaci suchych i rzeczowych
sprawozdań, i to w mało znaczących periodykach. Niczego nie sugerował, nie starał się nawet
wyciągać wniosków -zaleŜało mu na braku jakiegokolwiek zainteresowania ze strony opinii
publicznej.
I dobrze się stało. Zrujnowałby sobie bowiem karierę, i to na próŜno -nikt by mu nie uwierzył.
A gdyby nawet ktoś taki się znalazł, to najbardziej skrupulatne przetrząśnięcie Europy
Środkowej nie wykazałoby istnienia tam pasującej półkuli. Ona oczywiście tam była - w
rejonie Niemiec zwanym Turyngią - ale prawie czterysta lat wcześniej i jedynie przez ułamek
sekundy. Gdy tylko dokonało się przemieszczenie obydwu półkul, nowy świat oddzielił się od
starego.
Poza tym prawda była duŜo dziwniejsza niŜ to, co przychodziło Tapperowi do głowy, choć
nawet on przypuszczał, Ŝe przyczyną mógł być jakiś galaktyczny kataklizm.
* * *
W rzeczywistości katastrofa w Grantville była skutkiem tego, co ówcześni ludzie zwykli
nazywać „przestępczą nieumyślnością ". Spowodował ją odłamek kosmicznego śmiecia,
oderwany fragment czegoś, co (z braku lepszego określenia) mogłoby zostać nazwane
dziełem sztuki. MoŜna by rzec: odłamek rzeźby. Assiti dawali upust swym solipsystycznym4
zapędom przy uŜyciu materii czasoprzestrzennej, nie zdając sobie sprawy z wpływu, jaki ich
„sztuka" wywiera na resztę wszechświata.
Osiemdziesiąt pięć milionów lat później Assiti zostali unicestwieni przez Fta Tei. Jak na
ironię, Fta Tei byli bocznym odgałęzieniem jednego z wielu gatunków wywodzących się z
rasy ludzkiej. Nie powodowała nimi jednak chęć zemsty. Fta Tei nie mieli pojęcia o swych
korzeniach sięgających odległej planety zwanej Ziemią, a tym bardziej nie wiedzieli o
katastrofie, która miała tam miejsce. Przyczyną eksterminacji było to, Ŝe -pomimo wielu
wyraźnych ostrzeŜeń -Assiti nie przestali oddawać się swej szkodliwej i nieodpowiedzialnej
sztuce.
Rozdział 1
Przepraszam za moich rodziców, Mikę. - Tom spojrzał na wspomnianą parę wzrokiem
pełnym Ŝalu. - Miałem nadzieję, Ŝe... - Urwał, lekko wzdychając. - Naprawdę mi przykro.
Władowałeś w to kupę kasy.
Mikę Stearns skierował wzrok tam, gdzie jego kolega. Matka i ojciec Toma Simpsona stali
pod ścianą stołówki, jakieś piętaaście metrów dalej, sztywno i ze skwaszonymi minami.
Swoje bardzo kosztowne ubrania nosili tak, jak gdyby przywdziali pełną zbroję płytową.
FiliŜanki z ponczem trzymali kciukiem i palcem wskazującym, jakby chcieli w ten sposób
odciąć się od odbywającej się uroczystości.
Mikę powstrzymał się od uśmiechu. „No tak. Wysłannicy cywilizacji przestrzegający savoir-
vivre'u w krainie ludoŜerców".
- Nie przejmuj się tym, stary - powiedział łagodnie. Przestał obserwować nadętą dwójkę spod
ściany i zajął się lustrowaniem tłumu. Oczy błyszczały mu z zadowolenia.
Stołówka była bardzo duŜym pomieszczeniem. Ściany w praktycznym kre-mowo-szarym
kolorze pokryto nieprzebraną ilością dekoracji, które brak dobrego smaku nadrabiały pogodą
ducha i radosną Ŝywiołowością. Puste krzesła przesunięto pod ściany, długie stoły ustawione
nieopodal kuchni zastawiono jedzeniem i piciem.
Nie było kawioru ani szampana. Wiele zgromadzonych w sali osób nie ucieszyłoby się na
widok pierwszego dania („rybie jaja, co za paskudztwo!"), drugie zaś było zabronione przez
regulamin liceum. Ale Mikę się nie przejmował. Znał tych ludzi i wiedział, Ŝe docenią
skromny poczęstunek i podziękują, nawet
16 Erie Flint
jeśli dla bogatych i wyrafinowanych miastowych jest on poniŜej wszelkiej krytyki. Dotyczyło
to głównie dorosłych, w znacznie mniejszym zaś stopniu tabunu dzieci biegających po całym
pomieszczeniu.
Mikę poklepał młodszego kolegę po ramieniu. Przypominało to nieco poklepywanie
zwalistego wołu. Tom był najlepszym blokującym wśród futboli-stów reprezentujących
barwy Uniwersytetu Wirginii Zachodniej i z całą pewnością wyglądał na kogoś takiego.
- Moja siostra poślubiła ciebie, a nie twoich rodziców. Tom skrzywił się.
- Co z tego? Mogliby chociaŜ... Jeśli mieli zamiar tak się zachowywać, to po cholerę w ogóle
przyszli?
Mikę zerknął na niego. Pomimo ogromnych gabarytów kolegi nie musiał zadzierać głowy.
Choć wagowo nie mógł się z nim równać - Tom był cięŜszy o dobre 45 kilogramów -
obydwaj byli mniej więcej tego samego wzrostu; mieli nieco powyŜej metra osiemdziesięciu.
Tom powrócił do niechętnego wpatrywania się w rodziców. Podobnie jak w ich przypadku,
takŜe jego twarz przybrała postać kamiennej maski. Mikę niepostrzeŜenie mierzył wzrokiem
swego świeŜo upieczonego szwagra.
I to bardzo świeŜo. Ślub odbył się niespełna dwie godziny wcześniej w małym kościele,
odległym od budynku liceum o nieco ponad półtora kilometra. Rodzice Toma juŜ podczas
ceremonii kościelnej byli wyniośli i aroganccy. Ich syn powinien był wziąć kameralny ślub w
porządnej episkopalnej katedrze, anie... nie...
Nie dość, Ŝe duchowny to wieśniak, to jeszcze ta wsiowa szopal
Mikę wraz z siostrą całe lata temu porzucili rygorystyczną wiarę swych przodków na korzyść
spokojnego agnostycyzmu, jednak Ŝadne z dwójki rodzeństwa nawet nie pomyślało o tym, Ŝe
ślub Rity miałby się odbyć w jakimś innym miejscu. Pastor był przyjacielem rodziny,
podobnie jak jego ojciec i ojciec jego ojca. I choć ceremonia utrzymana była w duchu
kalwinistycznego fundamentalizmu, w niczym im to nie przeszkadzało. Mikę stłumił śmiech.
Choćby dla samego widoku rodziców Toma, gotujących się z wściekłości na wzmiankę o
siarce i ogniu piekielnym, warto było przyjść na mszę.
Dobry humor szybko go jednak opuścił. Dostrzegł czający się w oczach Toma ból.
Zadawniony ból, jak przypuszczał. Tępy, stały ból męŜczyzny nie akceptowanego przez
własnego ojca juŜ od chłopięcych lat.
Tom urodził się w jednej z najbogatszych rodzin w Pittsburghu. Jego matka wywodziła się z
zamoŜnej rodziny ze wschodu Stanów. Jego ojciec - John Chan-dler Simpson - był
dyrektorem naczelnym sporej korporacji naftowej. Lubił chełpić się opowieściami o tym, jak
piął się po szczeblach kariery. Owszem, rzeczywiście spędził pół roku na hali produkcyjnej
jako brygadzista, tuŜ po tym, jak opuścił szeregi korpusu oficerskiego marynarki wojennej,
jednak na późniejszy rozwój
jego kariery największy wpływ miał fakt, iŜ jego ojciec był właścicielem korporacji. John
Chandler Simpson nie dopuszczał do siebie myśli, Ŝe jego własny potomek nie będzie chciał
podąŜać tym dobrze przetartym szlakiem.
Jednak Tom nie spełniał pokładanych w nim nadziei - ani jako dziecko, ani po osiągnięciu
pełnoletności. Mikę słyszał, Ŝe John Chandler wpadł w szał, gdy dowiedział się, Ŝe zamiast
Uniwersytetu Carnegie-Mellon jego syn wybrał Uniwersytet Wirginii Zachodniej. Gdy poznał
przyczynę tej decyzj i, j esz-cze bardziej go to rozjuszyło. „Futbol? PrzecieŜ ty nawet nie
jesteś rozgrywającym!". Gdy zaś rodzice ujrzeli wybrankę serca ich syna, obydwoje byli
bliscy ataku apopleksji.
Mikę przebiegał wzrokiem pomieszczenie, aŜ w końcu jego spojrzenie padło na dziewczynę
w sukni ślubnej, śmiejącą się z czegoś, co właśnie powiedziała młoda kobieta stojąca u jej
boku. To jego siostra Rita, dowcipkująca sobie wraz z jedną z druhen.
RóŜnica pomiędzy tymi dwiema dziewczynami była uderzająca. Druhna, Sharon, była dosyć
pulchna, co absolutnie nie przeszkadzało jej być atrakcyjną, i miała niezwykle ciemną cerę,
nawet jak na Murzynkę. Siostra Toma równieŜ była ładna, lecz tak szczupła, Ŝe sprawiała
wraŜenie wychudzonej. Jej wygląd zdradzał pochodzenie - niezwykle blada skóra, piegi,
błękitne oczy i włosy niemal tak czarne jak u brata. Typowy appalachijski6 mieszaniec. Córka
górnika i siostra górnika.
„Biała biedota. No cóŜ, tym właśnie jesteśmy".
Myśląc tak, Mikę nie czuł złości. Odczuwał raczej litość dla Toma i pogardę dla jego
rodziców. Ojciec Mike'a, Jack Stearns, skończył liceum i pracował w kopalni, odkąd
ukończył 18 lat. Nigdy nie było go stać na nic więcej niŜ skromny dom. Liczył na to, Ŝe
pomoŜe swym dzieciom, gdy te pójdą do colle-ge'u. Nie przewidział jednak, Ŝe w kopalni
zawali się strop i zniweczy wszelkie jego plany. Jack został kaleką i wkrótce potem umarł.
W dniu jego śmierci Mikę był jak otępiały. Lata mijały, a w tym miejscu w jego sercu, które
niegdyś zajmował ojciec, była teraz bolesna pustka.
- Olej to, stary - powiedział cicho do Toma. - Po prostu to olej. Jeśli to ma dla ciebie
jakiekolwiek znaczenie, pragnę ci powiedzieć, Ŝe twój szwagier cię
Tom wciągnął głęboko powietrze, po czym powoli je wypuścił.
- Jasne, Ŝe ma, i to spore.
Nagle potrząsnął głową, jakby chciał oczyścić umysł i zająć go czymś zupełnie innym.
Spojrzał Mike'owi prosto w twarz.
- Potrzebuję twojej szczerej opinii. Za kilka miesięcy skończę szkołę i będę musiał podjąć
decyzję, co dalej. Czy myślisz, Ŝe jestem wystarczająco dobry, Ŝeby przejść na
zawodowstwo?
Odpowiedź była natychmiastowa.
18 Erie Flint
- Nie. - Mikę pokręcił ze smutkiem głową. - Dobrze ci Ŝyczę, stary. Znalazłbyś się dokładnie
w tym samym miejscu, w którym ja niegdyś byłem: najgorszym z moŜliwych. Niemal
wystarczająco dobry. Wystarczająco dobry, by się łudzić, ale...
Tom zmarszczył brwi; wciąŜ miał nadzieję.
- Tobie się na swój sposób udało. Cholera, wycofałeś się niepokonany. Mikę zaśmiał się pod
nosem.
- Właśnie. Po ośmiu zawodowych walkach w wadze średniej. - Podniósł dłoń i potarł
niewielką bliznę na lewej brwi. - Na zakończenie kariery miałem nawet drugą walkę wieczoru
w Grand Olympic Auditorium. To było niesamowite.
Ponownie się zaśmiał, tym razem juŜ otwarcie.
- Zbyt niesamowite! Wygrałem - ledwie - na punkty. Dzieciak zaŜądał rewanŜu. I właśnie
wtedy wykazałem na tyle zdrowego rozsądku, Ŝeby się wycofać. Trzeba znać własne
moŜliwości.
Tom w dalszym ciągu był zachmurzony; wciąŜ się łudził. Mikę połoŜył dłoń na jego
masywnym ramieniu.
- Tom, spójrz prawdzie w oczy. Nie zajdziesz dalej ode mnie. Zdałem sobie sprawę z tego, Ŝe
załatwiłem dzieciaka, bo miałem nieco więcej doświadczenia, nieco więcej pomyślunku,
nieco więcej szczęścia niŜ on. - Skrzywił się na wspomnienie młodego meksykańskiego
boksera, którego szybkość i siła ciosu były naprawdę przeraŜające. - Ale wiedziałem, Ŝe
dzieciak zrobi postępy, i to wkrótce. I wiedziałem teŜ, Ŝe nigdy w Ŝyciu nie będę tak dobry,
jak on juŜ wtedy był. Dlatego się wycofałem, zanim rozwalił mi łeb. Radzę ci zrobić to samo,
póki jeszcze masz zdrowe kolana.
Tom znowu wciągnął głęboko powietrze i powoli je wypuścił. Wydawało się, Ŝe chce coś
powiedzieć, ale jego uwagę przykuła świeŜo poślubiona małŜonka, która zbliŜała się, ciągnąc
za sobą jakichś ludzi.
Tom w mgnieniu oka rozpromienił się niczym mały chłopiec. Widząc ten uśmiech, Mikę
poczuł, Ŝe coś go chwyta za serce. „Taki fajny dzieciak, a tacy koszmarni starzy".
Rita pojawiła się z właściwą sobie energią, która byłaby w stanie zasilić reaktor
termojądrowy. Rozpoczęła od objęcia swego męŜa w sposób, który w takim miejscu jak
szkolna stołówka był wielce nieodpowiedni - wskoczyła na niego, obejmując go nogami („a
co tam suknia"). Dodatkiem do tego niemal lubieŜnego uścisku był dziki i bez wątpienia mało
skromny pocałunek. Gdy juŜ zeskoczyła z Toma, podeszła, aby przytulić się do brata; w ten
uścisk (choć oczywiście pozbawiony podtekstów seksualnych) włoŜyła tyle samo energii, co
w poprzedni.
Gdy wstępna faza powitań dobiegła juŜ końca, Rita odwróciła się i zaprosiła gestem dwie
wlokące się za nią osoby. Pomijając szeroki uśmiech, wyglądało to tak, jakby cesarzowa
przywoływała swe sługi.
Sharon równieŜ była uśmiechnięta od ucha do ucha. Stojąca obok niej postać miała na twarzy
nieco bardziej stonowany uśmiech. Był to czarnoskóry męŜczyzna około pięćdziesiątki,
ubrany w bardzo kosztowny garnitur. Tradycyjne, szyte na miarę ubranie leŜało na nim jak
ulał, lecz jakoś dziwnie nie współgrało z uśmiechem męŜczyzny. Mikę dostrzegał w nim coś
zawadiackiego. A z postawy wnosił, Ŝe ciało ukryte pod garniturem jest znacznie bardziej
atletycznie zbudowane niŜ wskazywałby na to oszczędny krój.
- Mikę, chciałabym ci przedstawić ojca Sharon. - Rita odwróciła się i właściwie wypchnęła
wspomnianego rodzica przed siebie, a potem zaczęła energicznie wymachiwać ręką. - Mój
brat, Mikę Stearns. Doktor James Nichols. Zachowuj się kulturalnie, braciszku. To jest
chirurg i pewnie gdzieś tu chowa jakiś zestaw skalpeli.
Chwilę później juŜ jej nie było; popędziła w kierunku grupki ludzi rozmawiających w
dalekim rogu stołówki, ciągnąc za sobą Toma i Sharon. Mikę i doktor Nichols zostali sami.
Mikę spojrzał na nieznajomego, nie bardzo wiedząc, jak nawiązać rozmowę. Zdecydował się
więc na mało wyszukany Ŝart.
- O ile znam swoją siostrę - rzekł sucho - to mój nowy szwagier ma przed sobą długą noc.
Doktor uśmiechnął się nieco szerzej, potęgując tym samym wraŜenie zawadiactwa.
- Na to wygląda - powiedział przeciągle. - Zawsze ma tyle energii?