Miklos Nyiszli -Byłem asystentem Doktora Mengele.pdf
(
652 KB
)
Pobierz
55623098 UNPDF
MIKLÓS NYISZLI
BYŁEM ASYSTENTEM
DOKTORA MENGELE
WSPOMNIENIA LEKARZA Z OŚWIĘCIMIA
Tłumaczył Tadeusz Olszański
OŚWIĘCIM 2000
Tytuł oryginału węgierskiego:
Orvos voltam Auschwitzban
Redakcja i przypisy:
Franciszek Piper
Zdjęcia i dokumenty:
Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau
w Oświęcimiu
Copyright: tekst - Tadeusz Olszański
Copyright: edycja - Frap-Books
ISBN 83-906992-6-5
Dystrybucja: Frap-Books,
tel. 0048/033/8424740
E mail: frapb@poczta.onet.pl
Sklad.Frap-Books
Druk: Poligrafia Inspektoratu Towarzystwa Salezjańskiego
ul. Konfederacka 6, 30-306 Kraków
OŚWIADCZENIE
Ja, niżej podpisany, dr Miklós Nyiszli, lekarz1
, były więzień
obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, oświadczam, że jako
bezpośredni świadek, zatrudniony w krematorium oraz przy sto
sach Brzezinki, gdzie ogień strawił miliony ciał ojców, matek
i dzieci, napisałem swoją relację o tej najciemniejszej karcie hi
storii ludzkości zgodnie z rzeczywistością, nie powodowany żad
ną namiętnością, bez przesady i koloryzowania2.
Jako lekarz przy oświęcimskim krematorium formułowałem
i wypełniałem niezliczoną ilość protokołów lekarskich i sądo
wych z sekcji zwłok, które podpisywałem własną ręką z wytatu
owanym numerem. Powyższe dokumenty były sygnowane przez
mego szefa SS Mengele3
i następnie wysyłane pocztą pod adre
sem: „Berlin-Dahlem, Institut fur Rassenbiologische und Antro-
pologische Forschungen"4
, a więc pod adresem jednego z najbar
dziej znanych instytutów medycznych na świecie. Według wszel
kiego prawdopodobieństwa można by je i dziś jeszcze odnaleźć
w archiwum tego wielkiego instytutu. Swoją pracą nie zamierzam
osiągnąć sukcesu literackiego. Jestem lekarzem, a nie pisarzem.
dr Miklós Nyiszli
Nagyvarad, marzec 1946 r.
I
W gorące, majowe popołudnie staje się nie do zniesienia smród wypełnionych po brzegi kibli
oraz dziewięćdziesięciu spoconych, nie mytych ciał, stłoczonych razem w towarowym wagonie o
maleńkim, zadrutowanym okienku.
Pociąg deportowanych, składający się z czterdziestu takich wagonów, już czwarty dzień wiezie
nas - najpierw przez Słowację, a potem przez Generalną Gubernię - w stronę nie znanego wciąż
celu. W transporcie znajduje się pierwsza grupa węgierskich Żydów
5
, skazanych na zagładę.
Za nami zostały Tatry. Minęliśmy Lublin, potem Kraków. W czasie wojny oba te miasta
6
stały się
słynne jako miejsca koncentracji i unicestwiania antyfaszystów z całej Europy, deportowanych tu
przez przedstawicieli „nowego ładu" na okupowanych terenach.
W godzinę po opuszczeniu Krakowa nasz pociąg zatrzymuje się na jakiejś większej stacji.
Gotycki napis obwieszcza nazwę miejscowości „Auschwitz". Nic nam to nie mówi. Nigdy nie
słyszeliśmy o niej.
Przez szczelinę w ścianie wagonu obserwuję wielki ruch wokół pociągu. Konwojujący nas
dotychczas esesmani wysiadają. Ich miejsce zajmują nowi strażnicy. Obsługa kolejowa również
opuszcza pociąg. Z pojedynczych słów wynika, że dobiliśmy wreszcie do celu naszej podróży.
Skład jeszcze raz rusza, ale po dwudziestu minutach jazdy pociąg, przeciągle gwiżdżąc,
zatrzymuje się.
Znajduję szparę, przez którą ponownie wyglądam na zewnątrz. Dookoła rozpościera się płaska,
monotonna okolica, gliniasta, żółta, typowa dla wschodniej części Śląska.
Tylko miejscami wyrasta nad równinę kępa zielonych drzew. Znajdujący się przede mną teren
jest ogrodzony, aż po linię horyzontu, stojącymi w regularnych odstępach słupami betonowymi,
połączonymi kolczastymi drutami. Porcelanowe izolatory oraz liczne napisy ostrzegają, że druty
znajdują się pod wysokim napięciem elektrycznym. Betonowe słupy wytyczają wielkie pro-
stokąty, wewnątrz nich widać setki pomalowanych na zielono baraków z dachami krytymi papą -
długie, proste ulice.
Za drutami widzę postacie w więziennych pasiakach. Jedna grupa niesie deski. Druga kroczy w
regularnej kolumnie, na ramionach ludzi - łopaty. Nieco dalej auta ciężarowe, na które ładuje się
ciężkie bale. Wzdłuż ogrodzenia co trzydzieści-czterdzieści metrów stoją piętrowe,
charakterystyczne wieże. Wieże wartownicze. W każdej z nich widać esesmana w mundurze
koloru feld-grau, opierającego się łokciami na karabinie maszynowym.
To obóz koncentracyjny w Oświęcimiu. Względnie, jak mówią Niemcy, uwielbiający skróty: KZ
(kacet).
Widok nie jest zachęcający, ale ciekawość i napięcie oczekiwania tłumi na razie we mnie uczucie
strachu.
Spoglądam na swoich towarzyszy w wagonie. Dwudziestu sześciu lekarzy, ośmiu aptekarzy,
nasze żony i dzieci, kilku mężczyzn w podeszłym wieku i kobiet - rodzice moich kolegów.
Zmęczeni i zmartwieni, siedząc na swoich pakunkach lub podłodze, patrzą w przestrzeń. Może to
przeczucie nieszczęścia nie pozwala im wyrwać się z apatii nawet w denerwującej chwili
przyjazdu. Większość dzieci śpi, kilkoro podjada resztki żywności, przeważnie chleb, który
jeszcze pozostał. Są i takie, dla któ-
rych już i chleba zabrakło, przeciągają więc suchymi języczkami po spękanych z pragnienia i
głodu wargach.
Piasek trzeszczy pod ciężkimi krokami. Głośne słowa komendy przerywają monotonię
oczekiwania. Otwierają się kłódki zamykające drzwi wagonów. Z hurkotem odsuwają się drzwi i
już rozbrzmiewa rozkaz: zostawić w wagonie wszystkie pakunki, wysiadać tylko z podręcznym
bagażem! Pomagamy naszym żonom i dzieciom zejść z wysokich na półtora metra wagonów
-niektóre wynosimy na rękach. Już nas ustawiają w rzędy przed wagonami.
Naprzeciw nas stoi młody oficer SS, w długich, lakierowanych butach, ze złotymi rozetkami na
ramionach. Widać, że to on wydaje rozkazy czekającym tutaj esesmanom. Nie znam się jeszcze
na dystynkcjach SS, ale po odznace eskulapa, znajdującej się na ramieniu, poznaję, że to lekarz.
Nieco później dowiedziałem się, że oficerem tym był Haupt-sturmfuhrer SS. Jego nazwisko
brzmiało: dr Mengele. Naczelny lekarz obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu
7
jest obecny na
rampie przy przybyciu każdego transportu. To on dokonuje selekcji.
Zaczyna się! Esesmani w pośpiechu oddzielają mężczyzn od kobiet i dzieci poniżej czternastu lat.
Te zostają razem z matkami.
W ten sposób długa kolumna ludzi, stojących przed wagonami, zostaje podzielona na dwie grupy.
Ogarnia nas niepokój. Zaraz na wstępie oderwano nas od rodzin. Strażnicy spokojnym głosem
odpowiadają na nasze pytania:
- To nic niezwykłego - mówią. - Zabieramy was do kąpieli i dezynfekcji, taki tutaj porządek.
Potem znów wszyscy spotkają się z rodzinami.
Nim zakończy się rozdzielanie czterotysięcznej grupy
8
, mam nieco czasu na rozejrzenie się. W
blasku zachodzącego słońca plastycznie uwypukla się zaobserwowany poprzednio przez szparę
w wagonie krajobraz. Stąd widzę już więcej. Pierwsze, co zwraca i co dosłownie przykuwa moją
uwagę, to olbrzymi, zwężający się u góry czworokątny komin, zbudowany z czerwonej cegły.
Wyrasta on z potężnego, dwupiętrowego budynku
9
, zbudowanego również z czerwonej cegły i
przypominającego fabrykę.
Dziwny komin fabryczny. Zaskakuje mnie, że bucha z niego słup ognia na parę metrów w górę.
W czterech narożnikach komina umieszczone są piorunochrony. Próbuję odgadnąć, co to za
piekielna kuchnia, w której potrzeba tak potężnego ognia. Szybko znajduję odpowiedź.
A więc to krematorium! Niedaleko odnajduję wzrokiem drugie; co więcej, jeszcze dalej
odnajduję trzecie, skryte za drzewami, z podobnym ognistym kominem
10
.
Łagodny wiatr niesie w naszą stronę dym. W nozdrza uderza mdląca woń spalanego mięsa i
włosów. Palące się mięso wydziela akroleinę podobną w zapachu do kościelnych świec z podłego
łoju.
Mógłbym jeszcze długo zastanawiać się nad tym, co widzę, ale oto następuje drugi akt selekcji.
Mężczyźni, kobiety, dzieci defilują gęsiego przed komisją. Na skinienie selekcjonującego
lekarza, którego już od tej chwili będę nazywał doktorem Men-gele, znów następuje podział na
dwie grupy; jedni odchodzą w lewo, drudzy w prawo. Obserwuję, jak do grupy po lewej stronie
wędrują głównie starcy, ludzie ułomni, zniedołężniali, mizerni oraz kobiety z dziećmi poniżej
czternastu lat. Po prawej stronie ustawia się grupa zdolnych do pracy. Spostrzegam w niej swoją
żonę oraz piętnastoletnią córkę. Nie ma już okazji do wymiany kilku słów. Pozdrawiamy się
tylko, machamy do siebie rękami.
Ciężko chorych, którzy nie mają sił iść, starców i psychicznie chorych zabierają samochody
Czerwonego Krzyża. Kilku starych lekarzy, moich kolegów, prosi również o podwiezienie i
ładują się na auta. Jako pierwsza rusza kolumna samochodowa.
Potem wyrusza grupa z lewej strony; idą wolnym krokiem, piątkami, w eskorcie kilku
esesmanów. Za kilka minut znikają za kępą drzew. Grupa z prawej strony jeszcze ciągle stoi w
miejscu. Dr Mengele każe teraz wystąpić lekarzom. Następnie podchodzi do grupy liczącej około
pięćdziesięciu osób i wzywa do zgłoszenia się tych lekarzy, którzy ukończyli studia na niemiec-
kich uniwersytetach, znają się doskonale na sekcji zwłok i są obeznani z medycyną sądową.
- Trzeba - mówi - rzeczywiście odpowiadać tym warunkom, bo inaczej... - i tu następuje
wymowny gest.
Spoglądam na lewo i prawo, obserwuję swych towarzyszy. Czyżby nie było wśród nich fachowca
odpowiadającego tym wymaganiom? A może przestraszyli się pogróżki? Nikt się nie zgłasza.
Wszystko jedno! Już zdecydowałem się. Występuję z szeregu, staję przed doktorem Mengele i
wymieniam swoje nazwisko. Wypytuje mnie szczegółowo:
Gdzie studiowałem? Gdzie i u którego profesora uczyłem się przeprowadzać sekcje zwłok? Gdzie
uzyskałem uprawnienia lekarza sądowego? Jak długo pracowałem na tym odcinku? itd. Moje
dokładne odpowiedzi prawdopodobnie zadowoliły go, gdyż niezwłocznie każe mi stanąć osobno.
Moich kolegów odsyła do grupy stojącej na prawo; potem każe im odejść. Ruszają w drogę, na
razie w drogę życia - do obozu. Bo teraz wiem już to, czego wtedy jeszcze nie wiedziałem: grupa
z lewej w kilka minut po odmaszerowaniu przekroczyła jedną z bram wiodących do krematorium.
A stamtąd nie było już powrotu...
II
Stoję teraz na rampie zupełnie sam. Zdaję sobie sprawę z końca, który nas czeka, myślę o
Niemczech, w których spędziłem wiele lat, najpiękniejszych lat młodości...
Niebo nade mną jest już gwiaździste. Wysoko, akurat nad moją głową - zupełnie, jak w domu, w
Nagyvarad - zapala się Wielki Wóz. Oziębione wieczornym wiatrem powietrze orzeźwiłoby
mnie, gdyby nie to, że niesie ono w moją stronę smród krematoriów Trzeciej Rzeszy, zapach
palących się trupów i akroleiny.
Setki łukowych lamp, umieszczonych na betonowych słupach, oślepiają ostrym blaskiem. Za tym
łańcuchem światła powietrze zastyga niby gęsta mgła. Sylwetki baraków kacetu zacierają się
przykryte ciężkim welonem ciemności.
Rampa wyludniła się, spokój zakłóca jedynie kilku więźniów w pasiakach, którzy przenoszą
zostawione w wagonach bagaże na ciężarówki. Puste wagony, z którymi dotychczas był
związany nasz los, coraz bardziej wtapiają się w mrok.
Doktor Mengele wydał już ostatnie polecenia żołnierzom SS, po czym kieruje się w stronę swego
opla, zajmuje miejsce za kierownicą i kiwa ręką w moją stronę, abym również wsiadł. Obok
mnie, na tylnym siedzeniu, zajmuje miejsce podoficer SS. Ruszamy.
Samochód toczy się po obozowej, gliniastej drodze, wymytej wiosennymi deszczami, pełnej
wybojów. Szybko migają z boku
światła kolczastego ogrodzenia. Jedziemy zaledwie chwilę. Stajemy przed zamkniętą bramą. Z
Blockfuhrerstuby, czyli obozowej wartowni, szybko wychodzi podoficer SS. Usłużnie otwiera
bramę przed wozem dra Mengele. Jedziemy jeszcze kilkaset metrów główną ulicą obozu, między
rzędami baraków, stojącymi po obu stronach, i zatrzymujemy się przed znaczniejszym
budynkiem.
Doktor Mengele wysiada. Ja wysiadam za nim. „Schreib-stube" - odczytuję pośpiesznie
tabliczkę, umieszczoną przed wejściem. Wchodzimy. Za biurkami siedzą mężczyźni w pasia-
kach; mają inteligentne twarze. Wszyscy podrywają się ze stołków. Bez słowa stają na baczność.
Doktor Mengele zwraca się do jednego z więźniów, mężczyzny około pięćdziesięciu lat, z
ogoloną głową. Stoję kilka metrów za nimi. Nie rozumiem, o czym oni mówią. Dr Roman
Zenkteller - później dowiedziałem się, że tak nazywał się ów więzień - kiwa głową. Jest on
starszym lekarzem szpitala obozu Bllf
11
. Przywołuje mnie do siebie i prowadzi do biurka, przy
którym siedzi inny więzień. Przysuwa sobie kartotekę. Pyta o dane personalne i wpisuje je do
wielkiej księgi. Wypełnioną kartę wręcza eskortującemu mnie podoficerowi SS. I już
wychodzimy. Skłaniam lekko głowę przechodząc obok dra Mengele, na co Zenkteller raczej
ironicznie niż gniewnie zwraca mi uwagę, że to nie salon, a obóz koncentracyjny.
Z moim strażnikiem dochodzę zaledwie do trzeciego baraku. Tam odczytuję nowy napis:
„Waschraum". Wraz z kartą zostaję przekazany w ręce innego esesmana. Dwóch mężczyzn w
pasiakach podchodzi do mnie. Rewidują kieszenie, każą się rozbierać. Zjawia się fryzjer. Strzyże
do skóry, wszędzie wygala, posyła pod prysznic. Myją mi głowę roztworem chloru. Oczy palą
mnie do tego stopnia, że przez kilka minut nie mogę ich otworzyć. Z kolejnego pomieszczenia, w
zamian za swoje oddane
poprzednio ubranie, otrzymuję szarą marynarkę i czarne sztuczkowe spodnie. Moje buty wracają
natomiast do mnie po zanurzeniu ich w zbiorniku z tymże chlorem. Ubieram się i zastanawiam,
do kogo z towarzyszy mego losu mogło należeć to ubranie?
Jeden z więźniów zadziera mi rękaw na lewym przedramieniu, odczytuje zanotowany na karcie
numer i specjalnym przyrządem, przypominającym kulkowe pióro, szybkimi, wyćwiczonymi
ruchami wykonuje niezliczoną ilość drobnych ukłuć. Na miejscu ukłuć pojawia się niebieska
rozlana plama. Więzień uspokaja mnie, że wkrótce stan zapalny minie i wówczas numery staną
się na skórze wyraźne, czytelne. A więc jestem już wytatuowany. Przestałem istnieć jako dr
Miklós Nyiszli. Jestem tylko numerem A 8450'
2
, więźniem kacetu.
W tym momencie staje mi przed oczami zupełnie inna chwila, kiedy piętnaście lat temu dziekan
Uniwersytetu im. Fryderyka Wilhelma we Wrocławiu wręczając dyplom i życząc szczęścia na
przyszłość uroczyście ściskał moją dłoń.
III
Znajduję się w dziwnym stanie duchowym. W moim życiu nigdy nie było jednak miejsca na
bierność i beznadziejną rozpacz, a więc i teraz muszę się przystosować do wszystkiego, co
narzuca sytuacja... Nie, nie wolno mi poddawać się rozpaczy. Nie wolno mi być sentymentalnym,
nie wolno być słabym. Ale jednocześnie uświadamiam sobie jasno, że moja sytuacja chwilowo
nie jest najgorsza. Doktor Mengele wymaga ode mnie pracy lekarskiej. Prawdopodobnie mam
zastąpić, całkowicie lub częściowo, w jakimś miasteczku niemieckiego lekarza sądowego, który
został powołany do wojska.
Upewnia mnie w tym przekonaniu fakt, że zapewne na polecenie dra Mengele otrzymałem nie
strój więzienny, lecz eleganckie cywilne ubranie. Wynika z tego, że wyznaczono mi taką funkcję,
która wymaga odpowiedniego wyglądu zewnętrznego. Oczywiście to tylko moje hipotezy.
Zobaczymy, co będzie w rzeczywistości!
Z łaźni wychodzę z innym esesmanem, trzymającym w ręku moją kartę. Przechodzimy do baraku
naprzeciwko. Na froncie baraku widnieje numer 12. Budynek ma około 100 m długości,
wewnątrz długi korytarz. Po jego obu stronach trzypiętrowe prycze, zbudowane z nie
heblowanych bali i desek, zapchane chorymi. Znajduję się w 12 bloku szpitalnym obozu Bllf.
Esesman wręcza moją kartę spieszącemu w naszą stronę starszemu więźniowi o pucołowatej
twarzy. Ten staje na baczność i odbiera dokument. Esesman oddala się. Podajemy sobie z
więźniem ręce, przedstawiamy się. Okazuje się, że to blokowy. Prowadzi mnie do małego
pokoiku, wydzielonego z wielkiej sali. Prosi, bym zajął miejsce na krześle i więziennym zwycza-
jem opowiada mi swój życiorys.
Plik z chomika:
kamilcia17
Inne pliki z tego folderu:
Olson Lynne & Cloud Stanley - Sprawa honoru_Dywizjon 303 Kościuszkowski.rar
(4210 KB)
Obóz Zagłady.pdf
(3516 KB)
Miklos Nyiszli -Byłem asystentem Doktora Mengele.pdf
(652 KB)
Joseph Heller - Paragraf 22.rar
(365 KB)
Albert Speer - Wspomnienia.rar
(637 KB)
Inne foldery tego chomika:
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin