Fanfiction
Armalkolit
Dwoje młodych ludzi przedzierało się przez las. Idący przodem mężczyzna pewnie rozgarniał gałęzie. Wyraz jego twarzy był zacięty i nie wróżył niczego sympatycznego. Kobieta będąca tuż zanim rozglądała się z niepokojem, co chwilę potykając się o wystające korzenie. Wśród leśnej ciszy można było usłyszeć jej drżący głos: -Kotku, może nie idźmy już dalej? Kiedy indziej pokażesz mi tę wiewiórkę czy coś tam...nie podoba mi się ta gęstwina, wolałabym, żebyśmy wrócili na ścieżkę. Tutaj jest tak dużo...O Boże! Głośny krzyk przestraszył ptaka, który do tej pory siedział na drzewie. Wzbił się w powietrze, a jego śladem poszły inne. Mężczyzna podbiegł do dziewczyny, która z przerażeniem wskazywała na sieć pająka. -Co się...to tylko pająk nie powinnaś panikować Glorio. Jego głos był szorstki. Wypuścił dziewczynę z objęć i ruszył dalej mówiąc: -W tym lesie nie ma nic strasznego... W tym momencie jego wzrok napotkał ciało zwisające bezwładnie z gałęzi. Wyglądało równie obrzydliwie jak te, które można pooglądać w co mocniejszych serialach kryminalnych. Oprócz tego strasznie śmierdziało. Było w stanie intensywnego rozkładu. Zwierzęta już się nim zajęły. Najgorsze były robale, które na nim żerowały. Gloria wpatrywała się w nie. Nie mogła oderwać wzroku choć bardzo tego pragnęła. Nagle wszystko zaczęło robić się coraz ciemniejsze, najpierw pojawiły się cienie, potem były widoczne już tylko kontury. Gloria osunęła się na ziemię. Jak przez mgłę usłyszała tylko: -Skarbie?! Może to i lepiej, że straciła przytomność. Na ziemi, na którą upadła również można było dostrzec wiele owadów. Agent specjalny Seeley Booth i dr Temperance Brennan siedzieli na kanapie w gabinecie dr Sweetsa. Panowała absolutna cisza. Brennan wpatrywała się w oczekiwaniu w dr Sweetsa, który tymczasem nie spuszczał oczu z Bootha. Ten uparcie patrzył w okno, mimo że zdecydowanie nie było za nim nic ciekawego. -Agencie Booth... Powiedział zachęcająco Sweets. Niestety podjęta przez niego próba nawiązania rozmowy została całkowicie zignorowana. -Uciekanie od problemów niczego nie rozwiąże. Należy stawić im czoła i wszystko wyjaśnić. W kontaktach międzyludzkich szczerość potrafi często wiele ułatwić. -Booth... Bones również na niego spojrzała. -Zgadzam się ze Sweetsem. Booth, nadal milcząc i podpierając głowę ręką, obrócił się w jej stronę. Był zły, a w jego oczach można było dostrzec żal. Popatrzył na stół by uniknąć jej wzroku. -Tak? Zgadzasz się z nim? To dobrze, że chociaż z NIM się zgadzasz, bo niestety JA nie zasługuję już na twoją uwagę. -Booth... Jeśli masz jakiś problem z Netem, to...to powinieneś mi o tym powiedzieć. Zwłaszcza, że my już... -Nie, nie chcę tego słuchać! Booth gwałtownie zamachał rękoma. -To wasza sprawa, nie będę się wtrącał. Zwłaszcza, że i tak ignorujesz moje rady. Poza tym ja nie mam z nim żadnego problemu, za to niestety ty będziesz miała z nim dużo problemów. Zignorował próbującą coś powiedzieć Bones i zaczął tłumaczyć Sweetsowi. -Jej nowy chłopak, Net, to handlarz narkotyków. Mówiłem jej, ale jej nie przeszkadza, że spotyka się z kryminalistą. Rozumiesz? Handlarz narkotyków! Sweets poprawił się na krześle. -Z tego co mi wiadomo agencie Booth Net był jedynie podejrzany o handel narkotykami, ale niczego mu nie udowodniono. W tym samym momencie Brennan odezwała się z wyrzutem: -Booth, nie mów o mnie jakby mnie tu nie było. Poza tym nie zignorowałam twoich oskarżeń wobec Neta, po prostu uznałam je za bezpodstawne i... W tym momencie zadzwoniła komórka Bootha. Odebrał on ją szczęśliwy, że nie będzie musiał kontynuować tej rozmowy. Miał żal do Bones, ale zdecydowanie nie miał zamiaru tego tutaj roztrząsać. Szybko zakończył rozmowę. By uniknąć patrzenia na Brennan swoje słowa skierował jakby do Sweetsa: -Mamy sprawę. Sweets podniósł się z krzesła. Brennan na początku była mocno zdezorientowana. Wyglądało to tak jakby to on, a nie ona, miał jechać z Boothem. Między nimi ostatnio się nie układało, ale nie podejrzewała, że dojdzie to do aż takiego stopnia. Zresztą należało przecież oddzielić życie prywatne od zawodowego. Ona i Booth. Co się właściwie stało? Na szczęście jednak to oni wyszli z gabinetu pozostawiając w nim Sweetsa z wyraźną chęcią powiedzenia jeszcze czegoś. -Chciałabym z tobą porozmawiać na osobności. Możemy dzisiaj gdzieś pojechać? Np. do jakiejś restauracji? -Oprócz nas będzie tam również dużo innych ludzi. Nie nazwałbym tego „na osobności”. Zauważył ze złością Booth. Był wściekły. -Ich obecność przecież nie będzie nam przeszkadzać. Bones siliła się na obojętność, ale było jej przykro. Spojrzała w orzechowe oczy Bootha. Nie dodała na głos: „ostatnio to moja obecność ci przeszkadza”. Nie musiała. Oboje o tym pomyśleli. Booth nareszcie nie uciekał od niej spojrzeniem. Chciał krzyczeć: „nie prawda, przecież uwielbiam być z tobą!”, ale nie mógł. Był na nią zły. Jak mogła spotykać się z takim palantem jak Net? Dlaczego jego zdanie już się dla niej nie liczy? Widocznie za wiele ich różniło. W samochodzie panowała cisza pełna napięcia. Żadne z nich nie chciało się odezwać. Ona nie chciała usprawiedliwiać się przed nim, a on nie chciał jej już więcej ranić. Słowa jednak mają w sobie wielką moc. Brennan obserwowała krajobraz za oknem. Jeszcze przed chwilą znajdowali się w samym centrum Waszyngtonu. Teraz pędzili samochodem po wiejskich dróżkach. Na horyzoncie zamajaczył las. Krople deszczu bębniły o szyby. Niebo przecięła błyskawica rozświetlając wszystko jasno na krótką chwilę. Samochód zwolnił. Brennan oderwała wzrok od pojedynczych kropel spływających po szybie. Byli w lesie. Nawet nie zauważyła kiedy do niego wjechali. Była zbyt zajęta Netem. Myślała o nim. O tych wszystkich chwilach, które razem przeżyli. Westchnęła. Dopiero po chwili zorientowała się, że Booth intensywnie się w nią wpatruje. -No co? – warknęła i wysiadła z samochodu głośno trzaskając drzwiami. Wszyscy zebrani w tym miejscu technicy FBI spojrzeli w jej stronę. Wyglądali jak, mówiąc kolokwialnie, zmokłe kury. Mówiąc szczerze miała to gdzieś. Czuła jak spływają na nią hektolitry wody. Ale to też miała w tej chwili gdzieś. -Gdzie te kości? Jakiś chłopak wskazał jej gęsty las i ścieżkę wyznaczoną przez lampy podwieszone na drzewach. Nie czekając na Bootha ruszyła w gęstwinę. Deszcz padał coraz mocniej. Czuła, że brodzi w błocie. Co chwila potykała się o wystające korzenie. Szła uparcie dalej. Słyszała jak Booth kroczy kilkadziesiąt metrów za nią. Zaklął. Po chwili dotarła w miejsce, gdzie rozciągnięta była niebieska płachta. Camille stała przy jednym z drzew osłoniętych od deszczu. Brennan zajrzała jej przez ramię. Dostrzegła szkielet. Zawieszony był na fragmencie liny. Dostrzegła na niektórych kościach pozostałości tkanek. Nie mógł wisieć od dawna. Trzy, góra cztery dni. -Dlaczego ja tu jestem? Widzę sporo tkanek. Camille odwróciła się o 180 stopni i spojrzała na dr Brennan. Wyglądała na mocno zdenerwowaną. Booth, który właśnie wyłaniał się z krzaków też. -Prawdopodobną przyczyną śmierci jest zadanie ciosu w potylicę jakimś tępym narzędziem. Potrzebujemy kogoś, kto ustali… -Zack mógł to zrobić. -Daj spokój, Bones. Przecież kochasz pracę. -Ciebie chyba nikt nie pytał o zdanie. – odpowiedziała nawet nie zaszczycając partnera spojrzeniem – Z resztą ty i tak nie słuchasz tego, co ja mam do powiedzenia. Widzisz tylko swoje własne ‘ego’. -Ja ciebie nie słucham?! – krzyknął Booth – I tu się mylisz. Te wszystkie twoje wszystkie wykłady, antropologiczny punkt widzenia… -Zawsze mi przerywałeś! Camille obserwowała całą sytuację. Doskonale wiedziała od czego to wszystko się zaczęło – Net. Booth widzi w nim tylko handlarza narkotyków, któremu nic nie udowodniono, bo potrafił wspaniale zatuszować wszelkie sprawy. Konflikt między partnerami narastał, a teraz najwidoczniej przerodził się w otwartą wojnę. -Bo to wszystko za długo by trwało! -To trzeba było mi powiedzieć! -Przepraszam bardzo, ale może powrócimy do sprawy? – przerwała w końcu Cam – Booth idzie porozmawiać ze znalazcami naszej ofiary, a dr Brennan do kości. Partnerzy mierzyli się jeszcze przez chwilę wściekłym wzrokiem. W końcu każde z nich, w milczeniu, zajęło się swoją robotą. Po bliższym przyjrzeniu się szkieletowi Brennan mogła potwierdzić diagnozę postawioną przez Camille. Ofiara była kobietą, rasy kaukaskiej. Około trzydziestu do trzydziestu pięciu lat. Na jednym z jej wyschniętych palców dostrzegła obrączkę. Mężatka. Na jej szyi spoczywał jeszcze srebrny naszyjnik z serduszkiem. Zaczęła jeszcze dokładniej przyglądać się kościom. Na jednej z nich dostrzegła dziwne ślady. Tworzyły bliżej nieokreślony wzorek. Przywodził jej jednak na myśl coś, co już kiedyś widziała. Nie mogła sobie tylko przypomnieć – co. Booth tymczasem przedzierał się kolejny raz przez krzaki. Tym razem zmierzał w zupełnie innym kierunku od tego, z którego przybyli. Po chwili wyszedł na leśną drogę. Dostrzegł karetkę. Kręciło się przy niej kilku sanitariuszy. -Chciałbym porozmawiać ze szczęśliwymi znalazcami szkieletu. – powiedział ironicznie. -Ale tylko chwilę. Dziewczyna jest w szoku. Chłopak też nie jest zdolny do mówienia. Są w szoku. -Jasne. Nie zabiorę im zbyt wiele czasu. Sanitariusz wskazał tył ambulansu. Siedziała tam dwójka młodych ludzi. Wyglądali na nie więcej niż osiemnaście lat. Byli do siebie przytuleni, nakryci kocem. Mimo wszystko i tak trzęśli się jak osika. -Agent specjalny Seeley Booth. Możemy porozmawiać? Młodzi spojrzeli na niego przerażonymi oczami. -Czego właściwie szukaliście w tych krzakach? -Chciałem pokazać coś Glorii. -Co? -Niedaleko od tamtego miejsca wiewiórki mają swoje gniazdo. Właśnie urodziły się młode… Booth przerwał mu ruchem ręki. Nie chciał słuchać wykładu na temat wiewiórek. Nie miał w tej chwili na to najmniejszej ochoty. Po rozmowie z Bones dalej był wściekły. Na samą myśl o tych wszystkich zezowatych, biomaniakach itd. robiło mu się słabo. -Kiedy byłeś tam ostatni raz? U tych wiewiórek… -Przedwczoraj. Ale szedłem zupełnie inną drogą. Zajmowałem się badaniami nad tymi zwierzętami. -Jasne, rozumiem. Nic dziwnego się nie działo kiedy tu przychodziłeś? Chłopak pokręcił przecząco głową. -No, cóż. Jeśli jeszcze coś sobie przypomnicie… Tu jest moja wizytówka. Jeden z sanitariuszy spojrzał na niego z politowaniem. Nic dziwnego. Przez ten deszcz był już przemoknięty do suchej nitki. Bones stała teraz pod płachtą rozciągniętą ponad drzewami, a on musiał chodzić w tę i z powrotem by porozmawiać z dwójką nastolatków, którzy nic nie widzieli i nic nie słyszeli. -Macie już coś? – zapytał powracając w miejsce pracy Camille oraz Brennan. Obie przeszyły go swoimi mądrymi spojrzeniami. -Oprócz kości, paru tkanek, śladów na kościach oraz obrączki, nie mamy nic. -Dobra, Bones. Nie musisz być aż taka zgryźliwa. Mruknęła coś do siebie pod nosem, jeszcze raz spojrzała na piszczel lewej nogi i ponownie powiedziała coś z niezadowoleniem. Następnie zatoczyła dłonią koło przy swoim prawym uchu. -Pakujemy wszystko i jedziemy do Instytutu. Booth klasnął. Wreszcie jakaś mądra decyzja z jej strony. -W takim razie my też pojedziemy. Może do Royal Diner? Chciałaś ze mną porozmawiać.
Dochodziła szesnasta. W restauracji nie było zbyt wielu ludzi. Większość z pracujących siedziała już w zaciszu swojego domu. Pogoda też odstręczała od wychodzenia z domu. Ciężkie, ciemne, ołowiane chmury przetaczały się powoli po październikowym niebie. W każdej chwili znów mogło zacząć padać. -Pewnie masz mi wiele do powiedzenia. – zaczął Booth odkładając kartę dań na swoje miejsce. Między nimi znów wytworzyła się nić porozumienia. Tego właśnie było potrzeba, aby oboje poczuli, że potężny głaz spadł z ich serca. -Mam. I mam też nadzieję, że mnie wysłuchasz. Booth udał, że zamyka usta niewidzialnym kluczykiem, a następnie wyrzuca go za siebie. To wywołało na jej twarzy szczery uśmiech. Kelnerka przyniosła zamówione przez nich dania. Brennan sięgnęła po szklankę z wodą i upiła z niej łyk. Spodziewała się, że będzie mogła trochę odłożyć ten moment, ale Booth najwidoczniej nie miał zamiaru jeść, póki nie usłyszy co ona ma do powiedzenia. -Zerwałam z Netem. -Nie tego się spodziewałem. Ale miło mi to słyszeć. Mogę dowiedzieć się jaki był ku temu powód? -Niezgodność charakterów, jakby to powiedział Sweets. Rozstaliśmy się tydzień temu. Bootha wbiło w krzesło. Tyle czasu ją ignorował. Nie chciał wysłuchać tego wszystkiego… -Przykro mi. -Nie sądzę, aby naprawdę było ci przykro, ale dziękuję. Bones nakryła jego dłoń swoją. Booth poczuł jakby przepływ prądu elektrycznego. Szybko zabrał dłoń chociaż było to bardzo miłe uczucie. Zaczął szybko coś mówić, by ukryć zmieszanie: -Oczywiście, że mi przykro Bones. Mówiłem, że ten drań złamie ci serce. -Net nie złamał mi serca Booth. Po prostu oboje uznaliśmy, że do siebie nie pasujemy. Poza tym nie jest ci przykro, jesteś zadowolony, bo wydaje ci się, że znów miałeś rację. Chociaż to nieprawda, ponieważ nie zerwałam z Netem dlatego, że był podejrzany o handel narkotykami. I nie miałam z nim żadnych kłopotów. -To, że jeszcze nie miałaś z nim kłopotów nie oznacza, że nie będziesz miała. On wie, gdzie mieszkasz! Po tych słowach Booth pomyślał, że to mało przyjemna myśl. Skoro Net wiedział, gdzie mieszka Bones to znaczy, że zapewne tam był. Do tego istniało duże prawdopodobieństwo, że nie zawsze przebywał tam kompletnie ubrany. To wyobrażenie go dręczyło. -Ty też wiesz gdzie mieszkam, to znaczy, że mam wynająć ochronę? -Lepiej zostawmy to Bones, bo nasz dopiero co zawarty pokój obróci się w piach – powiedział Booth nie mogąc opędzić się od myśli o Necie. -Popiół, Booth. -Co? - zapytał nieprzytomnie Seeley. -Mówi się popiół – odpowiedziała Brennan z wyjątkowo szerokim uśmiechem. Booth spojrzał na nią z konsternacją i niedowierzaniem. Po chwili uśmiechnął się. -Bones! Gdy znaleźli się w instytucie Bones miała zamiar szybko zająć się oględzinami kości. Przeszkodziła jej w tym jednak Angela. Złapała ją prawie zaraz po wejściu. -Kochana, musimy poważnie porozmawiać. Bones była wyraźnie zaskoczona, ale bez większych protestów udała się za Angelą do jej pracowni. Chciała zachować się jak prawdziwa przyjaciółka, więc uznała, że nie może odmówić. Podejrzewała, że chodzi o Hodginsa. Dlatego gdy tylko Angela powiedziała pierwsze zdanie jej zaskoczenie znacznie wzrosło: -Zauważyłam, że ostatnio nie dogadujesz się z Boothem. Czy to ma jakiś związek z Netem? Myślałam, że już zerwaliście? Posłuchaj, rozumiem, że masz prawo umawiać się z kim zechcesz, ale czy dla jakiejś krótkotrwałej znajomości warto narażać przyjaźń z Boothem? Przecież idealnie się uzupełniacie. „I idealnie do siebie pasujecie” dodała w myślach Angela. Zawsze uważała, że tych dwoje jest sobie przeznaczonych. Dziwne, że sami zainteresowani jeszcze na to nie wpadli. -Właściwie to już rozwiązaliśmy nasz drobny konflikt z Boothem, ale dziękuje za troskę. -Naprawdę kochana? Tak się cieszę. Angela energicznie uściskała Brennan. -Po za tym byłabym wdzięczna, gdybyś nie nazywała Neta handlarzem narkotyków. Jak wiesz nic nie zostało mu udowodnione, więc w świetle prawa jest niewinny. -Ja mimo wszystko bardziej polegam na opinii Bootha. Poza tym pamiętaj, że on się tylko o ciebie troszczył. „No i był zazdrosny.” -Wiem, ja również polegam na jego opinii. Tylko, że...ostatnio doszłam do wniosku, że nie mogłabym być z kimś, kto mówi mi co mam robić, z kim mam się spotykać, a z kim nie. Żadna relacja nie może opierać się na zniewoleniu. -Nie mogłabyś być z kimś? Być z kimś? – Angela nie mogła ukryć radości – kochana, czy ty aby przed chwilą nie przyznałaś, ze chciałabyś być z Boothem? -Oczywiście, że nie, a na pewno nie w takim sensie jak myślisz – Brennan ostro zaprzeczyła – chodziło mi o to, że nawet w przyjaźni nie można być zniewolonym.... -Ty chcesz być z Boothem. -Oczywiście, że nie, jesteśmy tylko partnerami... -Oczywiście, że tak, przed chwilą to przyznałaś. -Oczywiście, że nie, miałam coś całkiem innego na myśli – Bones poczuła, że sytuacja wymyka się jej spod kontroli. -Och, kochana. Angela jeszcze raz mocno uścisnęła Brennan, po czym z szerokim uśmiechem wyszła z pokoju. Bones stała zmieszana nie bardzo wiedząc co robić. Nie czuła do Bootha nic więcej niż zwykłą sympatię. Nic więcej...By się utwierdzić w tym przekonaniu powiedziała jeszcze: -Nie chcę być z Boothem. Angela już tego nie usłyszała, za to wyznanie to dotarło do uszu Hodginsa, który akurat wszedł do pokoju. -Ja też nie chcę być z Boothem jeśli cię to pocieszy – powiedział na wstępie – widziałaś Angelę? -Przed chwilą wyszła – stwierdziła zamyślona Bones. Camille weszła na platformę. Gdy używała swojej karty można było usłyszeć charakterystyczne piknięcie. Zack, pochylony nad kośćmi, obracał czaszkę w dłoni uważnie się jej przyglądając. Wydawało się, że pochłonięty pracą nie dostrzegł jej przybycia, jednak gdy zrobiła jeszcze jeden krok podniósł na nią wzrok. -Udało ci się ustalić narzędzie zbrodni? -Ślady na czaszce wskazują, że została uderzona w kość potyliczną czymś twardym i to z dużą siłą. Przedmiot ten pozostawił wyraźne ślady – tutaj Zack wskazał odpowiednie miejsce na czaszce – miał kształt ostrosłupa i był dość ostro zakończony. -Co daje nam w sumie...? -Nie mam pojęcia. -Więc się dowiedz. -To nie wszystko. Na jednej z kości zaobserwowałem dziwne ślady. Na razie jeszcze nie udało mi się ustalić co je spowodowało. W tym samym momencie obok nich pojawił się Hodgins. -Widzieliście może Angelę? -Nie – odpowiedziała Camille – ale może zamiast szukać swojego króliczka zająłbyś się pracą? -Już się zająłem – Hodgins uśmiechnął się – na ciele ofiary znalazłem muchy z gatunku calliphora erythrocephala. Na podstawie ich cyklu rozwojowego ustaliłem czas zgonu na 2 dni temu. -To potwierdzałoby moje ustalenia. -W takim wypadku czy teraz mogę zająć się poszukiwaniami mojego króliczka? Booth siedział w swoim gabinecie. W ręku trzymał piłkę baseballową i odbijał ją o blat biurka. Myślami był bardzo daleko. Znów krążyły one wokół Neta oraz Brennan. Teoretycznie ta dwójka do siebie pasowała. On umiał słuchać, a ona potrafiła go zrozumieć. Tutaj nie było mowy o niezgodności charakterów. Coś musiało się wydarzyć między nimi… A on nie zapytał się co? Dopiero teraz dotarł do niej obraz tego jak zachowywała się przez ostatnie kilka dni. Była rozdrażniona. Ale dlaczego nie powiedziała mu o wszystkim od razu? -Bo nie chciałem słuchać… – powiedział sam do siebie. Dopiero teraz dostrzegł, że w drzwiach ktoś stoi. Odłożył piłkę na miejsce i spojrzał na swojego gościa. Był to wysoki brunet w średnim wieku. Ubrany był w czarny garnitur, a pod pachą trzymał skórzaną teczkę. -Mogę w czymś pomóc? Mężczyzna nie ruszył się z miejsca. Nawet nie drgnął. Obserwował tylko agenta siedzącego w fotelu, za swoim biurkiem. Cały gabinet wyglądał dość przyjemnie. Jego wzrok spoczął na zdjęciach stojących na szafce. „Blond chłopiec i jego ojciec.” Pomyślał mężczyzna robiąc krok do przodu i wyciągając rękę w stronę agenta. -Jason Flint. Wygląda na to, że będę miał zająć pańskie miejsce. Booth zamrugał oczami. Nie tego się spodziewał. Właściwie w ogóle nikogo się nie spodziewał. Jego brwi zbiegły się w jedną linię. -Jak to ‘zająć moje miejsce’? Ja się nigdzie nie wybieram. Mężczyzna spojrzał na numer znajdujący się na szklanych drzwiach. Wszystko się zgadzało. Dzisiaj rano dostał polecenia od swojego przełożonego: przejąć wszystkie śledztwa Seeleya, zająć jego biuro oraz rozpocząć współpracę z doktor Temprance Brennan. -Przykro mi. Cullen zadzwonił do mnie dzisiaj rano… -Człowieku, o czym ty mówisz?! Booth nie wytrzymał. Wstał z fotela i oparł ręce o biurko. Spojrzał Flintowi w oczy. Nie wyglądało to na żaden głupi żart ze strony jego kolegów. W tym momencie do gabinetu wkroczył Cullen. -Seeley, musimy porozmawiać. Zapraszam do mnie. -A w tym czasie on – wskazał na Flinta – zajmie mój fotel i moje biurko. Szli długim korytarzem. Booth obserwował swoje buty. Nie było w prawdzie w nich nic ciekawego, ani wyjątkowego, ale to było lepsze niż patrzenie, jak gabinet Cullena powoli wyłania się na końcu korytarza. Teraz miał powód aby się martwić. O swoją posadę. Cullen zamknął za nim drzwi na klucz. Pozasłaniał wszystkie żaluzje. Wolał aby inni pracownicy biura nie wiedzieli o tej sprawie i rozmowie. -Mogę wreszcie się dowiedzieć o co chodzi? -Siadaj. -Postoję. -Siadaj! Cullen podsunął mu krzesło. Usiadł. Dostrzegł jakieś zdjęcia leżące na biurku. Nie mógł jednak zobaczyć co na nich jest, bo zasłonięte były przez jakieś kartki. -Czy jest coś, o czym chcesz mi powiedzieć? – Cullen wlepił w niego te bystre oczka – Dostałem te zdjęcia… Wyciągnął spod papierów jedną fotografię. Booth omal nie spadł z fotela. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
Brennan stała nad kośćmi. Spojrzała na zegarek. Dochodziła 23. Jak ten czas szybko leci. Westchnęła. Przed nią było jeszcze mnóstwo pracy. Rozejrzała się wkoło. Światła były przyciemnione. Teraz platforma wyróżniała się na tle całego Instytutu. Wszyscy pracownicy poszli już do domu, aby móc wrócić następnego dnia o 8 i pracować dalej nad tym, czego nie zdążyli zrobić wcześniej. Ona nie lubiła odkładać niczego na później. Sięgnęła po kubek z kawą. Był pusty. Zaklęła. Dlaczego kawy nie ma nigdy, kiedy jest potrzebna? Spojrzała na swój telefon, leżący koło jednej z kości. Nikt nie dzwonił. Dziwne. Przecież Booth już dawno powinien tu być i odciągać ją od pracy. Czasem była mu za to wdzięczna. Znów zaczęła przyglądać się kości, na której były jakieś dziwne ślady. Zack nie potrafił ich do niczego dopasować. Ona też. Angela wzięła czaszkę do rekonstrukcji. Najwidoczniej przed wyjściem zapomniała ją odnieść. Ślady były nieregularne. Niektóre na siebie nachodziły. Jeśli miałaby odnieść ich kształt do jakiegoś zwierzęcia byłaby to dżdżownica. Pytanie tylko, co mogło pozostawić te ślady. -Widziałem, że cię tu znajdę, Bones. Usłyszała gdzieś w oddali ciepły głos swojego partnera. Podniosła wzrok. Dostrzegła go stojącego tuż przy schodach prowadzących na platformę. Było zbyt ciemno aby mogła dostrzec jego zmartwiony wyraz twarzy. -Nigdzie się nie wybieram. – oznajmiła wracając do kości. Spodziewała się, że Seeley wkroczy na platformę, wyjmie jej z ręki narzędzia, chwyci za ramiona i wyprowadzi z Instytutu. Tak się jednak nie stało. Booth stał dalej w tym samym miejscu. -Spodziewałam się, że zaciągniesz mnie siłą do domu… Chodź tutaj. Odpowiedziało jej głuche milczenie partnera. Coś było nie tak. Odłożyła długopis oraz zeszyt, w którym sporządzała notatki z sekcji i zeszła po schodach. Jego oczy błyszczały w mroku. -Zawiesili mnie. – wydusił wreszcie z siebie. -Co? Za co? Seeley wzruszył ramionami. Nie miał ochoty o tym wszystkim mówić. Brak zaufania szefa, niesłuszne podejrzenia i te zdjęcia… W jego gabinecie siedział teraz jakiś Jason Flint. Obiecał, że niczego nie zmieni. Pozwolił nawet zostawić zdjęcia Parkera. -Booth, co się stało? -Nic. -Za coś musieli cię zawiesić. Mi możesz powiedzieć. -Ktoś przysłał Cullenowi zdjęcia, na których był handlarz narkotyków, swoją drogą przyjaciel Neta, i ja. Ktoś uchwycił jak kupuję prochy. – westchnął – To fotomontaż. Ktoś mnie wrabia! Brennan odsunęła się od niego kilka kroków. Najpierw nie wiedziała co powiedzieć. Te wszystkie informacje docierały do niej z wielkim opóźnieniem. Booth podejrzany o zażywanie narkotyków. „Trafiła kosa na kamień” to była jej druga myśl. Najpierw oskarża Neta. Przez kilka tygodni ciągle jej powtarzał, że to kryminalista. Ktoś nieodpowiedni dla niej. A teraz sam został podejrzany. Historie lubią się powtarzać. „Nie, Booth taki nie jest” trzecia myśl. Podeszła do niego szybko i przytuliła. Była mu to winna. Kiedy ona miała kłopoty, on był przy niej. Pozwalał wypłakiwać się w ramię. Wyżalić się. -Wszystko będzie dobrze. – powiedziała cicho – Kto mógł to zrobić? -Pomyślałem o… -Necie? – przerwała mu Brennan – Popadasz w paranoję. Booth odsunął ją od siebie i spojrzał w szafirowe oczy przyjaciółki. Dlaczego ona nie chce mu uwierzyć? Przecież to wszystko jest takie oczywiste. Kto inny chciałby się na nim zemścić? Tylko Net. Pewnie myśli, że to przez niego związek z Brennan się rozpadł. Tempe siedziała w Instytucie całą noc. Na zmianę myślała o kościach leżących na stole ze stali nierdzewnej, oraz o Seeley’u. Czuła się beznadziejnie. Nie wiedziała jak pomóc im obojgu. Spojrzała na notatnik. Od godziny nie napisała nic nowego. Wybiła trzecia. Już za trzy lub cztery godziny zaczną się schodzić pracownicy. Jak ten czas szybko leci. Zamknęła oczy. -Cii. Nie budź jej. – powiedziała Angela chwytając Zacka za kołnierz koszuli – Biedaczka całą noc tutaj siedziała. Zack chciał już coś powiedzieć, ale dziewczyna mu na to nie pozwoliła. Delikatnie wyciągnęła z ręki przyjaciółki długopis, chwyciła jej notatnik i wręczyła go Addy’emu. -Przepraszam bardzo – na platformie pojawił się mężczyzna w garniturze. – Szukam doktor Temprance Brennan. Angela spojrzała pytająco na przybyłego. Nigdy wcześniej go nie widziała. A ma pamięć do twarzy. W końcu to jej praca. Mężczyzna wyglądał elegancko i poważnie. Jego wzrok był wzrokiem nastolatka – pełen fascynacji. -A kim pan jest? -Agent specjalny Jason Flint. Mam zastąpić agenta Bootha. -Zastąpić? Ale on się przecież nigdzie nie wybiera. – powiedział Zack przeglądając notatki sporządzone przez doktor Brennan. -Booth został zawieszony. Wszyscy odwrócili się w stronę Tempe, która najwidoczniej musiała się przebudzić pod wpływem ich rozmów. Miała podkrążone oczy i lekko potargane włosy, a na jej policzku coś odcisnęło swój kształt podczas snu. -Jak to zawieszony? – słowa Brennan zrobiły na Angeli równie duże wrażenie jak jej wygląd. -Ktoś przysłał Cullenowi zdjęcia, na których Booth kupuje towar od handlarza narkotyków. Został zawieszony do czasu wyjaśnienia sprawy – odpowiedziała Bones. -Obecnie ja będę z panią współpracował. Jason Flint – agent wyciągnął rękę na powitanie. Czuł się trochę nieswojo w tym miejscu, wśród ludzi, którzy się znali i przyjaźnili. Nie życzył źle agentowi Boothowi i nie chciał wchodzić między młot, a kowadło. Jednak z drugiej strony musiał wykonywać polecenia swoich przełożonych. Czasem był zły na siebie, że jest tak porządny. Powinien umieć się sprzeciwić, ale nie chciał stracić swojej pracy. Miał na utrzymaniu rodzinę. -Posłuchaj Jason – zaczęła Angela bojowym tonem – nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale musisz wiedzieć, że my wszyscy stoimy murem za Boothem. Cała ta sytuacja jest jedną wielką mistyfikacją. Chciałabym zobaczyć te zdjęcia, jestem pewna, że to fotomontaż. -Oczywiście rozumiem pani postawę, ale zajmuje się tym już FBI. A ja – Jason również postanowił postawić sprawę jasno – także mam nadzieję, że wszystko się szybko wyjaśni. Nie mam zamiaru w żadnym stopniu działać przeciwko agentowi Boothowi i wiem, że jest mu zapewne bardzo ciężko, ale muszę wykonywać swoje obowiązki. Mam nadzieję, że nasza współpraca okaże się skuteczna. -I krótka – dodała Angela. Trudno jej było poczuć sympatię do Flinta -jest wiele ważniejszych rzeczy niż obowiązki – dokończyła świdrując go wzrokiem. -Angela – Brennan spojrzała na nią zmęczonym wzrokiem – musimy dalej pracować. Agent Flint nie ponosi żadnej winy. Jedyne co możemy teraz zrobić to złapać mordercę tej kobiety. Tempe starała się zachować spokój, ale przychodziło jej to z wielką trudnością. Czuła pulsujący niepokój, każde uderzenie jej serca było pełne strachu, gdyby nie jej opanowanie jej ręce na pewno by drżały. Nie wiedziała czemu tak się czuje, dlaczego nie może skoncentrować się na pracy, czego tak się obawia. Jej uczucia były gwałtowne i całkowicie nieracjonalne. Booth miał kłopoty, ale dlaczego ona tak bardzo się boi? -Skończyłaś już rekonstrukcję twarzy? - zwróciła się do Angeli. Jedyne czego mogła być teraz pewną, była praca. -Tak – przyjaciółka patrzyła na nią z niepokojem i wyraźnie starając się pokonać niechęć do Flinta– udało mi się ustalić tożsamość zmarłej. To Agnes Cruel. 33 lata. Mieszkała razem z mężem w domu na przedmieściach. -W takim wypadku pojedziemy go odwiedzić – Jason ucieszył się na myśl, że będzie mógł opuścić to miejsce przesiąknięte antypatią do niego. Skierował się do wyjścia a za nim podążyła Brennan. Angela położyła jej rękę na ramieniu. -Możemy chwilę porozmawiać? -Naprawdę muszę już iść. -Może chociaż się uczesz kochana. I wypij mocną kawę. Brennan kiwnęła głową bez przekonania i wyszła. -Popatrz na nią, jak ona się tym wszystkim przejmuje – Angela odprowadziła Bones wzrokiem. -Jest po prostu nie wsypana – odpowiedział Zack. Cała droga do domu ofiary minęła w milczeniu. Po wypiciu kawy Brennan poczuła się zdecydowanie lepiej, ale nadal nie była zbyt rozmowna. Jason na początku próbował jakoś rozładować atmosferę pełną napięcia, ale po kilku nieudanych próbach zrezygnował. Bones martwiła się o Bootha. Chciała do niego zadzwonić, ale nie miała zamiaru wysłuchiwać kolejnych oskarżeń wobec Neta. Gdy dojechali na miejsce zdecydowała się w końcu wykonać telefon. Jason poszedł zadzwonić do drzwi, a ona powiedziała, że zaraz do niego dołączy. Seeley nie odbierał. Ani za pierwszym, ani za drugim, ani nawet za czwartym razem. Jej niepokój wzmógł jeszcze bardziej na sile. Flint zdążył już w tym czasie wrócić. -Nikogo nie ma w domu. Sąsiadka powiedziała, że mąż wyjechał w delegację i podała mi adres siostry ofiary. Może od niej się czegoś dowiemy. Brennan poczuła się głupio. Dała się ponieść emocjom i tak długo wydzwaniała do Bootha podczas gdy powinna pomagać Flintowi. -W takim razie jedźmy do niej. Siostra Agnes mieszkała w małym domku jednorodzinnym. Ogród był zadbany, rosło w nim wiele odmian róż. Pośród kwiatów, na ławce, siedziała młoda kobieta. Była ubrana w kwiecistą fioletową sukienkę. Czytała książkę. Obraz ten sprawiał idylliczne wrażenie, jakby nie docierały tutaj problemy zewnętrznego świata. Gdy Flint i Bones podeszli do furtki kobieta podniosła na nich wzrok. -W czym mogę pomóc? - zapytała wstając. -Agent Jason Flint i dr Temprance Brennan. Chcielibyśmy porozmawiać o pani siostrze. -O Agnes? - kocie oczy kobiety zalśniły złością. -Tak. -Proszę wejść – powiedziała po chwili zastanowienia. Jej dom sprawiał równie dobre wrażenie jak ogród. Był urządzony z wyczuciem oraz dobrym gustem. Wszystko miało swoje miejsce i było wręcz pedantycznie przemyślane. Idealnego porządku nie zakłócał żaden drobiazg. -Niestety mamy dla pani złą wiadomość, pani siostra nie żyje – powiedział Flint, gdy Caroline Braun wskazała im miejsce na kanapie. Kobieta wyglądała jakby w ogóle się tym nie przejęła. Nadal wpatrywała się w nich nieufnym i wrogim wzrokiem. Była bardzo piękna. Biła od niej siła oraz pewność siebie. Jednak Flint miał teraz przed oczami obraz innej niezależnej kobiety. Angela Montenegro zrobiła na nim duże wrażenie. Ale przecież nie mógł nic wiedzieć o jej związku z Hodginsem. -Widzę, że nie za bardzo to panią poruszyło. Czyżby miała pani jakiś konflikt z siostrą? - zapytał delikatnym głosem, zachęcającym do zwierzeń. -Nie, dlaczego miałabym mieć z nią jakiś konflikt? -W rodzinie nie zawsze układa się tak jakbyśmy chcieli. -Możliwe – Caroline nie przejawiała chęci do współpracy. -Kiedy po raz ostatni widziała pani siostrę? - Brennan postanowiła przejść do konkretów. -Trzy dni temu. -Czyli dzień przed jej śmiercią. -Widocznie, nie wiem kiedy zginęła. -Kiedy dokładnie to było? -Około 18. Przyszła do mnie, ale właśnie wychodziłam. Byłam umówiona. -Później jej już pani nie widziała? -Nie. -Może nam pani powiedzieć co robiła pani dwa dni temu? -Byłam z moim chłopakiem. W jego domu. -Cały dzień? -Cały dzień. Brennan i Flint wymienili spojrzenia. Rozmowa z Caroline Braun była bardzo trudna. Do tego kobieta wyraźnie chowała jakąś urazę do swojej siostry. -Czy pani chłopak może to potwierdzić? - Jason nachylił się w stronę Caroline. -Tak – odpowiedziała patrząc na niego stalowymi oczami. Chłopak Caroline sprawiał dużo sympatyczniejsze wrażenie. Był wysokim, przystojnym, dobrze umięśnionym mężczyzną. Mieszkał całkiem niedaleko, więc Jason zaproponował, że pójdą do niego pieszo. Brennan od razu pomyślała o Seeleyu. On nigdy nie rozstawał się ze swoim SUVem. James Blake powitał ich szerokim uśmiechem. Nie zdążyli nawet przekroczyć progu, gdy on mrugnął już porozumiewawczo do Brennan i rzucił jej komplement. Robił to prawdopodobnie z przyzwyczajenia, sprawiał wrażenie notorycznego podrywacza. -Przyhamuj James – Flint utemperował jego zapały – jesteś chłopakiem Caroline Braun? -Tak – Blake zrobił minę niewiniątka. -Co robiłeś dwa dni temu? -Byłem z Caroline. Wpadłem do niej rano i tak jakoś się złożyło, że nie wyszedłem aż do następnego dnia. ...
drBrennan