Jeffrey Archer
Kane i Abel
Przełożyli:
Danuta Sękalska
i Wiesław Mleczko
Przedruk
z wydawnictwa "Czytelnik",
Warszawa 1991
Pisała K. Kruk
Korekty dokonały
D. Borowska
i I. Stankiewicz
Michaelowi i Jane
poświęcam
Autor pragnie podziękować dwu
mężczyznom, dzięki którym
powstała ta książka. Obaj chcą
pozostać anonimowi; pierwszy,
ponieważ pracuje nad swoją
autobiografią, drugi, gdyż jest
znaną postacią, wciąż jeszcze
czynną w życiu publicznym Stanów
Zjednoczonych.
Księga Pierwsza
1
18 kwietnia
1906 roku
Słonim, Polska
Ucichła dopiero, gdy skonała.
Wówczas zaczął krzyczeć on.
Mały chłopiec, który polował w
lesie na dzikie króliki, nie
wiedział, czy to ostatni krzyk
kobiety, czy pierwszy krzyk
dziecka obudził jego czujność.
Raptownie się odwrócił wietrząc
niebezpieczeństwo, natężył wzrok
wypatrując zwierzęcia, które
wydawało skargę bólu. Nigdy
przedtem nie słyszał takiego
głosu. Ostrożnie zaczął się
skradać w stronę, skąd dochodził
dźwięk; krzyk przeszedł teraz w
kwilenie, ale nadal nie
przypominało mu to głosu żadnego
stworzenia, jakie znał. Chciałby
tylko, żeby było nieduże i żeby
mógł je zabić; choć raz nie
musieliby jeść królika na
kolację.
Przemykał się ku rzece, skąd
dobiegał dziwny dźwięk,
przeskakując od drzewa do
drzewa. Czuł się bezpiecznie z
dotykiem kory na plecach. NIgdy
nie stój nieosłonięty, mawiał
ojciec. Chłopiec dotarł na skraj
lasu, skąd mógł swobodnie objąć
wzrokiem całą dolinę aż do
rzeki, ale dopiero po chwili
pojął, że to nie zwierzę tak
dziwnie płacze. Nadal skradał
się do celu, teraz już bez
żadnej osłony, zdany tylko na
siebie. Nagle zobaczył leżącą
kobietę ze spódnicą zadartą
powyżej pasa i szeroko
rozrzuconymi nogami. Nigdy nie
widział tak leżącej kobiety.
Prędko podbiegł do niej i z
przestrachem spojrzał na nagi
brzuch. Między nogami kobiety
leżało malutkie, mokre, różowe
stworzenie, przyczepione czymś w
rodzaju linki. Mały myśliwy
upuścił na ziemię świeżo
obdartego ze skóry królika i
ukląkł przy maleństwie.
Oszołomiony długo mu się
przyglądał, po czym spojrzał na
kobietę, lecz natychmiast cofnął
wzrok. Już zsiniała: jej
umęczona, dwudziestotrzyletnia
twarz wydała mu się stara. Od
razu poznał, że kobieta jest
martwa. Podniósł oślizłe małe
ciałko- gdyby go ktoś zapytał
dlaczego, a nikt nigdy tego nie
zrobił, odparłby, że trapiły go
maleńkie paznokietki drapiące
pomarszczoną twarzyczkę - i
wówczas odkkrył, że dziecko z
matką łączył śliski sznur.
Parę dni wcześniej widział
narodziny jagnięcia i teraz
próbował sobie to przypomnieć.
Tak, właśnie tak zrobił pastuch,
ale czy można tak postąpić z
dzieckiem? Kwilenie ustało i
chłopiec pojął, że nie ma czasu
do stracenia. Wyjął z pochwy
nóż, ten sam, którym oskórował
królika, wytarł go o rękaw
koszuli i po chwili wahania
przeciął pępowinę tuż przy
ciałku dziecka. Z obu końców
trysnęła krew. Co następnie
zrobił pastuch? Zawiązał węzeł,
żeby zatrzymać upływ krwi. Tak,
tak! Chłopiec wyrwał z ziemi
trochę trawy i obwiązał
niezdarnie pępowinę. Potem wziął
dziecko na ręce. Podniósł się
wolno z klęczek zostawiwszy trzy
nieżywe króliki i martwą
kobietę, która wydała dziecko na
świat. Nim się od niej
ostatecznie odwrócił, ułożył jej
nogi jedna obok drugiej i
obciągnął sukienkę. Czuł, że tak
należy postąpić.
- Święty Boże - powiedział na
głos, jak zawsze, gdy zrobił coś
bardzo dobrze albo bardzo źle.
Wcale jednak nie był pewien, czy
to, co robi, jest dobre czy złe.
Mały myśliwy ruszył biegiem do
chaty, gdzie matka, jak
wiedział, krząta się przy
kolacji i czeka tylko na
króliki; poza tym wszystko
będzie już gotowe. Myśli pewno
teraz, ile sztuk dzisiaj
upolował; dla ośmioosobowej
rodziny potrzeba conajmniej
trzy. Czasami chłopcu udało się
złapać kaczkę, gęś, a kiedyś
nawet bażanta, który wywędrował
z posiadłości barona, gdzie
zatrudniony był ojciec. Dziś
młody myśliwy upolował innego
rodzaju stworzenie i kiedy
stanął już przed chatą, nie
śmiał puścić swej zdobyczy
choćby jedną ręką, kopnął więc
bosą stopą drzwi i czekał, aż
matka mu otworzy. Bez słowa
wyciągnął do niej ręce z
maleństwem. Nie poruszyła się
nawet, żeby je wziąć, lecz
milcząc, z ręką na piersi, stała
i patrzyła na niebożątko.
- Święty Boże - rzekła
wreszcie i przeżegnała się.
Chłopiec spojrzał na matkę,
szukając w jej twarzy oznak
gniewu lub zadowolenia. W jej
oczach dostrzegł czułość, jakiej
nigdy jeszcze nie widział. To
znaczy, że postąpił dobrze.
- To dzieciątko, matko?
- To mały chłopaczek -
odrzekła kiwnąwszy głową w
strapieniu. - Gdzież go
znalazłeś?
- Nad rzeką, matko.
- A jego matusia?
- Umarła.
Drugi raz się przeżegnała.
- Leć prędko i opowiedz ojcu o
tym, co się zdarzyło. Niech
znajdzie w majątku Urszulę
Wojnak. Zaprowadź ich oboje do
matki maleństwa, a potem
dopilnuj, żeby tutaj przyszli.
Mały myśliwy podał dziecko
swojej rodzicielce, szczęśliwy,
że nie upuścił śliskiego ciałka.
Pozbywszy się zdobyczy wytarł
ręce o spodnie i popędził do
ojca.
Matka zamknęła drzwi ramieniem
i zawołała do dziewczynki,
najstarszej z rodzeństwa, żeby
postawiła sagan na piecu. Potem
usiadła na drewnianym zydlu,
rozpięła kaftanik i wsunęła
obolałą sutkę w maleńkie,
pomarszczone usteczka. Zosia,
najmłodsze dziecko, zaledwie
sześciomiesięczne, będzie się
musiała dziś wieczór obejść bez
kolacji, jak zresztą cała
rodzina.
- Na co to się zda? -
powiedziała na głos kobieta,
otulając chustką siebie i
dziecko. - I tak, biedna mała
kruszynko, nie dożyjesz rana.
Nie wspomniała jednak o swoich
przeczuciach starej akuszerce,
Urszuli Wojnak, kiedy ta myła
małe ciałko i do późna
opatrywała skręcony kikucik
pępowiny. Mąż kobiety w
milczeniu przyglądał się scenie.
- Gość w dom, Bóg w dom -
oświadczyła kobieta, przywołując
stare polskie przysłowie.
- Do cholery z nim - splunął
wieśniak. - Mamy dość własnych
dzieci.
Kobieta udała, że nie słyszy i
dalej gładziła główkę noworodka
porośniętą ciemnymi, rzadkimi
włoskami.
- Jak damy mu na imię? -
spytała podnosząc wzrok na męża.
- Nie ma co zawracać sobie
głowy - wzruszył ramionami. - Do
grobu nie potrzebuje imienia.
2
Boston.
stan Massachusetts
Lekarz schwycił noworodka za
nóżki i plasnął w pośLadki.
Dziecko zaniosło się krzykiem.
W Bostonie, w stanie
Massachusetts, jest pewien
szpital, który dba głównie o
pacjentów cierpiących na
przypadłości bogaczy, i czasami,
w wyjątkowych okazjach, pozwala
sobie na luksus przysparzania
światu nowych nababów. W tym
szpitalu rodzące kobiety nie
krzyczą, a już z pewnością nie
odbywają połogu w ubraniu. Nie
byłoby to w dobrym tonie.
Przed drzwiami sali porodowej
chodził tam i z powrotem młody
mężczyzna, w środku zaś czuwało
dwu lekarzy położników oraz
doktor domowy. Ten ojciec by nie
dopuścił do najmniejszego ryzyka
przy narodzinach pierworodnego.
Obaj położnicy otrzymają wysokie
honoraria tylko za to, że byli w
pogotowiu i znajdowali się na
miejscu. Jeden z nich, który pod
długim, białym fartuchem miał na
sobie smoking, wybierał się
później na przyjęcie. Nie mógł
sobie jednak pozwolić na
nieobecność przy tym szczególnym
porodzie. Wszyscy trzej ciągnęli
wcześniej losy, który ma odebrać
dziecko. Wypadło na doktora
Mackenzie, lekarza rodziny.
Solidna, pewna firma, myślał
mężczyzna przemierzając tam i na
powrót korytarz. Nie, żeby miał
jakieś powody do niepokoju.
Roberts zawiózł Anne, jego żonę,
kabrioletem do szpitala tego
ranka, kiedy to według jej
obliczeń przypadał dwudziesty
ósmy dzień dziewiątego miesiąca.
Bóle porodowe zaczęły się
niebawem po śniadaniu, ale, jak
go zapewniono, poród odbędzie
się dopiero po godzinach
urzędowych jego banku. Przyszły
ojciec był zdyscyplinowanym
człowiekiem i nie widział
powodu, aby narodziny potomka
miały zakłócić tok jego
uporządkowanego życia. Mimo to
nadal krążył po korytarzu
wielkimi krokami. Przebiegali
koło niego młodzi lekarze i
pielęgniarki, świadomi jego
obecności, ściszając głosy w
jego pobliżu i podnosząc je
znów, gdy się oddalili. Nie
zwracał na to uwagi, zawsze
bowiem tak go traktowano.
Większość z nich nigdy nie
widziała go przedtem na oczy,
ale wszyscy wi...
Hoo