Choragiew Michala Archaniola - PRZECHRZTA ADAM.txt

(518 KB) Pobierz

ADAM PRZECHRZTA

Chiragiew Michala Archaniola

ilustracje Jaroslaw Musial

Lublin 2009

Spis tresci:

ROZDZIAL PIERWSZY 3

ROZDZIAL DRUGI 27

ROZDZIAL TRZECI 40

ROZDZIAL CZWARTY 61

ROZDZIAL PIATY 85

ROZDZIAL SZOSTY 106

ROZDZIAL SIODMY 126

ROZDZIAL OSMY 148

ROZDZIAL DZIEWIATY 168

ROZDZIAL DZIESIATY 193

ROZDZIAL JEDENASTY 209

ROZDZIAL DWUNASTY 230

ROZDZIAL PIERWSZY

Wbilem noz w watrobe Huberta - nie zareagowal. Zmienilem uchwyt i pchnalem w arteria subclavia. Zadrzal lekko. Wreszcie uderzylem kolanem. Teraz zapiszczal. To znak, ze cios, ktory trafil go w klatke piersiowa, zostal zadany z predkoscia wieksza niz piecdziesiat kilometrow na godzine. W realnym starciu umarlby trzykrotnie. Hubert byl manekinem, dosc szczegolnym manekinem. Dostalem go od wujka Maksa na urodziny. Tylko on o nich pamietal. Tak naprawde nie byl moim krewnym, a jego talent wynalazcy-majsterkowicza przewyzszaly jedynie predyspozycje do zupelnie innej pracy. Byla to profesja z gatunku tych, o ktorych raczej nie mowi sie w towarzystwie... No coz, rodziny sie nie wybiera, nawet przyszywanej.Zdecydowalem, ze na dzisiaj wystarczy. Otarlem pot z czola, schowalem Huberta do szafy i przeszedlem do lazienki. Stojac pod strugami goracej wody, rytmicznie napinalem i rozluznialem miesnie, rozkoszujac sie przyjemnym, potreningowym zmeczeniem. Lubie to uczucie pojawiajace sie, kiedy nasz organizm da z siebie wszystko, kiedy wiemy, ze jest sprawny, silny i gietki. Kiedy slucha naszych rozkazow.

Po kapieli wyciagnalem sie na kanapie w starym, sfatygowanym, ale za to wygodnym szlafroku.

Telefon zadzwonil, przerywajac mi podziwianie kolekcji dziewietnastowiecznych fotografii. Dosc specyficznej kolekcji. Polnagie kobiety pozowaly do zdjec ze szpada. Malo kto wie, ze pod koniec dziewietnastego wieku pojedynki wsrod plci pieknej byly dosc popularna rozrywka. Oczywiscie nie chodzilo o prawdziwa walke, a o sam ceremonial. Dzis do rozkladowek pism typu "Playboy" nie rozbieraja sie chyba tylko zakonnice, dawniej sytuacja wygladala nieco inaczej. Kazda kobieta, ktora odwazylaby sie publicznie ukazac swoje wdzieki, zostalaby natychmiast sklasyfikowana jako dziwka. Chyba zeby pozowala przed pojedynkiem... Skromnosc skromnoscia, ale owczesne przepisy pojedynkowe nakazywaly walczyc polnago, zeby wykluczyc ewentualnosc, ze ktorys z adwersarzy skorzysta z niedozwolonej ochrony torsu. Czasem tuz przed walka bandazowano brzuch, aby ograniczyc mozliwosc glebokich pchniec. Moje wojownicze nimfy fotografowaly sie bez zadnych oslon. Trudno mi bylo cokolwiek powiedziec o ich umiejetnosciach szermierczych czy wyniku pojedynkow (o ile w ogole sie odbyly), jednak nie ulegalo watpliwosci, ze jako kobiety nie mialy sie czego wstydzic.

Podnioslem niechetnie sluchawke, studiujac detale zdjecia utrzymanego w stylu wiedenskiego Kamera Klubu. Mloda, zgrabna blondynka usmiechala sie figlarnie do obiektywu, demonstrujac imponujacy biust i trzymana calkiem fachowo szpade. Cala kompozycje cechowala typowa dla wiedenczykow wykwintna swoboda. Jestem historykiem i moje zainteresowanie mialo wylacznie naukowy charakter.

-Tak? - rzucilem sucho.

-Pan doktor Janusz Korpacki?

Glos byl gleboki i spokojny. Wyczuwalo sie, ze moj rozmowca nie musi krzyczec, aby postawic na swoim.

-We wlasnej osobie - mruknalem.

-Dzwonie z polecenia profesora Davidoffa... Westchnalem i odlozylem zdjecie. Profesor Davidoff byl europejskiej slawy uczonym, specjalista w zakresie cybernetyki spolecznej, czlowiekiem, ktory jako pierwszy na swiecie zastosowal aparat pojeciowy cybernetyki do opisu zjawisk historycznych. Byl takze moim nauczycielem, promotorem i toutes proportions gardees - przyjacielem.

-Slucham - powiedzialem duzo cieplejszym tonem.

Bylem winien profesorowi niejedna przysluge i nie mialem nic przeciwko, aby splacic choc czesc dlugu.

-Nazywam sie Karol Wirde. Chcialbym...

-Ten Wirde od Commerz Bundes Banku?

Zapadla nieprzyjemna cisza. Najwyrazniej pan Wirde nie docenil mojej szczerosci.

-Tak - powiedzial wreszcie. - Jestem jednym z wazniejszych udzialowcow tej... instytucji. Moze to dobrze, ze pan zapytal, w ten sposob wyjasnilismy sprawe mojej wyplacalnosci.

-Chodzi panu o badania historyczne, a moze genealogiczne? W zasadzie nie zajmuje sie tym na zlecenie osob prywatnych, jednak dla profesora...

-Nie - teraz on mi przerwal.

Wyszlo mu to calkiem niezle, widac bylo, ze ma wprawe.

-Chodzi mi o kwestie kryminalne, majace prawdopodobnie zwiazek z pana specjalnoscia jako historyka.

-Ktora? - zapytalem odruchowo.

-Mysle o polskich sluzbach specjalnych z okresu miedzywojennego.

-Tak?

-Moj dziadek byl wspolpracownikiem kontrwywiadu w tym okresie. Rozpracowywal nielegalne organizacje terrorystyczne, glownie komunistow. Moj syn zainteresowal sie pewnymi dokumentami dotyczacymi kilku prowadzonych przez niego sledztw. Robil notatki, z ktorych wynika, ze czesc tych dokumentow nagle zniknela z jednego z warszawskich archiwow. Dwa dni pozniej zostal zamordowany.

Milczalem przez chwile. Nie mialem najmniejszej ochoty wdawac sie w cos takiego. Niektore sprawy rzucaly dlugi cien.

-W jaki sposob zginal? - spytalem wreszcie.

-Wpadl pod pociag.

-Zostal zepchniety na tory?

-Nie. Swiadkowie twierdza, ze stanal naprzeciwko pociagu pospiesznego, dokladnie posrodku torow, i dal sie przejechac... Po prostu stal i patrzyl na zblizajaca sie lokomotywe. Maszynista probowal hamowac, ale nie mial szans... Policja podejrzewala, ze syn byl pod wplywem narkotykow, lecz specjalistyczne badania nie wykryly zadnych sladow po tego typu srodkach.

-Dlaczego pan twierdzi, ze to bylo morderstwo?

-Moj syn nigdy nie bral narkotykow, swiadkowie widzieli jakiegos mezczyzne, ktory z nim rozmawial na chwile przed tym... zdarzeniem, podobno uczynil gest w strone torow, jakby mu nakazywal isc w tym kierunku, wreszcie zginely te dokumenty...

-Co to za dokumenty?

-Fotografie kilku komunistycznych szpiegow, krotkie charakterystyki sporzadzone przez przedwojenny kontrwywiad i pare luznych stron.

-Sa prawdopodobnie bez znaczenia - stwierdzilem.

-Dlaczego?

Glos Wirdego nadal brzmial spokojnie, jednak czulo sie w nim teraz podskorne pekniecie, skaze.

-To codziennosc w naszych archiwach. Przewaznie fotki i dane komunistycznych agentow trzymane sa w wielkich albumach. Nikt nie jest w stanie sprawdzic, czy nic nie zginelo, kiedy korzystajacy z dokumentow oddaja je pod koniec dnia. Kiedys przez tydzien siedzialem w takim archiwum...

-A konkretnie?

-Czy to wazne? Co drugi, co trzeci dzien ginely jakies notatki i zdjecia. A to komus nie pasowalo, ze dziadzius jest wymieniany jako komunistyczny szpieg czy dywersant, inni z kolei sadzili, ze znajda haka na konkurenta z lewicy, jesli rzuca prasie garsc faktow o tym, ze jego przodek sprzedal sie Sowietom... Rozumie pan, ze nawet brukowiec wymagalby potwierdzenia takich rewelacji, stad popyt na tego typu dokumenty.

-Sugeruje pan, ze to lewicowi politycy...

Po raz pierwszy wyczulem gniew w jego glosie.

-Niczego nie sugeruje - ucialem. - To tylko luzne dywagacje. Osobiscie jest mi obojetne, czy te akta przemeblowal jakis przemalowany na rozowo byly komuch, czy oszolom z prawicy. Mowie tylko, ze takie rzeczy to normalka i najprawdopodobniej nie maja zadnego zwiazku ze sprawa, a panski syn mogl miec sto roznych powodow, zeby popelnic samobojstwo bez zadnych narkotykow, albo wzial takie, ktorych nie wykryto...

-Jednak chce, aby sie pan tym zajal. Nie za darmo.

Wymieniona przez mojego rozmowce suma byla oszalamiajaca. Wystarczylaby mi na pare lat spokojnego zycia i coroczne wakacje na wyspach Bahama. Dla kilku osob.

-Nie bede wykorzystywal panskiej sytuacji - rzucilem szorstko. - Nie jestem w stanie...

-Moglbym zasugerowac, aby podjal pan decyzje jutro?

-To niczego nie...

-Prosze. Profesor Davidoff powiedzial, ze jest pan prawym i uczciwym czlowiekiem. Dostatecznie twardym i zorientowanym w temacie, aby udzielic mi pomocy.

Stwierdzenie, ze opadla mi szczeka, byloby eufemizmem. Zaden z uczniow profesora, nawet najzdolniejszy, nie otrzymal nigdy wyzszego stopnia niz "cztery z minusem". Davidoff byl maniakalnym perfekcjonista. W kwestii zasad moralnych okazal sie jeszcze gorszy. W naukowym swiatku zartowano, ze z zespolu Davidoffa mozna wyleciec za jazde tramwajem na gape. Twierdzenie to nie odbiegalo wiele od stanu faktycznego.

-Mowimy o tym samym czlowieku? - spytalem z niedowierzaniem.

-Tak. - Wirde rozesmial sie krotko. - Wiem, ze on jest dosc oszczedny w pochwalach. Takiej laurki z jego ust, jak zyje, nie slyszalem. Dlatego tak mi zalezy na panskiej pomocy...

-Zadzwonie jutro - zgodzilem sie niechetnie.

-Ma pan moj numer czy podyktowac?

Sapnalem. Niewiele osob wiedzialo, ze mam podlaczone do telefonu urzadzenie identyfikujace rozmowce, nawet takiego, ktory nie chce byc zidentyfikowany. To gadzet zwiazany z moja praca. Czasem udzielam konsultacji odnoszacych sie do terazniejszosci. Cybernetyka to dosc pozyteczne narzedzie, a ja uchodze za nastepce Davidoffa w tej dziedzinie.

-Mam.

-A wiec czekam.

Pan Wirde powiedzial, co chcial, i odlozyl sluchawke. Troche mnie to wkurzylo, ale nie na tyle, aby czepiac sie faceta, ktory niedawno stracil syna. Wobec bolu wszyscy sa rowni.

Przyszykowalem sobie drinka i zapalilem cygaro. Wylozylem sie wygodnie w poteznym, obitym prawdziwa skora fotelu, oparlem stopy na jednej z polek mojej biblioteczki. Mam trzypokojowe mieszkanie, ale jest ciasno, poniewaz wzdluz wszystkich scian stoja regaly z ksiazkami. Wydmuchnalem w zamysleniu dym w kierunku sufitu. Mimo rozwazenia rozmaitych opcji, jedno nie ulegalo watpliwosci - telefon do Davidoffa byl niezbedny. Jako czlonek zespolu mialem zastrzezony numer profesora, pod ktorym moglem go zastac o kazdej porze dnia i nocy. Istnial jednak pewien problem - Davidoff cenil sobie spokoj i prywatnosc, a kazdy, kto naduzyl udzielonych m...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin