Rozdział Dwudziesty trzeci
PostępDzięki ci Merlinie za żenująco krótką pamięć mas. W ciągu dwóch tygodni incydent Potter/Malfoy, jak zdążono go nazwać, wypłynął na szerokie wody, gdzie został przeinaczony ponad wszelką możliwość, zdeptany, wypluty i pozostawiony do dopowiedzenia. W jednej plotce, jaka obiła mi się o uszy, przypuszczano, że Malfoy nakrył Harry’ego Pottera wyczyniającego niestworzone rzeczy z jego ojcem w posiadłości Malfoy’ów. Ostatnia była tak niedorzeczna, że nawet te puste, niedorośnięte ćwoki by tego nie kupiły.Jedyne, co zdradzało, że sytuacja jednak miała miejsce, było ciągłe napięcie między chłopcami – lecz w zasadzie to nic niezwykłego. Muszę jednak przyznać, że jestem trochę zaniepokojony brakiem odwetu ze strony Malfoy’a. Za dobrze go znam, żeby uwierzyć, że puści to płazem, zastanawiam się tylko, ile powiedział ojcu. I jeśli powiedział, to czy dzwoniąca w uszach cisza Slytherinu jest spowodowana jego rozkazem.Wiążą siły.Co do naszej małej ofiary, w końcu udało mu się wyjść z obleczonej wstydem ciszy i powrócić do roli Gryfońskiego ideała, bohatersko walczącego z pełnymi pogardy spojrzeniami i konspiracyjnymi szeptami towarzyszącymi mu każdego dnia. Nie wmawiam sobie, że nie zauważył lub go nie interesuje, że pogodził się ze swoją rolą na świecie, twierdząc w tym samym czasie, że nie ma ona nic wspólnego z tym, kim naprawdę jest. Nie mam zamiaru wyprowadzać go z błędu.Tym, co najbardziej mnie dręczy nie jest ani pokazówka Gryffindor – Slytherin, ani wiadomość, jaką ze sobą przyniosła; mając wystarczająco dużo czasu, żeby się do tego zdystansować mogę stwierdzić, że większym szokiem był sposób w jaki to zrobił. Nie, co naprawdę mnie męczy, to jego półsłówka wypowiedziane w sali do eliksirów, gdy tłumaczył, dlaczego nie był na kolacji.Hermina i Ron zadawali pytania.Byłem wtedy tak wściekły i zaniepokojony, że zdanie zupełnie nie przyciągnęło mojej uwagi. Dopiero dużo później, kiedy tysięczny raz odgrywałem te sceny w mojej głowie, wyłowiłem je spośród reszty. I zostało.Naturalne, że jego przyjaciele zadawali pytania. Kto by nie zadawał po takim przedstawieniu? Nie spytałem, czy ulżył ich ciekawości. Nie chcę znać odpowiedzi, bez względu na to, jaka by była. Jeśli się złamał i im powiedział to zdradził mnie, Dumbledore’a i siebie. Jednakże, jeśli nie, to niesie te brzemię samemu.Podejrzewam, że do niczego się nie przyznał. Mogę sobie tylko wyobrazić jak szybko sekret by się rozniósł, gdyby podzielił się nim ze swoimi ciekawskimi przyjaciółmi. Ale zadziwiająco, wcale nie jestem pewien, czy zdenerwowałbym się na niego, nawet gdyby podzielił się z kimś tym sekretem. To zdecydowanie za dużo dla chłopca w jego wieku. Za dużo dla każdego.Zamyślony dochodzę do gabinetu dyrektora. Po południu wybieram się do Hogsmead, żeby kupić coś, co mam nadzieję pomoże mu choć trochę. Dumbledore nie będzie zachwycony, że chcę iść sam, a ja jakoś nie jestem zbyt podekscytowany koniecznością pytania go o zgodę.Nie pytam go o zgodę. Stawiam go przed faktem dokonanym.- Severusie – wita mnie z uśmiechem, odkładając stertę zwojów. – Co cię sprowadza?Zatrzymuję się w połowie gabinetu, sztywny, mając nadzieję, że wyrażę tym swoją determinację, że okaże się ona skuteczna. Jeśli zajmę fotel, który mi wskazał, będę bardziej podatny na jego wpływ. Chwilami się zastanawiam, czy czasem nie zaczarował tych pieprzonych artefaktów, żeby osłabiały wolę użytkownika.Biorę głęboki oddech i mówię równym głosem – Idę do Hogsmeade. Pomyślałem, że dam ci znać.Jego wyraz twarzy zmienia się na chwilę. Krzyżuję ramiona, szykując się na wojnę.Idę. Nie powstrzymasz mnie.- Sam? – Marszczy brwi z troską.Kiwam głową szybko. – Mam kilka rzeczy do odebrania. Spodziewaj się mnie po siódmej. – Zaciskam pięści po bokach, zmuszając się, by spotkać jego dociekliwe spojrzenie.Idę.- Severusie, ja –- Albusie, nie jestem dzieckiem. Mogę o siebie zadbać przez tych kilka godzin, których potrzebuję, żeby pozałatwiać sprawy. Idę. – Ucinam stanowczo, wyzbywając się resztek opanowania. Nie powstrzymasz mnie.Kiwa głową, a jego oczy migocą wyrozumiale. – Nie powiedziałem, że nie możesz iść Severusie. Proszę cię tylko, żebyś wziął kogoś ze sobą.Proszę, dobre sobie. Zaciskam zęby i wysykuję – Jestem pewny, że nie potrzebuję przyzwoitki.- Pomyśl o nim jak o towarzyszu. – Odpowiada, wstając z krzesła i podchodząc do kominka. Zaczyna mi się przewracać w żołądku, kiedy rozpoznaję intencje zamaskowane za jego łagodnym wyrazem twarzy.- Albus –Ucisza mnie machnięciem ręki i wsypuje w ogień proszek.- Kogo? - Remusie czy mógłbyś –- Nie.- Przyjść do mojego gabinetu, proszę?- Wychodzę. – Wycedzam przez zęby i kierując się ku drzwiom.- Siadaj. – Nakazuje.Stoję zawzięcie i krzyżuję ramiona na piersiach. Patrzę na dyrektora wściekle i uświadamiam sobie dopiero, gdy spostrzegam Lupina wychodzącego z kominka, że mój umysł przez cały czas recytował zaklęcie, które powiększyłoby głowę starca dwukrotnie.Kieruję spojrzenie na mężczyznę otrzepującego szaty z sadzy. Spostrzega mnie i posyła mi sztuczny, pośpiesznie przyklejony uśmiech.- Witam, Severusie.Powstrzymuję nagłą ochotę, żeby na niego warknąć. Lepiej nie, może pomyśli, że się do niego zalecam.- Lupin – wycedzam przez zęby z niewielką tylko ilością odrazy.- Remusie, wspominałeś, że musisz się wybrać do miasteczka. Pomyślałem, że może chciałbyś dołączyć do Severusa dzisiaj po południu.- Obejdzie się, Albusie. – Wytrwały rzucam mu rozjuszone spojrzenie, które mam nadzieję uzmysłowi mu, że nie mam zamiaru nie zauważać jego mało subtelnych sposobów.- Severus, siedź cicho. – Wzdycha zniecierpliwiony. Zaciskam usta, wysyłając mu jeszcze bardziej rozwścieczone spojrzenie. Ciągnie dalej. – To będzie dla was idealna możliwość, żeby wyjaśnić pewne niedomówienia. Naprawdę nie mam ochoty szukać kolejnego nauczyciela czarnej magii w przyszłym roku. Proszę was. – Patrzy najpierw na mnie, później na Lupina. Czuję się, jak zestrofowany uczniak.Ukradkiem spoglądam na Lupina; nasze oczy spotykają się. Słaby uśmiech pojawia się na jego ustach. Uśmiech, który nie sięga oczu.- Świetnie – mówi po chwili. – Jestem teraz wolny. A ty?~0~0~Pieprzyć starego pryka i jego chęć, aby wszyscy żyli w zgodzie.Po przygotowaniu listy rzeczy, które mogę kupić podczas eskapady, spotykam się z wilkołakiem przy wyjściu. Jeśli to jest cena, którą muszę płacić za każdym razem, kiedy chcę opuścić błonia, nie będę nigdzie chodził, tylko rozkoszował w samotności niechęcią do innych ludzi.Idziemy w ciszy. Po chwili Lupin zostaje w tyle, nawet nie próbując mnie dogonić. Na wysokości bramy odwracam się, by zobaczyć, że wlecze się apatycznie. Zaciskam zęby, zastanawiając się, czy powinienem na niego poczekać. Jakaś żałosna część mnie martwi się, czy jak pójdę do Hogsmeade bez niego, to naskarży na mnie Dumbledore’owi.Świetnie… znowu jestem nastolatkiem.Odwracam się kolejny raz, po czym odchodzę, widząc jak zbliża się w ślimaczym tempie. Przychodzi mi na myśl, że on to robi specjalnie, żeby mnie wkurzyć.- Miło z twojej strony, że zaczekałeś. – Mówi na powitanie. Zdecydowanie gra mi na nerwach. Obracam się na pięcie, by zobaczyć, że uśmiecha się szeroko jak dureń, którym zawsze był. Jego nietuzinkowe oczy błyszczą rozbawieniem.- Goń się, Lupi. – Warczę, idąc przed siebie.- Dumbledore ma rację, Severusie. Lubię cię tak samo jak ty mnie. Ale faktem jest, że razem pracujemy. Możemy chociaż popracować nad uprzejmością. Doceniam cię jako profesjonalistę i jestem zależny od ciebie, jeśli chodzi o eliksir. Poza tym, jestem wdzięczny za to, co robisz dla Harry’ego.Zastygam w miejscu i odwracam się tylko by spostrzec, że już się teleportował. Podążam do centrum, gdzie już na mnie czeka. – Rozumiem, że Dumbledore ci powiedział. – Mamrocę.- Nie, Syriusz.- Zajebiście. – Odchodzę, nie sprawdzając, czy idzie za mną. Nawet o to nie dbając. Mając nadzieję, że jednak nie.Idzie.Przyspiesza tempa, żeby się ze mną zrównać, po czym zapewnia. – Nie martw się, Severusie, umiem utrzymać sekret.Szybko spoglądam na niego i znajduję cień oskarżenia w jego oczach. – Jeżeli oczekujesz ode mnie przeprosin to poważnie się rozczarujesz. Mam na względzie bezpieczeństwo moich uczniów, nawet, jeśli Dumbledore ma tendencję do jego przeoczania. - Prawie słyszę jak moje słowa godzą w jego dumę. Uśmiecham się zadowolony z siebie, zwalniając tempo. Przyciśnięty, wyznałbym, że to w tym samym stopniu moje urażone ego, co fakt, że bestia dostała drugą szansę, żeby zabić.I oto proszę, wrócił, by spróbować kolejny raz. Do trzech razy sztuka.Przez nieskończenie długą chwilę maszeruje w ciszy przy moim boku. W końcu zatrzymuję się i odwracam. – Naprawdę nie potrzebuję ochroniarza, Lupin. Zajmij się swoimi sprawami, a ja zajmę się moimi, co?Spogląda na mnie, biorąc głęboki oddech i przecząco kręci głową. Złowrogo ściągam usta.- Lupin –- Daj sobie spokój, Severus. – Nakazuje twardo, nim uśmiecha się szyderczo. – Mam na względzie bezpieczeństwo moich kolegów.Mrużę oczy, zastanawiając się przez moment, jak wytłumaczyłbym Dumbledore’owi, że przypadkowo skrzywdziłem jego wilczka. Mam przeczucie, że starzec nie okazałby się dla mnie tak samo wyrozumiały jak dla Lupina. Może, gdybym był niebezpieczną bestią albo obłąkanym szaleńcem. Doszedłszy do wniosku, że nie ma żadnego sposobu na to, żeby wyżyć się na mężczyźnie i wykręcić się z tego, zaczynam iść zdeterminowany.Podąża za mną. – Co u Harry’ego?Zwalniam raptownie, a mój mózg stara się nadążyć za nagłą zmianą tematu. Spoglądam na niego z ukosa, by spostrzec, że patrzy prosto przed siebie. – Doskonale, jak na chłopaka, który spędził całą swoją młodość obawiając się o swoje życie.- Czemu przychodzi właśnie do ciebie? Oczywiście, poza faktem, że jesteś nad wyraz czarujący. – Pyta. Nie muszę na niego patrzeć, żeby wyczuć szyderczy uśmieszek. Zawsze taki był – wznosząc zabijanie z dobrocią na zupełnie nowe wyżyny.- To pewnie przez ten zabójczy seks. – Odpalam, przyprószając prawdę lukrem sarkazmu. Zaskakuje mnie szczerym śmiechem. – Skąd do jasnej cholery mam wiedzieć, Lupin? Sam go spytaj.- Dlaczego mu pozwalasz? – Zadaje pytanie nadal utrzymane w swobodnym, nieco ciekawskim tonie.Spoglądam na niego z ukosa. Nie mogę z całą pewnością stwierdzić, czy coś podejrzewa, czy jest zwyczajnie ciekawy, dlaczego zdecydowałem się porzucić swoją międzypokoleniową nienawiść i pomóc chłopakowi. – To było zadanie przydzielone mi przez dyrektora.- Dlaczego tobie?Słyszę jak ostatnia nić mojej już bardzo nadwątlonej cierpliwości pęka z trzaskiem. – To, Lupin, to już sprawa moja i dyrektora, a ty trzymaj swojego nocha z dala od moich interesów.Prycha rozbawiony. – Skoro ładnie prosisz. – Ripostuje, zapadając w dłuższą ciszę, po czym pyta. – Czy te plotki to prawda? Został zgwałcony? – Jego głos jest przyciszony i stracił swoją charakterystyczną gładkość. Wydaje mi się, że wyczuwam w nim nić złości, ale jest dobrze ukryta.- Nie mówi o tym, co się wydarzyło. – Odpowiadam zdawkowo. – Aczkolwiek, to nie byłoby niczym niezwykłym. – Dodaję cicho. Nie mogę się zdobyć, żeby powiedzieć mu, co wiem i nie jestem pewien, czy jest to z powodu lojalności do Pottera, czy próby zaprzeczenia rzeczywistości. Nie chcę o tym rozmawiać. Wolałbym też o tym nie myśleć. Najlepiej zamknąć wspomnienie o całej sytuacji na cztery spusty, z dala od natychmiastowej konieczności stawienia jej czoła.- Biedny dzieciak – Mówi bez zastanowienia Lupin. – A ja myślałem, że moje dzieciństwo było pokręcone. – Prycham, całkowicie się z nim zgadzając, po czym przeklinam się za bycie zbyt zgodnym. – Wydaje się, że radzi sobie z tym całkiem nieźle. – Kontynuuje Lupin. – Przynajmniej tyle o ile go widziałem. Stwarza wrażenie całkiem dzielnego. – Czuję, jak jego spojrzenie ląduje na mnie, wyczekując mojego potwierdzenia.Mocno zaciskam usta pozwalając mu się łudzić, że brak jakichkolwiek widocznych zmian, cokolwiek znaczy. Doprawdy, facet ukrywa w sobie bestię i tak łatwo daje się zwieść temu, co jest zwykłą fasadą? Mimo że Gryfindor nigdy nie był jednym z najbardziej spostrzegawczych domów, Lupin zawsze zaskakiwał mnie swoją przenikliwością.- A zresztą, mam nadzieję, że Syriusz będzie w stanie mu pomóc. Tak bardzo się lubią.Dochodzi do mnie, dzięki całkowitemu brakowi złośliwości w jego tonie, że wypowiedź była zwykłym wtrąceniem i, że wściekłość, jaką sobą zainspirowała jest zupełnie nietrafiona. Choć mimo wszystko bardzo realna. Wmawiam sobie, że to ta sama złość, która pojawia się, za każdym razem, kiedy tylko imię tego bydlaka jest wspomniane, ale ukryte ego warczy „mój” z zadziwiającą wytrwałością.- Severusie? – Posyła mi zagubione spojrzenie, a ja uzmysławiam sobie, że przystanąłem.Rozglądam się wokół i spostrzegam, że stoję naprzeciwko „Diabelskich Wódek”. Przypadek jest zbyt silny, żeby mu nie ulec. – Mam tu kilka spraw do załatwienia. – Mamrocę, kierując się w stronę sklepu z nadzieją, że znajdę tam swoje ukojenie.~0~0~Spoglądam na zegar po raz setny w ciągu pięciu minut. Chłopak się spóźnia.Gdy spóźniał się dziesięć minut, byłem lekko podirytowany jego opieszałością. Wyobrażałem sobie, że zabawił gdzieś dłużej ze swoimi przyjaciółmi i stracił rachubę czasu. Kiedy spóźniał się pół godziny, zacząłem się denerwować jego roztrzepaniem. Jego skłonność do popadania w kłopoty pozbawiła go luksusu spóźniania się. Można by się zacząć niepokoić, że leży gdzieś nieżywy.Po godzinie stwierdzam, że jeśli nie jest martwy, to sam go wykończę.Zaczynam się zastanawiać, czy powinienem powiadomić dyrektora. Z tym że, jeśli znajdę tego kretyna i okaże się, że wszystko z nim w porządku, Dumbledore na pewno nie pozwoli mi go zabić. Postanawiam udać się w ostatnie domniemane miejsce jego pobytu. Chatka Hagrida. Być może zasnął, czekając na nadejście ósmej wieczór. Albo został tam schwytany i będę miał więcej dowodów, do tego, czy podnieść alarm.Wrzucam proszek w płomienie i wchodzę w otchłań kominka natychmiast wlatując do chatki. Wychodząc z paleniska od razu go zauważam. Uśmiecha się do mnie przepraszająco.- O, jak dobrze – kwituję płytko. – Jeszcze żyjesz.Moje spojrzenie wędruje w bok i dostrzegam ojca chrzestnego chłopaka, wpatrującego się we mnie z urazą. Właśnie, kiedy mam się obrócić na pięcie i powrócić do swoich komnat, żeby przekląć cholernego bachora w spokoju, cholerny bachor zabiera głos.- Przepraszam, profesorze Snapie. Ja…- Nie musisz przepraszać, Harry – Mamroce Black.- Śmiem się nie zgodzić. Chłopak powinien był się znaleźć w moich komnatach godzinę temu.- Okay – mówi Potter, podnosząc ręce i starając się załagodzić sytuację. – W porządku Syriusz. Muszę już iść. Ja….Black wstaje. – Nie, Harry, wcale nie musisz. Nie widziałem cię od miesięcy. Nie uważam, żeby ominięcie jednej lekcji, w zamian za wizytę z ojcem chrzestnym, stanowiło jakiś problem. - Odwraca się ku mnie bezczelnie.Uśmiecham się szyderczo. – Ojciec chrzestny czy nie, Black, chłopak jest moim uczniem. I jak by nie patrzeć to ja decyduję, czy pan Potter potrzebuje jeszcze tych zajęć, czy nie. A jeśli chcesz odwiedzić swojego chrześniaka, rób to w swoim czasie. Jeśli w dalszym ciągu coś ci nie odpowiada, możesz omówić tę sprawę z dyrektorem.- Świetnie, właśnie tak zrobię – Cedzi przez zęby. – Harry, zabieraj rzeczy.- Nie, naprawdę Syriusz ---Moja powściągliwość pęka z trzaskiem. – Za dużo sobie pozwalasz, Black. Kiedy ten chłopak przebywa na terenie szkoły jest pod moją opieką i ja jestem za niego odpowiedzialny. A jeśli tak bardzo chcesz go zobaczyć możesz zrobić to, co reszta przeklętych rodziców i przyjść w weekend… - Nie daje mi dokończyć i zaczyna wrzeszczeć w odpowiedzi. Nie obchodzi mnie, o czym bełkocze, bo też się na niego wydzieram. Bardziej dojrzała część mnie, obserwuje sytuację zza rozszerzonych palców, ukrywając się w kącie świadomości i przeklinając mnie, że kolejny raz dałem się zdegradować do poziomu rozwścieczonego nastolatka, jak za każdym razem, kiedy znajduję się w towarzystwie tego bydlaka. To, że pozwalam mu na siebie tak wpłynąć, zacznie mnie irytować, gdy odtworzę tę scenę raz jeszcze. W tejże chwili, jestem bardziej skoncentrowany na powstrzymywaniu się przed zamienieniem go w oślizgłego ślimaka.- Przestańcie! – Krzyczy Potter. – Boże, obydwoje jesteście żałośni. Jak już zdecydujecie, który z was ma prawo mnie kontrolować, będziecie mnie mogli znaleźć ślęczącego nad książkami. Syriusz, do zobaczenia jutro, dobrze? – Podąża rozwścieczonym spojrzeniem między mną a Blackiem, po czym zwraca się ku kominkowi i znika.Patrzę jak odchodzi, wykorzystując ciszę, którą przywrócił jego wybuch i starając się opanować nad sobą, nim odwracam się do Blacka kolejny raz.- Jak zawsze miło było spędzić z tobą czas. – Uśmiecham się drwiąco i zamierzam wyjść.- W co ty grasz Snake?Wzdycham podirytowany, spoglądając na niego przez ramię.- Nie pozwolę ci wykorzystywać Harry’ego, żeby mnie denerwować. – Mówi przez zaciśnięte zęby. Moje pełne niedowierzania prychnięcie jest jak najbardziej szczere. – Jasna cholera, przyłapałeś mnie na gorącym uczynku. Tak, bo torturowanie ciebie jest warte tej męczarni i poświęcania całego wolnego czasu przez ostatni rok, żeby zapobiec rzuceniu się z wieży astronomicznej pewnego chłopaka. Dobranoc, ty egocentryczny dupku.- Nie przesadzaj Snape! Wiedziałeś, że dzisiaj wyjdę na wolność. Nie trzeba być przeklętym arytmetykiem, żeby wpaść na to, że Harry będzie chciał spędzić trochę czasu ze mną. Możesz przestać udawać stroskanego profesorka. Ta rola ci nie pasuje.Okręcam się na pięcie i posyłam mu zabójcze spojrzenie. – Po pierwsze, Black, nie śledzę twojej sprawy i dlatego nie miałem pojęcia, że zostałeś dzisiaj wypuszczony. Gdybym mógł postawić na swoim to zgniłbyś w Azkabanie. Po drugie, wcale nie udaję, że obchodzi mnie los chłopaka, raczej obawiam się o swój własny tyłek. Nie mam ochoty spędzać czasu omijając wytknięte na mnie palce. Tyle, ile czasu poświęciłem na chronienie niewdzięcznika, byłbym teraz niezmiernie podirytowany, gdybym został oskarżony o spiskowanie przeciwko jego osobie.Otwiera i zamyka usta w bezdźwięcznej tyradzie. Uśmiecham się tryumfująco i wychodzę.- On cię już nie potrzebuje, Snape.Jego słowa pełzną w dół mojego kręgosłupa, osiadając jak zepsute mleko na dnie mojego żołądka. Biorę głęboki oddech. – Dzięki ci Merlinie za małe przyjemności. – Jestem w stanie z siebie wyrzucić, zanim wchodzę do paleniska i przenoszę się do moich komnat.~0~0~- Przepraszam – duka, gdy tylko wydostaję się z kominka.Prostuję się, oczyszczając z sadzy. – Nie obchodzą mnie twoje przeprosiny Potter. – Mówię niskim głosem nie patrząc na niego.- Martwiłeś się? – Kieruję wzrok w jego stronę w porę by zauważyć cień lekkiego uśmiechu na jego ustach. Mam ochotę rzucić na niego klątwę.- Nawet nie waż się uśmiechać, jakby mój niepokój był oznaką przymilania się do ciebie, ty nieznośny durniu. – Warczę na niego, po czym mijam go udając się w stronę swojego biurka, bardziej po to, żeby być z dala od niego, niż z faktycznej potrzeby. Zdaję sobie sprawę, że nie mam nic do roboty przy swoim biurku, więc zaczynam przekładać papiery zirytowany.- Severusie?- Nie mówiłbym tak do mnie na twoim miejscu – Odpowiadam cicho, zużywając resztki silnej woli, by powstrzymać się przed krzyczeniem na niego.- Już tam był, kiedy się zjawiłem. Nie widziałem się z nim, odkąd wyprosiłem go ze szpitala. Musieliśmy wyjaśnić kilka rzeczy. – Wyjaśnia. Przez chwilę zastanawiam się, jakie to „rzeczy” musieli omówić. Jestem jednak zły jak osa i nie mogę zmusić się, żeby przywiązywać do tego większej wagi.- Mieliście kilka rzeczy do wyjaśnienia. – Powtarzam, patrząc na niego. – Godzina, Potter. Wiesz, ile razy możesz umrzeć w ciągu godziny?! – Wrzeszczę. Serce dudni mi w głowie i zdaję sobie sprawę, że drżę. Patrzy na mnie z niepokojem w oczach, ale jego usta są ściągnięte z oburzenia.- Powiedziałem, że mi przykro. Co jeszcze chcesz, żebym powiedział? – Bierze głęboki oddech i dodaje – To już się więcej nie powtórzy. Przyrzekam- I lepiej, żeby tak było, bo inaczej koniec z zajęciami dodatkowymi.- Co to do licha ma znaczyć? – Wykrzykuje zdenerwowany.- To znaczy, że nie zamierzam planować mojego życia wokół niewdzięcznego, bezmyślnego debila. Jeśli te zajęcia za bardzo ingerują w twoje życie prywatne, Potter, to bardzo proszę, pozwól mi lepiej wykorzystać mój czas, niż marnować go na siedzeniu tutaj i czekaniu, aż raczysz się zjawić.- Jesteś zły tylko, dlatego, że rozmawiałem z Syriuszem. Gdyby to był ktokolwiek inny…- Nie. Byłem zły, kiedy się spóźniłeś. Byłem wściekły, kiedy zobaczyłem, że byłeś spóźniony i całkowicie bezpieczny. Kiedy zobaczyłem jego, doszedłem do wniosku, że nie jesteś wart energii, którą trzeba spożyć, żeby rzucić na ciebie klątwę. – Mówię z nienawiścią.Jego usta otwierają się z niedowierzaniem. – Że …. Ty… - Mamrocze.- Dokładnie. Wynoś się.Mruga z niedowierzaniem oczami, po czym kręci głową. – Nie.- Potter, ja cię nie proszę, ja ci każę wynieść się z moich komnat.- Nie rób tego! Jezu, ty zawsze musisz to robić! – Wrzeszczy. Jego twarz robi się czerwona i widzę, jak usiłuje dobierać słowa. – Ty… - Wypuszcza powietrze ze złością. – Czy ja naprawdę znaczę dla ciebie tak mało, że chcesz mnie stąd wykopać?Nie, znaczysz tak wiele, ty mały durniu.Ta myśl bierze mnie z zaskoczenia i przez chwilę patrzę się na chłopaka w osłupieniu. Dzięki bogu, jestem w stanie przełknąć twardą grudę, która nagle utworzyła się w moim gardle, na czas by powiedzieć – Co dla mnie znaczysz, Potter, nie jest tu istotne. Mówię do ciebie jako profesor i jako tenże każe ci się wynosić z moich komnat. Koniec zajęć. Idź sobie. – Ciskam to, co trzymam w ręku na biurko. Niestety, ściskam tylko zwoje, które turlają się po powierzchni bez przekonania.Chłopak stoi cicho przez chwilę, nie zamierzając wyjść. Po co ja się właściwie wysilam?- Gdybyś mówił jako mój profesor, dałbyś m szlaban za to, że się spóźniłem. Nie wyrzuciłbyś mnie z klasy. – Dodaje bez emocji.Pieprzyć ciebie i tę twoją logikę!- Potter – mówię, z ostrzeżeniem w głosie.- To.. to jest głupie. Ciebie nie było na kolacji, ale jakoś nie panikuję z tego powodu. - Siada ciężko na krześle wyraźnie komunikując, że nie ma najmniejszego zamiaru uhonorować mojego życzenia i zostawić mnie w cholernym spokoju.- Nie żeby to był twój śmierdzący interes, ale nie byłem oczekiwany na kolacji. Zostawiłem wiadomość jedynej osobie, którą muszę informować. Jeśli ktokolwiek był ciekaw, gdzie byłem, jedyne, co trzeba było zrobić, to spytać dyrektora.- Dumbledore też wiedział, gdzie mnie znaleźć. – Odpowiada bezczelnie. – Był w chatce, kiedy się zjawiłem. – Słyszę jak uśmiech wpełza do jego głosu.- Wynoś się.- Severusie – wstaje z krzesła.- Potter - Naprawdę mi przykro. Następnym razem przyślę słówko, w porządku? – Obchodzi krzesło dookoła i zbliża się do mnie ostrożnie. – W porządku? – Pyta znowu. Staje koło mnie i kładzie rękę na moje ramię.Zaciskam zęby i wpatrując się w niego. Nie zamierzam mu popuścić tak łatwo. Jestem wściekły. Mam do tego święte prawo. Zrzucam jego rękę. – Jeżeli nalegasz, żeby zostać, będziesz się uczył. - Przechodzę obok niego, kierując się do swojej sypialni. Nie idzie za mną. Na szczęście dla mnie. Stałem się haniebnie podatny na jego nadzwyczajną wytrwałość.Kiedy już siedzę bezpieczny na sofie, z butelką szkockiej za drzwiami sypialni, próbuję uspokoić strumień uczuć pędzących wewnątrz mnie. Ogólnie rzecz ujmując, dzisiejszy dzień był tylko potwierdzeniem teorii, że cały Gryffindor i jego mieszkańcy istnieją tylko po to, żeby wysłać mnie przedwcześnie do grobu. Dumbledore: Gryffindor. Przeklęta para psich mieszańców: Gryffindor. Chłopak: Gryffindor. Międzygeneracyjny atak na moje zdrowe zmysły. Jeśliby spojrzeć na to z tej strony, odpowiedź na moje problemy jest zaiste bardzo prosta: eliminacja Gryfonów i powstrzymanie przed ich dalszym rozprzestrzenianiem.Proszę i oto jest, klucz do mojego szczęścia.Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Wystarczy spojrzeć na Weasley’ów by dowieść, że Gryfoni rozmnażają się częściej niż wszystkie domy razem wzięte. Musiałbym się trochę wysilić, żeby zakończyć tę linię. Może, gdyby udało mi się wpuścić eliksir sterylizujący do soku z dyni.Moje myśli zaczynają błądzić po innych meandrach. Zaprzestanie linii Weasley’ów nie pomogłoby mi z teraźniejszym problemem ze znienawidzonymi Gryfonami. A ci, których tak nienawidzę i tak się pewnie nie będą rozmnażać.No, może Black.Drżę na samą myśl o jego potomstwie. I zaraz zdaję sobie sprawę, że on w zasadzie już ma następną generację. Swojego chrześniaka. Mojego kochanka.Prycham gorzko. Już minął czas, kiedy odczuwałbym zadowolenie z zaszkodzenia jego potomstwu wysługując się kimś. Moja satysfakcja została zastąpiona uczuciem lęku.On cię już nie potrzebuje.Jakaś część mnie próbuje uzasadnić, że jestem jedyną osobą, z którą Potter czuje się dobrze. Że jego upór, by spędzić ten wieczór w moich komnatach, dowodzi, że Black się myli. On mnie potrzebuje. Daję mu…Co dokładnie?Oprócz oczywistej odpowiedzi. I nawet to skończyło się wraz z rozpoczęciem semestru; po jego gorącym przyznaniu się w chwili powodowanej furią, nawet nie próbował mnie pocałować. Jedyne intymne momenty między nami to te, kiedy siada u moich stóp, kładąc głowę na moich kolanach i czekając na pieszczoty. Próbuję sobie wmówić, że jestem wdzięczny. Przynajmniej chłopak szanuje moje życzenie.Uważaj, o co prosisz….Doprawdy.Może Black ma rację. Już się przejadłem. Ucieczka, jaką oferują moje komnaty może znaleźć wszędzie w tym przerośniętym zamku. Z pewnością mógłby znaleźć jakiś inny zakamarek, w którym schowałby się przed światem. Daję mu ciche miejsce do uczenia się, ale używając czaru koncentracji mógłby uczyć się pośrodku Wielkiej Sali.Nie oferuję wsparcia emocjonalnego. Nie daję mu ramienia, na którym mógłby się wypłakać – sam pomysł jest niedorzeczny. Nawet, gdybym chciał go wysłuchać, nie sądzę, żeby chciał ze mną rozmawiać. To nie jest moja rola. Nigdy nią nie była. W zasadzie, jest to sprzeczne z powodem, dla którego szukał mojego towarzystwa. Daję mu możliwość wyparcia się wszystkiego. Pozwalam mu wierzyć, że nie ma problemów.On już mnie nie potrzebuje. Nie potrafię sobie wyobrazić, dlaczego te zdanie tak bardzo mnie boli. Wcale nie chcę, żeby mnie potrzebował.Wmawiam sobie, że niespodziewany fakt kurateli nad Potterem niczego nie zmienia. Dumbledore umieścił chłopaka ze mną, żeby był bezpieczny. Oczywiście, wtedy Black nie był brany pod uwagę. A teraz, kiedy Black jest już wolny i wreszcie może do czegoś się przydać, jestem pewien, że będzie nalegał, aby uzyskać opiekę nad Potterem. A jeśli tak się stanie, Dumbledore nie będzie miał nic do powiedzenia.Syriusz będzie w stanie mu pomóc.Black mi go zabierze.Powtórka z historii. Niech zgnije w piekle.Przeklinam się w duszy po tysiąckroć, że w ogóle pozwoliłem sobie zbliżyć się do chłopaka. Powinienem był być mądrzejszy. To wszystko wina Pottera, że udało mu się wkraść do mojego życia. I Dumbldore’a, bo nalegał, żebym we wszystkim śmierdzielowi pobłażał – co też zrobiłem, z własnej woli. Byłem całkowicie zadowolony z mojej samotności. Nawet szczęśliwy. A teraz…Postanawiam przestać nad tym wszystkim rozmyślać, zanim zacznę się użalać, że życie jest nie fair albo jeszcze coś gorszego. Zamiast tego przekierowuję myśli na to, co jeszcze muszę sprezentować Potterowi. Wstaję i udaję się na koniec łóżka, skąd biorę oprawiony w skórę dziennik, który kupiłem chłopakowi, który ma zdecydowanie za wiele tajemnic. Specjalnie go nie zapakowałem, żeby nie było oczywistym, że to podarunek. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, chłopak przyjmie pamiętnik ukazując minimalną dozę wdzięczności. Podchodząc do drzwi sypialni, świadomie przyjmuję twardy wyraz twarzy, po czym otwieram drzwi zamaszystym ruchem. Siedzi za swoim biurkiem, dokładnie naprzeciwko mnie, koncentrując się nad zawartością książki. Wzdycham ciężko relaksując się i kładę dziennik obok książki do eliksirów.Obchodzę biurko naokoło i siadam naprzeciwko niego. Wciągając plik esejów pierwszoroczniaków, wiem, że i tak nie przyciągną mojej uwagi, która jest skupiona na Potterze. Za każdym razem, kiedy się nad tym zastanawiam, jestem zaskoczony, jak szybko dzieci dorośleją. Ich rysy zmieniają się z okrągłych i pucołowatych na wyraziste i kształtne. Rok po roku obserwuję, jak przyjmują wygląd, który będzie im towarzyszył im do dorosłości. Harry Potter, mimo iż wciąż zbyt niski i szczupły, przemienił się w przystojnego, młodego mężczyznę. Tak, jak wcześniej jego ojciec. To nie jest nic ostatecznego. Jego rysy są zwyczajne. Ale jest w nim coś niezwykłego, jak samo imię Harry Potter sugeruje. To wykracza poza jego przypadkową sławę. Jest trwalsze niż ta przeklęta blizna na jego czole.Z drugiej strony, może tak uważam tylko dlatego, że go przeleciałem.Moje spojrzenie koncentruje się na jego ustach, które formują bezdźwięczne słowa śledząc tekst książki. Różowe i idealnie wykrojone. Pełna, dolna warga dotykająca cienkiej, górnej wargi, by nadać formę literom. Co jakiś czas jego usta zatrzymują się, a wzrok cofa. Dolna warga zostaje zassana pomiędzy zęby, gdy zastanawia się nad tym czy innym zagadnieniem. Na chwilę ściąga brwi i marszczy nos, po czym relaksuje się i podąża dalej.Żal miesza się ze złym przeczuciem, które siedziało w mojej klatce piersiowej przez całe popołudnie. Żal za czym, nie potrafię sobie odpowiedzieć. I może, to wcale nie jest żal tylko tęsknota – te dwa uczucia są tak często trudne do odróżnienia. Minęły tylko dwa tygodnie. Dwa tygodnie odkąd całowałem te usta. Dwa tygodnie odkąd widziałem jego warz wykrzywioną w rozkoszy.Kto by pomyślał, że dwa tygodnie moją trwać tak kurewsko długo?Mój pierwszy krok w celibat nie był świadomą decyzją. Będąc uwięzionym w szkole, seks był ostatnią rzeczą, o której myślałem. Nawet nie za bardzo mi go brakowało. Z biegiem czasu, seks stał się jedną z tych rzeczy, które robiłem w poprzednim życiu.Jak zabijanie.Powrót do mojego prostego życia był, skromnie mówiąc, wymagający. Szczególnie, kiedy obiekt moich nocnych fantazji siedzi naprzeciw mnie, kusząc swoim uwodzicielskim blaskiem. Nie dziwi mnie, że nie próbował zainicjować kontaktu. Podejrzewam, że teraz, kiedy jego sekret wypłynął na powierzchnię, wstydzi się i wmówił sobie, że nie będę go chciał, bo został sponiewierany. Głupi chłopak. Gdybym był lepszym człowiekiem, znalazłbym sposób by go przekonać, że to, że został upodlony, nie znaczy, że jest mniej pożądany.Gdybym był lepszym człowiekiem, przestał bym postrzegać nastoletniego chłopca jako przedmiot pożądania.- Dalej się na mnie gniewasz?Jego głos bierze mnie z zaskoczenia i zdaję sobie sprawę, że mnie obserwował od Merlin wie jak dawna. Przenoszę pełen winy wzrok na kupkę esejów leżących naprzeciw mnie. – Tak. – Dukam, nie będąc w stanie przywołać złości w głosie. Będąc tylko wstanie zabrzmieć, jak gdyby zabrakło mi tchu. Zaciskam szczęki.- Jak mogę sprawić, żebyś poczuł się lepiej? – Pyta po cichu.Jest jedna rzecz….- Nie bądź śmieszny. – Odpowiadam natychmiast, sięgając po pióro, by udawać, że sprawdzam eseje.- Co to?Nie podnoszę wzroku, czując jak moje serce zaczyna dudnić w panice, której zawsze doświadczam, gdy ruszony szaleństwem postanawiam być wielkoduszny. – To dziennik. Pomyślałem, że może ci się przydać.- Ach. – W jego głosie słychać nutę zmieszania i moje oczy wędrują ku jego twarzy, mimo mojej woli. Otworzył pamiętnik i delikatnie dotyka palcami pustych stron.- Nie martw się. W środku nie ma Voldemorta. – Drażnię go.Prycha, po czym spogląda na mnie. – Nawet o tym nie myślałem. Bałwan. Ale… - Ściąga brwi. – Po to poszedłeś dzisiaj do Hogsmeade?- Oczywiście, że nie. Niby dlaczego miałbym ryzykować życie, żeby kupić jakiś przeklęty pamiętnik? – Kłamię w żywe oczy, patrząc się na niego twardo, a potem kieruję wzrok na zwoje pergaminów. I nagle do mnie dochodzi…- Skąd wiedziałeś, że byłem w Hogsmeade?Ściąga usta. – Martwiłem się, kiedy nie zjawiłeś się na kolacji. Nie było cię ani w klasie, ani w gabinecie, ani tutaj. Więc spytałem Dumbledore’a. – Na chwilę mruży oczy,po czym mówi – Dzięki za dziennik.Otwieram usta, aby zganić go za niepotrzebne zamartwianie się o mnie, ale nawet ja nie mógłbym być tak bezgranicznie hipokrytyczny(?). Kiwam głową, przyjmując jego podziękowanie i odwracam wzrok.- Severusie?- Hm.- Możemy się na chwilę położyć? – Pyta niepewnie. Spoglądam na niego, by dostrzec strapione spojrzenie pod maską obojętności. Nie wiem, co o tym myśleć. Jest coś, o czym mi nie mówi. Coś, o czym nie chce rozmawiać. Coś związanego z pamiętnikiem, decyduję. – Tylko położyć. – Wyjaśnia, jak gdyby zgadując powód mojego milczenia. – Proszę.Kiwam głową wstając i obchodzę biurko udając się do komnaty. Zatrzymuje mnie kładąc dłoń na moim ramieniu, po czym zarzuca mi ręce na szyję i chowa twarz w moich ramionach. Z ledwością udaje mi się powstrzymać westchnięcie ulgi, gdy obejmuję go mocno.- Przepraszam. – Szepce. Trzymam go przy sobie przez dłuższą chwilę, po czym puszczam. Wchodzimy do sypialni, a on ściąga szaty i wsuwa się pod koc w jeansach i podkoszulku. Zdejmuję buty i kładę obok niego.- Nox. – Szepce, niepostrzeżenie przysuwając się do mnie i kładąc rękę na mojej piersi. – Tęskniłem za tobą. Za tym.Moje serce wypełnia się jakimś nienazwanym uczuciem i zostaję przetransportowany do świata, który wmówiłem sobie, że zniknął. Pieszczę jego ramię, zamykając oczy, by delektować się uczuciem jego bliskości. Zapominam przekląć się za bycie tak niemiłosiernie śmiesznym. Nie pamiętam, by martwić się o konsekwencje zbytniego cieszenia się chwilą. Zapominam o całym świecie i o tym, że już mnie nie potrzebuje.Jego noga porusza się, by niezobowiązująco spleść się z m...
nevette