Jordan Penny - Upojny Zapach Lewkonii.rtf

(366 KB) Pobierz
PENNY JORDAN

PENNY JORDAN

Upojny zapach lewkonii


ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Uroczą twarzyczkę w kształcie serduszka wykrzywił grymas zniecierpliwienia, a piwne oczy Mollie straciły blask, gdy dziewczyna czytała, co przewiduje dla niej harmonogram zajęć.

"O czternastej trzydzieści wyjazd na farmę Edgehill w celu przeprowadzenia wywiadu z żoną farmera, Pat Lawson, która zgodziła się zdradzić czytelniczkom kilka przepisów na swe doskonałe przetwory".

To zadanie nie spowodowało przyspieszonego bicia serca, podobnie jak praca w prowincjonalnej gazecie angielskiej mieściny nie odpowiadała ambicjom rozbudzonym podczas studiów na wydziale dziennikarskim. Jednak Mollie zdawała sobie sprawę, że i tak miała szczęście, pracując w swoim zawodzie. Większość jej kolegów ze studiów nie osiągnęła nawet tego. Pocieszała się, że przynajmniej zdobyła już najniższy szczebel kariery, otwierający jej drogę - taką miała przynajmniej nadzieję - do wysokonakładowej prasy i telewizji.

Do podjęcia aktualnej pracy, uzyskanej za pośrednictwem jednego z uniwersyteckich wykładowców, nakłonili ją ostrożni i jednocześnie trzeźwo patrzący na życie rodzice. Żywiołowa i pełna energii Mollie stanowiła ich jaskrawe przeciwieństwo.

- Tato - protestowała, kiedy rozpoczęli dyskusję na ten temat - nie chcę pisać głupich reportaży ze ślubów i lokalnych jarmarków.

- Nie dziwi mnie to - odparł z uśmiechem i dorzucił z goryczą: - Zanim zaczniesz biegać, naucz się chodzić.

- Przynajmniej będziesz miała jakieś zajęcie - wtrąciła matka. - Choć wolałabym, żebyś znalazła sobie coś bliżej domu.

Jej rodzice mieszkali w małej miejscowości pod Londynem, a praca Mollie wymagała przeniesienia się do zachodniej Anglii, do nadmorskiego miasteczka, które bardziej nadawałoby się na do historycznego serialu niż na kopalnię dziennikarskich sensacji.

Mollie zawsze uważała się za osobę ciekawą świata, uwielbiającą wyzwania i nie stroniącą od ryzyka. Miała zatem poważne wątpliwości, czy wysłuchiwanie rodzinnych przepisów pani Lawson pobudzi jej wyobraźnię. Wiedziała, że jej rozmówczyni jest miłą kobietą, a gotowanie stanowi jej pasję - lecz gdzie tu temat dla dociekliwego i ambitnego dziennikarza?

Pracowała dopiero od tygodnia. Weekend zszedł jej na zagospodarowywaniu się w małym wynajętym domku w Fordcaster. Trzy pierwsze dni spędziła w redakcji "Ford-caster Gazette", przeglądając stare egzemplarze, by - jak zalecił wydawca i redaktor naczelny w jednej osobie – "poczuć pismo nosem".

- Przekonasz się, że praca z Bobem Fleury okaże się interesująca - oświadczył jej promotor, gdy dowiedział się, że przyjęła posadę. - To indywidualista, odbiegający od wszelkich stereotypów, podobnie jak i ty - dodał kwaśno, obserwując z rozbawieniem, jak Mollie zmaga się z pokusą odparowania subtelnego przytyku.

Podczas studiów doszło między nimi do kilku spięć. Profesor często zarzucał Mollie, że reaguje zbyt gwałtownie, bardziej kierując się emocjami niż rozsądkiem.

- Fleury to niezbyt często spotykane nazwisko - zauważyła z przekąsem.

- Owszem - odparł profesor. - Bob jest z pochodzenia Francuzem. Ta część wybrzeża słynęła z kontrabandy, a podczas rewolucji francuskiej przemycano nie tylko towary. Bob, choć trudno w to uwierzyć na pierwszy rzut oka, jest tradycjonalistą. Wierzy w z góry ustalony porządek. Samo Fordcaster stanowi wzorcowy przykład angielskiego miasteczka targowego. Lokalna społeczność, z Bobem na czele, pragnie ocalić charakter i koloryt tego miejsca.

Słuchając tej perory, Mollie popadała w coraz większe zniechęcenie. Ta praca była całkowitym zaprzeczeniem wszystkiego, o czym marzyła podczas studiów. Jednak jako realistka zdawała sobie sprawę, że dla osiągnięcia celu nie wystarczy dyplom z wyróżnieniem. Na razie nie miała żadnych znajomości, mogących jej pomóc zrobić prawdziwą karierę. W dodatku podejrzewała, że złośliwy promotor czerpał przewrotną satysfakcję z nakłonienia ambitnej absolwentki do podjęcia pracy wymagającej raczej cierpliwości i opanowania niż fachowej wiedzy.

- Możesz dużo nauczyć się od Boba, Mollie - ciągnął przemowę profesor. - Zanim zajął się redakcją gazety, która należy do jego rodziny od pokoleń, pracował dla telewizji jako jeden z bardziej wziętych korespondentów zagranicznych. To, czego Bob Fleury nie wie na temat reportażu, w ogóle nie jest warte uwagi. - Uśmiech, którym obdarzył Mollie, miał zapewne dodać jej otuchy.

Ona jednak była niemal pewna, że współpraca z Bobem Fleury nie będzie szła jak po maśle i że nieraz przyjdzie jej ugryźć się w język, by uniknąć otwartego konfliktu.

Już pojawiły się pierwsze zgrzyty związane z różnicą poglądów na temat polowań, a przecież to dopiero początek współpracy.

Fleury miał jednak swój wdzięk, a jego żona, Eileen, którą przedstawił Mollie, okazała się kobietą o zaskakująco nowoczesnych poglądach i ciepłym uśmiechu, który łagodził jej nieco oschły styl bycia. Chociaż oboje dobiegali sześćdziesiątki, nie stronili od towarzystwa młodych. Również ich urządzony z wyszukaną elegancją dom wywarł na Molly duże wrażenie.

Jednak to nie o Eileen rozmyślała, usiłując odnaleźć drogę na farmę. Już zdążyła kilka razy skręcić nie tam, gdzie trzeba. Główną przyczyną był fakt, że wszystkie grunty wokół miasteczka stanowiły prywatną własność, w konsekwencji czego wąskie dróżki były pozbawione jakichkolwiek drogowskazów i oznakowań.

Kiedy wreszcie doszła do wniosku, że teraz już podąża właściwą ścieżką, zrobiło się późno, a Bob, hołdujący staroświeckim manierom, przywiązywał wielką wagę do punktualności.

Wiał porywisty wiatr znad Atlantyku i kiedy Mollie wysiadła z samochodu, by rozejrzeć się po okolicy, natychmiast potargał jej włosy. Rozrzucił drobne loczki wokół twarzy, podkreślając w ten sposób jej delikatne rysy. Z irytacją zgarnęła niesforne kosmyki do tyłu i ruszyła w dalszą drogę.

Mocniej wcisnęła pedał gazu. Wąska droga była nie utwardzona i Mollie aż jęknęła, gdy jej samochodzik podskoczył gwałtownie na jakimś szczególnie dużym wyboju.

Tak zajęła się rozmyślaniami o czekającym ją wywiadzie, że nie zauważyła jadącego z naprzeciwka nieco poobijanego land-rovera. Szczęściem tamten kierowca ją spostrzegł i zatrzymał swój pojazd z rozdzierającym uszy piskiem hamulców, a Mollie poszła w jego ślady.

Zatrzymała się dosłownie kilka centymetrów przed maską auta Przeklinając pod nosem tę nieoczekiwaną zwłokę, zauważyła, że kierowca land-rovera wysiada z samochodu.

Tego jej tylko brakowało! Ze złością otworzyła drzwi, by wysiąść. Ktoś, kto nadjechał z przeciwka, z pewnością nie był farmerem. Mollie wciągnęła gwałtownie powietrze.

Mężczyzna, który szedł w jej stronę, miał ponad metr osiemdziesiąt i był bardzo barczysty. Gęste, ciemne włosy pięknie kontrastowały z błękitnymi oczami o przeszywającym spojrzeniu. Uniosła głowę, starając się przezwyciężyć zdenerwowanie i niezrozumiałe podniecenie.

Oceniła wiek nieznajomego na około trzydzieści dwa lata, prawdopodobnie był zatem od niej o dziesięć lat starszy. Ogorzała cera dowodziła, że mężczyzna spędza dużo czasu ha świeżym powietrzu, a choć kierował sfatygowanym autem i ubrany był w dość znoszone sportowe rzeczy, to i tak emanował niezwykłym urokiem.

Był bardzo pewny siebie i władczy w sposobie bycia. Energicznie otworzył szerzej drzwi samochodu Mollie, ge¬stem, który mógłby się wydawać szarmancki, lecz co bardziej wrażliwe osoby dopatrzyłyby się w nim również sporej dawki arogancji.

- Czy zdaje pan sobie sprawę, że to prywatna droga? - spytała napastliwie, wysiadając szybko i raźno z samochodu, by nieznajomy nie dostrzegł jej zmieszania.

Zauważyła, że tym oświadczeniem zupełnie zbiła go z tropu. Mężczyzna najpierw parsknął śmiechem, a potem spojrzał na nią surowo.

- Prywatna droga, którą jechała pani z nadmierną prędkością - odparował gładko.

Mollie pomyślała, że głos nieznajomego ma aksamitne brzmienie. Zawsze zwracała uwagę na brzmienie głosu, a ten... Ten był...

Opanuj się, skarciła się w duchu. On nie jest w twoim typie. Nigdy nie lubiłaś seksownych brunetów. Nigdy za nimi nie przepadałaś, a poza tym...

- Wcale nie jechałam za szybko - odparła niezbyt zgodnie z prawdą. - A skoro prowadził pan land-rovera - dodała z nieubłaganą logiką - musiał pan zauważyć, że się zbliżam.

- Owszem - przyznał. - Dlatego się zatrzymałem.

- Ja również.

Spojrzał na nią z tak ostentacyjnym zainteresowaniem, że poczerwieniała ze złości.

- To jest prywatna droga - zaczęła znów - a ja mam pozwolenie właściciela na przejazd i...

- Doprawdy? - przerwał cicho.

- Owszem. Pracuję dla "Fordcaster Gazette".

- Doprawdy? - powtórzył, lecz Mollie za bardzo się zaperzyła, by wychwycić subtelną groźbę kryjącą się w tym na pozór niewinnym słówku.

- Owszem - odparowała, ignorując głos wewnętrzny, nakazujący jej wycofanie się z tej słownej utarczki. Co więcej, poważyła się nawet na bezczelne kłamstwo. - A w dodatku tak się akurat składa, że właściciel tych ziem jest moim dobrym przyjacielem.

Czarne brwi uniosły się pytająco, w błękitnych oczach błysnęło rozbawienie, a twarz nieznajomego przybrała lekko cyniczny wyraz.

- Chyba raczej nie - oznajmił chłodno - ponieważ tak się akurat składa, że to ja jestem właścicielem tych ziem, a ta prywatna droga jest moją prywatną własnością.

Usta Mollie otworzyły się i zamknęły ponownie.

- Pan kłamie - odparła wojowniczo, gdy doszła do siebie. - Ta droga prowadzi do Edgehill Farm, należącej do państwa Lawsonów.

- Owszem, prowadzi do Edgehill Farm, ale nie należy do Lawsonów, tylko do mnie. Lawsonowie są moimi dzierżawcami.

- Nie wierzę panu - wykrztusiła.

- Raczej nie chce mi pani wierzyć - zauważył z chłodnym uśmieszkiem.

- Kim pan właściwie jest? - Doszła do wniosku, że najlepszą formą obrony jest atak.

Chłodny uśmiech stał się lodowaty, lecz Mollie zamiast zadrżeć, hardo uniosła podbródek.

- Peregrine Aleksander Kavanagh Stewart Villiers, earl na St. Otel - odpowiedział głośno i wyraźnie, z przesadną wręcz dbałością o staranną wymowę.

Mollie na chwilę wstrzymała oddech.

Bob Fleury wspomniał jej raz o nim, wyrażając się o młodym arystokracie z najwyższym podziwem i niekłamanym szacunkiem. Wiedziała, że jej rozmówca posiada ogromny majątek ziemski nie tylko w tej okolicy, lecz również w innych rejonach kraju, i że odziedziczy! prawo do używania kilku pradawnych tytułów. Swego czasu nie zrobiło to na niej większego wrażenia, jednak teraz...

Żałowała swej przeklętej zadziorności, która kazała jej oskarżyć rozmówcę o kłamstwo. Wielka szkoda, że nie posłuchała podszeptów intuicji i wdała się w tę bezsensowną sprzeczkę.

Nie powinna dopuścić do tego, by sobie pomyślał, że jego tytuł wywarł na niej wrażenie. Arogancki, zadufany i antypatyczny facet - oto kim naprawdę jest ten bubek wielu imion.

Hrabia. Wcale jej to nie wzruszało. Mollie gotowa była obdarzyć szacunkiem każdego, kto na to zasługiwał z racji konkretnych osiągnięć. Jednak sam tytuł arystokratyczny nie mógł być w jej mniemaniu żadnym powodem do chwały.

- Nie dbam o to, kim pan jest - odparła, ponownie lekceważąc podszepty własnej intuicji. - Jeśli choć przez chwilę sądził pan, że onieśmieli mnie swoim pochodzeniem, zachowując się niczym groteskowa postać z powieści Jane Austen[1] i grożąc mi skorzystaniem z droit du seigneur[2]

Czarne brwi uniosły się do góry, a w błękitnych oczach błysnęło coś, czego Mollie nawet nie miała odwagi zinterpretować.

- Bardzo wątpię, by Jane Austen obdarzała swoich męskich bohaterów tego rodzaju przywilejami. Chyba byłaby przeciwna takim sugestiom.

- W przeciwieństwie do pana - odpaliła Mollie bez namysłu.

-  To zależy... skoro jednak upiera się pani, bym skorzystał z tego prawa...

Zanim zdołała ochłonąć, przyciągnął ją do siebie i zamknął w ramionach. Pachniał wiatrem... Pod uniesionymi w obronnym geście dłońmi wyczuwała bicie serca.

Podczas gdy Mollie gorączkowo zmagała się z niebezpiecznymi myślami, napastnik przytrzymał ją jedną ręką, drugą zaś uniósł jej twarz do góry i pochylił się nad nią. Zrobił to tak zręcznie, że zanim ich usta zetknęły się, pomyślała sobie, że musi mieć w obezwładnianiu kobiet dużą wprawę.

- Kiedyś grałem wieśniaka w pantomimie - szepnął, jakby czytając w jej myślach.

- Chyba nie musiał pan się zbytnio starać - zdołała odpowiedzieć, zanim przywarł do niej mocniej, przez co dalsza wymiana zdań stała się niezwykle utrudniona.

Mollie rozchyliła wargi.

- Hmm - sapnęła po chwili, zdumiona tym, że jej usta, ciało i wszystkie zmysły zareagowały tak ochoczo na pieszczotę zupełnie obcego mężczyzny.

- Hmm...

- Hmm...?

Ku swemu żalowi Mollie zorientowała się, że mężczyzna powtarza wydawany przez nią pomruk nie dlatego, że pocałunek sprawia mu przyjemność. Było to raczej swego rodzaju pytanie…

Natychmiast przerwała pocałunek. Usiłowała przekonać samą siebie, że przecież nie robi nic złego, choć wciąż nie odrywała miękkich warg od gorących ust nieznajomego. Tak, po prostu padła ofiarą doświadczonego uwodziciela bez skrupułów.

Zaraz, przecież nie jest bezwolną marionetką…

- Jak śmiesz...? - powiedziała, wyślizgując się z jego ramion.

- Jak pan śmie, sir? Proszę mnie natychmiast puścić - poprawił ją.

Molly spojrzała na niego uważnie. Teraz kpił sobie z niej w żywe oczy.

- Nie miał pan prawa tego zrobić - odparła gniewnie.

- Nie? Zdawało mi się, że przyznaje mi pani droit du seigneur - przypomniał jej spokojnie, nie kryjąc wzrastającego rozbawienia.

- Czy zdaje pan sobie sprawę, że takie zachowanie można uznać za molestowanie seksualne?! - krzyknęła porywczo, układając w myślach kolejne zarzuty.

- I dlatego mnie pani tak podrapała? - spytał obojętnym tonem.

- Wcale nie... - Urwała, widząc, że zaczął podwijać rękaw. - Tarasuje mi pan drogę - dodała. - Jestem już spóźniona na spotkanie z panią Lawson.

- Pat wcale się nie zmartwi - zapewnił ją. - Jest zajęta opieką nad wnukami.

Pat może i nie, ale Bob Fleury na pewno nie będzie zachwycony, gdy dowie się, że Mollie dotarła na umówione spotkanie z tak wielkim opóźnieniem.

- Jeśli nie przestawi pan samochodu - skinęła głową w stronę land-rovera - będę musiała pójść pieszo.

Roześmiał się głośno, lecz po chwili zastosował się do jej prośby.

Arogancki brutal, przycięła mu w myślach i ze wzrokiem dumnie utkwionym w przestrzeń, przejechała obok. Jeśli choć przez chwilę wydawało mu się, że urzekł ją ten nachalny pocałunek, to... to...! Zaczerwieniła się gwałtownie, gdy pomyliła biegi i auto zaprotestowało głośnym rzężeniem.

 

 

 

 

Pół godziny później w bibliotece Otel Palace, Peregrine Aleksander Kavanagh Stewart Villiers, popijał własnoręcznie przyrządzoną kawę i wspominał swą przygodę z Mollie. Niechętnie przyznał, że zachował się w wysokim stopniu niewłaściwie i głupio.

Jedynym wytłumaczeniem karygodnego braku taktu była długa i niemiła rozmowa telefoniczna, jaką tego ranka odbył ze swoją macochą. Zadzwoniła, by poskarżyć się na córkę z pierwszego małżeństwa. Otóż Sylvie oznajmiła, że rzuca studia i wyrusza w drogę z bandą włóczęgów, którzy szumnie nazywali siebie wędrowcami.

- Aleks, zrób coś - nalegała macocha. - Ona zawsze cię słuchała.

- Belindo, twoja córka skończyła dwadzieścia jeden lat i jest dorosła - przypomniał jej nieśmiało, nie wspominając, że główną przyczyną buntu Sylvie była nadopiekuńczość i zaborczość matki. Jego zdaniem Sylvie była nieszczęśliwą młodą kobietą, lecz odkąd pamiętał, to właśnie Belinda wiecznie się na wszystko uskarżała.

Potem był kolejny uciążliwy i zabierający mnóstwo czasu telefon od organizacji dobroczynnej, której jego ojciec podarował stary zamek w szkockich górach. Pragnęli poznać historię malowideł ściennych, odkrytych podczas renowacji Wiktoriańskich tapet.

Aleksander skierował ich do rodzinnego archiwisty, zresztą kuzyna ojca, który mieszkał obecnie w posiadłości rodowej w Lincolnshire.

Jak wiele innych posiadłości, które odziedziczył, ta również została wydzierżawiona za śmiesznie niską cenę. Doradcy finansowi Aleksa wciąż wypominali mu, że w interesach nie można się kierować porywami serca. On jednak nic sobie z tego nie robił i nadal łożył na utrzymanie macochy, dla której wynajął drogi apartament w Londynie, jak również wspierał finansowo emerytowanych pracowników, zatrudnionych niegdyś w majątku. Ci ludzie poświęcili swe najlepsze lata jego rodzinie, dlatego też chciał im zapewnić godną i bezpieczną starość.

- Ależ, milordzie - denerwował się rozmawiający z nim prawnik. - Z pewnością zdaje pan sobie sprawę, jak korzystne byłoby znalezienie nowych dzierżawców lub, co szczególnie bym doradzał, sprzedaż tych zabudowań. Nie chodzi nawet o to, że traci pan krocie, ustalając dla tych ludzi symboliczne opłaty czynszowe. Nie rozumiem jednak, po co pan w nich jeszcze inwestuje. Tylko w zeszłym roku przeznaczył pan olbrzymie kwoty na odnowienie kompleksu domków pracowniczych, nie wspominając...

- Przykro mi, ale niestety to wy musicie stosować się do moich decyzji, a nie na odwrót - przerwał mu Aleks bezpardonowo.

W momencie gdy odziedziczył rodzinny majątek, musiał pożegnać się z beztroskim życiem. Zarządzanie takim molochem było w dzisiejszych czasach istnym koszmarem.

Skomplikowane przepisy prawne i biurokracja nie ułatwiały walki o zachowanie równowagi finansowej.

Bez wpływów z inwestycji, poczynionych przez pradziadka, Aleks nie byłby w stanie utrzymać eleganckiej rezydencji paladynów, obecnej siedziby rodu. Dzięki tym pieniądzom był nie tyle bogaty, co raczej wystarczająco niezależny, by nie musieć wyprzedawać po kawałku rodzinnych włości.

Jedynym jasnym momentem tego ponurego dnia była samochodowa przygoda z obdarzoną ognistym temperamentem dziewczyną.

Zasępił się. Na pewno była na niego wściekła, w czym zresztą nie widział niczego dziwnego. Powinien raczej jej pomóc, przedstawić się, a nie zastawiać pułapkę, godną notorycznego podrywacza.

Czy miała piwne oczy, czy też zielone? Przymknął powieki, próbując wyczuć na koszuli zapach damskich perfum.

Oczywiście wiedział, kim jest ta dziewczyna. Pat Lawson uprzedziła go o przyjeździe dziennikarki. Również Bob Fleury poinformował go o tym spotkaniu, pytając jednocześnie, czy Mollie mogłaby wynająć pusty domek nad rzeką.

Owszem, zachował się niewłaściwie, nawet jeśli przyjąć, że ona też miała sobie to i owo do zarzucenia. Zareagował zbyt gwałtownie, dal się sprowokować i nic go nie usprawiedliwiało. Postąpił jak grubianin, lecz równocześnie musiał przyznać, że pocałunek dostarczył mu bardzo przyjemnych zmysłowych doznań.

Ta dziewczyna wywarła na nim oszałamiające wrażenie, może powinien... Szybko odpędził od siebie te myśli. Ostatecznie miał już trzydzieści trzy lata i dawno minęły czasy, gdy pozwalał sobie na takie wybryki.

Tak. Koniecznie musi ją przeprosić. Spojrzał na zegarek. Teraz na pewno nie było jej w domu, postanowił zatem zadzwonić do niej później.

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

- Doskonale.

Zadowolona z siebie Mollie skończyła lekturę artykułu i podeszła do okna w salonie. Za maleńkim ogródkiem rozpościerał się świetnie utrzymany skwerek przechodzący stopniowo w wielki ogród, do którego klucze mieli jedynie mieszkańcy domków przy rynku.

Te schludne domki, liczące ponad dwieście lat, odznaczały się niepowtarzalnym urokiem i powinna czuć się zaszczycona, mogąc wynająć jeden z nich. Przynajmniej tak twierdził Bob Fleury.

Domek istotnie miał wiele zalet. Okna wychodziły na mały ogródek i zadbany skwerek, na tyłach zaś mieścił się kolejny, tym razem spory ogród, ciągnący się aż do rzeki. Wystrój wnętrz był nie tylko świadectwem dobrego gustu poprzednich właścicieli, lecz również ich zrozumienia dla potrzeb współczesnego życia.

Na jej matce, która przyjechała do Fordcaster, by pomóc Mollie rozpakować resztę rzeczy, największe wrażenie zrobiła kuchnia i łazienka.

- Masz tu porządną kuchenkę, a nie tylko mikrofalówkę - pochwaliła. - A wszystko aż lśni czystością.

- Tak... Bob Fleury wspominał, że właściciel dba o wszystko i troszczy się, czy wynajął dom właściwej osobie. Na razie umowa najmu została zawarta jedynie na trzy miesiące.

- Właściwie, to go nawet rozumiem - skomentowała matka. - Gdyby to był mój dom, też nie chciałabym, by mieszkał tu ktoś przypadkowy.

Mollie przeszła do kuchni. Parząc herbatę, myślała o Pat Lawson, która okazała się wyjątkowo interesującą rozmówczynią. Mollie nie tylko poznała dużo wspaniałych przepisów na tradycyjne przetwory, lecz dodatkowo została uraczona smakowitymi historyjkami z dziejów miasta oraz interesującymi faktami dotyczącymi dawnych i obecnych członków rodziny Villiers z St Otel.

- Historia rodu sięga czasów Wilhelma Zdobywcy - opowiadała Pat. - Pierwszy earl przybył z Normandii, choć wówczas nie był jeszcze hrabią, a jednym z rycerzy Wilhelma. Tytuł dostał w nagrodę za swą lojalność. Oczywiście, tak jak każda rodzina, przeżywali lepsze i gorsze czasy. Pewien earl został ścięty w czasach Henryka VIII za popieranie Anny Boleyn, inny w czasie wojny domowej. Jednak najsławniejszym z nich był zapewne Czarny Earl, zwany Piekielnikiem St Otel. Zdobył fortunę, grając w karty w londyńskich klubach, potem wszystko stracił i uwiódł pewną bogatą dziedziczkę, by poślubić ją dla pieniędzy. Kiedy po sześciu nieudanych próbach hrabina powiła wreszcie upragnionego syna, plotkowano, że to kolejna córka, którą podmieniono na syna służącej i...

Pat Lawson pokręciła z dezaprobatą głową, lecz Mollie była znacznie bardziej zainteresowana obecnym hrabią niż jego zmarłymi przodkami.

- A co z obecnym earlem? - nalegała, chcąc uzyskać jakieś kompromitujące informacje o swoim nowym wrogu.

- Aleks? - Pat powiedziała to z takim ciepłem, że Mollie poczuła się wręcz dotknięta. Wyraz jej twarzy nie uszedł uwagi Pat, która była przekonana, że dziewczyna źle się poczuła.

- Wszystko w porządku - zapewniła ją pospiesznie Mollie. - Mów dalej. Zaczęłaś opowiadać o Aleksandrze... o hrabim...

Mollie miała nadzieję, że tym razem udało jej się zachować swobodny ton i kamienny wyraz twarzy. Nie było sensu irytować starszej pani, która w oczywisty sposób dała do zrozumienia, że młody arystokrata cieszy się jej sympatią.

- Och tak, Aleks... On też przeżywa teraz ciężkie chwile.

Umilkła, a Mollie z trudem powstrzymywała się od udzielenia swej rozmówczyni reprymendy za opieszałość. Nie zauważyła, by ten arogancki bubek był czymkolwiek zmartwiony. Dopiero teraz, zadzierając z nią, napytał sobie biedy.

- Jego ojciec zginął na polowaniu. Aleks, oprócz majątku, odziedziczył też mnóstwo długów do spłacenia. Na szczęście uratował posiadłość, jednak musiał zwolnić część pracowników.

- Czytałam, że coraz więcej farmerów i robotników rolnych opuszcza te ziemie - zauważyła Mollie.

Zaczął jej świtać w głowie pomysł na świetny artykuł o problemach społecznych.

- Owszem, niektórzy - zgodziła się ponuro Pat. - Mamy ostatnio sporo problemów ze zbytem produktów rolnych i nowymi przepisami Unii.

- Tak, ale jeszcze bardziej współczuję tym farmerom, którzy poświęcili życie pracy na roli, a na starość muszą opuszczać swe domy.

- To się również zdarza - przyznała Pat. - Często dochodzi do tragedii.

- Jak w przypadku pewnej kobiety z północnej Anglii. Staruszka miała osiemdziesiąt dwa lata i całe życie spędziła na wsi. Po śmierci męża przeniesiono ją do bloku w mieście - powiedziała Mollie z oburzeniem. Badała takie przypadki na studiach, gdyż zawsze była wrażliwa na krzywdę ludzką.

- Owszem, prawo bywa niesprawiedliwe - przyznała ze smutkiem Pat.

- Nie tyle prawo, co stosujący je właściciele - upierała się Mollie. - Wiem, że hrabia jest posiadaczem waszej ziemi. Pewnie ma głęboko zakorzenione poczucie własności.

- Owszem, ale...

Mollie ujrzała już nagłówek, a w uszach dźwięczały jej zwroty, jakimi opisze nieludzką chciwość i arogancję hrabiego Aleksandra. Taka historia mogłaby nawet zainteresować telewizję, a wtedy...

Oczywiście, nie chodzi tu o porachunki osobiste, przekonywała samą siebie. To nie w jej stylu. Pragnęła tylko zwrócić uwagę opinii publicznej na niesprawiedliwość społeczną i naprawić zło, nawet jeśli miałaby się narazić paniczowi z St Otel. No cóż, nie miał prawa całować jej w taki sposób.

Podziękowawszy Pat za poświęcony jej czas, wróciła do redakcji "Gazette", gdzie pracowicie wysmażyła artykuł o sławnych przepisach prababci pani Lawson. Gdy tylko znalazła się w domu, zasiadła do komputera, by przygotować bardziej kontrowersyjny materiał.

Obnażała w nim metody stosowane przez bogatych i chciwych właścicieli ziemskich wobec swoich pracowników i choć bardzo się starała, by nie padła żadna wzmianka o dziedzicu z St Otel, przeciw któremu nie miała żadnych dowodów, to stał się on pierwowzorem sportretowanego chciwego, aroganckiego, próżnego i bezdusznego ziemianina.

Wiedziała, że napisanie artykułu to jedno, a nakłonienie Boba Fleury do wydrukowania go, to zupełnie inna sprawa, lecz nie upadała na duchu. Była zdecydowana ukazać światu prawdziwe oblicze hrabiego Aleksandra.

Małe gospodarstwa będą musiały wkrótce ustąpić pola wielkim zmechanizowanym przedsiębiorstwom rolnym, obsługiwanym przez niewielką liczbę wykwalifikowanego personelu, zarządzanym przez nastawionych na zysk biznesmenów.

Mollie melancholijnie obserwowała przelatującą nad rzeką parę gęsi. Pat Lawson wspomniała jej, że niedaleko znajduje się mały rezerwat przyrody, na terenie którego jest też niewielkie jezioro. Wszystko finansował miejscowy filantrop. Pewnie jakiś miły staruszek, pomyślała Mollie, obserwując znikające za horyzontem gęsi.

 

 

 

Aleks skrzywił się, gdy land-rover podskoczył na kolejnym wyboju. Chciałby wymienić go na nowy egzemplarz, lecz nie było go na to stać. Kupno nowego auta oznaczałoby zmniejszenie środków przeznaczonych na inne cele.

Zasępił się na chwilę. Problemy wynikające z próby przekształcenia majątku zarządzanego w zgodzie z pradawnymi przywilejami ziemskimi w nowoczesne, samofinansujące się przedsiębiorstwo, które sprosta wyzwaniom nowego wieku, od dawna spędzały mu z sen z powiek.

Spojrzał ze skruszoną miną na drobny upominek spoczywający na siedzeniu pasażera - koszyk brzoskwiń z oranżerii, która przysparzała kolejnym właścicielom wielu zgryzot. Zbudowana razem z pałacem i zmodernizowana w czasach edwardiańskich, miała niezwykle skomplikowany system ogrzewania - istny labirynt rur, zbiorników i bojlerów.

Gdy Aleks już podjął decyzję o likwidacji oranżerii, zgłosił się do niego emerytowany ogrodnik i w imieniu grupki amatorów-entuzjastów zaproponował pieczę nad zabytkową szklarnią i całym ogrodem.

Teraz to stowarzyszenie, którego Aleks był członkiem honorowym, dzieliło się sprawiedliwie owocami pracy w ogrodzie, między innymi również brzoskwiniami.

Z powodów, w które wolał nie wnikać, ich soczysty miąższ przypominał Aleksowi osobę, dla której były przeznaczone. Kryła się w nich słodycz i po skosztowaniu jednej miało się natychmiast ochotę na następną...

Mollie drgnęła, słysząc pukanie. Nikogo nie oczekiwała. Nie zdążyła się jeszcze z nikim zaprzyjaźnić, znała jedynie Boba Fleury'ego i jego żonę.

Wyłączyła gaz i poszła do drzwi. Gdy je otworzyła, znieruchomiała i szeroko otworzyła oczy ze zdumienia.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin