KRZYSZTOF BARANOWSKI
HOBO
ISKRY • WARSZAWA • 1974
Okładkę projektował MIECZYSŁAW KOWALCZYK
Mieszanka firmowa
Zaczęło się od Niagary. Nie mogłem pogodzić się z faktem, ze nazwę wielkich wodospadów wymawia się po angielsku w zgoła nieludzki sposób, co świadczyłoby raczej na niekorzyść moich językowych wiadomości. Nie mogłem się też pogodzić z biernym wysiadywaniem w domu i ewentualnymi spacerami asfaltowanym brzegiem jeziora Ontario. Dobre to było na pierwsze tygodnie odwiedzin u rodziny. Później czekanie przez pięć dni na weekend, żeby pojechać na krótką wycieczkę, obrzydło mi całkiem. Mimo dobrych rad i ostrzeżeń zacząłem od Niagary.
Nie było to daleko, jakieś sto kilometrów w jedną stronę. Wyszedłem na drogę i ze zmiennym szczęściem zacząłem robić pierwsze mile amerykańskiego autostopu. Trudności językowe stały się mało znaczącym drobiazgiem od czasu, kiedy bezbłędnie opanowałem wymowę nazwy miejscowości, do której jechałem. Mój pierwszy towarzysz na szczęście nie był rozmowny. Wiedział, dokąd jadę, więc wysadził mnie tam, gdzie było trzeba.
Dziesiątki samochodów przelatywały nie zwalniając nawet na mój widok. Można było bez skutku czekać godzinę i dwie, ale zostawiając sobie odpowiedni margines czasu na niecierpliwe czekanie z wystawioną ręką jechało się w końcu dalej.
Wróciłem tego samego dnia do domu budząc wśród mojej zamerykanizowanej rodziny podziw bohaterstwem wyczynu i tylko-amerykańską-zaradnością. Chwały starczyło na kilka dni, po czym zapanował nastrój nudy — jak wyżej.
Zhezczelniałem trochę. Oświadczyłem, że wybieram się do Brytyjskiej Kolumbii, czyli na drugą stronę kontynentu. Gdyby mój plan doszedł do skutku, zostałbym w gronie amerykańskich znajomych uznany za wariata i straceńca, przynajmniej do czasu powrotu. Pierwszy śnieg, który zasypał północną szosę kanadyjską, zakończył dyskusję.
Pojechałem do Halifaxu. Przez Montreal, prowincję Quebec, Nowy Brunszwik i Nową Szkocję. Po drodze zawadziłem o więzienia i po kilku dniach wróciłem nad Ontario. W rodzinnym gronie nad szklaneczką wiśniówki odkrywałem im Amerykę.
Dalej były różne próby różnej pracy, a kiedy zima nieodwołalnie nadeszła, pojechałem przez Nowy Jork na Florydę, gdzie sezon się właśnie zaczynał.
To było większe szczęście, niż mogłem oczekiwać — zaczepiłem się jako pomywacz naczyń w jednym z większych hoteli na zachodnim wybrzeżu Florydy. Przed Bożym Narodzeniem zwiałem, żeby zgodnie z polska tradycją zasiąść z rodziną przy wigilijnym stole. Wymagało to przejechania autostopem tych paru tysięcy kilometrów, które dzielą Ontario od Florydy, co nie byłoby przykre, gdyby nie okazało się, że tradycja amerykańska w tym domu nie przewidziała wigilijnej wieczerzy.
W domu nie było nic do roboty prócz tego co dotychczas. Wymieniłem ciężki worek żeglarski z namiotem na lżejszy chlebak i znaną drogą przez Nowy Jork wróciłem na Florydę. Do hotelu nie było po co wracać.
Milioner, u którego pracowałem, udzielił mi podstawowej lekcji o wartości dolara. Przez dwa miesiące byczyłem się na jachcie spełniając tam wszelkie możliwe w tej sytuacji obowiązki. Uczciwie zarobione pieniądze postanowiłem przepuścić w Nowym Orleanie.
Jak zwykle, plany krzyżuje przypadek. Zamiast w Nowym Orleanie znalazłem się w Los Angeles nad Pacyfikiem. Z San Diego, wzdłuż granicy meksykańskiej, jechałem przez Arizonę, Nowy Meksyk i Teksas. Potem w górę, na ukos mapy do St Louis i Chicago. Do granicy kanadyjskiej było już niedaleko.
W Kanadzie odwiedziłem jeszcze rezerwat w Te-magami, który wprawdzie nie przysporzył mi tysięcy mil do autostopowego rachunku (było tam tylko pół tysiąca), ale nauczył, jak posługiwać się canoe pod opiekuńczymi skrzydłami wielkiego Manitou. Nakarmiony Ameryką na dłuższy czas grzecznie wróciłem, aby ukończyć politechniczne studia i ukradkiem popełnić niniejszą książkę.
Cud zatrudnienia
To prawda, że cały proceder nie jest legalny, gdyby ktoś chciał się przyczepić. Dzięki zbiegowi okoliczności otrzymałem kartę zatrudnienia w jednym z portowych miast, gdzie nikt się nie dziwił cudzoziemskiemu akcentowi.
W tym bogobojnym mieście na skraju jeziora Ontario zmieniono mi w biurze zatrudnienia kartę z zawodem „doker” na „technik elektryczny”. Nikt się nie pytał, w jaki sposób zdobyłem poprzednią, nie musiałem więc tłumaczyć.
Nie miałem powodu sądzić, że pracy nie dostanę. Przez trzy tygodnie naiwnie czekałem na zawiadomienie.
Przy następnej wizycie w biurze zatrudnienia byłem mądrzejszy, nie pchałem się na górę (trzecie piętro — wyższe wykształcenie, drugie piętro — średnie wykształcenie, pierwsze piętro — bez zawodu).
Przy bocznym wejściu do pomieszczeń na parterze stało kilku mężczyzn. Kiedy im się bliżej przyjrzałem, zaświtało mi, że pewnie tu trafia się szansa szybkiego otrzymania pracy. Ponieważ i mnie było wszystko jedno, co będę robił, byle móc trochę zarobić, wszedłem do środka, gdzie czekał już cały tłum. Oparci o ściany, tłoczący się przy kontuarze, czytający gazety, ćmiący papierosy, wytarci ludzie.
Przycisnąłem się do barierki.
— Gdzie ty? O tej porze? Przyjdź jutro rano, zapiszesz się do kolejki.
Postałem trochę, żeby popatrzeć. Co jakieś pół godziny, kilkanaście minut wywoływano nazwiska, kogoś nie było, następny, tłumek się ruszał, czytający podnosili głowy i znowu wszystko zastygało w oczekiwaniu. Szczęśliwiec dowiadywał się szczegółowych warunków i niedbałym krokiem wychodził na spotkanie kilku dolarów.
Praca, którą określano jako ,,desperate job”, mieściła w sobie wszystkie możliwe do wykonania przez człowieka zajęcia — począwszy od strzyżenia trawnika do czyszczenia śmietnika. Były oferty luksusowe, jak zaprowadzenie dziecka do lekarza, bo matka zajęta, były naprawdę desperackie, jak przeczyszczenie kanałów z gwarancją przeziębienia czy brodzenie po pas w błocie dla jakichś tam celów.
Kolejny na liście miał prawo zrzec się swego udziału na korzyść następnych. I ci ludzie, którym zależało na zjedzeniu dobrego obiadu, rezygnowali z podejmowania ofert, które im nie odpowiadały. Dalej czekali. A oferta biegła wzdłuż kolejki, aż napotykała prawdziwego desperata, który nie wytrzymywał nerwowo tej gry, ryzyka odejścia z niczym po godzinie drugiej. Reszta czekała, zabawiając się rozmowami, paleniem i czytaniem. Do czasu następnego telefonu dzwoniącego na kontuarze.
Przyszedłem z samego rana, byłem w kolejce mniej więcej czterdziesty. Transport mebli, kopanie grządek, kilku do pracy przy drodze. Kilku odeszło, kilkudziesięciu przyszło, wczorajszy nastrój czekania powrócił. Znowu jeden szczęśliwiec wyszedł, po trzech godzinach byłem już trzydziesty. Ci, którzy mieli do zaoferowania pracę, wyraźnie ożywili się koło godziny jedenastej, wzrosła częstotliwość telefonów.
— Praca na farmie, trzydzieści mil stąd, kto?! Dwie osoby!
Facet stojący za kontuarem rozglądnął się, tłum falował, ale nikt się nie zgłaszał. Za daleko.
— Ja!! — przerwałem ciszę pełną pomruków. Serce mi się tłukło jak przed startem w zawodach sportowych. Ludzie się rozstąpili, robiąc mi przejście.
— I ja!! — z boku wyskoczył mały mężczyzna pod pięćdziesiątkę w bluzie w czerwoną kratę. Szpakowate włosy króciutko przystrzyżone, biegający wzrok. Pierwszy się zorientował, że wykombinuję samochód na dojeżdżanie, bo pewnie inaczej bym się nie zgodził. I w samochodzie będzie miejsce. Kiedy wpisywaliśmy się, nie omieszkał o to zapytać. Teraz już wszyscy wiedzieli, patrzyli niechętnie, jak wychodzimy.
Farma była ukryta przy bocznej drodze. W gumowych wysokich butach i ciepłych kurtach spotykaliśmy się przed głównym budynkiem z włoskimi wieśniaczkami i gospodarzem. Platforma dowoziła nas na kapuściane pole.
Punktualnie o siódmej Włoszki pochylały się nad główkami kapusty, które obcięte wędrowały do drewnianych skrzynek z deszczułek spiętych drutami. Przeskakiwałem z bruzdy w bruzdę od jednej do drugiej skrzynki, przyciskałem kolanem wieko i zaplątywałem druty. Tam, gdzie się nie chciało zamknąć, przestawiałem kilka główek i zamykałem na siłę. I tak całe pole w ślad za babami, które nuciły — „bouna fortuna, buona fortuna...”
Potem przyjeżdżał samochód. Włoszki nie przerywały pracy, mężczyźni z dwóch stron podawali dwudziestokilogramowe skrzynki trzeciemu, który stał na wozie. Samochód stale i uparcie jechał z jednego krańca pola w drugi, wymiatając z bruzd paczkowaną kapustę. Opóźnianie w załadunku zmuszało gospodarza do pomagania nam w noszeniu, tego należało unikać. Biegaliśmy więc spłukani własnym potem. Samochód ani nie zwalniał, ani nie przyśpieszał. Zawracał na końcu pola i nie stawał, póki paczki nie zapełniły go aż na wysokość przedłużonych burt.
Odjazd samochodu witaliśmy z westchnieniem ulgi. Zamiast odpoczynku trzeba było obskoczyć i pozamykać wszystkie zapakowane kapustą skrzynki. Znowu skakanie przez bruzdy. I znowu następny samochód.
Zabrudzeni ziemią, umorusani i wyżęci wracaliśmy o czwartej do domu. Mój nowy znajomy splunął w kąt samochodu i wymamrotał parę przekleństw. Nie miał gdzie pluć, cholera jasna? Poza tym ma właściwie rację.
Po tygodniu pracy na najniższej stawce — dolar za godzinę — i ośmiogodzinnej harówce uznałem, że majątku nie zbiłem, a za kondycję i tak mi nikt nie zapłaci. Miałem kieszonkowe na dalszą wycieczkę.
Biuro zatrudnienia, to z wyższych pięter, nadal milczało.
Z pijanym lotnikiem do Halifaxu
Trzeba było przewędrować dwa tysiące kilometrów, aby mieć przyjemność zjedzenia ciepłej kolacji w portowej spelunce Halifaxu. Nawet wrzaski pijanych marynarzy brzmią sympatycznie po gorącym rosole. Jakoś nie było czasu dobrze zjeść. Jak opadły liść niesie człowieka jesienny wiatr, jakiś wiatr ciekawości. Zobaczyć Halifax... Czym się różni od naszego Gdańska? A gdy cel osiągnięty, zapomina się, ze po drodze o rynsztok się zawadziło i z koszem na śmieci zawarło znajomość.
Postrzępione, ponure chmury, niosące jesienną ulewę, wpędziły mnie pod most drogowej koniczynki w pobliżu Toronto. Mokra, czarna autostrada przerywa się pod mostem, zostawiając suchy, szary pasek asfaltu, po którym drepczę w kółko, schodząc co chwila na żwirowe pobocze przed nadjeżdżającymi samochodami. W trawie obok leży maleńki plecak, niewielki majątek, a nad głową przelatują samochody w kierunku poprzecznym. Ulewa kończy się wreszcie. Zarzucam plecak na ramię i maszeruję do zakrętu, gdzie wszyscy z konieczności zwalniają. Tu powinno być dobre miejsce, zarzućmy więc sieci. Robię niewinną minę i prosząco wyciągam rękę tam... licho wie gdzie. Dlaczego nikt nie chce mnie zabrać? Po krótkiej lekcji cierpliwości zabiera mnie amerykańska para jadąca do Ottawy. Oboje ubrani w grube, żółte swetry omawiają domowe sprawy nie zwracając uwagi na mnie, siedzącego z tyłu. Zwolniony od konwersacji obserwuję miasteczka nad jeziorem Ontario, przez które wiedzie nasza droga. Co pewien czas migają małe tabliczki na słupkach, oznaczające numer drogi. Czarna dwójka, a nad tym napis: droga królewska i korona wyłamująca się ponad tarczę godła. Szosa numer dwa będzie mi towarzyszyć cały czas.
Przejechaliśmy wzdłuż całego jeziora dostatecznie szybko, aby zgubić ciemne chmury. Za Kingston Amerykanie wysiedlają mnie z wygodnego miejsca — skręcają na północ. Tutaj wody Ontario Lakę przechodzą lejkowato w Rzekę Św. Wawrzyńca. Zawartość tego lejka stanowi tysiąc wysp, jak wskazuje nazwa tego obszaru: Thousand Islands. Spacerując brzegiem szosy mam okazję oglądać polodowcowe cuda skalistej opoki, wystające nad powierzchnię wody, porośnięte szczeciną drzew. Południowe słońce uśmiechnęło się ciepło, a wszystkie drzewa zaprezentowały kolory, w których najwięcej czerwieni i żółci. Na większych wysepkach widać domki kempingowe, teraz puste i osamotnione, jak ja, jedyny piechur na tej drodze. Ruch jest nawet pokaźny, ale kanadyjski autostop wymaga trochę cierpliwości.
— Takim samochodem jeszcze nie jechałem — mruczę zadowolony, obserwując zatrzymujący się nowy model Volkswagena o kształtnych liniach i sportowym wyglądzie. Młody, elegancko ubrany mężczyzna zaprasza do środka urękawiczoną dłonią. Zamieniamy ze sobą zaledwie kilka zdań, gdyż podwozi mnie nie więcej niż kilka mil. Na skrzyżowaniu dróg Volkswagen ostro hamuje. Wysiadam.
— Tu skręcam — powiada — good luck!
I wręcza mi zwitek papieru. Dolar?! Miętoszę w ręku banknot, nie wiedząc, co powiedzieć, ale i tak już nie ma do kogo. Spoglądam po sobie, czy aż tak bardzo jestem obdarty, i dochodzę do wniosku, że polską dumę trzeba odłożyć na bok i zjeść dobry lunch.
Pół godziny później stoję znowu na rozstaju uśmiechając się do wszystkich kierowców. Uśmiechniętego młodzieńca zabiera się chętniej niż ponuraka. A oto jakaś niewiasta wyjeżdża zza zakrętu. Teraz to się śmieję całą gębą widząc, jak samochód zarzuca na piaszczystym poboczu. Co?! Do mnie kiwa ręką? Podbiegam do stojącego Austina. — Yes! You. — Nie ukrywam zdziwienia tak niesłychanym faktem, ponieważ nie zdarza się, żeby kobiety zabierały kogoś z drogi. Wyjaśnienie przychodzi szybko, bo szofer w spódnicy jest bardzo gadatliwy: obserwowała mnie w restauracji znad filiżanki herbaty i doszła do przekonania, że nie wyglądam na takiego włóczęgę, jakim w rzeczywistości jestem. Motor pracuje równo, a Angielce usta się nie zamykają. Nie mam czasu obserwować krajobrazu, gdyż muszę uważać, gdzie wtrącić yes, a gdzie no. Na pożegnanie dziękujemy sobie nawzajem za miłą konwersację i Austin znika za stacją benzynową Shella.
Niedaleko, w pobliżu miasteczka Iroquois, znajduje się bodajże najważniejszy punkt sea-way, drogi morskiej, która połączyła Wielkie Jeziora z Atlantykiem. Zapora piętrzy wody Rzeki Św. Wawrzyńca w duże jezioro, a rwący nurt w przepustach zmienia się w wielkich turbinach w energię elektryczną. Wewnątrz nowoczesnego budynku cicho i czysto, wszystko przygotowane dla zwiedzających. Jak na produkt ostatnich lat przystało, dominuje aluminium i szkło. Cicha winda mknie na szczyt. Z tarasu, z wysokości czterech pięter, widać połyskliwą taflę załamaną w łuk tamy. Z przeciwnej strony, nad brzegiem pieniącej się wody, pracują koparki. Jeszcze mały spacer po lśniących korytarzach. W szklanej rotundzie, oświetlonej ostatnimi promieniami słońca, znajduje się samoczynnie działający model elektrowni, a za przezroczystą ścianą rzeczywisty pokój kontroli. Stoły ustawione w podkowę jarzą się różnokolorowymi światełkami. Trzech pracowników siedzi i dyskutuje nad kawałkiem papieru, ale przez grubą szybę nie dociera żaden głos. Zapalone świetlówki przypominają, że wieczór się zbliża.
Czerwony blask zachodu zastaje mnie znowu na drodze. Najpierw jadę kawałek z farmerem o wyglądzie typowego polskiego chłopa, a. potem mały, czarny Francuz w meloniku na głowie zabiera mnie aż do Montrealu. Okazuje się, że wraca od najdroższej i śpieszy się bardzo do domu, co można wywnioskować z szybkości. Lecimy jak torpeda. Na wyboistym objeździe facet pruje siedemdziesiąt mil na godzinę (ponad sto dziesięć kilometrów). Nic nie mówię, ale powoli żegnam się z życiem. Promienne ślepia nadjeżdżających aut zaglądają do środka przez ułamek sekundy i uciekają, wlokąc czerwone punkty tylnych świateł. Przy każdym mijanym samochodzie karoseria jak gdyby wychylała się w resorach i prze...
Piernandele