Wojciech Kruczyński
Wirus samotności
PRZEDMOWA
Niektórzy mędrcy uważają, że świat istnieje jedynie dlatego, że Bóg nie chciał czuć się samotny...
Przed 40 laty samotność kojarzyła się ludziom z takimi określeniami jak: tragiczna, głęboka, odważna, wielka. Teraz na początku XXI w. kojarzy się ze słowami smutna, stara, tchórzliwa, brzydka lub odrażająca. Samotność nie jest już heroicznym wyborem filozofów, artystów i myślicieli szukających niezakłóconej obecnością innych absolutnej prawdy. Zresztą wybierane z własnej wolnej woli pustelnictwo według ostatniej klasyfikacji Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego to jednostka chorobowa. Taka samo jak psychoza lub depresja. Mało kto już wierzy Schopenhauerowi, który twierdził: „wolnym bowiem jest człowiek tylko wtedy, gdy jest samotny". A ci co mu wierzą i tak nie pragną takiej wolności. Samotność dzisiaj nie jest postrzegana jako wybór intelektualnej lub religijnej elity, lecz jako dotkliwe, bolesne cierpienie.
Samotność okazała się dżumą naszych czasów. Potrafi być przerażająca i porażająca. Poza tym jest nieunikniona. Każdy tak naprawdę jest sam. Nieważne, czy ma kogoś bliskiego czy nie. Sam przeżywa swoje lęki, nawet gdy ktoś inny w tym czasie trzyma go za rękę. Sam płacze, nawet gdy ten drugi ociera mu łzy. Druga osoba może być powiernikiem największych tajemnic, ale wcale nie ma się gwarancji, że tak będzie do końca. A na końcu i tak odchodzi się w samotności. Nawet jeśli wokół kręci się cały tabun lekarzy i pielęgniarek lub przy łóżku siedzi i żegna nas rodzina, przyjaciele i jakiś kapłan.
Ludzie chorują na samotność. I nie mam tu na myśli jedynie jakiejś psychicznej niemocy. Większość symptomów osamotnienia przekłada się nie tylko na psyche, ale także na somę. Wiedzą o tym i psychiatrzy, i psychoterapeuci. Godziny rozmów w ich gabinetach lub psychotropy wypisywane na receptach leczą nie tylko schorowane dusze. Leczą także arytmię serca, kaszel, migrenę, astmę, kłucie w płucach, fantomy reumatyzmu, wymyślone nowotwory mózgu, rozregulowane żołądki, owrzodzone skóry i trwające miesiącami przeziębienia. Ludziom samotnym bardzo często jest nieustannie zimno. Nie pomaga im ani ciepły koc, ani gorąca herbata z rumem lub sokiem z malin. Ich mentalne przeziębienie przekłada się po pewnym czasie na dotkliwe uczucie chłodu prowadzące do chronicznych przeziębień. Wiem to od mojego i nie tylko od mojego psychoterapeuty. Wiem to także z własnego doświadczenia.
Osamotnienie i towarzyszące mu uczucie opuszczenia zazwyczaj postrzegane są jako coś, czemu nie możemy się przeciwstawić. Co jest nieuniknione, nieuchronne i czemu nie możemy zapobiec. Bo taka lub taki jestem, bo nikt mnie nie akceptuje, bo nikt nie jest w stanie zbudować ze mną trwałego związku: ani rodzice, ani rodzeństwo, a potem także żadna partnerka lub partner. Bardzo często obwiniamy za to cały świat i otaczających nas ludzi, jednocześnie niezmiernie rzadko dopatrując się przyczyn tkwiących w nas samych. „Wirus samotności" jest książką, która w niezwykle interesujący, daleki od mentorskiego moralizatorstwa sposób próbuje skierować wzrok na nas samych i odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania: dlaczego jestem samotna/y i co mogę zrobić, aby swoją samotność przezwyciężyć.
Wojciechowi Kruczyńskiemu znakomicie udało się połączyć ugruntowaną wiedzę psychologiczną z przekonywającymi przykładami z życia w postaci poruszających opowieści, z którymi można się identyfikować. Po przeczytaniu tej książki ma się wyraźne uczucie, że autor stoi po naszej stronie i że opowiedział po części historię naszej samotności, doskonale rozumiejąc przy tym naszą rezygnację, nasz smutek, nasze załamania i nasze lęki. A z tymi uczuciami jest się o wiele mniej samotnym...
Janusz L. Wiśniewski, pisarz, chemik, informatyk
Frankfurt nad Menem, wrzesień 2005
WSTĘP
Byłem samotny. Byłem samotny i nawet o tym nie wiedziałem. Jeszcze bardziej zaskakujący może się wydawać fakt, iż doszedłem do tak smutnego wniosku dopiero w dniu moich trzydziestych urodzin. Gdy przekroczyłem tę magiczną cyfrę, urządziłem wielkie przyjęcie, na kilka sal, z młodzieżowym zespołem rockowym. Gości nie dało się policzyć - wciąż ktoś wchodził i wychodził. Było tłumnie, gwarnie, wesoło. Z każdą z tych osób wiązała się osobna historia, skłaniająca do wspomnień. Rodzina, szkolni znajomi, przybrane ciocie i wujkowie, kobiety, które kiedyś gościły w moim życiu: byli wszyscy, w komplecie. Czy możesz sobie wyobrazić mniej samotnego człowieka ode mnie, w tamtą noc? A jednak byłem samotny. Patrzyłem na ten korowód rozbawionych postaci i zupełnie niespodziewanie uświadomiłem sobie, że z nikim spośród obecnych nie łączy mnie nic specjalnego, nic, z czego nie dałoby się zrezygnować. Wielka impreza, która miała zebrać w jednym miejscu wszystko, co najlepsze w moim życiu, pokazała mi ogrom mojej emocjonalnej pustki. Tak, to była samotność. Kac-gigant, który pojawił się rankiem, nie wynikał z ilości wypitego alkoholu. Patrzyłem na porozbijane szkło, lepką od brudu podłogę i na gości wymykających się chwiejnie -jak na bilans całego dotychczasowego życia. Gdy chciałem się bawić, nie było trudno znaleźć przyjaciół. Teraz, gdy nie czułem się na siłach, aby posprzątać tę stajnię Augiasza, zostałem sam. Świat przybrał ciemne, posępne barwy. Co dalej?
Kiedy trochę doszedłem do siebie i w otoczeniu dawało już się wyróżniać żywsze kolory, zacząłem się nad tym pytaniem zastanawiać. Jedna odpowiedź rodziła kolejne wątpliwości. Dlaczego wcześniej nie wiedziałem, że jestem samotny? Jak do tego doszło? Dlaczego nie umiem nawiązywać z ludźmi bliskich relacji? Co muszę zmienić w sobie, by być do tego zdolnym? Czy to w ogóle możliwe? Jeśli tak, w jaki sposób się do tego zabrać? Wyjść na ulicę i obwieścić, że jestem samotny i szukam bratniej duszy? Jak ją rozpoznać? Na ile się otworzyć? Czy to, co o sobie opowiem, nie będzie zbyt odpychające? Jak sprawić, by ktoś polubił mnie takiego, jakiego znam ja sam, bez udawania, bez upiększania swej osoby?
Poszukiwania odpowiedzi zajęły dziesięć lat. Kolejna magiczna cyfra. Tym razem obyło się bez wielkich imprez, bez fajerwerków. Za to pod jednym dachem z bliską osobą, tak bliską, jak nikt dotąd. Bez najmniejszego cienia samotności. Z uczuciem szczęścia i wielkich nadziei na przyszłość.
Osobiste poszukiwania, a także moje doświadczenia zawodowe psychoterapeuty sprawiły, że urodziła się ta książka o samotności. Trzeba tam być, w tym ciemnym lochu i samemu znaleźć światło, aby zrozumieć cierpienie, strach i gniew, towarzyszące samotności. Dziś wchodzę tam powtórnie, by ustawić drogowskazy, pokazujące drogę do wyjścia. Mam nadzieję, iż będą na tyle czytelne, że wyprowadzą cię z osamotnienia i znajdziesz się w świecie bliskich, ciepłych związków z innymi osobami. Samotność bowiem, jak się okaże, ma różne oblicza, ale jej rdzeniem jest zawsze niezdolność do bliskości, a co za tym idzie, brak drugiej osoby, która jest chętna do przebywania w twoim świecie. Nie sposób wytłumaczyć osobie notorycznie samotnej, czym jest prawdziwa bliskość, podobnie jak człowiekowi, żyjącemu od urodzenia w lochu, czym jest światło słoneczne. Najlepiej zachęcić go do wyjścia. Nieznany świat na zewnątrz może przerażać, ale zapewniam cię: jest warto. Ja to wiem.
Zanim zaczniemy, jeszcze jedna sprawa. Książka skierowana jest zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn, a trudno jest pisać dla obu płci, używając tylko rodzaju męskiego. Uznałem więc, że w partiach tekstu, które kojarzą mi się bardziej z mężczyznami, będę używał rodzaju męskiego, a w częściach wiążących się raczej z przeżyciami kobiet, żeńskiego. To mój subiektywny, arbitralny wybór. Nie znaczy to, że któraś płeć jest w pewnych sferach uprzywilejowana czy wolna od zagrożenia samotnością. Nie różnimy się od siebie aż tak bardzo.
CZĘŚĆ I
Wirus wkracza do akcji
Samotność nie pojawia się w tym momencie, gdy telefon przestaje się odzywać albo, gdy odchodzi ktoś bliski. Samotność jest w nas już wcześniej, przyczajona, wyciszona, czekająca, by w odpowiednim momencie się ujawnić. Tak jak zaszczepiony dawno temu wirus, który zaatakuje w sprzyjających okolicznościach. Niektórzy z nas są odporni na wielokrotne czasem rozczarowania czy nawet porzucenia przez bliskich sercu ludzi - inni po miłosnym zawodzie zamykają się w czterech ścianach i latami leczą rany. Niektórzy nie mogą się opędzić od nic nieznaczących znajomości - dla innych, nawet krótka wymiana zdań w taksówce lub u fryzjera jest już towarzyskim sukcesem. Jak to się dzieje, że wirus samotności jednych zabija, a innych omija z daleka?
Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, zacząłem penetrować przeszłość. Czyniłem to jednak zbyt powierzchownie - wciąż nie mogłem dotrzeć do źródeł samotności. Odczuwałem ją w małżeństwie, na młodzieżowych prywatkach, w przedszkolu... Im dalej sięgałem pamięcią, tym więcej się pojawiało smutnych wspomnień. W końcu, między innymi, uciekając się do stosowania własnej psychoterapii, sięgnąłem najdalej, jak to możliwe: do czasów, których nie pamięta się świadomie, lecz odczuwa ich działanie w swych tęsknotach, fantazjach i niewytłumaczalnych uczuciach, należących jakby do kogoś innego, nieznajomego, czasem przerażającego. Sięgnąłem do czasów nazywanych niekiedy utraconym rajem dzieciństwa, ale które nie zawsze na takie miano zasługują. Wybierz się tam ze mną. Nie bój się - jestem obok i trzymam cię za rękę.
Nie ma jak u Mamy
Pierwotny kokon
Przed wirusem samotności w stu procentach może ochronić cię tylko jedno: ciepły i wygodny brzuch Mamy, w którym mieszkasz kilka cudownych miesięcy. Nie musisz się starać o nic, nie musisz niczego pragnąć: twoje potrzeby są zaspokajane, zanim je sobie uświadomisz. Jest ciepło i miękko. Doskonała jedność, bez strachu, bez łez, bez samotności. Do tego stanu zdarza się nam tęsknić, szczególnie wtedy, gdy świat się wydaje nieprzyjazny, codzienność zbyt trudna do zniesienia, dotyka nas cierpienie. Gdy zwijasz się w kłębek pod kołdrą i zapadasz w półsen, który odgradza cię od nierozwiązywalnych problemów, to właśnie próbujesz odtworzyć ów idealny stan. Kiedy znieczulasz się kolejną porcją alkoholu lub sięgasz po kolejną dawkę narkotyku, to właśnie chcesz odnaleźć choć na chwilę tę utraconą, błogą bezmyślność płodowego życia. Niestety, nazajutrz znów trzeba będzie się na nowo urodzić, a narodziny są momentem, w którym dotkliwie, bez żadnej taryfy ulgowej odczuwasz dojmujący ból samotności. Zawsze, gdy dopada mnie myśl o wycofaniu się na jakiś czas z życia, uświadamiam sobie nieuchronność faktu, iż będę musiał w końcu wyjść z ciepłego kokonu i przeżyć szok ponownego spotkania z rzeczywistością. To odbiera mi chęć powrotu do matczynego łona. Mam wrażenie, że bycie tam, to najprzyjemniejsze uczucie na świecie, ale twoje i moje miejsce jest nieodwołalnie tutaj, wśród ludzi. Jeśli zaryzykujemy powroty, to tylko na gapę - i jak każdy gapowicz będziemy stamtąd bez pardonu wyrzucani, na zbity pysk. Za każdym razem odczujemy to bardziej boleśnie.
Mówisz, że nie pamiętasz tamtego stanu, że to niemożliwe, by zachowały się jakiekolwiek wspomnienia. Dlaczego więc wciąż chcesz tam wracać? Dlaczego codzienna rzeczywistość wywołuje w tobie niechęć i strach? Dlaczego wmawiasz sobie: wszystko przez to, że żyję w takim paskudnym miejscu, w tym zakłamanym kraju, gdzie jedni tylko wykorzystują drugich, gdzie nie ma miejsca dla takich jak ja? Gdybym tylko żyła w innym miejscu, w Kanadzie, w Nowej Zelandii, może w Australii - o tak, tam wszystko potoczyłoby się inaczej... Nie łudź się: byłoby dokładnie tak samo, jak tu. Gdziekolwiek bowiem pójdziesz, zabierzesz swego wirusa samotności ze sobą. Twoje marzenia dotyczą tak naprawdę Nibylandii, szczęśliwego kraju, do którego nie ma już powrotu. Pierwotny kokon jest dla nas właściwym miejscem tylko wtedy, gdy się jeszcze nie narodziliśmy. W rzeczywistości niewiele różni się od śmierci. Nie zdajemy w nim sobie sprawy z własnego istnienia. Szczęście, którego się w nim doszukujemy, jest złudzeniem.
Wiem, to, co piszę, jest okrutne i niesprawiedliwe. Nie zgadzasz się na to. Gdy mnie słuchasz, chce ci się krzyczeć ze złości. To dobry znak, taka złość. Prawdziwy świat witamy bowiem krzykiem. Narodziny cichego dziecka zawsze wywołują panikę na sali porodowej. Rozpaczliwy krzyk, to najlepszy komentarz nowo narodzonego do sytuacji, którą zastał tu, na miejscu. To jego pierwsze doświadczenie opuszczenia i samotności.
Pierwszy krzyk
Wyobraź sobie, że słodko śpisz w swojej ciepłej, ulubionej pościeli. Jest tak wygodnie, że nie musisz nawet zmieniać pozycji. Trwasz w błogostanie, któremu towarzyszą miłe senne fantazje, jutrzejszy dzień na razie nie istnieje. Nagle ktoś brutalnie wyrywa cię z tego przyjemnego odrętwienia, ciągnie siłą na zimne podwórko i każe tam stać, nagiej, bezbronnej i wystraszonej. Wokół czają się postacie bez twarzy, dotykają nieznanymi przedmiotami, przestawiają cię z miejsca na miejsce. Nie odpowiadają na pytania. Nie wiesz, jak się z nimi porozumieć, jak im dać do zrozumienia, że jest ci zimno, że jesteś głodna. Więc krzyczysz, ile sił, ze złości. Gardło cię boli od krzyku na zimnym powietrzu, więc wściekła krzyczysz coraz głośniej... Koszmarna wizja, prawda? Ale właśnie czegoś takiego doświadczyliśmy - kiedyś, dawno temu. Nie mogłaś zachować tych wspomnień w świadomości, ale twoje ciało może wciąż pamiętać wstrząsający szok narodzin. Do dziś, w swoich najgłębszych uczuciach i przekonaniach możesz nie zgadzać się na to niespodziewane wrzucenie w świat, który zupełnie ci nie odpowiada.
Noworodek często znajduje się w sytuacji przypominającej taki właśnie, senny koszmar. Jest mu zimno, niewygodnie, powietrze rani płuca, a każdy głośniejszy dźwięk przeraża. Wokół drą się rozpaczliwie inni towarzysze niedoli - ale on o tym nie wie i tym bardziej przeraża go fakt własnego, zwielokrotnionego przez inne dzieci wrzasku. Nie jest świadom własnego istnienia, więc ma wrażenie, iż z bólu krzyczy cały świat. Gdyby umiał myśleć, być może uznałby, że właśnie umarł i znalazł się w piekle. Ale on jeszcze nie myśli. Nie może uspokoić się nadzieją, że ktoś zaraz przyjdzie i pomoże. Jest kompletnie sam, bez przeszłości, bez przyszłości, bez żadnego pomysłu na tę sytuację - oprócz panicznego wrzasku. Ta pierwsza, nieświadoma próba kontaktu z otoczeniem, wyraża jego kompletną niezgodę na zastany świat. Jego samotność jest całkowita i tragiczna przez to, że nie zdaje sobie sprawy z istnienia innych ludzi, którzy za chwilę, miejmy nadzieję, przyjdą mu z pomocą.
A ty - czy zgadzasz się na świat, w który ktoś cię wrzucił bez pytania o zgodę? Czy zgadzasz się na ból, który jest nieodłączny od życia? Czy zgadzasz się na niesprawiedliwość, która dotyka ciebie i innych w sposób zupełnie niezasłużony? Czy zgadzasz się na śmierć bliskich ci osób i ich nieodwołalną nieobecność? Jeśli nie, jeśli nie zgadzasz się na to wszystko, to jesteś równie samotna, jak ten przerażony noworodek - pozostaje ci tylko rozpaczliwy krzyk. Nikt bowiem nie przyjdzie, by zaspokoić twe pragnienia nieśmiertelności i braku cierpienia. Takiej osoby nie ma, i dlatego właśnie każdy z nas, nawet najbardziej szczęśliwy i zadowolony z tego, co daje mu los, jest w jakiś sposób samotny przez całe swoje życie. W każdym jego okresie istnieje jednak ktoś, kto potrafi twój ból ukoić i zapełnić czarną dziurę samotności prawie całkowicie. Będę w mojej opowieści zaznaczał obecność tej osoby, pisząc o niej z dużej litery. Gdy jesteś wygrażającym światu małymi piąstkami niemowlakiem - taką osobą może być tylko Mama.
Dobra pierś
Kiedy tak zanosisz się od krzyku i płaczu w kompletnej beznadziei, wydarza się cud. Nagle robi się ciepło, nie leżysz już bezradnie na plecach, machając łapkami jak przewrócony chrabąszcz, ale odczuwasz znajome, rozkoszne kołysanie. Podrażniona skóra przestaje piec, a do brzucha spływa życiodajny napój. Robi się błogo, świat już nie jest otchłanią cierpienia, ale zaczyna przypominać niedawny jeszcze stan bezmyślnej szczęśliwości. Jeszcze nie wiesz, że twoja Mama, gdy już doszła do siebie po bólu rodzenia, wzięła cię na ręce, przewinęła, nakarmiła i utuliła do snu. Być może masz niejasne wrażenie minionego koszmaru, ale to wszystko - świat wrócił do idealnej równowagi. Chwila rozpaczliwej samotności niczego cię nie nauczyła. Dzięki temu możesz zasnąć na kilkanaście godzin, bez zamartwiania się o przyszłość.
Gdy budzisz się nazajutrz, ku twemu przerażeniu historia się powtarza. Znów cierpienie, znów brak nadziei, znów samotne wołanie na puszczy. Lecz cud znów się wydarza, nawet szybciej niż przedtem. Znów jest błogo, świat znów jest przyjaznym miejscem. Po paru dniach lub tygodniach takich doświadczeń zaczynasz odnajdywać w tym rytmie wzlotów i upadków jakiś mglisty sens. Po wrzasku zawsze przychodzi ukojenie, ze świata jawy zawsze można uciec w sen. Te dwa sposoby na życie jeszcze niewiele się od siebie różnią, ale w pierwszym z nich zdecydowanie częściej wydarzają się rzeczy nagłe i groźne. Fantazja przeplata się swobodnie z rzeczywistością, ale wszystkim daje się jednak coraz lepiej sterować. Może ten świat nie jest o wiele gorszy od tego poprzedniego? Tam nie działo się wiele - tutaj można przynajmniej trochę porządzić. Wkrótce zdajesz sobie sprawę, że im głośniejszy wrzask, tym szybsze zaspokojenie. Gdy się dobrze natężysz, błogość przychodzi niemal natychmiast. Już wiesz - świat jest na twoje usługi.
Dzięki temu odkryciu samotność przestaje doskwierać na tyle, że możesz się skupić na tym, co widzisz, co słyszysz, co czujesz własną skórą. Gdy coś ci nie odpowiada, wystarczy wrzasnąć rozkazująco i świat od razu dostosuje się do twoich życzeń. Jednak nie każdemu z nas jest dane takie piękne doświadczenie. Już w tym najwcześniejszym okresie życia możesz wchłonąć wirusa samotności. Jeśli twoja Mama czujnie śpi, nadąża z przygotowaniem jedzenia, z dostarczaniem pieluch i w dodatku robi to z radością - wirus nie będzie miał do ciebie dostępu. Jeśli jednak Mama nie nadąża, jest chora lub w ogóle jej nie ma, świat już na zawsze pozostanie dla ciebie miejscem wrogim i nieprzyjemnym. Wiele matek odczuwa w tym okresie spadek nastroju, prowadzący często do rozwinięcia się depresji poporodowej. Czasem boją się nowej i nieznanej przyszłości, a czasem trudno im się pożegnać z przeszłością, kiedy to one były hołubionym dzieckiem. Jakakolwiek byłaby przyczyna, cierpi na tym nowy, mały obywatel tego świata. Jeśli jednak Mama szybko dojdzie do zdrowia (a tak zwykle się dzieje), nie ma wielkiego niebezpieczeństwa.
Wirus samotności zaatakuje z całą siłą wtedy, gdy Mama na początku twej drogi cię opuści i nie znajdzie się nikt na jej miejsce. Wówczas zatrzymasz się gdzieś między tamtym światem a tym. Tamten świat pozostanie na zawsze rajem utraconym - ten świat natomiast będzie zbyt przerażający, aby w nim normalnie żyć. Choroba sieroca jest chorobą z samotności. Wirus jest wtedy tak silny i bezkarny, a ty tak słaba i bezbronna, że może on cię nawet zabić. Jeśli nie zabije, będzie cię trawił po trochu, przez całe życie. Stanie między tobą a każdą osobą, która spróbuje się do ciebie zbliżyć. Zamiast kojącego ciepła odczujesz przemożny lęk. Najbardziej przychylni ci ludzie będą przez ciebie odbierani jako wrogowie. Nawet, jeśli urodzi się w tobie miłość, także odbierzesz ją jako zagrożenie i czym prędzej od niej uciekniesz - do swej mysiej dziury, do swego niedoskonałego kokonu samotności. Jeśli dzięki pełnej poświęcenia i miłości opiece Mamy nie doświadczyłaś świata jako miejsca, w którym warto żyć (chociażby po to, by zaprowadzać w nim ład swoim wrzaskiem), to każda nowa rzecz będzie odbierana jako zamach na twoje życie. Samotność w takim świecie jest jedyną szansą na wytchnienie, na chwilę spokoju. Anna, jedna z moich pacjentek, porzucona w dzieciństwie przez matkę, powiedziała: „W samotności widzę ciepło. Bo chłód w porównaniu z mrozem jest ciepły".
Troskliwą i wrażliwą matkę niemowlę odbiera jako dobrą pierś, bo zaspokojenie głodu jest jego główną potrzebą. Oczywiście, pierś należy tu traktować jako przenośnię - z różnych powodów matki karmią czasem swe dzieci butelką od samego początku. Można powiedzieć, że małe dziecko nie odróżnia matki od jedzenia. Jem, więc jestem kochany - mówi mały filozof. Niemowlak nie jest specjalnie subtelny w swoich doznaniach. Dla niego głód jest tym samym, co złość, gniew, strach. Dobra pierś, która zjawia się w pierwszych tygodniach życia na każde zawołanie, niesie ze sobą dobrą nowinę: świat jest też źródłem radości, nasycenia i spokoju. Zwykle, podczas dorastania, dostarczane przez Mamę pożywienie stopniowo traci swe szczególne znaczenie - ale wciąż daje ci ona swoją opiekę, zainteresowanie i miłość. Dobra pierś jest całym bogactwem, które dostajesz od Mamy. Dobra pierś dostarcza ci szczepionki na wirusa samotności.
Zaufanie
Bez zaufania nie ma szansy na bliskość z drugim człowiekiem. Aby związek mógł być trwały i satysfakcjonujący, musisz mieć tę podstawową pewność, że partner podczas nieobecności jest wciąż twój. Nie obmawia, nie zdradza, nie zapomina - zawsze jest po twojej stronie. Nie musisz do niego dzwonić, by to sprawdzić. Masz pewność, że gdyby działo się z tobą coś złego, wystarczyłby jeden sygnał, by się pojawił i pomógł. Stracone zaufanie jest początkiem końca i wstępem do samotności. Pytanie tylko: jakiej samotności, dobrej czy złej? Jeśli po utracie zaufania do bliskiej osoby potrafisz otrząsnąć się z szoku i z niezachwianą nadzieją szukać bliskości od nowa, oznacza to zwykle, że w pierwszym roku życia zostałaś uodporniona na samotność w wystarczającym stopniu. Jeśli jednak po zranieniu długo nie potrafisz nikomu zaufać, znaczy to, że zaszczepiony wcześniej wirus się uaktywnił i wykonuje swą krecią robotę. Niektórzy z nas nie są zdolni uwierzyć powtórnie i tym samym skazują się na złą samotność. Jak może to wyglądać w praktyce?
Posłużę się osobistym doświadczeniem. Bardzo dawno temu, gdy wierzyłem jeszcze (jak każde dziecko) w to, że moi rodzice są bez skazy, dostałem od nich na urodziny magnetofon. W tamtych czasach magnetofony posiadali nieliczni szczęściarze. To był mniej więcej taki kaliber prezentu, jaki dziś możemy przypisać używanemu samochodowi, który rodzice kupują dorastającemu dziecku. Zresztą, magnetofon także był używany. W niczym mi to oczywiście nie przeszkadzało - ważne, że mogłem bez przeszkód uwieczniać me ukochane zespoły muzyczne na taśmie. Moja wdzięczność dla rodziców była niezmierzona. Mniej więcej po roku czar prysł. Mimochodem, podczas rozmowy na inny temat, rodzice poinformowali mnie, że magnetofon trzeba będzie nie-długo oddać, bo tak naprawdę to nie jest on mój - został tylko wypożyczony. Smutek, który odczuwałem z powodu pozbawienia mnie ulubionej zabawki był niczym w porównaniu z zawodem, spowodowanym oszustwem. W jednej chwili dwie kochane, idealne osoby znikły, a na ich miejscu pojawili się obcy, nieznani mi ludzie - groźni, nieprzewidywalni, zdolni do wszystkiego. Było tak, jak w paradzie masek, gdy miejsce uśmiechniętej buzi po odwróceniu głowy zajmuje odrażający grymas. Dobra pierś zmieniła się w złą. Znów świat był cierpieniem i brakiem nadziei, a ja nie miałem ochoty w nim przebywać. Na pierwotny wrzask było już jednak za późno. Długo nie mogłem dojść do siebie po tym szoku - zrozumienie, że moi rodzice mają zarówno złe jak i dobre cechy, zajęło mi sporo czasu. Być może, gdybym wcześniej wyssał z mlekiem Mamy więcej zaufania do świata, nie przeżyłbym tego zawodu tak tragicznie.
Dziś jestem całkowicie pewien, że ból spowodowany zdradą partnera nie wynika z tego, że ktoś uprawiał z kimś seks. Wynika przede wszystkim z szokującej przemiany bliskiej, kochanej osoby w kogoś obcego i groźnego, kto uświadamia nam w jednej chwili naszą tragiczną samotność. Czasem wirus samotności miewa tak perfidne działanie, że wściekli po doznanym upokorzeniu, roznosimy go dalej, kierując się zasadą: „Skoro mnie to zrobiono, ja też komuś to zrobię - bo taki przecież jest ten świat". I tak się szerzy zabójcza epidemia...
Wiele osób, które opowiadają mi o swych kłopotach, mówi zwykle: „Nie jestem w stanie przed nikim się otworzyć, ponieważ boję się zranienia". Doznały zawodu, który odmienił ich spojrzenie na ludzi. Strach przed wykorzystaniem jest od tej chwili większy niż potrzeba miłości i dlatego właśnie spędzają wieczory, samotnie siedząc w domu. Gdy trwa to miesiącami lub latami, zapominają z czasem, jak to jest, gdy się ma kogoś bliskiego. Aby zabić dręczący ból, uprawiają jakąś formę niszczenia własnych uczuć i własnej pamięci - alkohol, środki uspokajające, telewizja... Oglądając tasiemcowe seriale, mają złudzenie, że uczestniczą w miłości lub przyjaźni. To cudza miłość, ale przynajmniej bezpieczna. To cudza przyjaźń, ale jakże piękna - w rzeczywistości tak czyste uczucie przecież się nie zdarza. Krok po kroku izolują
się od świata. Ich postępowanie przypomina budowę wielkiego muru, którym odgradzają się od cierpienia, związanego z odrzuceniem. Niestety, zapominają, że taki mur blokuje dostęp wszelkim uczuciom, także tym czystym i pięknym. I gdy kiedyś pojawi się ten wymarzony, godny zaufania człowiek, mur zaczyna działać na szkodę osoby, która go zbudowała. Nie wpuszcza tak długo oczekiwanej miłości. Nie wypuszcza też samotnika na zewnątrz - to, co miało być zabezpieczeniem przed bólem, stało się więzieniem. Osoba, która zbyt długo umartwia się w swojej twierdzy-pustelni, traci umiejętność nawet zwykłej rozmowy o pogodzie. Nabywa dziwactw, gorzknieje, dziczeje. Tak właśnie wirus samotności pokazuje swoje pazury.
Otwarcie się na bliskość naraża twoje serce na zranienia. Jeśli chcesz skończyć z samotnością, pogódź się z tym smutnym faktem. W paradoksalny sposób, każdy kolejny partner, który zawiódł twoje zaufanie, wzmacnia twą odporność na wirusa samotności. Nabywasz ostrożności, mądrości, uczysz się odróżniać ziarna od plew. W ten sposób nabywasz innego rodzaju zaufania - zaufania do siebie; do swych wyborów, do swych umiejętności lokowania uczuć w odpowiednich osobach. Zniszczenia, które czyni wirus samotności w pierwszych latach życia, są odwracalne. Aby jednak dało się je naprawić, musisz sobie regularnie aplikować szczepionkę zaufania. Dawaj ludziom kredyt, mimo lęku o powodzenie tej inwestycji. Naturalne jest, że szczepionka boli. Lekarstwa na nasze schorzenia mają zazwyczaj niezbyt wykwintny smak. Nie inaczej jest z chorobą samotności. Aby ją pokonać, trzeba będzie czasem zatkać nos lub zacisnąć zęby. Samo nie przejdzie.
Zbyt dobra pierś
Jak każdy porządny wirus, wirus samotności produkuje różne objawy. Wygonisz go drzwiami, spróbuje wejść oknem lub kominem. Samotni możemy być zarówno w swej twierdzy-pustelni, jak i w pozornie szczęśliwym, trwałym związku. Nie wystarczy więc powiedzieć: „Znajdę sobie kogoś, choćby nie wiem, co". Aby dobrać odpowiednią terapię, musisz dojść do źródeł zakażenia. Wiesz już, że jednym z nich może być nieobecność pełnej i gotowej do podzielenia się swoją zawartością piersi. Ale sprawa nie jest tak prosta, jakby mogło się wydawać. Zła pierś może być zła na wiele różnych sposobów.
Wyobraź sobie raz jeszcze tę wspaniałą chwilę, gdy pokarm matki zaspokaja twój głód, łagodzi wściekłość i sprawia, że popadasz w stan błogiej szczęśliwości. Wyuczonym odruchem ssania wciągasz więc w siebie ten wspaniały świat, biorąc go we władanie. Po chwili przymykasz z zadowolenia oczy, chcąc odpłynąć w świat sennych marzeń. Nie chce ci się już ssać. Przeżywasz euforię zespolenia z najważniejszą dla ciebie osobą. Ale wtedy dzieje się coś niepokojącego. Mama zmusza cię do dalszego ssania. Jeśli karmi butelką, ma ułatwione zadanie. Strumień pokarmu płynie dalej. Krztusisz się, protestujesz - w końcu łykasz, aby się nie udławić. Sytuacja trochę się poprawia. Żyjesz, ale musisz nadal łykać. Z niewiadomych powodów twoja matka uznała, że wie lepiej od ciebie, ile musisz zjeść. Może wychowywała się w czasach wojennych, może uważa, że „produkuje" dokładnie tyle mleka, ile trzeba. Albo lubi poczucie władzy. Jest możliwe, że w dzieciństwie sama została zarażona wirusem samotności i karmienie to dla niej jedyny moment, gdy czuje się komuś potrzebna - chce go więc maksymalnie przedłużyć. A może po prostu Mama nie zdaje sobie sprawy z tego, że mleko ci nie smakuje. Nie wiadomo - powodów bywa wiele. W każdym razie masz dwa wyjścia: albo się dusić, albo łykać. Tyle, że to łykanie nie sprawia już przyjemności. Jest tylko nieprzyjemną walką o przetrwanie. Pokarm się cofa - organizm, by sobie z tym poradzić, tłumi przykre emocje i wznawia odruch ssania. Napęczniały brzuch powoduje, że świat nie jest już tak szczęśliwym miejscem, jak przed chwilą. Tracisz swoje piękne złudzenia władzy nad nim. To on ma władzę nad tobą. Gdy taka sytuacja się powtarza, powoli nabywasz przeświadczenia, że może lepiej nie przyznawać się do głodu - będzie co prawda chwila przyjemności, ale tak czy owak w końcu świat ci udowodni, że nie masz tu nic do gadania. Powstrzymujesz więc odruch ssania, ile się da. W końcu jednak musisz skapitulować - twój wrzask wzywa Mamę i proces zniewalania ofiary zaczyna się od nowa. Głód sprawia, że jesz szybko i łapczywie. Zanim się obejrzysz, brzuch jest znów potwornie napęczniały. Z karmienia na karmienie powiększa swą objętość i elastyczność, by sprostać zadaniu. Mama już nie musi cię
przekonywać do łykania - robisz to sama, by zachować resztki godności...
Czy ten mechanizm z czymś ci się kojarzy? Jeśli nie, posłuchaj, co opowiedziała mi podczas terapii dwudziestojednoletnia Matylda:
Odkąd pamiętam, byłam przekarmiana. Zawsze miałam przekonanie, że jestem tłustym, brzydkim potworem. Obiad musiałam zjeść do końca, chociaż jedzenie rosło mi w ustach, powodując mdłości. W domu było zawsze pełno słodyczy, którymi dokarmiałam się w przerwach między posiłkami. Nie miałam zbyt wielu koleżanek, a te nieliczne, zwykle mnie wykorzystywały i naśmiewały się za plecami. O chłopcach w ogóle nie było mowy. Gdy skończyłam 18 lat, próbowałam się buntować przeciwko tuczeniu. Niewiele to dało, bo po okresach głodu potwornie się obżerałam. Teraz jest trochę lepiej, ale i tak, gdy już zacznę, nie mogę się opanować...
Już samo przekonanie Matyldy o swej brzydocie (co jest całkowitym nieporozumieniem, bo mało znam tak ładnych dziewczyn, jak ona) wskazuje, że wirus samotności zbiera swoje żniwo. Matylda nawet nie pomyśli o tym, że mógłby spojrzeć na nią ktoś przystojny i wartościowy. Będzie dobierać sobie kiepskich partnerów - takich, na których widok inne dziewczyny się odwracają i przyspieszają kroku. Zakocha się w każdym, kto powie jej kilka miłych słów na temat jej wyglądu, pod warunkiem, że nie będzie to niebieskooki blondyn o wzroście metr dziewięćdziesiąt, za którym szaleje połowa jej koleżanek. Zainteresowanie takiego mężczyzny uzna za kpinę, a jeśli nawet przypadkiem za niego wyjdzie, bez przerwy będzie mieć poczucie winy, że związała tak fajnego faceta z tak nikczemną kreaturą, jak ona.
Zła pierś nie musi być jednak przyczyną zaburzeń jedzenia u dorastających dziewczyn. To tylko najprostszy przykład, a przekonanie o własnej brzydocie nie jest jedynym objawem, przez który manifestuje się wirus samotności. Adam ma prawie czterdzieści lat i tak opowiadał mi o swojej matce:
Bardzo o mnie dba, ale ta opieka często mnie wkurza. Gdy wracałem w nocy do domu, zawsze wstawała, żeby zrobić mi coś do jedzenia. Dzwoni o różnych porach, by sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuję. Gdybym jej pozwolił, zamieszkałaby u mnie, i pilnowała mego zdrowia i szczęścia. Czasem mam wrażenie, że się przy niej duszę. Kocham ją, ale wolę trzymać się od niej z daleka.
Adam ma głęboko zakodowaną pewność, że jeśli tylko wyjawi swoją potrzebę, zostanie ona zaspokojona w taki sposób, że go zadławi. Jego związki z kobietami wyglądają następująco: są to zwykle dwukrotnie od niego młodsze dziewczyny, które zakochują się w nim bez pamięci, jednak na tyle niedoświadczone, że nie stanowią dla niego zagrożenia. Trzyma je na dystans, tłumacząc, iż mężczyzna z natury potrzebuje dużej liczby partnerek, a mądra kobieta powinna umieć to zaakceptować. W ten sposób zapewnia sobie miłość, jednocześnie mając pewność, że zawsze może się wycofać z tego układu, nie krzywdząc (w jego pojęciu) drugiej osoby. Zapewnia sobie niezbędny pokarm, z którego może zrezygnować w każdej chwili. Gdy go pytam, jak widzi swoje relacje z kobietami, mówi, że są zgodne z naturą. Gdy to mi nie wystarcza, udowadnia, iż kobiety pragną być z jednym, stałym partnerem tylko dlatego, że tak je wychowano. W rzeczywistości jednak Adam bez przerwy wraca do wydarzeń z dzieciństwa, gdy był gwałcony nadmierną miłością matki i wciąż od nowa stara się przed tym gwałtem obronić. Wynikiem tej walki są dwa nieudane małżeństwa i dwoje pozostawionych dzieci, które, wychowując się tylko z samotną matką, mają wielkie szansę zarażenia się od niej wirusem samotności, w dokładnie ten sam sposób, jak Adam.
Dlaczego tak natrętnie odtwarzamy te dawne wydarzenia? Dlaczego nawet tak prosty fakt, jak sposób karmienia, odciska na naszym życiu silne piętno? Tysiące teorii stworzono, by to wyjaśnić, ale odpowiedź jest dosyć prosta: dlatego, że człowiek nie istnieje jako jednostka samotna. Zupełna samotność jest dla nas czymś kompletnie nieodpowiednim i szkodliwym. Całe życie dążymy do tego, by być blisko ważnej dla nas osoby, dążymy do miłości i intymności. A miłości, jak wszystkiego, trzeba się nauczyć.
Matkę kochasz najmocniej w całym twoim życiu, bez zastrzeżeń i wątpliwości, bo od niej zależy istnienie świata - ona więc uczy cię, czym jest miłość. Jeśli nauczy cię, że miłość to forma przemocy, zaszczepisz w sobie lęk przed miłością. Tak działa wirus samotności. Im bardziej się w kimś zakochasz, tym bardziej będziesz się bać. Miłość i bliskość będzie dla ciebie jednoznaczna z wystawieniem się na ciosy, na kontrolę i na przemoc. W dodatku nie możesz przeciwko takiej przemocy zaprotestować, bo kto normalny protestuje przeciwko miłości? Odrzucając miłość matki, stajesz się nieczułym draniem lub niewdzięczną jędzą - niewiele osób potrafi rozpoznać takie uczucia jako wynik manipulacji własnej Mamy. Tak, miłość może być zdecydowanie najpotężniejszym narzędziem zadawania bólu.
Jeśli uważnie przeczytałaś ten rozdział, to powinnaś już wiedzieć, jaka jest rada na szkody wyrządzone przez zbyt dobrą pierś. Nauczyć się miłości od nowa. Musisz szukać osoby, która będzie cię kochać w sposób dla ciebie bezpieczny. Ale nie tak, jak Adam, który kontroluje i okłamuje swoje kobiety, by uwolnić się od swego lęku. One nie mają żadnego wyboru. Musi to być osoba, przy której czujesz się bezpiecznie, ale dzięki temu, że zna twoje potrzeby i umie je szanować - z własnego wyboru. Aby jednak mogła je poznać, musisz, po pierwsze, sama znać swoje potrzeby, a po drugie, nie bać się ich odkryć przed swoim partnerem. Wiadomo, że lęk się na chwilę pojawi, bo przecież twoje potrzeby były dotąd ignorowane, zalewane niechcianym pokarmem. Ale gdy już minie, wirus samotności zostanie trochę osłabiony, a bliskość między wami wzrośnie. Więcej o prawdziwej bliskości napiszę w trzeciej części tej książki.
Pierś w zasadzie idealna
Widzisz już wyraźnie, że zbytnie zalewanie dziecka uczuciami przez Mamę równie skutecznie zaszczepia mu wirusa samotności, jak jej nieobecność. Może więc rozwiązania należy szukać w wyczuleniu Mamy na potrzeby malca i w dawaniu mu dokładnie tyle, ile chce? Zarówno ofiary braku miłości swych rodziców, jak i ofiary jej nadmiaru, chętnie przystałyby na takie rozwiązanie. Ktoś, kto odgaduje potrzeby i dokładnie je zaspokaja, wydaje się nam idealnym rodzicem. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Ten pobieżny, pierwszy rzut oka nie tak dawno zaprowadził w ślepą uliczkę całe rzesze entuzjastów tzw. wychowania bezstresowego. Z ich rozwydrzonymi pociechami mieliśmy zapewne przyjemność (wątpliwą) się zetknąć, np. w pociągu, gdy kładły na nas bezstresowo swe ubłocone buty. Z tych przykrych doświadczeń wynika niezwykle ważny wniosek: idealny świat to nie miejsce dla nas. Natychmiastowe zaspokajanie naszych pragnień, na dłuższą metę może tylko zaszkodzić. Smutne, ale prawdziwe.
Wyobraź sobie, że od momentu narodzin masz właśnie taką idealną Mamę. Gdy tylko zaczynasz się niespokojnie poruszać, biegnie, by cię nakarmić. Gdy widzi, że ssiesz coraz słabiej, stara się uchwycić moment, gdy już masz dosyć i natychmiast wycofuje pierś. Gdy ją pacniesz przy okazji w czoło, radośnie się śmieje. Wie dokładnie, jaka temperatura pokarmu cię zadowala - podobnie z temperaturą twojego pokoju. Właściwie to nie masz swojego pokoju, bo Mama musi cały czas kontrolować twoje samopoczucie. Trzyma cię więc tuż obok łóżka albo w nim, przez co tata, o którym jeszcze nic nie wiesz, zostaje wykwaterowany do jadalni (czasem w ogóle poza dom). Reszta rodziny chodzi na palcach, bo wie, że się marszczysz przy głośniejszych dźwiękach - Mama skrupulatnie tego pilnuje. Jeśli czegoś potrzebujesz, wystarczy, że wrzaśniesz. Mama natychmiast zaproponuje ci kilkanaście rzeczy, wśród których z pewnością będzie ta, której pożądasz. Dostajesz ubranka, które pieszczą twoje ciało, pieluszki są zmieniane z powodu najmniejszej kropelki, a powietrze jest sterylnie czyste, by nie narazić twego wątłego ciała na niebezpieczeństwo kichnięcia. Większość czasu, w którym nie śpisz, spędzasz w kołyszących ramionach Mamy, czując ciepło jej ciała. Jest jak w raju. Mama robi, co może, byś nie dowiedział się, że wydobyłeś się już z jej brzucha na świat i że pępowina została dawno przecięta - mogłoby to być zbyt stresujące doznanie. Masz więc złudzenie trwania w pierwotnym kokonie, gdzie nie trzeba robić nic, tylko trwać. Mama zajmie się resztą.
Wydaje ci się to troszkę podejrzane? Oj, to nieładnie. Nie możesz mieć do niej pretensji - przecież robi to wszystko dla ciebie, poświęcając własne życie. O ile jest wytrwała i zdrowa, nawet przez kilkadziesiąt lat może zaspokajać wszelkie twoje potrzeby. Wystarczy, iż głośno wrzaśniesz albo zrobisz niezadowoloną minę. Jeśli się tak nieszczęśliwie złoży, że będziesz miał także potrzeby seksualne, dobierze najodpowiedniejszą dla ciebie partnerkę, ochroni przed zbędnymi konsekwencjami w postaci ciąży lub zajmie się twoim dzieckiem. Na ogół jednak postara się, byś nie interesował się specjalnie kobietami, bo z tego nic dobrego nie wynika. Dlatego wynajdzie u ciebie wszelkie możliwe schorzenia, na które będzie cię leczyć od najmłodszych lat, obyś tylko wydawał się rywalkom odpychający w wystarczającym stopniu. Ażeby mieć pewność, będzie czekać z gotowym, przepysznym obiadem na każde twoje skinienie, żebyś jak najszybciej zaczął przypominać miękką, różową kuleczkę. W takiej formie się urodziłeś i takiego Mama kocha cię najbardziej. Jeśli jej się uda zachować cię w tym nietkniętym seksualnie stanie odpowiednio długo, to samo spojrzenie innych kobiet będzie wywoływało u ciebie nowe, groźne choroby, którymi Mama natychmiast się zajmie.
Wydawałoby się, że twoja Mama robi wszystko, by uchronić cię przed wirusem samotności. Poniekąd jest to prawda, bo w porównaniu z innymi mężczyznami masz coś, o czym oni tylko mogą marzyć: kochającą cię bez zastrzeżeń osobę, kobiecy ideał na wyciągnięcie ręki, wzorową gospodynię, anioła stróża i kasę zapomogowo-pożyczkową - wszystko w jednym. Zapominacie tylko oboje o jednej rzeczy: Mama nie jest wieczna. Gdy śmierć ją zabierze, nieodcięta pępowina może pociągnąć cię za nią, na tamtą stronę. Nazbyt idealne mamy czasem sobie o tym przypominają (niedługo przed śmiercią) i starają się za wszelką cenę wyswatać synka z równie ofiarną, jak ona, męczennicą. Rzadko się to jednak udaje, bo nikt nie potrafi kochać w tak zachłanny sposób jak wierna Mama. W wieku kilkunastu lat, lub czasem kilkudziesięciu, następuje więc spóźniony poród i wszystko, co się z tym wiąże: pierwotny krzyk przerażenia, cierpienie i wszechogarniająca, całkowita samotność dziecka. Wirus ujawnia się z całą zjadliwością, na jaką go stać. Nikt nie zajmie się czterdziestoletnim bobasem, tak jak przedtem Mama. (Mamo, nie chcę iść dziś do szkoły! - Wstawaj natychmiast, ubieraj się i marsz do szkoły - -przecież jesteś tam dyrektorem!) Może on, co najwyżej udawać przez jakiś czas, że jest dorosłym mężczyzną, chcąc znaleźć sobie zastępstwo za Mamę. Większość jednak kobiet przypłaci związek z nim ogromnym zawodem i frustracją - prędzej czy później zrozumieją, iż żyją z żarłocznym dzieckiem, dla któreg...
bioeco