-------------------------------------
Ze zbiorow Biblioteki Sieciowej - http://www.webmedia.pl/bs/
-------------------------------------------------------------------------
NR.ID: 00101
TYTUL: Hobbit, czyli tam i z powrotem
AUTOR: J.R.R. Tolkien
TLUM: Maria Skibiniewska
OPRAC: Tomasz Kaczanowski <kaczuch@kki.net.pl>
1. Nieproszeni goście
W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to
szkaradna, brudna, wilgotna nora, rojąca się od robaków i cuchnąca
błotem, ani też sucha, naga, piaszczysta nora bez stołka, na którym by
można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, to
znaczy: nora z wygodami.
Miała drzwi doskonale okrągłe jak okienko okrętowe, pomalowane na
zielono, z lśniącą, żółtą mosiężną klamką, sterczącą dokładnie pośrodku.
Drzwi prowadziły do hallu, który miał kształt rury i wyglądał jak tunel:
był to bardzo wygodny tunel, nie zadymiony, z boazerią na ścianach i
chodnikiem na kafelkowej podłodze; nie brakowało tu politurowanych
krzeseł ani mnóstwa wieszaków na kapelusze i płaszcze, bo hobbit bardzo
lubił gości. Tunel wił się w skrętach, wił się i wił, wdrążając się głęboko,
choć wcale nie prostą drogą, we wnętrze pagórka - a raczej: Pagórka, bo
tak go nazywano w promieniu wielu mil - a mnóstwo okrągłych drzwiczek
otwierało się to po jednej, to po drugiej jego stronie. Hobbici nie uznają
schodów. Sypialnie, łazienki, piwnice, spiżarnie (mnóstwo spiżarni!),
garderoby (hobbit miał kilka pokoi przeznaczonych wyłącznie na
ubrania), kuchnie, jadalnie - wszystko mieściło się na tym samym piętrze,
a nawet wzdłuż tego samego korytarza. Najparadniejsze pokoje
znajdowały się z lewej strony, (patrząc od wejścia), ponieważ tylko te
miały okna, głęboko osadzone, okrągłe okna z widokiem na ogród, a dalej
na łąki zbiegające w dół ku rzece.
Ów hobbit był bardzo zamożnym hobbitem, a nazywał się Baggins.
Bagginsowie żyli w okolicy Pagórka od niepamiętnych czasów i cieszyli
się powszechnym szacunkiem nie tylko dlatego, że prawie wszyscy byli
bogaci, lecz także dlatego, że nigdy nie miewali przygód i nie sprawiali
niespodzianek: każdy z góry wiedział, co Baggins powie o tej czy innej
sprawie, tak że nie potrzebował go trudzić zadawaniem pytań. W tej
historii opowiemy o Bagginsie, którego spotkała przygoda i który zrobił
oraz powiedział wiele rzeczy niespodziewanych. Mógł był wskutek tego
utracić szacunek sąsiadów, ale zyskał... no, przekonacie się sami, czy coś
zyskał w końcu.
Matką naszego hobbita... ale co to jest hobbit? Zdaje mi się, że wymaga
to wyjaśnienia. W dzisiejszych czasach bowiem hobbitów bardzo rzadko
można spotkać: nie ma ich wiele, a poza tym unikają Dużych Ludzi - jak
nazywają nas. Hobbici są - czy może byli - małymi ludźmi, mniejszymi
od krasnoludów - różnią się też od nich tym, że nie noszą brody - lecz
znacznie większymi od liliputów. Nie uprawiają wcale albo prawie wcale
czarów, z wyjątkiem chyba zwykłej, powszedniej sztuki, która pozwala im
znikać bezszelestnie i błyskawicznie, kiedy duzi, niemądrzy ludzie, jak ty
i ja, zabłądzą w ich pobliże, hałasując niczym słonie, tak że na milę
można ich usłyszeć. Hobbici są skłonni do tycia, zwłaszcza w pasie:
miewają wypięte brzuchy; ubierają się kolorowo (najchętniej zielono i
żółto); nie używają obuwia, ponieważ stopy ich z przyrodzenia opatrzone
są twardą podeszwą i porośnięte bujnym, ciemnym, brunatnym włosem,
podobnie jak głowa (zwykle kędzierzawa); mają długie, zręczne, smagłe
palce i poczciwe twarze, a śmieją się dużo, basowo i serdecznie
(szczególnie po obiedzie, który - w miarę możności - jadają dwa razy
dziennie). Teraz jeż wiecie o nich dość na początek. Jak więc mówiłem,
matką naszego hobbita - to jest Bilba Bagginsa - była słynna Belladonna
Tuk, jedna z trzech niepospolitych córek Starego Tuka, głowy wszystkich
hobbitów mieszkających Za Wodą, czyli za rzeczką, która płynęła u stóp
Pagórka. Powiadano, że dawnymi czasy ten i ów Tuk brał żonę z
plemienia czarodziejów (nieżyczliwi twierdzili że to były gobliny);
rzeczywiście Tukowie zawsze mieli w sobie coś niezupełnie hobbickiego,
a od czasu do czasu zdarzało się, że ktoś z członków tego rodu wyruszał w
świat szukać przygód. Taki Tuk znikał dyskretnie, a rodzina nie
rozgłaszała sprawy; fakt jednak, że Tukowie nie byli tak szanowani jak
Bagginsowie, chociaż niewątpliwie od nich bogatsi.
Co prawda Belladonna Tuk, odkąd została panią Bungową Baggins, nie
miewała żadnych przygód. Bungo, ojciec Bilba, zbudował dla niej
(częściowo za jej posag) norę tak wspaniałą, że nie znalazłoby się nic
podobnego ani pod Pagórkiem, ani za Pagórkiem, ani Za Wodą, i w tej
norze mieszkali małżonkowie aż do końca swoich dni. Mimo wszystko
wydaje się prawdopodobne, że Bilbo, jedyny syn Belladonny, chociaż
wyglądał i zachowywał się dokładnie tak, jakby był drugim wydaniem
swojego solidnego i spokojnego ojca, odziedziczył po kądzieli ziarenko
dziwactwa i że to ziarenko czekało tylko na okazję, by zakiełkować.
Okazja jednak się nie nadarzyła, aż Bilbo dorósł, skończył pięćdziesiąt lat
czy coś koło tego, zamieszkał w pięknej hobbickiej norze zbudowanej
przez ojca, w norze, którą wam już opisałem i - jak się zdawało - osiadł w
swoim domu na dobre.
Dziwnym trafem pewnego ranka, dawno, dawno temu, w czas dla świata
spokojny, gdy mniej na nim było zgiełku, a więcej zieleni, gdy hobbici
żyli liczni i szczęśliwi, a Bilbo Baggins zjadłszy śniadanie stał pod swymi
drzwiami i ćmił olbrzymią, długą, drewnianą fajkę, sięgającą mu prawie
do kosmatych palców u nóg (porządnie wyszczotkowanych) - przechodził
tamtędy Gandalf. Gandalf! Gdybyście o nim słyszeli bodaj ćwierć tego, co
ja - a ja słyszałem ledwie małą cząstkę tego, co o nim mówią - już byście
wiedzieli, że czeka was na pewno niezwykła historia. Gdziekolwiek
bowiem zjawił się Gandalf, opowieści i przygody jakby cudem wyrastały
dokoła niego. Nie przechodził drogą pod Pagórkiem od bardzo dawna, a
mianowicie od śmierci swego przyjaciela, Starego Tuka, toteż hobbici
niemal zapomnieli, jak wygląda. Małe hobbity i hobbitki zdążyły
podorastać przez czas, gdy Gandalf bawił w sobie wiadomych sprawach
daleko za Pagórkiem i po drugiej stronie Wody.
Nic więc nie podejrzewał Bilbo, gdy owego ranka zobaczył małego
staruszka w wysokim, spiczastym, niebieskim kapeluszu, w długim
szarym płaszczu przepasanym srebrną szarfą, z długą siwą brodą sięgającą
poniżej pasa, obutego w ogromne czarne buty.
- Dzień dobry - powiedział Bilbo i powiedział to z całym przekonaniem,
bo słońce świeciło, a trawa zieleniła się pięknie. Gandalf jednak spojrzał
na niego spod bujnych, krzaczastych brwi, które sterczały aż poza
szerokie rondo kapelusza.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał. - Czy życzysz mi dobrego
dnia, czy oznajmiasz, że dzień jest dobry, niezależnie od tego, co ja o nim
myślę; czy sam dobrze się tego ranka czujesz, czy może uważasz, że
dzisiaj należy być dobrym?
- Wszystko naraz - rzekł Bilbo. - A na dodatek, że w taki piękny dzień
dobrze jest wypalić fajkę na świeżym powietrzy. Jeżeli masz przy sobie
fajkę, siądź przy mnie, poczęstuję cie moim tytoniem. Nie ma co się
śpieszyć, cały dzień przed nami. - To rzekłszy Bilbo siadł na ławce obok
swych drzwi, założył nogę na nogę i dmuchnął pięknym, siwym kółkiem
dymu, które nie tracąc kształtu pożeglowało w powietrzy aż nad szczyt
Pagórka.
- Bardzo ładnie - powiedział Gandalf. - Ale nie mam dziś czasu na
puszczanie kółek z dymu. Szukam kogoś, kto by zechciał wziąć udział w
przygodzie, to znaczy w wyprawie, którą właśnie przygotowuję; bardzo
trudno kogoś takiego znaleźć.
- Ja myślę, że trudno! W naszych stronach! My tu jesteśmy naród prosty
i spokojny, nie potrzeba nam przygód. Przygody! To znaczy:
nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można
się spóźnić na obiad. Nie pojmuję, co się w tym komuś może podobać -
rzekł nasz pan Baggins, zatknął wielki palec lewej ręki za wycięcie
kamizelki pod pachą i wypuścił drugi z kolei, jeszcze większy pierścionek
dymu. Potem sięgnął po ranną pocztę i zaczął czytać listy, udając, że nie
zwraca wcale uwagi na staruszka. Doszedł do wniosku, że nie jest to
odpowiednie dla niego towarzystwo, i chciał się go co prędzej pozbyć.
Ale Gandalf nie ruszył sie z miejsca. Stał oparty na lasce i nic nie mówiąc
przyglądał się hobbitowi, aż w końcu Bilbo zmieszał się, a nawet trochę
rozgniewał.
- Dzień dobry - powiedział wreszcie. - Nie życzymy sobie tutaj żadnych
przygód, dziękujemy pięknie. Spróbuj za Pagórkiem albo po drugiej
stronie Wody.
Miało to znaczyć, że uważa rozmowę za skończoną.
- Jakże wiele różnych znaczeń ma w twoich ustach "dzień dobry"! - rzekł
Gandalf. - Tym razem chciałeś przez to powiedzieć, że masz mnie dość i
że dzień nie będzie naprawdę dobry, póki stąd nie odejdę.
- Ależ co znowu, co znowu, drogi panie?! Proszę cię, wybacz, bo coś mi
się zdaje, że nie znam twojego nazwiska.
- Tak, tak, mój drogi, ale ja znam twoje nazwisko, panie Bilbo Baggins.
Ty także znasz moje, chociaż zapomniałeś, jak wygląda ten, kto je nosi.
Jestem Gandalf. Gandalf to ja. Nie do wiary, że doczekałem, by mnie syn
Belladonny Tuk częstował swoim "dzień dobry" jak wędrownego
kramarza, co handluje guzikami.
- Gandalf! Gandalf! Wielkie nieba! Czyżby ten sam wędrowny
czarodziej, który Staremu Tukowi podarował magiczne brylantowe spinki,
co to same się zapinały, a odpinały tylko na rozkaz? Ten, co podczas
przyjęć opowiadał takie cudowne historie o smokach, goblinach i
wielkoludach, o ratowaniu księżniczek i o niespodziewanym szczęściu
wdowich synów? Ten Gandalf może, który puszczał takie nadzwyczajne,
wspaniałe ognie sztuczne? Pamiętam je! Stary Tuk bawił nas nimi w noc
sobótkową. Cudowne! Strzelały w górę jak olbrzymie ogniste lilie, lwie
pyszczki i złoty deszcz i wisiały w półmroku na niebie przez cały wieczór.
- Zauważyliście już z pewnością, że pan Baggins nie był wcale tak
prozaicznym hobbitem, za jakiego chciał uchodzić, i że bardzo lubił
kwiaty. - A niechże cię! - ciągnął dalej. - Czyżby ten sam Gandalf, z
którego namowy wiele spokojnych chłopców i dziewcząt ruszyło w świat
po szaleńcze przygody, zaczynając od łażenia po drzewach, a kończąc na
podróżowaniu na gapę statkami pływającymi między tym a Drugim
Brzegiem? Słowo daję, życie było wtedy wcale zabaw... to znaczy,
chciałem powiedzieć, że w swoim czasie narobiłeś niemało zamieszania
w tej okolicy. Przepraszam cię, nie miałem pojęcia, że wciąż jeszcze
zajmujesz się tymi rzeczami.
- A cóż bym mógł robic innego? - odparł czarodziej. - Swoją drogą, rad
jestem, że to i owo zapamiętałeś o mnie. Mam wrażenie, że moje ognie
sztuczne w każdym razie mile wspominasz, a to już budzi pewne
nadzieje. Doprawdy, przez przyjaźń dla twego dziadka, Starego Tuka, i tej
biednej Belladonny dam ci to, o co mnie prosiłeś.
- Wybacz, proszę. O nic nie prosiłem.
- Owszem, owszem, nawet dwukrotnie. Prosiłeś o wybaczenie. Udzielam
ci go. A nawet zrobię więcej: wyślę cię na tę wyprawę, żebyś użył
przygody. Będzie to bardzo zabawne dla mnie, a dla ciebie bardzo
zdrowe, a w dodatku prawdopodobnie korzystne, oczywiście jeśli w ogóle
wyjdziesz z tego cało.
- Przepraszam! Nie życzę sobie przygód, dziękuje ślicznie! Nie dziś. Do
widzenia! Ale proszę cię, zajdź do mnie na herbatkę, kiedy ci dogadza.
Czemuż by nie jutro, na przykład? Przyjdź jutro. Do widzenia. - To
rzekłszy hobbit zrobił w tył zwrot, skoczył do wnętrza nory przez okrągłe,
zielone drzwiczki, które zatrzasnął za sobą pośpiesznie, nie tak jednak
pośpiesznie, by Gandalf mógł się poczuć dotknięty. Bądź co bądź
czarodziej to czarodziej.
- Po kiego licha zaprosiłem go na herbatę! - rzekł do siebie Bilbo,
kierując się w stronę spiżarni. Dopiero co zjadł śniadanie, przyszło mu
jednak do głowy, że kawałek... lub dwa kawałki ciasta, popite jakimś
trunkiem, dobrze mu zrobią po przeżytym strachu.
Gandalf tymczasem wciąż jeszcze stał za drzwiami i śmiał się dość
długo, chociaż cichutko. Po chwili podszedł bliżej i ostrzem laski
wyskrobał na pięknych, zielonych drzwiach frontowych hobbita jakiś
dziwaczny znak. Odszedł potem, w tym samym momencie, gdy Bilbo,
kończąc drugi kawałek ciasta, nabrał przeświadczenia, że bardzo sprytnie
wymigał się od wszelkich przygód.
Nazajutrz prawie zapomniał o Gandalfie. Nigdy nie pamiętał zbyt
dokładnie różnych rzeczy, jeśli ich nie zapisał w swoim kalendarzyku
terminowym, na przykład tak: środa, herbata z Gandalfem. Poprzedniego
dnia zanadto był podniecony, by o czymś takim pomyśleć.
Gdy zbliżała się pora podwieczorku, u drzwi wejściowych przenikliwie
zadźwięczał dzwonek i wtedy dopiero Bilbo przypomniał sobie wszystko.
Pędem pobiegł nastawić imbryk, do nakrycia dodał drugą filiżankę i
talerzyk oraz parę ciastek, po czym ruszył do drzwi. Miał na końcu języka
słowa: "Przepraszam, że dałem ci czekać" - kiedy nagle spostrzegł, że za
drzwiami stoi wcale nie Gandalf, lecz krasnolud z błękitną brodą
zatkniętą za złoty pas i z oczyma jasno błyszczącymi spod
ciemnozielonego kaptura. Ledwie drzwi się uchyliły, a krasnolud już
wpakował się do hallu, jak gdyby był oczekiwanym gościem.
Powiesił płaszcz z kapturem na najbliższym kołku i
- Dwalin, do usług - oświadczył, kłaniając się nisko.
- Bilbo Baggins, nawzajem - rzekł hobbit, zbyt zdumiony, by zdobyć się
od razu na jakieś pytanie. Gdy milczenie, które potem zapadło,
przedłużało się kłopotliwie, dodał: - Właśnie miałem siąść do
podwieczorku; proszę cię, wejdź i napij się ze mną herbaty. - Brzmiało to
może trochę oschle, Bilbo jednak miał jak najlepsze intencję. Cóż byś ty
zrobił na jego miejscu, gdyby jakiś krasnolud nieproszony przyszedł do
ciebie i powiesił swój płaszcz w twojej sieni, nie usprawiedliwiając się
ani słowem?
Nie zabawili długo za stołem, ściśle mówiąc zaczynali dopiero po
trzecim kawałku ciasta, gdy rozległ się znowu dzwonek, jeszcze
głośniejszy niż poprzedni.
- Wybacz! - rzekł hobbit i pobiegł go drzwi.
"A więc jesteś nareszcie" - chciał zawołać, pewny, że tym razem ujrzy
Gandalfa. Ale to nie był Gandalf. Zamiast niego ukazał się w progu
bardzo stary krasnolud z białą brodą, w czerwonym kapturza; ten również
skoczył skwapliwie w uchylone drzwi, jakby został zaproszony.
- Zaczynają się, jak widzę, schodzić - powiedział, spostrzegając na kołku
zielony kaptur Dwalina, i powiesił w najbliższym sąsiedztwie swój,
czerwony. - Balin, do usług - rzekł kładąc rękę na piersi.
- Dziękuję - rzekł Bilbo, któremu zdumienie dech zaparło. Nie była to
wcale stosowna odpowiedź, lecz słowa "zaczynają się schodzić" zrobiły
na nim wstrząsające wrażenie. Lubił gości, lubił jednak znać osoby
przychodzące do jego domu i wolał też zapraszać je z własnej chęci.
Mignęła mu okropna myśl, że ciasta może nie starczyć dla wszystkich, a
wówczas on, jako gospodarz - znał bowiem obowiązki gościnności i
gotów był ich przestrzegać, nawet gdyby okazały się bardzo bolesne -
będzie musiał obejść się smakiem.
- Proszę, wejdź i wypij filiżankę herbaty - zdołał wyjąkać, nabrawszy
tchu w piersi.
- Wolałbym małe piwo, jeśli ci to nie zrobi różnicy, zacny panie - rzekł
siwobrody Balin. - Nie mam wszakże nic przeciw ciastu, zwłaszcza gdyby
się znalazł kawałek placka z kminkiem.
- Znajdzie się niejeden! - Bilbo sam się zdziwił, słysząc swoją szybką
odpowiedź, po czym, nie wiedząc kiedy i jak, skoczył do spiżarni po dwa
piękne, krągłe placki, które upiekł wczesnym popołudniem, żeby mieć co
przekąsić do poduszki.
Kiedy wrócił, zastał Balina i Dwalina gawędzących przy stole jak dwaj
starzy przyjaciele (rzeczywiście byli rodzonymi braćmi). Bilbo zdążył
postawić przed nimi piwo i ciasto, gdy znów dzwonek zadźwięczał
donośnie raz i drugi.
"Teraz to już z pewnością Gandalf" - pomyślał Bilbo i sapiąc pomknął
przez tunel. Ale to nie był Gandalf, tylko dwóch krasnoludów. Obaj mieli
niebieskie kaptury, srebrne pasy i żółte brody, a każdy dźwigał worek z
narzędziami i łopatę. Skoczyli w drzwi natychmiast, gdy je Bilbo
otworzył - on wszakże już się temu wcale nie dziwił.
- Czym mogę służyć? - spytał.
- Kili, do usług - powiedział pierwszy krasnolud.
- I Fili - dodał drugi, po czym obaj ściągneli niebieskie kaptury i ukłonili
się grzecznie.
- Nawzajem, sługa wasz i waszych rodzin - odparł Bilbo, tym razem już
nie zapominając o dobrym wychowaniu.
- Dwalin i Balin już tu są, jak widzę - powiedział Kili. - Dołączymy się
więc do gromady.
"Gromada! - pomyślał pan Baggins. - Nie podoba mi się to wyrażenie.
Doprawdy, muszę przysiąść choć na minutę, zebrać myśli i napić się
czegoś". Ledwie pociągnął jeden łyk - przycupnąwszy w kącie, podczas
gdy czterech krasnoludów rozsiadło się za stołem, gadając o kopalniach i
o złocie, i o kłopotach z goblinami, i o spustoszeniach dokonywanych
przez smoki, i o tysiącu innych rzeczy, których Bilbo nie rozumiał i nie
chciał rozumieć, ponieważ brzmiały zbyt awanturniczo - gdy: ding, dong,
ling, dang - zaśpiewał dzwonek, jak gdyby jakiś mały, niegrzeczny
hobbitek próbował urwać sznur.
- Ktoś jest pod drzwiami - powiedział Bilbo mrugając nerwowo.
- Czterech ktosiów, sądząc z dzwonka - rzekł Fili. - Zresztą idąc tu
widzieliśmy ich daleko na drodze za nami.
- Biedny mały hobbit usiadł w hallu i ukrył głowę w dłoniach, zadając
sobie w duchu pytanie, co się właściwie stało i co się dalej stanie, i czy
wszyscy ci goście zostaną u niego na kolacji. Ale dzwonek zadźwięczał
najgłośniej, jak potrafił, więc Bilbo pobiegł do drzwi. Okazało się, że to
wcale nie czterech, lecz pięciu krasnoludów. Ten piąty zdążył nadejść,
gdy Bilbo marudził w hallu. Ledwie gospodarz nacisnął klamkę, a już
wszyscy przybysze byli we wnętrzu jego domu i kłaniali się mówiąc "do
usług" jeden przez drugiego. Dori, Nori, Ori, Oin i Gloin brzmiały ich
imiona; wkrótce też pięć kapturów: dwa purpurowe, jeden szary, jeden
brązowy i jeden biały - zawisło na kołkach, krasnoludy zaś zatknąwszy
krzepkie dłonie za złote i srebrne pasy, ruszyły do jadalni. Zebrała się tam
już spora gromada. Ten wołał o piwo, tamten o porter, ów o kawę, a
wszyscy o ciastka, toteż hobbit miał przez pewien czas pełne ręce roboty.
Potężny dzban kawy właśnie grzał się na kominku, placki już zniknęły, a
krasnoludy zabrały się do maślanych bułeczek - gdy nagle głośne
kołatanie dobiegło ich uszu. Nie dzwonek, lecz trach, trach! Ktoś walił
laską w piękne zielone drzwi hobbita!
Bilbo puścił się korytarzem bardzo zagniewany i do cna ogłupiały.
Równie fatalnej środy w życiu nie pamiętał. Otworzył drzwi znienacka,
tak że wszyscy runęli do środka, jeden na drugiego. Znowu krasnoludy,
czwórka! A za ich plecami stał Gandalf oparty o laskę i śmiał się głośno.
Wydrapał laską porządną szramę w pięknych drzwiach, a przy tej
sposobności zatarł tajemniczy znak, który na nich zrobił poprzedniego
ranka.
- Ostrożnie, ostrożnie! - rzekł. - Wcale to co ciebie niepodobne, mój
Bilbo, żeby najpierw przetrzymywać gości na słomiance, a potem
otwierać drzwi tak, jakbyś z procy strzelał. Pozwól, że ci przedstawię: oto
Bifur, Bofur, Bombur, a nade wszystko - Thorin!
- Do usług! - krzyknęli Bifur, Bofur i Bombur, stając w szeregu.
Powiesili na kołkach dwa kaptury żółte i jeden jasnozielony oraz czwarty:
błękitny z długim srebrnym chwastem. Błękitny kaptur należał do
Thorina, ogromnego, dostojnego krasnoluda; był to nie kto inny, lecz
sławny Thorin Dębowa Tarcza we własnej osobie, zgoła w tym momencie
nie zachwycony, że przydarzyło mu się paść plackiem w sieni Bilbo, z
Bifurem, Bofurem i Bomburem na grzbiecie. Na dobitkę grubas Bombur
był bardzo ciężki. Thorin zachował się wyniośle i nie wspomniał nic o
"usługach", lecz biedny pan Baggins tyle razy powtórzył: - Och,
przepraszam! - że wreszcie dumny krasnolud mruknął: - Nie ma za co - i
rozchmurzył czoło.
- Nikogo nie brakuje - rzekł Gandalf, spoglądając na trzynaście
wiszących rzędem kapturów - a były to kaptury odświętne, wizytowe,
...
Gupia