1990-13 - Blokada wielkiej twierdzy.pdf

(372 KB) Pobierz
388471550 UNPDF
Ryszard Rogiński
BLOKADA WIELKIEJ TWIERDZY
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej
Warszawa 1990
Projekt graficzny serii: Michał Maryniak
Ilustracja na okładce: Marek Soroka
Redaktor: Elżbieta Skrzyńska
Redaktor techniczny: Renata Wojciechowska
388471550.001.png
„BRONIĆ SIĘ DO OSTATKA”
„Twierdza zostaje pozostawiona samej sobie i ma bronić się do ostatka” - ten stanowczy rozkaz
Naczelnego Dowództwa Austro-Węgier, wydany 16 września 1914 roku, dotarł do każdego żołnierza w
oblężonym Przemyślu.
Do jego wykonania podporucznik Altmann przygotowywał się od ponad roku, czyli od chwili, w której
powierzono mu dowodzenie fortem numer jeden w siedliskiej grupie fortecznej, na wschód od Przemyśla.
Fort ów zbudowano według najnowszych wzorów. Na szczycie jego głównego bloku znajdowały się cztery
szybkostrzelne armaty kalibru 80 mm, umieszczone w pancernych obrotowych wieżach, a także pancerna
kopuła obserwacyjna. Amunicję do armat dostarczano z magazynów znajdujących się na najniższych
kondygnacjach za pomocą mechanicznych podnośników. We wnętrzu fortu, przykrytego betonowymi
stropami wielometrowej grubości, oprócz pomieszczeń amunicyjnych znajdowały się izby żołnierskie,
magazyny prowiantowe, studnia i elektrownia. Główny wał forteczny oddzielała od przedpola fosa z
betonowymi pionowymi ścianami. Po obu jej stronach znajdowały się w narożach schrony bojowe dla dział i
karabinów maszynowych, które ogniem bocznym mogły bronić dostępu do bloku głównego. Sektory
ostrzału tak dobrano, że nie istniały martwe pola. Przedpola fortu chronione były zaporami ciągłymi z
drutów kolczastych, oświetlanymi nocą przy użyciu reflektorów. Wszystkie obiekty łączyły podziemne
chodniki.
Podporucznik Altmann drzemał w swoim pomieszczeniu w najniższej kondygnacji fortu, kiedy odezwał
się ostry dzwonek telefonu.
- Panie poruczniku - meldował podoficer dyżurny pełniący służbę w pancernej kopule obserwacyjnej -
Rosjanie rozbili nam reflektor. Coraz silniejszy ostrzał artyleryjski. Chyba coś się szykuje.
Podporucznika w jednej chwili opuściła senność. Spojrzał na zegarek: trzecia rano. Na kalendarzu
przekreślił miniony dzień. Dziś mamy siódmy października, dwudziesty pierwszy dzień oblężenia –
pomyślał.
Dowódca fortu numer jeden pobiegł znajomymi krętymi korytarzami i schodami w górę, do swego
stanowiska dowodzenia. Rosyjska artyleria z minuty na minutę wzmagała ogień, detonujące granaty niemal
pokryły fort, a po pancernej kopule dzwoniły odłamki. W błyskających płomieniach wybuchów Altmann
przez szczeliny obserwacyjne ujrzał ukazujące się na wale przed fosą sylwetki.
Rosjanie! - stwierdził z przerażeniem.
Jak oni tu dotarli?!
Kapitan Woroncew ze swoją kompanią rzeczywiście przedostał się w centralny rejon fortu. Czołgając
się Rosjanie sforsowali zapory z drutu i zlikwidowali wysunięte posterunki austriackie. Teraz mieli przed
sobą zionący ogniem fort. Kapitan popatrzył na lewo i na prawo. Na pierwszy rzut oka stwierdził, że z
półtorej setki żołnierzy, ruszających razem z nim do szturmu, teraz towarzyszyła mu zaledwie połowa, ale i
tak wykonanie zadania było realne, mogło nastąpić niemal natychmiast. Wczoraj odczytano im podpisany
przez cara rozkaz natychmiastowego zdobycia twierdzy. I on, Woroncew, może być pierwszy. Czuł, jak
ogarnia go fala bojowego uniesienia. Wiedział, że jego żołnierze nie boją się śmierci.
- Naprzód!
Z tym okrzykiem skoczył w oświetloną jedynie błyskami strzałów armatnich i karabinów maszynowych
fosę.
Porwani przykładem kapitana rzucili się w czarną czeluść jego żołnierze. Nie działali jednak na oślep.
Przed szturmem dowódcy i saperzy dokładnie zapoznali się z planami umocnień. Był na nich każdy szczegół
ważny dla nacierających: usytuowanie stanowisk armat i karabinów maszynowych, wejścia do fortu. W
wyłom w obronie, wycięty przez żołnierzy Woroncewa, rzuciły się posiłki. Spieszyli saperzy z materiałami
wybuchowymi i drewnianymi klocami do zaślepiania otworów strzelniczych.
Sukces był tuż, tuż. Telefonista, który dotarł tu ciągnąc ciężką szpulę z kablem, krzyczał do słuchawki:
„Jesteśmy w forcie”. Meldunek pobiegł wyżej - do dowódcy 12 dywizji, której żołnierze otrzymali zadanie
zdobycia fortów siedliskich, oraz do generała Szczerbaczewa, dowódcy 11 armii, który dostał od cara
polecenie opanowania w ciągu trzech dni przemyskiej twierdzy.
Była to już trzecia doba nieustannego szturmu najpotężniejszych umocnień, osłaniających miasto od
wschodu. Rosjanie słusznie sądzili, że przerwanie pierścienia obrony w tym miejscu oprócz powodzenia
militarnego przyniesie sukces psychologiczny, wywołując panikę wśród obrońców.
Trzy tygodnie oblężenia przyzwyczaiły podporucznika Altmanna do stałych pojedynków ogniowych i
odpierania ataków piechoty, które do tej pory załamywały się w krzyżowym ogniu fortecznych dział i
karabinów maszynowych.
Altmann przywarł do szczeliny w pancernej kopule obserwacyjnej. Niewiele mógł jednak zobaczyć
oprócz błysków wystrzałów. Artyleria rosyjska przeniosła ogień w głąb obrony, nie chcąc razić swoich.
Skulony przy centralce telefonicznej dyżurny głośno przekazywał meldunki:
- Sierżant Nowak mówi, że jakieś drzewo zasłoniło mu strzelnicę działa i karabinów maszynowych w
tradytorze * flankującym wnętrze fosy. Plutonowy Schmidt melduje, że Rosjanie ostrzeliwują z karabinów
maszynowych wejście numer trzy. Pancerne drzwi zamknięte, ogień z bocznych strzelnic zatrzymał
szturmujących. Panie poruczniku - zwrócił się do Altmanna - porucznik Swerlinga chce rozmawiać.
- Niedobrze jest! - krzyczał Swerlinga. - Rosjanie obsiedli nas jak wszy! Biorę honwedów i spróbuję ich
spędzić. Wychodzę na powierzchnię w drugim sektorze. Nie strzelajcie w tym kierunku!
Dwuszereg węgierskich żołnierzy czekających w długim betonowym korytarzu, zakończonym
stalowymi wrotami, lekko falował. Wszyscy wiedzieli, że nieprzyjaciel wdarł się na teren fortu. Tu, głęboko
pod ziemią, osłonięci wielometrową warstwą betonu, czuli się w miarę bezpieczni. Ale co będzie za chwilę?
Głośnym echem odbiło się po korytarzu trzaśnięcie drzwi, zza których wypadł porucznik Swerlinga z
karabinem w ręku.
- Bagnet na broń! - wykrzyknął. - Za mną! - padła następna komenda.
Swerlinga ruszył szybkim krokiem do wyjścia. Przed drzwiami zatrzymał się, stanęli także idący za nim
żołnierze. Metalowe płyty w minimalnym stopniu tłumiły wybuchy i kanonadę szalejącą na zewnątrz.
Porucznik popatrzył na swoich łudzi. Byli już co prawda w ogniu, ale mieli stanąć z wrogiem oko w oko.
Poczuł, że serce nagle podjeżdża mu pod gardło. Chyba się boję – przemknęło mu przez myśl.
Zakrzyknął:
- Albo my, albo oni! Fort znacie! Oczyścić go z wrogów!
Odryglowano ciężkie wrota, za którymi panowała ciemność.
- Za mną! - zawołał Swerlinga i skoczył z karabinem do przodu. Węgrzy rzucili się za nim. W mroku
dostrzegli sylwetki w obcych mundurach. Padło kilka strzałów. Honwedzi ruszyli do walki wręcz. Forteczny
dziedziniec wypełniły przeraźliwe krzyki. Swerlingę zapiekło coś w udo, ale stwierdził, że dalej może się
poruszać. Gestem ręki wskazał swoim żołnierzom wąskie schody, prowadzące z głębokiego dziedzińca na
wał. Pobiegli we wskazanym kierunku. Z góry powitała ich salwa karabinowa, trzech od razu osunęło się na
ziemię. Porucznik uskoczył za filar i zawołał, by ostrzeliwać zejście prowadzące w dół. Ogień z obu stron
wzmagał się, liczba obrońców topniała w oczach.
Swerlinga ocenił sytuację jako beznadziejną i rozkazał pozostałym wycofać się do wnętrza fortu. Gdy
zamknęły się pancerne drzwi, porucznik zobaczył czekającego nań Altmanna, któremu towarzyszyło kilku
żołnierzy.
- Co tam się dzieje? - zapytał Altmann.
- Rosjanie są wszędzie! To piekło! - odparł Swerlinga, opierając się ciężko o ścianę. Poczuł ból w
nodze. W świetle migocącej, słabej żarówki zobaczył, że po jego bucie ścieka strużka krwi.
Podbiegł sanitariusz, rozciął nogawkę spodni. Pocisk rozorał porucznikowi udo jedynie po wierzchu,
rana, choć wyglądała okropnie, nie była groźna. Kilka wprawnych ruchów i bandaż zatamował krwawienie.
- Powinieneś iść do szpitala - powiedział Altmann.
- To może ty mnie tam zaprowadzisz? - ironicznie uśmiechnął się Swerlinga.
- Jesteśmy tu całkowicie zablokowani. Mogą nas wytłuc jak szczury w pułapce.
Przez chwilę wszyscy milczeli, wsłuchując się w dudniące wybuchy i ostre trzaski karabinowe. Na
zewnątrz jeszcze walczyła część załogi fortu.
- Jest na to rada! - wykrzyknął nagle Swerlinga. Pociągnął za sobą Altmanna do najbliższego aparatu
telefonicznego i zażądał połączenia z dowódcą odcinka obrony. Krótko przedstawił mu położenie. - Możecie
nam pomóc - mówił gorączkowo - kładąc na nas ogień za wszystkich pobliskich stanowisk ogniowych.
- Pan zwariował, poruczniku! - przerwał mu przełożony.
- Niezupełnie - odparł Swerlinga. - Chodzi o to, by nasza artyleria strzelała szrapnelami. Ich odłamki są
niegroźne dla pancernej baterii, a obezwładnimy w ten sposób Rosjan. Później powinien wyjść kontratak
naszej piechoty. My go wesprzemy ogniem z wnętrza fortu. Czas nagli, panie majorze, niedługo może być za
późno.
* Stały artyleryjski obiekt fortyfikacyjny
O tym wiedział także dowódca odcinka. Po chwili zastanowienia przystał na propozycję porucznika, nie
znajdując w tym momencie lepszego rozwiązania. Powiedział tylko, że musi uzgodnić to z komendą
twierdzy.
Na północnym obrzeżu pierścienia twierdzy w podobnych opresjach znalazł się też pancerny fort numer
jedenaście - Duńkowiczki. Wściekłe, narastające jeden po drugim ataki wojsk rosyjskich pozwoliły im
zbliżyć się do zewnętrznej fosy. Prący do przodu piechurzy skakali w jej czeluść. Wielu z nich zginęło
niemal w powietrzu od morderczego bocznego ognia karabinów maszynowych, umieszczonych za
stalowymi osłonami tradytorów.
Do generała Hermana Kusmanka, komendanta oblężonej twierdzy, dochodziły coraz bardziej
niepokojące meldunki. Zdawał sobie sprawę, że wyłom dokonany w jednym chociażby ogniwie obrony
może pociągnąć za sobą nie kontrolowany rozwój wydarzeń. Trzecia doba bezustannego szturmu
wskazywała na determinację nieprzyjaciela, który mimo ogromnych strat dążył do zwycięskiego
rozstrzygnięcia.
Zastępca Kusmanka, dowódca 23 dywizji honwedów generał Arpad Tamasy, przebywający razem z
przełożonym w pokoju operacyjnym, rozmawiał z kimś przez telefon. Odłożywszy słuchawkę, podszedł do
wielkiej mapy leżącej na stole, popatrzył na nią chwilę, a potem zwrócił się do komendanta:
- Załoga fortu numer jeden zażądała położenia na siebie ognia szrapneli, gdyż Rosjanie wdarli się na
jego teren. Do wnętrza na razie nie mogą się dostać. Proponuję spełnić ich prośbę i jednocześnie rzucić do
kontrataku dwie kompanie z siódmego pułku honwedów.
Kusmanek uznał decyzję za właściwą.
W tym czasie Altmann przebiegał korytarze i podziemne chodniki, sprawdzając ich zabezpieczenie, i
kontrolował stanowiska bojowe. Wyjaśniał sytuację, dodawał ducha. Nie było zresztą innego wyjścia niż
trwać, czekając na odsiecz.
O dziesiątej rano lufy dział z fortów położonych obok skierowały się na sąsiadów w forcie numer jeden.
Otwarto ogień. Wybuchy rozrywających się w powietrzu granatów przycisnęły rosyjskich żołnierzy do
ziemi. Skryli się też saperzy, którzy mieli wysadzić pancerną baterię i przez otwory wentylacyjne
spowodować zniszczenia wewnątrz fortu. Równocześnie z głębi obrony ruszył kontratak węgierskiej
piechoty.
Artyleria forteczna przeniosła ogień na przedpole, uniemożliwiając podejście rosyjskim odwodom. Gdy
honwedzi dotarli do fortu, w krótkiej i morderczej walce zlikwidowali grupę kapitana Woroncewa. Jego
telefonista wzywał jeszcze przez chwilę posiłki. Skonał przebity bagnetem, trzymając w ręku słuchawkę.
Altmann ze Swerlingą widzieli przez szczeliny kopuły obserwacyjnej, jak kilku żołnierzy rosyjskich
miotało się w panice po szczycie fortu. Gdy obróciła się w ich kierunku wieża z armatnią lufą, skoczyli do
fosy.
- Połamią nogi - mruknął Altmann - i będzie kłopot z zabraniem ich do szpitala.
Zabrzęczał telefon.
- Tak, tu dowódca fortu numer jeden, podporucznik Altmann. Już wszystko w porządku, panie generale.
- Zakrywając dłonią mikrofon, powiedział cicho do stojącego obok kolegi: - Sam Tamasy troszczy się o
nasze zdrowie.
Dalej meldował o stratach i sytuacji. Jego fort mógł bronić się dalej. Wszystkie działa były sprawne.
Jedno bezpośrednie trafienie w pancerną kopułę zostawiło na niej tylko niezbyt głęboki ślad; dwóch
kanonierów zostało ogłuszonych.
Dowódca oblegającej armii rosyjskiej na wieść o niepowodzeniu ostatniego natarcia zwymyślał swych
podwładnych za nieudolność, grożąc im sądem wojennym. Kiedy jednak usłyszał, że niemal wszyscy
uczestnicy szturmu zginęli, umilkł. Po chwili rzekł półgłosem jakby do siebie:
- Bóg mnie widać strzegł przed powiadomieniem głównodowodzącego o przełamaniu pierścienia
obrony Przemyśla.
- Co wasza wysokość rozkaże? - stojący obok oficer nie zrozumiał, o co generałowi chodzi.
- Nic, nic. Połóżcie znów zmasowany ogień na ten przeklęty fort numer jeden!
Generał Szczerbaczew zdał sobie sprawę, że na razie zdobycie twierdzy nie jest realne. Odwodów
gotowych iść na śmierć brakło. Kończyła się amunicja do dział. Zresztą miał jedynie armaty o kalibrze 210
mm - jak się okazało, nie wystarczające do naruszenia fortecznych umocnień. Z zachodu szła kontrofensywa
wojsk austriackich z zadaniem odblokowania Przemyśla...
SPOJRZENIE W PRZESZŁOŚĆ
Bramą Przemyską, czyli zwężeniem doliny Sanu u jego wylotu z rejonu wzgórz podkarpackich przed
wyżyną Roztocze, od wieków biegły trakty handlowe, łączące Bałtyk z Morzem Czarnym oraz Kraków i
Śląsk z ziemiami ruskimi. Znaczenie owego węzła komunikacyjnego doceniali kolejni władcy tych ziem,
wznosząc gród, z którego zbrojna załoga mogła kontrolować ciągnące karawany kupieckie, czerpiąc z tego
korzyści materialne.
Przemyśl umacniał już Bolesław Chrobry, który wzniósł pierwsze murowane palatium, otoczone
umocnieniami drewniano-ziemnymi. Kazimierz Wielki zbudował pierwszy murowany zamek, który nieraz
zatrzymywał maszerujące tędy na zachód oddziały mongolskie i tatarskie. W XVI wieku znacznie
wzmocniono obronność Przemyśla przez otoczenie miasta pierścieniem murów, do których dostęp utrudniał
flankowy ogień z dziesięciu baszt.
Rozwój artylerii pociągnął za sobą modernizację zamku przemyskiego. Otrzymał on narożne basteje ze
stanowiskami dla artylerii. W podobny sposób przebudowano również system murów miejskich. Tym
sposobem powstał silny zespół fortyfikacji. W XVII wieku zbudowano przed nim ziemne bastiony,
pozwalające bateriom artylerii na skuteczniejsze zwalczanie oblegającego przeciwnika.
Warownia przemyska wykazała się swymi walorami podczas „potopu” szwedzkiego, gdy pod miasto
podszedł generał Douglas. Załoga skutecznie odpierała szturmy przez kilka dni, po czym wobec zagrożenia
ze strony nadciągających wojsk Stefana Czarnieckiego Szwedzi odstąpili od oblężenia, nie opanowawszy
tego ważnego punktu strategicznego, umożliwiającego sprawowanie pełnej kontroli nad południowymi
szlakami komunikacyjnymi.
W następnych latach przez Bramę Przemyską przemaszerowały na podbój Rzeczypospolitej wojska
Rakoczego. W 1848 roku tędy właśnie skierowały się na Węgry wojska carskie, wezwane przez Austriaków
do pomocy w zdławieniu rewolucji, której jednym z wodzów był generał Józef Bem.
Po pierwszym rozbiorze Polski Przemyślem zawładnęła Austria. Przez dziesięciolecia zaborcy nie
przywiązywali wagi do twierdzy jako punktu o ważnym znaczeniu militarnym. Rozebrano nawet większość
średniowiecznych umocnień, zniwelowano bastiony artyleryjskie, nie oszczędzono również zamku, z
którego ocalały zaledwie dwie wieże i fragmenty zabudowy.
Wielki sąsiad ze wschodu, mimo że utrzymywano z nim poprawne stosunki, zawsze budził niepokój w
wiedeńskich kręgach wojskowych. Nad Dunajem przypomniano sobie znaczenie Bramy Przemyskiej jako
ważnego strategicznego węzła komunikacyjnego, wiodącego ze wschodu na zachód po północnej stronie
Karpat. Dostrzeżono również, jak łatwo przekroczyć pasmo gór przełęczami właśnie od strony Przemyśla.
Wnioski nasuwały się same: miasto należy ufortyfikować. Około 1820 foku zaczęto wznosić nowe
umocnienia, przeważnie typu polowego.
W roku 1850 Centralna Komisja Fortyfikacyjna pod przewodnictwem zbrojmistrza polnego von Hessa
wyznaczyła twierdzy przemyskiej zadanie zamknięcia nieprzyjacielowi dostępu do głównej linii operacyjnej
oraz przejść w Karpatach między Duklą a Preszowem. Przemyśl według tej komisji miał stać się po
Krakowie najważniejszym punktem strategicznym Galicji, nadającym się do założenia placu manewrowego
dla armii po obu brzegach Sanu. W latach 1876-1877 zaczęto budowę prymitywnych fortów drewnianych,
które od roku 1883 zastępowano murowanymi
Ponieważ gwintowane działa miały coraz większe kalibry, zasięg i skuteczność, ceglane forty już nie
odpowiadały wymaganiom specjalistów wojskowych. Podjęto więc decyzję rozbudowy Przemyśla, tak by
zamienić go w twierdzę, otoczoną pierścieniem nowoczesnych fortów betonowych.
Do prac tych zaproszono najlepszych specjalistów, między innymi szwajcarskiego inżyniera Salisa
Soglio, który już wcześniej zasłynął jako budowniczy twierdz górskich. Powierzono mu zaprojektowanie i
budowę siedmiu fortów w rejonie wsi Siedliska, najbardziej wysuniętych na wschód i mających bronić
najważniejszych dróg prowadzących od strony Lwowa. Budowle te, odporne na wielokrotne trafienia
pociskami kalibru do 270 mm, mieściły nowoczesne działa kalibru 80 mm, osłonięte pancernymi kopułami
obrotowymi. Załogę pojedynczego fortu stanowiło około dwustu szeregowych i pięćdziesięciu oficerów, w
tym lekarz. Sektory ognia dla dział i karabinów maszynowych były tak dobrane, że zapewniały obronę
okrężną praktycznie bez martwych pól.
Wewnętrzny pierścień obrony liczył osiemnaście fortów. Na siedemnastu wzgórzach otaczających
Przemyśl do 1914 roku wybudowano czterdzieści dwa forty, stanowiące pierścień zewnętrzny. Pod koniec
XIX wieku rejon ten stał się priorytetową inwestycją obronną monarchii austro-węgierskiej. Prasa, nie
wdając się w szczegóły, wielkimi tytułami entuzjastycznie witała budowę twierdzy jako zapory przeciwko
„pewnemu północnemu mocarstwu”.
Roboty rozwinięto na ogromną skalę. Oprócz oddziałów wojskowych przy budowie fortyfikacji
Zgłoś jeśli naruszono regulamin