Cadigan Pat
Dwoje
(Two)
Z "NF" 4/95
Rzadko jej dotykał. Sara Jane myślała o tym leżąc w
łóżku. Słyszała szelest gazety, kiedy przewracał stronę.
Gdyby się odwróciła na drugi bok, zobaczyłaby, że siedzi
przy małym stoliku, pod lampą - prawie materialny cień na
tle kolorowych zasłon skutecznie walczących z blaskiem
popołudniowego słońca. Byłby to - był to - widok tak
znajomy, że nazwała go wariacjami na temat ich życia.
A mogło być zupełnie inaczej, gdyby się dotykali.
W pismach, które jej zawsze kupował, czytała, że
dotykanie, w sensie fizycznym, jest bardzo ludziom
potrzebne. Dzieci, po to, żeby się dobrze rozwijały, powinny
być pieszczone. Pary małżeńskie, które się do siebie
przytulają, są najszczęśliwsze. Czasami tak bardzo
potrzebowała jego dotyku, że odczuwała to niemal jak ból.
- Michael? - Jej głos zabrzmiał w pokoju słabo i
bezsilnie. Nie odpowiedział, ale wiedziała, że uniósł wzrok
znad gazety. - Czy moglibyśmy się pobrać?
Zaśmiał się krótko, niewesoło.
- Nie, nie możemy się pobrać.
Tak też myślała. Po chwili wstała z łóżka i poszła do
czystej, bardzo czystej łazienki, żeby rozpakować jedną ze
szklanek. W lustrze ściennym wydała się sobie wychudzona.
Dziwne, jarzeniowe światło, typowe dla łazienek hotelowych,
wyssało z niej całą barwę tak, że przypominała wyblakłą
kolorową fotografię, która powoli stawała się czarno-biała.
Pogłaskała swoje długie ciemnoblond włosy i koniuszki
nawinęła na palec. Twarz miała kościstą, tak samo zresztą,
jak i całe ciało, jakby umierała śmiercią głodową. To z
powodu tej chudości, zdecydowała, czasem wygląda dużo
starzej, a czasem dużo młodziej niż na te swoje dwanaście
lat.
Za zasłonami były zasuwane balkonowe drzwi. Ponieważ
Michael dalej czytał gazetę, Sara Jane wyszła na balkon.
Stanęła w słońcu, z rękami założonymi do tyłu i
rozstawionymi nogami. Lekki wiatr poruszał jej koszulą. Nie
wyglądam na damę - pomyślała. Ale też i nie miała takich
ambicji. Nie, to nie ona. Nie ma szansy. Damy mają pełne
wdzięku, eleganckie figury, a nie kościste ciała, które
jeszcze rosną, poza tym damy nie noszą koszul z tanich
sklepów i wypłowiałych dżinsów, no i nie stoją, jakby miały
deskę między nogami. I nie włóczą się po hotelach z takimi
mężczyznami jak Michael. Oparta o kutą żelazną balustradę,
patrzyła na parking, który powoli zapełniał się samochodami.
Samochody należały głównie do par małżeńskich w średnim
wieku, które przyjeżdżały na weekendowy Miodowy Miesiąc
Mini. Przeczytała sobie wszystko na ten temat z ogłoszenia
znajdującego się przy telefonie. Trzy dni i dwie noce -
bezpłatny szampan pierwszego wieczoru i specjalne śniadanie
bufetowe w niedzielę rano - i to wszystko za
dziewięćdziesiąt dolarów od pary. Zastanawiała się, jak ci
ludzie potraktują ich obecność w swoim szacownym gronie.
Wyobrażała sobie, że w niedzielę podczas tego porannego
posiłku spacerują we dwójkę po zatłoczonym holu hotelowym, a
żony i mężowie niech się na nich gapią. Wszystko jest w
porządku - mogłaby im powiedzieć - on mnie nigdy nie dotyka.
Ja mam lat dwanaście, on prawie trzydzieści i jesteśmy po
prostu dobrymi przyjaciółmi. Tak. Michael dałby jej klapsa,
gdyby komukolwiek zdradziła, że ma pod trzydziestkę. Mógłby
spokojnie uchodzić za dwudziestodwu- dwudziestotrzylatka.
Ale klaps to przecież mimo wszystko dotyk. W pokoju
zadzwonił telefon. Zamknęła oczy. Po trzecim sygnale Michael
podniósł słuchawkę. Nie podsłuchiwała. Była to jedna z reguł
ustanowionych przez niego na samym początku. On decydował,
kiedy ona może słuchać, a kiedy nie i gdyby się nie
stosowała do jego życzeń, to po prostu od niej odejdzie.
Wiatr położył jej na twarzy kosmyk włosów. Ujęła ten kosmyk
w dwa palce i odrzuciła przez ramię do tyłu. Nawet nie
podsłuchując wiedziała, kiedy Michael odłożył słuchawkę;
poczuła, że podchodzi do otwartych drzwi.
- Sara Jane!
Odwróciła się. Stał uśmiechnięty. Po raz setny pomyślała
sobie, jaki jest przystojny.
- Umówiłem się na wieczór. Będziemy grali. Bezpieczna
sprawa i duży szmal.
Skwitowała to krótkim niewesołym uśmiechem.
- Będzie dokładnie tak jak zwykle. Tylko brać. -
Wpatrywał się w nią. Kiedy nie odezwała się słowem,
uśmiechnął się wyzywająco. - Zdrzemnę się teraz. Obudź mnie
o wpół do siódmej. Wezmę wtedy prysznic i zjemy kolację,
okay?
- Okay, Michael.
Jego usta zadrgały w rozdrażnieniu.
- Ćwicz zwracanie się do mnie per "wujku Mike", bo się
skapują, że coś jest nie tak.
- Okay, wujku Mike.
- W porządku. - Odetchnął głęboko i wypuścił powietrze.
Na jego ciemnych włosach kładły się w słońcu mahoniowe
refleksy. - Tylko bez żadnych numerów, jak będę spał,
zrozumiano?
Skinęła uroczyście.
- Ja nie żartuję. - Wymierzył w nią palcem przez zasłonę.
- Mówię poważnie, Saro Jane. Wiesz, że nie lubię głupich
numerów.
Jej spojrzenie wędrowało po całym jego ciele. Mike był
niedużym mężczyzną, niewiele wyższym od niej, ale nabitym i
świetnie zbudowanym, bez grama tłuszczu.
- Słuchaj, dlaczego nie włożysz kostiumu i nie pójdziesz
na basen? - Jego głos nabrał łagodniejszych tonów. - Idź
trochę na słońce, przyda ci się.
Wzruszyła ramionami.
- Może. Nie wiem. Nie lubię się pokazywać publicznie w
kostiumie kąpielowym, przecież wiesz.
- Rany. Chyba nie ma drugiej takiej, który by uważała, że
jest za chuda. Znam kobitki, co wpieprzają same selery i
popijają wodą, żeby mieć taką figurę jak ty.
- Ja nie mam żadnej figury. - Odwróciła się i dalej
patrzyła na parking. - A nawet gdybym miała, to i tak nie
jestem pewna, czy chciałabym się pokazywać w kostiumie
kąpielowym.
- Jak rany, przydałoby ci się trochę słońca. Jesteś
jeszcze dzieciak. Powinnaś czasem wyjść na dwór i się
pobawić.
Spojrzała na niego z goryczą przez ramię. Czyżby
żartował?
Spuścił wzrok na swoje nogi.
- Dobra, pies cię trącał, rób, co chcesz; weź sobie
trochę forsy i kup loda czy co innego, wszystko mi jedno.
Tylko pamiętaj, żebyś mnie obudziła o wpół do siódmej. I
żadnych numerów!
Jej twarz była teraz pozbawiona wyrazu.
Nie wróciła, dopóki się nie upewniła, że śpi. Na firankę
zaciągnął kotarę, żeby zaciemnić pokój, i spał w ubraniu na
łóżku, z oczami przysłoniętymi ramieniem.
Michael był jedynym spośród jej znajomych, który potrafił
spać na zawołanie. Jeśli zdecydował, że musi się zdrzemnąć,
żeby zachować formę na noc, rzucał się na łóżko i po chwili
już go nie było - jeszcze jedna z jego niezwykłych cech.
Tyle tylko, że Sara Jane zawsze musiała go budzić.
Stała nad nim pragnąc, żeby zabrał rękę i odsłonił twarz.
Widok jego twarzy dziwnie na nią działał, nigdy nie miała go
dość.
Jesteś dzieciak. Dwanaście lat i beznadziejnie zakochana?
Każdy uśmiałby jej się w nos, gdyby to głośno powiedziała.
Michael też by się uśmiał, ale ten śmiech byłby nerwowy, bo
on wie, że to prawda. Nic nie poradzi. Michael był jedyny,
jedyny, którego znalazła, być może nawet jedyny na świecie.
Całe życie marzyła o tym, żeby znaleźć kogoś takiego. Bała
się, że nikt taki nie istnieje, a jeżeli nawet istnieje, to
że jej nie zechce.
Michael odwrócił się do niej tyłem. Zesztywniała, ale on
spał głęboko, nieświadom jej obecności. Miała ochotę położyć
się koło niego, tak po prostu, żeby być blisko, ale gdyby
się położyła, toby go dotknęła, a przecież wie, co wtedy by
się działo. Nie darowałby jej. W tej sprawie bardzo nie
godził się na ustępstwa. Żadnych numerów.
Czy byłoby wiele gorzej, gdyby okazał się, powiedzmy, żonatym
kasjerem bankowym z trójką dzieci? Wtedy prawdopodobnie w
ogóle nie mogłaby się do niego zbliżyć. A gdyby był kobietą?
- to już zupełnie inna historia. Jakąś miłą kobietą,
która zastąpiłaby jej matkę czy starszą siostrę. Toby było
najlepsze. Ale miała Michaela.
Michael. Bezgłośnie wymówiła jego imię. Odwróć się twarzą
do mnie. Niemal bezwiednie wzmocniła nakaz i posłuchał jej
we śnie. Miał spokojną twarz, wszystkie sprawy szły na bok,
kiedy się regenerował przed wieczorną grą. Widziała, jak
jego gałki oczne poruszają się pod powiekami. Śnił. Michael,
błagała go bez słów, dziel ze mną swoje sny. A skoro
nacisnęła go raz, nie mogła na tym poprzestać. Zamknęła
oczy; miała uczucie, że poprzez nieruchome powietrze opada
ku obszarom mgły i cienia. W miarę jak się do nich zbliżała,
zaczęły przybierać ciemne barwy, pośród których się
błyskało. Przypominało to letnie wyładowania wśród chmur.
I wreszcie - była z nim. Napadło ją kłębowisko obrazów
niby animowane balony. Michael spłukany, Michael przy
forsie, Michael w szkole upokorzony z powodu jakiegoś
drobnego wykroczenia przeciwko regulaminowi klasowemu.
Michael, kiedy się spotkali po raz pierwszy w pralni
osiedlowej. Michael i kobieta - odwróciła się od tego
obrazu. Michael, kiedy próbowała go dotknąć. Kiedy ją
uderzył. Michael, kiedy odkrył, że to, co mu mówi, jest
prawdą...
Okay, mała, jeśli rzeczywiście potrafisz, to mi powiedz,
co myśli tamten facet. Stojąc na chodniku przed barem
Michael wskazał głową mężczyznę, który z płaską torbą
papierową pod pachą czekał na zmianę świateł, żeby przejść
przez ulicę.
On myśli: kiedy się zmieni to cholerne światło.
Michael wyśmiał ją. Ale jesteś bystra. Po prostu Sherlock
Holmes. Ja tam nie potrafię czytać myśli, ale tyle bym
zgadł.
Spojrzała na niego spokojnie. Jeszcze nie skończyłam. A
następnie przekazała mu to wszystko, nie słowami, tylko
wprost, jakby go zdzieliła między oczy: On myśli kiedy to
cholerne światło wreszcie się zmieni muszę wracać do biura
nikogo tam nie ma przerwa na lunch muszę skombinować jakieś
ładne pisemka wszystkie kobiety włażą na siebie śliskie
kobiety języki skóra śliskie twarde och...
Michael zesztywniał, nie był w stanie się ruszyć, kiedy
ona mu to wszystko przekazywała dyktując myśli faceta, który
czekał, aż się zmieni to cholerne światło. A potem światło
się zmieniło i mężczyzna przeszedł przez ulicę, szybkim
krokiem, wymachując rękami, a mała papierowa torebka w jego
prawej ręce kiwała się jak wahadło.
Dokąd on idzie? - spytał Michael.
Wraca do biura.
A gdzie jest to jego biuro?
Nie wiem.
Ty nie wiesz?!
Ja tylko słyszę, o czym ludzie myślą w sposób aktywny.
Nie mam wstępu do ich umysłów. Oni mnie nie potrafią
odbierać. Nikt nie potrafi. Poza tobą.
Nie dał jej czasu, żeby mogła mu powiedzieć, jak bardzo
czuje się samotna, jak to sześć tygodni temu uciekła z domu,
jak bezsensownie korzystała ze swoich zdolności i jak
próbowała przestać ich używać i nie mogła. Ale on ją wziął
do siebie do swego pokoju w ruderze zwanej hotelem Cosmo
("Na dzień, na tydzień, na miesiąc - płatne z góry").
Coś się poruszyło w jego umyśle. Ten kontakt trwa już za
długo, jeśli go jeszcze przedłuży, jej obecność dotrze do
świadomości śpiącego i Mike się obudzi. Ale ten kontakt był
jej potrzebny. Boże, jak bardzo potrzebny. Michael o tym
wiedział. I wydzielał jej go bardzo skąpo, dopuszczając ją
każdorazowo tylko na parę minut. Nie lubił, żeby mu się
plątała po głowie; uważał, że jest w tym coś szemranego,
chyba że miał z tego korzyść.
Jak na przykład w czasie gry.
Mogliby równie dobrze robić coś innego. Jako
dwunastoletni dzieciak wiedziała o ludziach więcej niż w
ogóle powinno się wiedzieć w każdym wieku - mogliby naprawdę
zrobić wspólnie coś wspaniałego, nawet mimo to, że Michael
prawie jej do siebie nie dopuszczał. Zamiast tego...
Jej głowa wypełniła się niewyobrażalnie jasnym światłem i
Sara Jane zaczęła wirować w nagłym zamęcie. Miała uczucie
spadania i przyspieszenia, tak jakby leciała w dół odbijając
się o tysiące wielkich przedmiotów...
Kiedy otworzyła oczy, leżała na podłodze. Michael walnął
w nią książką telefoniczną.
- Co ci mówiłem, mała? - Rzucił w nią cienką książką,
która odbiła się od jej mostka i ostrym rogiem dźgnęła w
żołądek. - Mówiłem, żeby nie było żadnych numerów. No! -
Pochylony nad nią, nawijał sobie jej włosy na rękę.
Dotykanie włosów niczym mu nie groziło, włosy były martwe. -
Mówiłem, że ma nie być żadnych numerów? No, już, odpowiadaj!
- szarpnął jej głowę do tyłu.
- Michael, ja się nie mogłam powstrzymać. - Jej głos
przypominał cieniutki szept. - Wiesz, że muszę mieć...
- Możesz poczekać, rozumiesz, możesz poczekać, aż ja ci
powiem! - Zmusił ją do wstania i rzucił na łóżko. Jej włosy
dalej były nawinięte na jego rękę, więc krzyknęła. Rzucił ją
po raz drugi, szorstko uwalniając rękę i patrząc, jak pada
na materac. Wstała i wyciągnęła do niego ramiona, ale on
znów złapał książkę telefoniczną i zaczął ją uderzać po
palcach.
- Michael...
- Łapy przy sobie! Chyba mówię wyraźnie! Ja cię nie muszę
dotykać, żeby cię walnąć! - Zrobił krok do przodu, a ona w
geście obronnym uniosła ramię. Przez chwilę myślała, że ją
uderzy. Ale on zwinął książkę w ciasny rulon. - Okay, w
porządku. Siedź tu na łóżku i nie ruszaj się. - Obszedł
łóżko od strony nóg cały czas mając ją na oku. Kiedy zaczęła
opuszczać rękę, pacnął ją mocno. - Mówiłem, nie ruszać się!
- Dobrze, Michael, nie będę się ruszać. - Oczy piekły ją
od powstrzymywanych łez. Gdyby go chociaż mogła dotknąć,
zaraz byłoby lepiej. Kiedy się dotykali, fizycznie, kontakt
był natychmiastowy, ale Michael bardzo starannie tego
unikał, bał się, że go w ten sposób zniewoli.
- Czy ci mówiłem, że ma nie być żadnych numerów? No,
gadaj!
- Tak, Michael, mówiłeś.
- Ale ty nie słuchałaś. Dlaczego?
- Nie mogłam się powstrzymać...
- Owszem, możesz się powstrzymać. - Walnął książką
telefoniczną w łóżko o kilka cali od jej drugiej ręki. -
Możesz się powstrzymać, możesz nad tym zapanować. Oboje
dobrze wiemy. Wcale nie musisz podsłuchiwać moich myśli i
myśli innych. Dlaczego to zrobiłaś, mimo że ci mówiłem,
żebyś nie robiła?
Jej gardło było zaciśnięte tak mocno jak książka
telefoniczna w jego ręku.
- Ja chciałam... - Jej oczy wezbrały łzami. - Bo ja się
czuję taka samotna, że nawet nie wiesz...
Walnął książką telefoniczną tuż przed nią tak, że o mało
nie obtarł jej policzka.
- Pamiętaj, żebyś nigdy - powiedział chrapliwie, groźnym
głosem - pamiętaj, żebyś się nigdy więcej nie ładowała we
mnie, jeśli ci sam nie powiem, że możesz. Nigdy,
zrozumiałaś: nigdy, bo - przysięgam - naprawdę coś ci
zrobię. I już mnie nigdy więcej nie zobaczysz. Zrozumiano?
Skinęła głową.
- Będziesz miała dużo szczęścia, jeśli cię wpuszczę dziś
w nocy po grze. Dopiero wtedy będzie twoja kolej,
dziewuszko, kiedy ja cię wpuszczę. Bo ja cię mogę całkiem
odciąć, wiesz o tym bardzo dobrze. W dalszym ciągu mogę.
- Proszę cię... - wyszeptała.
- Zamknij się. I dobrze ci radzę, mała, daj z siebie
wszystko dziś w nocy. Staraj się przez cały czas, bo jak
nie, to wracam do moich starych kumpli. Czy to do ciebie
dociera?
- Tak, Michael. Czy mogę opuścić ręce?
Odstąpił do tyłu.
- Wynoś się.
Rzuciła się przez łóżko śledząc go czujnym wzrokiem i
wycofała się do drzwi.
- Ja... ja potrzebuję trochę pieniędzy, Michael.
Cisnął w nią zmiętym banknotem dziesięciodolarowym.
- Bierz swój chudy tyłek w troki.
Szybkim ruchem schyliła się, żeby podnieść z dywanu
pieniądze, cały czas wpatrzona w niego szeroko otwartymi
oczami.
- Mała.
Przystanęła w pół drogi trzymając przed sobą drzwi jak
tarczę.
- Przyjdź tutaj, żeby mnie obudzić o wpół do siódmej, bo
jak nie, to możesz w ogóle nie wracać.
Skinęła głową i wymknęła się z pokoju.
Prawie godzinę spędziła w nędznym sklepiku z upominkami
przy holu hotelowym kręcąc się między półkami, podczas
kiedy sprzedawca zastanawiał się, czy ma do czynienia ze
złodziejką i czy przy jego zarobkach powinno go to w ogóle
obchodzić.
Z nudów kupiła "Vogue" i torebkę orzeszków pistacjowych
płacąc zmiętym banknotem dziesięciodolarowym, po czym wyszła
na patio w pobliżu basenu kąpielowego i usiadła przy stoliku
pod parasolem. Było dość pusto, więc z braku lepszego
zajęcia metodycznie otwierała zębami orzeszek po orzeszku i
wysysała środki brudząc sobie palce i usta na czerwono,
jednocześnie oglądając w "Vogue'u" modelki o zaciekłych
twarzach miotające się w różnych nieprawdopodobnych
sceneriach i prezentujące jeszcze bardziej nieprawdopodobne
stroje. Łupiny orzeszków utworzyły na metalowym stoliku
niechlujną kupkę i wiatr groził jej rozwianiem. Świadomie
trzymała się w ryzach i nie dostrajała do myśli tych
nielicznych osób, które przechodząc rzucały jej ciekawe
spojrzenia. Nie chciała wiedzieć, co myślą, nie chciała już
nigdy znać niczyich myśli. Byłoby dla niej lepiej, gdyby
sobie poszła, pozwoliła Michaelowi spać tak długo, aż się
sam obudzi - obojętne, kiedy by to było - i próbowała o nim
zapomnieć. Rodzice nie chcieli jej w domu, ale może
znalazłaby jakąś miłą rodzinę, która by ją przygarnęła.
Spróbowałaby żyć jak zwyczajni ludzie, zdławiła w sobie tę
zdolność (nigdy nie nazywała jej darem) i być może po jakimś
czasie uległaby ona atrofii i zanikła.
Kobieta reklamująca cyklamenową szminkę posłała jej z
błyszczącej stronicy całusa. Odwróciła kartkę, rozgniatając
orzeszek o dolne zęby. Równie dobrze mogłaby próbować
zmienić rytm swego serca czy zakleić sobie na zawsze
powieki, jak usiłować nie używać swoich zdolności. Były one
w dalszym ciągu pożyteczne i mając je nie mogła żyć bez
...
Lela_