DOLINA
Przez całą noc pierwszy jesienny wicher targał doliną.
Sporo przed świtem Inga zaczęła rozdmuchiwać żar w kuchennym piecu.
- Nie śpisz już?- zastała ją przy tej czynności siostra.
- Nie. Znowu się boję. Tyle lat już nie bałam się wiatru-westchnęła Inga.
Przez całą noc starała się nie krzyczeć, gdy atak wichury z hałasem rzucał się na dom.
- To strach, to tylko mój strach, żadne przeczucia- uspokajała siebie i siostrę. Ale dlaczego ten strach miałby wrócić właśnie teraz?
Olbrzymie ciemne lasy porastające góry, bogate łąki u ich stóp i wilgotne jary pełne kamiennych brył stanowiły bogactwo tej krainy. Bracia przywykli do piaskowych wzgórz, płytko zakorzenionych drzewek i krzewinek, kępek trawy zamiast łąk. Ta potężna, bogata kraina wręcz onieśmielała. Na dodatek była całkiem opustoszała. Napotykali pozapadane ruiny domów ze zdziczałymi sadami, Przechodzili przez nieorane pola, starannie podzielone wysokimi kamiennymi wałami.
- Doskonały łupek- stwierdził brat Mateo. Ciągle zbierał co ciekawsze próbki kamieni i przebierał je co wieczór, gdy tobołek stawał się za ciężki. Wreszcie Adko zaproponował mu, by budował z nich ołtarzyki, ślady ich wędrówki.
Leśne drogi, szerokie, proste dukty często prowadziły do osad, które już nie istniały, i po całym dniu wędrówki okazywało się, że czeka ich jeszcze jeden nocleg w leśnie. Tak, jak teraz. Dachy, które widzieli w dole, wydawały się zamieszkałe, ale braci dzieliły od nich jeszcze dwie doliny.
- Muszę odpocząć- stwierdził Adko. Serce dokuczało mu dziś trochę.
Bracia wiedzieli już, ze w ruinach można znaleźć owoce i jagody, ale trzeba uważać na węże, i sprawnie zabrali się do przygotowywania obozowiska.
- Wiesz, gdzie jesteśmy?- zapytał po raz kolejny dowódca, kiedy wyjechawszy z lasu znaleźli się na rozdeptanym skrzyżowaniu dróg. Błotniste niegdyś koleiny zastygły w wysokie bruzdy.
- Tak- odparł Alik, wspinając się w strzemionach, wydając głuchy okrzyk i nadsłuchując echa.
- Z tyłu za nami jest miasteczko. Ludzie poszli tam na lato i zostali. To dobrze.
- A my musimy do twierdzy jechać tam-młodzieniec wskazał na przeciwległy kraniec doliny, niewidoczny z miejsca, gdzie stali.
- Moglibyśmy obejść górami, ale skoro mamy znaleźć wodę, musimy zjechać do środka doliny.
Ktoś westchnął niecierpliwie. Od paru dni oszczędzali wodę, właściwie nie mieli już nic- i każda wzmianka o niej sprawiała ból.
- To długi marsz?
Alik skinął głową.
- Tu są modrzewie, jesteśmy najwyżej. Potem będą sosny, dalej brzozy i dopiero pojawią się łąki, wierzby i olchy.
- No maruderzy- jedziemy- poderwał kolumnę Hval zachrypłym głosem.
Wicher w jedną noc ogołocił drzewa z liści, ale nie wyrządził większych szkód. Wystarczyło tylko zagonić dzieci do grabienia i zbierania gałązek.
Dom stal na stoku wzgórza, pociętego na tarasy. Najniższa mieściła szopy dla koni i bydła. Dwie środkowe to dom, sad, ogród i szopki przydomowe. Tu dzieciom wolno było biegać swobodnie, ale nie boso, bo i tu znaleziono kiedyś węża, którego zwłoki wisiały przez cały dzień na ganku jako ostrzeżenie.
Na dwóch najwyższych tarasach pod lasem niewiele co chciało rosnąc, bo często zapuszczały się tu zwierzęta.
Inga obchodziła cały dwór i teren, uspokajać się widokiem znajomych i uporządkowanych kątów. Sprzątała, układała, czyściła, by poprzez ład zewnętrzny nadać ład swoim myślom. Nie zdołała jednak oprzeć się pokusie zajrzenia do wiklinowego kufra „na wszelki wypadek”, stojącego w kącie hallu. Trzymano w nim najpotrzebniejsze rzeczy na wypadek alarmu, ale że kufer był wszystkim po drodze, w spokojnych czasach ciągle czegoś w nim brakowało.
Inga walczyła ze sobą cały dzień- p południu jednak uchyliła wieko.
Siostra, obserwująca ją czujnie, stanęła za jej plecami.
- Szukam czegoś- burknęła Inga.
- Czujesz coś?- zapytała tamta serdecznie.
- Tylko mój strach. Mój własny strach- uśmiechnęła się przepraszająco.
Tego samego wieczora mąż Dory wrócił z miasteczka ze stosem pakunków i nowin, a niemal jednocześnie psy oszczekały obcych przy płocie od strony lasu.
Dora pobiegła na dół, Inga do góry.
- Przepraszam! Szliśmy przez las! Nie znamy drogi a mój towarzysz zwichnął nogę!- uśmiechał się serdecznie jeden z przybyszów.
- Na ostatnim wale, dosłownie na ostatnim- potakiwał lekko oszołomiony brat Mateo.
Inga zaprowadziła ich do dworu.
- Słyszałem was w miasteczku. Jaką drogą szliście?- poznał ich Dorin.
- Górami? A toż to najdłuższa trasa!- wykrzyknął zdumiony, słysząc odpowiedź.
- Też tak czuję. Ale jaka piękna!- odparł Ad, pomagając usiąść współbratu.
Inga, nalewając herbatę, potrząsnęła głową. Piękno. Nie słyszała tego słowa od tylu lat. Strach, wojna, spokój- to tak. Ale piękno? Nie istniało od jej krótkiego dzieciństwa.
- Jakie to dobre. Ciepłe. Można jeszcze trochę? – zapytali przybysze. Nie narzekali na warunki w drodze, ale dawno nie pili nic ciepłego.
- Będzie jeszcze zupa- powiedziała, dolewając każdemu.
- Bandaż jakiś, trzeba mu tę kostkę....i umyć się powinniśmy- zbierał z wysiłkiem myśli Adko.
- Chłopcy, biegnijcie po dziadka, dziewczynki, przygotujcie umywalnię- zaangażowała Inga gapiące się dzieci. Jej spokój i przytomność umysłu nie pozostawiały wątpliwości co do jej pozycji w tym domu.
- A któż to widział w sandałach chodzić po lesie!- zawołał dziadek, oglądając kostkę przybysza.
- No właśnie, rzemień mi się zerwał i dlatego...
Dzieci pokazały Adkowi, jak przytrzymać pacjenta i pisnęły chórem, gdy dziadek szybkim ruchem nastawił zwichnięty staw.
- Już?- zapytał niepewnie Mateo, łapiąc oddech.
- Już po wrzasku, ty głuptasku- przytaknął dziadek.
Dora zapędziła roześmiane dzieci na górę. Jej mąż pokazał przybyszom umywalnię i właściwy kąt w podwórzu. Inga wrzuciła do garnka z zupą wszystkie jadalne produkty z zasięgu ręki. Pachniała wspaniale. Nareszcie zasiedli do stołu.
- Król ogłosił nowe prawo. Mają odbudować garnizony i tylko wojsko ma prawo rozstrzygać spory- poprzez naczelników wiosek. Mają też odbudować naszą twierdzę.
- To właśnie czułam! Że coś się stanie! Odbudować twierdzę!- wykrzyknęła Inga.
- Nie bój się, straże obywatelskie i dworskie nie mają już praw. Nie będzie już grabieży i napaści, tylko prawo. Mamy im pomóc, ale im nie wolno nas napadać. I amnestia nie oznacza powrotu z wygnania. Nawet jeśli przeżył ktoś z Marharenów, to tutaj nie wrócą. Ktoś inny obejmie dwór i będzie on w Kohran, nie tutaj.
- To chyba dobre nowiny?- zapytała Dora. Po upadku dworu folwark stał się bezpieczny, ale bez możliwości zarobku. Budynki gospodarcze stały puste, pola nieorane, zaspokajali tylko swoje potrzeby.
- Jeżeli będziemy zaopatrywać twierdzę- przytaknął jej mąż.
Inga sceptycznie pokręciła głową, czując na sobie spojrzenie Adka.
- Może to też od nas zależy- jak to przyjmiemy- jako coś dobrego czy złego- powiedział powoli.
- Właśnie- przypomniał sobie o gościach Dorin.
- Słyszałem tylko jedną waszą naukę, a potem odeszliście...
- Król dał nam prawo do kawałka ziemi, żebyśmy zbudowali tak kaplice- ale naszym zadaniem jest nauczanie wszędzie tam, gdzie nas poproszą- uśmiechał się Adek.
- Jesteście tu zaproszeni- przytaknął Dorin.
Pod wieczór wychynęli z bukowych lasów. Głęboko, stromo w dół opadała łąka, przecięta kreską roślinności.
- Tam- jest strumień- powiedział z wysiłkiem Alik.
- Jesteś pewien?
- Znam te okolice. Tam były domy- wskazał opuszczone kępy drzew. Kasztany, lipy i tuje same nie rosną.
- Nie sprowadzimy koni- westchnął Hval.
- Trzeba zejść i przynieść wodę.
- Ktoś musi zostać na górze. Osłaniać nas- wszyscy, spragnieni, rwali się do drogi.
- Dasz radę?- zapytał go Hval.
- Zejść?- skrzywił się Alik.
- Nie, zostać- poprosił Hval. Chłopak zrozumiał, że jego milczący i surowy dowódca jest teraz u kresu sił.
- Oczywiście. Ja, Way, Borys- wszyscy, którzy byli ranni w nogę tu zostaną- zdecydował.
- Czy grozi nam coś na dole?
- Węże. Trzymajcie się z dala od kup kamieni.
- Idziemy.
Alik zsunął się z siodła tłumiąc jęk. Bardziej niż pragnienie dokuczał mu dziś kolejny dzień w siodle. Gdyby nie był odpowiedzialny za całą drużynę, kilkakrotnie rozpłakałby się dziś z bólu.
Usiadł wygodnie i ogarnęła go przedwieczorna cisza doliny. Budzące się psy i koty. Bydło ciągnąć łańcuchy po kamieniach wraca do obejść. Matki podsycają ogień i zwołują dzieci. Po całym dniu biegania czeka ciepła strawa i ciepła woda, szczypiąca sińce i guzy. Proste strumyki błękitnego dymu wznoszą się prosto w niebo. Koty bezszelestnie wyruszają w pole. Łąki grają cykaniem świerszczy i węzy a nad dolina unosi się dźwięczne klepanie kos...
Ktoś krzyknął i Alik obudził się z transu. Towarzysze dotarli do wody.
Dolina była pusta, zupełnie pusta. Ani jednego domu, dźwięku, zapachu. Tylko ich drużyna, którą ktoś szybko uciszył. Ale wrócił tu. Wrócił. Choćby go mieli zabić, wrócił. Był u siebie. Wśród modrzewiowych, brzozowych, bukowych lasów. Wśród wysokich łąk, łopianowych strumieni, olchowych mokradeł. Na czerwonej po zaoraniu ziemi, pośród lodowatych strumyków zostawiających na kamieniach rdzawy ślad. Był u siebie. Wrócił.
Hval wyprostował się. Nareszcie bez bólu. Napił się lodowatej wody i nareszcie wylał z siebie kłujący ból. Nie raz znosił pragnienie, ale zaczynająca się kolka była ponad jego siły. Gdyby nie dotarli do wody, tej nocy krzyczałby z bólu.
Szybko napełnił manierki i szedł pod górę równym, długim krokiem.
- Masz. Dziękuję- podał je Alikowi. Ten pił powoli, przyzwyczajony do zimna tutejszych strumieni.
- Ta dolina jest pusta. Nic nam nie grozi- zaraportował wreszcie.
- I tak trzeba wystawić straże.
- Trochę tu jeszcze posiedzę- czuł się zbyt podniecony, by usnąć.
- Wróciłeś do domu, co?- popatrzył na niego serdecznie Hval.
Chłopiec przytaknął. Był zmyślnym, sprytnym wojakiem jak na takiego dzieciaka. Takie dzieciaki nie powinny być wojakami. On sam nie ma już powrotu do swoich stepów. Musi przywyknąć do tej krainy, tych olbrzymich, bogatych lasów i łąk. Jak tu można żyć?- myślał Hval zasypiając.
Nad ranem pamiętał jasną myśl o nowym Bogu. Podobno był nowy Bóg. Mnisi nauczali o nim w stolicy, ale Hval nie miał czasu iść ich posłuchać. Ledwo wypuszczono go z lochu, musiał zebrać drużynę i przygotować ją do drogi. Teraz tego pożałował. Nowy Bóg. Dobrze byłoby, gdyby wszyscy mieli jednego Boga, nowego Boga na nowe życie tu...
Inga spała spokojnie, ale obudziła się długo przed świtem, całkiem rozbudzona. Bezszelestnie miesiła ciasto w kuchni, napawając się samotnością i spokojem tych porannych godzin. Ktoś jednak nawet o tej porze zakłócał jej spokój. Fuknęła gniewnie.
- Przepraszam, nie chcę przeszkadzać. Tylko łyk ciepłej wody jeśli jest- rozpoznała akcent Adka.
- Czajnik- na piecu- chyba się zagrzał- mruknęła nie odwracając się. Po chwili jednak otarła ręce. Może źle się poczuł? Wzięło w niej górę poczucie obowiązku i spojrzała na gościa.
- Może jakichś ziół?- zagadnęła.
- Serce mi trochę dokucza- odparł spokojnie, siadając na ławie.
- To ten wiatr- przytaknęła.
- Nie, to strach.
- Strach?- usiadła obok niego.
- Masz panie własny strach? I obudził się teraz?
- Tak- zdziwił się Adko.
- Bo mój też.
- Więc ta ziemia ma swoją moc. I broni się- stwierdził.
- Są to jakiejś dziwne miejsca? Ruiny albo coś takiego?
Otrząsnęła się na wspomnienie dziecięcych wypraw i późniejszych koszmarnych snów.
- Tu dawno nie było już obrządków- ale miejsca są. Wszyscy wyjechali i nawet nie wiemy, co w nich jest- powiedziała.
- Bóg silniejszy jest od zła. Taki strach oznacza, że trzeba się modlić- pogodnie wyjaśnił mnich.
- A ja mam krople- mruknęła.
- Na strach?
- Na serce.
- A, to może spróbuję?
Zbadała mu puls na skroni, szyi i dłoniach, po czym odmierzyła odpowiednią ilość kropli. Poczuł rozchodzące się ciepło.
- Dziękuję. To było dobre- powiedział.
„Dla niego wszystko jest dobre”- pomyślała niepewnie.
Alik obudził się sztywny z bólu. Nie mógł spać na gołej ziemi, pod gołym niebem, zwłaszcza w tej dolinie i ze swoją nogą.
- Dzisiaj ja muszę odpocząć- powiedział do Hvala.
- Wszyscy dziś odpoczywamy.
Sprowadzono konie na dół i przez cały dzień wojowie myli się, strzygli, czyścili konie i odzież. Z resztek zapasów i pożytecznych roślin ugotowano cienką, lecz ciepłą zupę.
- Musimy wyglądać jak wojsko, nie jak maruderzy. Jutro wejdziemy- do twierdzy czy do miasteczka, Alik?
- Miasteczko minęliśmy. Twierdza jest tu, za tym lasem. Tam też kiedyś był dwór...jeśli tam ktoś jeszcze mieszka, to ja się tam pokazać nie mogę. Edykt edyktem ale moja osoba narobi więcej zamieszania niż warto- przypomniał mu Alik.
Jednak bez chłopaka nie daliby sobie rady i Hval rad był, że trochę niedokładnie zastosował przepisy.
Przez cały dzień we dworze trwała krzątanina. Łaźnia, pranie, wypiek chleba, obiad, dzieci, goście. Kobiety krzątały się szybko, sprawnie, szorstko. Mężczyźni zajmowali się zwierzętami. Dopiero po wczesnym obiedzie rozsiedli się w dużej sali- rodzina, goście, słudzy domowi i starsi z nielicznych ocalałych folwarcznych rodzin. Brat Mateo zaśpiewał pieśń słoneczną a brat Adet opowiadał o pięknie mijanych krain, o pięknie stworzenia i dobroci Boga, który to wszystko stworzył.
- Bóg, nasz Ojciec, jest królem. Jesteśmy dziećmi króla. Wiem,że ta ziemia i wy wszyscy doznaliście wielu krzywd. Ale teraz możecie wybrać sami- Boga łaski i miłości, który chce wejść w wasze życie- czy bożki walk i nienawiści, które od dawna was dręczą- mówił Adet. Opowiadał o Bożej miłości, strzeżonej przez sprawiedliwość Jego przykazań.
- A co do Jego mocy to sami zobaczycie.
Do późna w noc mnisi modlili się nad dziećmi, Doris i Dorinem, Ingą, chorymi, kalekami, ciekawskimi i niedowiarkami.
Inga poczuła, jak ktoś usuwa ucisk z jej serca. Adek uśmiechał się, ale on stał za daleko, by mógł je dosięgnąć.
A przecież czuła wyraźnie, jak ktoś to zrobił. Jeszcze tego wieczoru bez świecy wspięła się na schody domykając okiennice i nie zwróciła uwagi na trzepoczący wśród liści na dworze strach. Krople też nie był potrzebne, choć po takim wieczorze wszyscy powinni być zmęczeni.
Rano dopiero okazało się, że kaleka chodzi, jąkała mówi a powaśnione rodziny spały w jednej izbie. Radości i krzykom nie było końca. Inga nalewała miseczki owsianki i ze skibką chleba podawała zgłodniałym, bo nikt nie zasiadał do stołu.
- Teraz musicie się wszystkiego nauczyć- modlitwy, przykazań, ewangelii- powtarzał Adek, tryskający energią. Nie było mowy o sercu, kroplach, strachu. Tylko się modlić.
- Czego potrzebujecie?- pytał Dorin.
- Król nadał nam kawałek ziemi, żebyśmy postawili kaplicę- mnisi nie chcieli wiązać się z żadnym domem ani dworem. Dlatego też odbyli męczącą podróż piechotą, by rozminąć się z kolumną wojska dążąc do twierdzy.
- Ale tu nie ma oznaczonego terenu- obracał dokument Dorin.
- Nie. Jeśli znajdziemy coś, co nam odpowiada, poprosimy o wpisanie tego- wyjaśnił Adet.
- Inga, ty znasz takie miejsca gdzie zbierasz zioła, pokażesz je- rozkazał Dorin.
- Nie, ten mostek nie jest zniszczony, rozebrano go celowo. Tutaj mostki wyznaczają granice- wyjaśniał Alik.
- A zatem nie ma przejścia do twierdzy, omijającego folwark- zrozumiał Hval.
- Czekajcie tutaj- z kilkoma delegatami ruszył do dworu. Nadeszła chwila, by objął dowództwo na swej nowej placówce. Właściwie nie była to kara. Za wszystkie niesubordynacje, których musiał dokonać, by chronić swych ludzi – to był zaszczyt, nie kara. A tą piękną, bogatą ziemię zaczął już kochać. W jednej dolinie można wykarmić więcej koni niż w całej jego wiosce.
Ledwo zasiedli do późnego obiadu, gdy doniesiono, że przed bramą stoją wojskowi.
Dorin założył płaszcz i sygnet.
Hval zsiadł z konia i zdejmując hełm przywitał się dwornie i godnie.
- Jesteśmy w służbie króla. Nie chcemy nikogo nachodzić, jedynie prosić o należną nam pomoc.
- Słyszałem- u naczelnika.
- Na razie zwracam się do ciebie panie, w sprawie, która nas najbliżej dotyczy.
Dorin cofnął się o krok i Hval wszedł do sieni.
- Chodzi o przejazd do twierdzy?- domyślił się Dorin. Hval skinął głową. Bielone ściany. Stare podłogi i nowe krokwie. Dwór był niedawno spalony. Nowe, skrzypiące meble, ...
Illias