Dla Kevina Michaela Maxwella.
Miałeś rację, Max.
Rzeczywiście w życiu chodzi tylko o miłość.
Grudzień 1803 roku
Kiedy „Wąż Morski" płynął przez mgłę w stronę lądu, Michael Severson stał oparty o reling statku, urzeczony pierwszym od ponad dziesięciu lat widokiem ojczystej ziemi.
Anglia.
Nie spodziewał się takiego przypływu emocji ani tęsknoty za tym, co utracił.
Kiedy odpływali z Kanady, liście z drzew już opadły, a trawa była zupełnie brązowa. A tutaj, chociaż była już późna jesień, a i cel podróży bardziej na północ, Anglia witała go soczystą zielenią. W porównaniu z ponurymi dniami spędzonymi na morzu, widok ogrodów i trawiastych pagórków, które wyłaniały się zza skał otaczających wąską cieśninę, nadawał jego powrotowi do domu charakter ponownego wkraczania do świata, o którym niemal już zapomniał.
- Więc to ma być cywilizacja? - zapytał sceptycznie Alex Haddon, jego partnera w interesach.
Michael odwrócił się do niego.
- Niektórzy twierdzą nawet, że to centrum wszechświata.
Żaden z mężczyzn nie miał kapelusza, więc ich długie do ramion włosy były wilgotne i słone. Michael zamierzał obciąć swoje, kiedy dotrą już do Londynu. Wątpił natomiast w to, że Alex, pół-Indianin, pozwoliłby komukolwiek dotknąć swoich włosów. I tak wielkim ustępstwem z jego strony była rezygnacja ze spodni i kaftana ze skóry jelenia na rzecz stroju z bawełny i wolny.
Michael nie miał takich rozterek. Jedną z pierwszych czynności po powrocie do Londynu będzie umówienie się na przymiarkę u krawca. Uważał, że społeczeństwo ocenia człowieka po kroju jego płaszcza.
Jak na ironię, to właśnie Michael bardziej przypominał Idianina niż jego przyjaciel. Po ojcu Alex odziedziczył szare oczy i lekko falowane włosy, natomiast Michael miał brązowe oczy i zupełnie proste włosy.
Alex oparł się na relingu, spoglądając na zbliżający się brzeg lak, jakby życzył sobie, żeby ten nie istniał.
- Popełniasz błąd.
- Wracając? - zapytał Michael. - Przygotowywałem się na tę chwilę od dnia, kiedy wygnali mnie z kraju.
- A dlaczego sądzisz, że teraz czekają na ciebie z szeroko otwartymi ramionami?
- Jest ktoś, kto na pewno się nie ucieszy. Zabójca Aletty nie będzie szczęśliwy na mój widok. Ale nadszedł już czas. Człowiek, przez którego zginęła, a ja omal nie zostałem powieszony, teraz za wszystko zapłaci.
Tylko w ten sposób Michael mógł zaprowadzić spokój w swoim życiu. Śmierć Aletty prześladowała go. Może i jej nie zamordował, ale niefortunnie napatoczył się pijany, kiedy ktoś inny to zrobił.
Widywał się z Alettą, ponieważ był jej kochankiem, tak jak wielu innych. Jako królowa londyńskiej sceny, Aletta była bardzo znana i korzystała ze swojej popularności. Michael był drugim synem rozrzutnego hrabiego i miał zupełnie puste kieszenie, ale za to był przystojny i pełen uroku.
- Wiem, że to ciąży na twojej duszy… - powiedział Alex. Zawiesił głos, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć.
- Mów dalej.
- Co będzie, jeśli nie znajdziesz odpowiedzi?
Taka myśl wydawała się Michaelowi nieprawdopodobna.
- Znajdę.
- Skąd ta pewność? Minęło już dziesięć lat. Kto będzie się przejmował martwą tancerką?
Człowiek, który ją zabił. Ten ktoś czekał na powrót Michaela. Nikt nie może zamordować niewinnej istoty i nie spodziewać się rozliczenia za ten czyn.
- Ostatniej nocy znowu śniła mi się śmierć Aletty - powiedział Michael. Po raz pierwszy miał ten sen dwa miesiące temu i podejrzewał, że to odpowiedź na jego decyzję o powrocie do kraju.
- Czy tym razem widziałeś twarz tamtego mężczyzny? - zapytał Alex.
- Nie. Nadal jest w cieniu.
- Ale znasz go?
- Tak - odparł Michael i po chwili dodał: - Gdybym tylko mógł go lepiej zobaczyć.
- Twoje sny do ciebie przemawiają. Dowiesz się wszystkiego w odpowiednim czasie. Po prostu musisz jeszcze trochę poczekać.
- Już dość długo czekałem - powiedział Michael. - Obstawiam Elswicka. Tylko on jeden chciał mnie zniszczyć.
- Ponieważ jego syn zamierzał poślubić tamtą tancerkę? - zapytał Alex, wyraźnie powątpiewając.
- Ponieważ obawiał się, że to jego syn ją zabił, więc chciał mnie obarczyć winą za jej śmierć - odparł Michael.
- Myślisz, że jego syn ją zabił?
Michael skinął głową.
- Tak.
Zastanawiał się nad tym dość długo. To było jedyne rozwiązanie, które miało jakiś sens. Henry był synem Elswicka i jego dziedzicem. Dlaczego inaczej wpływowy markiz Elswick miałby prowadzić tak zaangażowaną kampanię przeciwko Michaelowi, żeby to właśnie jego oskarżono o morderstwo? Wykorzystał wszystkie swoje wpływy, łącznie z wydrukowaniem ulotek i rozprowadzeniem ich wśród mas, żeby wszystkim oznajmić winę Michaela. Jedyna rzecz, jaka ocaliła głowę Michaela, to uczciwość sędziego, który zażądał jednoznacznych dowodów. Nawet jego własna rodzina nie wspierała go w tych ciężkich chwilach.
- Mężczyźni mordują z zazdrości - powiedział Alex, wzruszając ramionami. Znał całą historię, bo Michael opowiadał mu ją wiele razy.
- Pragnienie cudzej własności to zwykle jedyny powód, dla którego mężczyźni są gotowi zabić - potwierdził Michael. - Henry chciał posiąść Alettę i zabił ją, kiedy zastał mnie w jej mieszkaniu.
Alex pokręcił głową.
- Mylisz się. Mężczyźni zabijają także z zemsty. Pamiętaj o tym, Michael, i zaklinam cię, nie zrób czegoś głupiego.
Michael spojrzał kątem oka na przyjaciela.
- Czy to dlatego nalegałeś, żeby tu ze mną przyjechać? - zapytał wyzywająco.
- To jeden z powodów - przytaknął Alex niespeszony.
- A pozostałe powody?
- Może pomyślałem sobie, że najwyższy już czas zobaczyć drugą stronę świata?
- A może pomyślałeś o odnalezieniu swojego ojca? - zapytał ostrożnie Michael.
Ojciec Alexa był brytyjskim generałem, który zdradził swój kraj na rzecz Francji. Alex cenił sobie honor ponad wszystko, więc zdradziecki występek ojca i jego późniejsza dezercja skłoniły go do powrotu do plemienia matki - Indian Shawne. Kiedy tam wrócił, poznał Michaela, który był ich więźniem.
Od tamtego dnia, prawie dziewięć lat temu, stali się bliskimi przyjaciółmi oraz partnerami w interesach. Każdy z nich miał swój własny cel w osiągnięciu bogactwa: Alex chciał udowodnić sobie, że jest bardziej honorowy od ojca, a Michael pragnął zdobyć środki, które pozwoliłyby mu odzyskać dobre imię.
Alex przez chwilę przyglądał się twarzy przyjaciela.
- Jeśli moje drogi przetną się z jego drogami, to będziemy musieli porozmawiać - przyznał.
- Jeśli Elswick stanie na mojej drodze, to nie skończy się na rozmowie - przyrzekł Michael.
Odwrócił się z powrotem w stronę zbliżającego się lądu. Elswick wkrótce się dowie, że Michael nie jest już tym samym wystraszonym żółtodziobem, który kiedyś uciekł z kraju. Teraz wraca jako równy przeciwnik i nie zawaha się zmierzyć z najbardziej wpływowym człowiekiem w Anglii.
Rozdział 1
Marzec 1804 roku
Łóżko panny Lillian Wardley było puste. Isabel Halloran, jej guwernantka, zareagowała na ten widok mieszaniną frustracji i paniki. Lillian miała reputację dość rozwiązłej dziewczyny. Poskromienie jej burzliwego temperamentu należało do obowiązków Isabel, od kiedy została zatrudniona w tym domu trzy miesiące wcześniej.
Isabel nie potrzebowała teraz sprzeczki z Lillian. Miała swoje własne demony, z którymi musiała się uporać, a właściwie jednego - lorda Riggsa. Kiedyś wydawało jej się, że kocha Richarda, do czasu, gdy ten nie spróbował posiąść jej siłą. Był teraz gościem pod tym samym dachem, a ona starała się jak mogła, żeby go unikać. Nie chciała, żeby dowiedział się o tym, że i ona tu jest. Ból jego zdrady był dla niej nadal zbyt świeży. Isabel nie miała ochoty wyruszać na wędrówkę po korytarzach w poszukiwaniu nieposłusznej podopiecznej.
Powinna się była domyślić, że Lillian coś szykuje. Siedemnastolatka była dziś zbyt spokojna i układna, a do tego za wcześnie, jak na siebie, udała się na spoczynek. Bezdyskusyjne posłuszeństwo zupełnie nie leżało w jej charakterze i na tyle zaniepokoiło Isabel, że zdecydowała się wstać z łóżka, zarzucić na koszulę nocną brązową dzienną suknię i pójść zajrzeć do Lillian. Było już pół godziny po północy i Isabel przeczuwała, gdzie może znaleźć Lillian.
Osłaniając dłonią płomień świecy, ruszyła korytarzem w stronę pokoju niani i zapukała do jej drzwi. Musiała zapukać jeszcze kilka razy, żeby wyrwać starszą kobietę ze snu.
Drzwi wreszcie się otworzyły.
- Panno Halloran, czy coś się stało z dziećmi? - zapytała zachrypniętym głosem niania, mrużąc oczy przed światłem świecy. Opiekowała się trójką młodszych dzieci pana Wardleya i jego drugiej żony, dorodnej dziewczyny z tawerny, która miała ambicje, by dorównać swojemu mężowi.
- Lillian zniknęła.
- Zniknęła? - powtórzyła niania nieprzytomnie.
- Nie ma jej w łóżku. Potrzebuję pani pomocy w odnalezieniu jej.
Niania natychmiast się ocknęła.
- O mój Boże! - Otworzyła szerzej drzwi i sięgnęła po szlafrok wiszący obok na gwoździu. - Ostatnio, jak to zrobiła, znaleźliśmy ją z parobkiem stajennym. To było, jeszcze zanim się tu pojawiłaś, moja droga. Ale wiem, że o tym słyszałaś.
- A już myślałam, że poczyniłam z nią jakieś postępy…
- Ja też tak myślałam. - Niania wsunęła ręce w rękawy szlafroka, ale zapomniała ściągnąć z głowy czepka nocnego. - Pan wtedy wysłał tego chłopaka do Australii. - Isabel słyszała już tę historię, ale niania nigdy nie odmawiała sobie sposobności opowiedzenia jej po raz kolejny. - Błagał o litość, ale pan nie chciał go w ogóle słuchać. Ci, co mają pieniądze, ustanawiają zasady. Tak zawsze mawiała moja matka. Módlmy się, żeby panna Lillian nie wpędziła w tarapaty następnego parobka.
- Nie. Wydaje mi się, że ona mierzy wyżej. - Isabel ruszyła w stronę schodów w końcu korytarza. Poluzował jej się warkocz, który zaplotła na noc, ale nie miała teraz czasu na jego poprawianie.
Niania poruszała się z zaskakującą prędkością i po chwili złapała Isabel pod rękę.
- Jeden z gości? Czemu przyjaciele pana to sami rozpustnicy i łajdaki, nawet, jeśli mają tytuły przed nazwiskiem? Te typki gotowe są uwieść młodą dziewczynę, a potem ją porzucić i wtedy pan nie mógłby nic z tym zrobić.
- Wiem - odparła Isabel. Nie mogła ręczyć za wszystkich gości pana Wardleya, ale Richard z pewnością odpowiadał temu opisowi.
- Możemy stracić nasze posady.
- Tak. - Isabel ulżyło, że niania pojmowała powagę sytuacji.
- Lepiej się pospieszmy - powiedziała starsza kobieta. Chwyciła ogarek stojący na stole i zapaliła go od świecy, którą trzymała Isabel. Obie kobiety pomknęły do schodów. - Najlepiej by było, gdyby pan wydał pannę Lillian jak najszybciej za mąż. Owszem, jest młoda, ale jeszcze trochę, a napyta sobie biedy tym swoim temperamentem.
Ich pracodawcą był Thomas Wardley, kupiec, który zbił fortunę na dostarczaniu wełny dla armii i któremu spodobała się myśl wkupienia się w ten sposób w wyższe sfery. Był zachwycony tym i podkreślał na każdym kroku, że jest częścią "nowego ładu społecznego", w którym to człowiek nie potrzebuje tytułów, żeby zostać zaakceptowanym. Lecz jego służba wiedziała, że ponad wszystko pragnął jednego: żeby nawet za jego plecami mówili o nim "sir Thomas".
A Isabel wiedziała, że się mylił co do nowego ładu społecznego. Przepaść pomiędzy arystokracją a wszystkimi pozostałymi ludźmi była szersza i głębsza niż ocean. Richard ją tego nauczył, podobnie jak tego, że tytuł szlachecki nie robi z mężczyzny dżentelmena. Pięciu utytułowanych dżentelmenów, goszczących tu w tym tygodniu, przybyło na polowanie, chociaż dotychczas żaden z nich nie wybrał się do lasu. Zamiast tego cały parter pachniał porto i brandy, a niania i Isabel starały się jak mogły, żeby uchronić dzieci przed złym wpływem, jaki mogła mieć na nie ta sytuacja.
Dwie kobiety zeszły na piętro, na którym znajdowały się sypialnie gości. Świece zatknięte w kinkietach rozświetlały cały korytarz. Pan Wardley mógł być skąpy dla swojej służby, ale dla gości nie szczędził zbytków.
Isabel zatrzymała się. Lokaj, który zwykle siedział na krześle u szczytu schodów prowadzących na parter, zniknął gdzieś ze swojego posterunku. To wzbudziło w niej podejrzenia.
Ciszę na korytarzu przerwał gwałtowny wybuch śmiechu, który dobiegał z jadalni, gdzie panowie najczęściej grali w karty.
- Zabawiają się dziś wyjątkowo hałaśliwie - mruknęła niania.
- Nie rozumiem, dlaczego pani Wardley to toleruje - stwierdziła Isabel.
- Pani domu zwykle uczestniczy w tych posiadówkach.
Isabel zmarszczyła brwi, ale przestraszyła się, że może już za dużo powiedziała. Guwernantka poruszała się po grząskim gruncie. Z jednej strony była służącą, ale jednocześnie miała nieco wyższy status od reszty służby. W tej sytuacji nie pomagało to, że Isabel nie należała do uległych. Duma była jej największym grzechem i nie znosiła, kiedy jej pracodawcy zachowywali się tak, jakby Isabel była niewidzialna.
- Nie sądzisz chyba, moja droga, że panna Lillian jest z nimi tam, na dole? - zapytała niania zatroskanym głosem.
- Nie. - Isabel przyglądała się drzwiom wzdłuż korytarza. - Który pokój należy do pana Seversona?
Wspomnienie tego nazwiska sprawiło, że niania z przerażeniem głośno wciągnęła powietrze.
- Nie mówisz chyba poważnie?!
- Od czasu jak przyjechał tu dziś rano, Lillian nie potrafiła mówić o nikim innym.
- Wszystkie pokojówki też tylko o nim rozprawiają. Zeszłam na dół do kuchni, po tym jak położyłam dzieci do łóżek, i nawet kucharka rzewnie wzdychała, opowiadając o jego wyglądzie. Widziałaś go?
- Nie. I panna Lillian też nie powinna była go widzieć. Matka zabrała ją na dół, żeby przedstawić gościom. Nie wiem, co takiego sobie myślała pani Wardley, przedstawiając córkę któremukolwiek z tych mężczyzn? - A już w szczególności Richardowi, pomyślała Isabel.
- Chodzą plotki, że jest bardzo bogaty.
- Kto? - zapytała Isabel, której myśli ciągle zaprzątał Richard. Mimo swojego tytułu, Richard był zagorzałym hazardzistą, który nie miał ani grosza przy duszy.
- Pan Severson - odparła niania.
To nawet gorzej, pomyślała.
- Nie obchodzi mnie, ile ten człowiek ma pieniędzy. Był oskarżony o morderstwo - oznajmiła stanowczo Isabel.
Niania otworzyła usta ze zdziwienia. Po raz pierwszy od czasu, kiedy Isabel ją poznała, starszej kobiecie odjęło mowę.
- To wydarzyło się wiele lat temu - wyjaśniła Isabel. - Zabił kobietę w przypływie zazdrości. Sędzia uznał, że nie było wystarczających dowodów, żeby go skazać.
- Skąd to wiesz?
- Po prostu wiem - powiedziała Isabel, wzruszając ramionami i zdała sobie sprawę z tego, że była tak bardzo zakłopotana obecnością Richarda w rezydencji Wardleyów, że prawie wcale nie poświęciła uwagi mężczyźnie, którym się kiedyś bardzo interesowała.
Isabel wiedziała o procesie, który wytoczono Seversonowi, ponieważ miała swój własny sekret - była nieślubną córką markiza Elswicka, którą to informację skrzętnie skrywała. Była owocem romansu markiza z jej matką, szaleńczo w nim zakochaną. Uczucie to niestety nie było odwzajemnione. Isabel wątpiła w to, żeby markiz w ogóle zdawał sobie sprawę z istnienia córki.
Za to Isabel wyrastała w pełnej świadomości swojego pochodzenia. Od chwili, kiedy nauczyła się czytać, zbierała wszystkie gazety londyńskie, szukając w nich wzmianek na temat Elswicka.
Szczęście uśmiechnęło się do niej, kiedy stało się głośno o procesie Seversona, oskarżonego o morderstwo pewnej aktorki. W trakcie rozprawy Severson oskarżył jej przyrodniego brata, Henry'ego, lorda Taintera, o popełnienie tej zbrodni. Wywołało to wielką sensację. Zamordowana aktorka była popularna w Londynie, że nawet w tak małych parafiach jak ta, z której pochodziła Isabel, ludzie pragnęli znać wszystkie szczegóły afery. To zainspirowało Isabel, żeby napisać do markiza list, w którym wyraziła przekonanie, że nikt z ich rodziny nie mógłby popełnić tak okrutnego czynu.
Nigdy nie dostała odpowiedzi.
A teraz zabójca Severson gościł w tym samym domu, w którym i ona mieszkała, a Isabel była bardziej przejęta unikaniem Richarda.
Życie czasem dziwnie się plecie.
- To jest najlepsza sypialnia, tak? - Isabel skinęła na drzwi w końcu korytarza.
- Największa - przyznała niania.
Usłyszały kolejny wybuch męskiego śmiechu, a potem odgłos tłuczonego szkła. Isabel wzięła głęboki wdech.
- Zaczniemy stąd. Proszę stać na straży, kiedy ja będę rozmawiać z jego służącym.
- On nie ma służącego - powiedziała niania i dodała: - Tak mówiły pokojówki. Jako jedyny nie przywiózł ze sobą żadnego służącego.
Isabel skinęła głową zadowolona. Czasami plotki były przydatne. Podeszła do drzwi, położyła dłoń na klamce i wzięła kolejny wdech, żeby dodać sobie odwagi. Kto wie, co zobaczy po drugiej stronie tych drzwi? Natychmiast przypomniał jej się Richard i jego próby schwytania jej i wzięcia siłą…
Odsunęła od siebie wstyd i otworzyła drzwi.
W sypialni panowała ciemność. Nie było nawet żaru w kominku. Isabel uniosła do góry świecę, a jej blask oświetlił ogromne łoże z baldachimem, przykryte błękitnym jedwabiem, które było dominującym elementem w całym pomieszczeniu. Na środku łóżka leżała Lillian, patrząc na Isabel wyzywająco. Isabel poczuła wielką ulgę, kiedy stwierdziła, że pana Seversona nie ma nigdzie w zasięgu wzroku.
- Idź sobie stąd - rozkazała Lillian. - Nie pójdę z tobą na górę.
- Ależ pójdziesz - powiedziała Isabel, odstawiając świecę na stolik nocny. - Możemy to jeszcze załatwić kulturalnie. Wyjdziesz z tego łóżka i pójdziesz dobrowolnie z nami na górę albo zostaniesz tam zaniesiona siłą. Wybór należy do ciebie.
- Nigdzie się nie ruszę - oznajmiła Lillian.
- Bardzo dobrze - powiedziała Isabel. - Nianiu, będę potrzebowała pani pomocy.
Starsza kobieta opuściła swój posterunek przy schodach, żeby przyjść z pomocą Isabel. Zanim Lillian się zorientowała, czego może się spodziewać, Isabel zerwała z niej kołdrę i musiała się mocno postarać, żeby nie okazać, jakiego szoku doznała, widząc nagie ciało dziewczyny.
- Wielkie nieba - powiedziała niania bez tchu. - To dziecko nie ma za grosz wstydu.
- Nie jestem już dzieckiem - oznajmiła Lillian i zakryłaby się z powrotem kołdrą, gdyby Isabel nie była od niej szybsza. Złapała dziewczynę za ucho, wykręciła je, a dłonią zasłoniła jej usta, zanim ta zdążyła krzyknąć. Niania zdjęła z siebie szlafrok i zarzuciła go na nagie ciało Lillian. Obie kobiety wywlokły wijącą się i kopiącą dziewczynę na korytarz i zaciągnęły ją na górę po schodach. To była istna walka, ale Isabel była wystarczająco wściekła, żeby wygrać to starcie. Odetchnęła z ulgą dopiero wtedy, kiedy zamknęły Lillian na klucz w jej pokoju.
Isabel oparła się plecami o drzwi, dysząc z wyczerpania. Lillian oznajmiała całemu światu, co o tym wszystkim sądzi, waląc pięściami w drewniane drzwi i wrzeszcząc, ile tylko miała sił w płucach.
- Jesteś silniejsza, niż na to wyglądasz - przyznała niania, łapiąc z trudem powietrze. - Nie wiem, czy w ogóle byłam ci potrzebna.
- Sama nie dałabym rady - zapewniła ją Isabel.
- Zaraz pobudzi wszystkie dzieci, jeśli będzie tak krzyczeć powiedziała z obawą niania, i jakby na zawołanie, jedno z młodszych dzieci zaczęło ją nawoływać. - Muszę zostawić cię samą - szepnęła i pospiesznie ruszyła korytarzem, by zajrzeć do swoich podopiecznych, którzy spali w pokoju obok jej sypialni.
- Myślisz, że jesteś taka sprytna? - wykrzyknęła Lillian, a grube drewniane drzwi nieco stłumiły jej głos. - Mój ojciec wścieknie się na ciebie!
- Twój ojciec jeszcze mi podziękuje za to, że uratowałam i woja reputację - poprawiła ją Isabel i miała ochotę dodać: "jeśli jest jeszcze co ratować". Ale nie powiedziała tego. Wiedziała, jak ważne dla młodej dziewczyny jest to, żeby mieć kogoś, kto dobrze n niej myśli. Bardzo starała się zapewnić to uczucie Lillian.
Lillian tymczasem kopnęła w drzwi i zawyła z bólu, jaki najwyraźniej poczuła w nodze.
- Połóż się do łóżka - poinstruowała ją Isabel. - I zostań w nim. Porozmawiamy o tym jutro rano.
- Nie będziemy o niczym rozmawiać! - Lillian wydała z siebie taki dźwięk, jakby splunęła na drzwi. - Ojciec chciałby, żebym była w łóżku Seversona. On chce, żebym zdobyła bogatego męża.
- Męża? - Isabel odwróciła się i spojrzała na drzwi. - Jak? Chwytając go w pułapkę?
- Wszyscy wiedzą, że nie jesteś najlepszą guwernantką. Wiedzą o tobie i o lordzie Riggsie. Ciebie będą oskarżać o to, że wpadłam w tarapaty - zadrwiła Lillian.
Dzieciak w końcu posunął się za daleko.
- Ze wszystkich wstrętnych, kłamliwych, fałszywych…
Przerwała. Dlaczego była zaskoczona? Wardley nigdy nie robił na niej wrażenia uczciwego człowieka. A niania miała rację, mówiąc, że chciał wydać córkę za mąż.
Morderca, czy nie, nawet Severson nie zasługiwał na żonę pokroju Lillian. I żaden mężczyzna nie narazi jej na szwank, dopóki Isabel za nią odpowiada.
- Pozwól, że ci coś powiem, Lillian, i lepiej, żebyś tego uważnie wysłuchała. Cokolwiek słyszałaś na temat lorda Riggsa i mnie, to nieprawda. On próbował mnie skompromitować, ale odparłam jego próby. Rozumiesz? To, że jestem kobietą, wcale nie znaczy, że nie wiem, co to jest honor i uczciwość, dwie wartości, które tak usilnie staram ci się wpoić. Ty i twój ojciec możecie zarzucić wasz idiotyczny plan. Pewnego dnia jeszcze mi za to podziękujesz.
Głos Lillian zabrzmiał tak, jakby przysunęła głowę bardzo blisko do szczeliny między drzwiami a futryną.
- Głupia, głupia guwernantka - powiedziała cicho. - Zostawiłam bransoletkę w jego łóżku. Już jestem skompromitowana. Musi mnie poślubić. Ojciec mówi, że Severson chce być zaakceptowany przez wyższe sfery i nie będzie miał innego wyjścia, jak ożenić się ze mną. Ja będę żoną bogatego człowieka, a ciebie zwolnią.
Gniew wezbrał w Isabel, aż zadrżała. Wierzyła w to, że w życiu obowiązywały pewne zasady, jakiś porządek. I ludzie nie powinni być wykorzystywani jak pionki w grze w szachy, bo mają swoją wartość. Jej matka znała swoją wartość i podobnie ona, Isabel. Markiz powinien był się bardziej dla nich postarać.
- Idę po bransoletkę.
- Nie! - Lillian rzuciła się całym ciałem na zamknięte drzwi, pragnąc je sforsować, ale bezskutecznie. Isabel i tak była już w drodze na dół.
Zostawiła świecę w pokoju Seversona. Nie zaprzątała sobie jednak głowy szukaniem innej, bo i tak znała drogę.
Korytarz dla gości był nadal pusty, a śmiech z parteru odbijał się echem po w całym budynku. Już widziała oczami wyobraźni, jak otwierają kolejne butelki porto. Ale to wcale nie oznaczało, że ma dużo czasu. Ktoś w każdej chwili mógł wejść na piętro.
Drzwi do pokoju Seversona były otwarte. Ani ona, ani niania nie miały czasu, żeby je zamknąć za sobą, kiedy wyprowadzały wściekłą Lillian. Świeca, którą postawiła na stoliku Isabel, nadal się paliła.
Wchodząc do pokoju, Isabel zamknęła po cichu drzwi za swoimi plecami i zaczęła gorączkowo przeszukiwać pościel.
Nic.
Zajrzała pod poduszkę z pierza, a potem dokładnie obmacała przestrzeń pomiędzy materacem a zagłówkiem łoża, szukając palcami delikatnego złotego łańcuszka. Znała tę bransoletę. Wardley podarował ją córce na urodziny miesiąc temu. Był do niej doczepiony maleńki amulet z wygrawerowanymi inicjałami Lillian.
Kiedy podniosła do góry kołdrę, kątem oka zobaczyła swoje odbicie w lustrze wiszącym nad toaletką w drugim końcu pokoju i tak się wystraszyła, że aż znieruchomiała na moment. Czuła się, jakby patrzyła na kogoś nieznajomego.
Jej ciężkie, czarne włosy uwolniły się z warkocza i ten nieład na głowie nadawał jej wygląd bezbronnej istoty. Brązowa suknia przedarła się przy rękawach, prawdopodobnie podczas szamotaniny z Lillian. Wyglądała jak kobieta, której życie nie toczyło się tak, jakby sobie tego życzyła.
I taka też była prawda. Zaczęła ją ogarniać żałość. Była taka zmęczona. Cały ten dzień był długi i męczący, nawet gdyby nie brać pod uwagę wybryku Lillian. Tak bardzo starała się, żeby zawsze zachowywać się właściwie i przyzwoicie, i gdzie ją to zaprowadziło? W środku nocy przeszukiwała pościel w sypialni jakiegoś mężczyzny, a do tego pracowała u takich nieokrzesanych i grubiańskich ludzi jak Wardleyowie.
...
sisi_b86