Seniorzy 26.02.2010 09:29:11
Zawodnik wszechstronny, który pokazał, że potrafi grać na przyjęciu, ale też na pozycji libero. Jest jednym z mocnych filarów zarówno w kadrze, jak i w klubie. Niezwykle sympatyczny, skromny i oddany rodzinie człowiek. Wielki fan rajdów samochodowych.
Michał Ruciak to bez wątpienia jeden z najlepszych przyjmujących w Polsce. Ma na swoim koncie wicemistrzostwo Europy z reprezentacją kadetów, mistrzostwo świata z kadrą juniorów i zdobyte ostatnio: mistrzostwo Europy z reprezentacją seniorów. Zawodnik wszechstronny, który pokazał, że potrafi grać na przyjęciu, ale też na pozycji libero. Jest jednym z mocnych filarów zarówno w kadrze, jak i w klubie. Niezwykle sympatyczny, skromny i oddany rodzinie człowiek. Wielki fan rajdów samochodowych.
Krótka historia o tym, jak to się wszystko zaczęło
Siatkarska przygoda Michała rozpoczęła się w szkole podstawowej, w jego rodzinnym mieście Świnoujściu. Ruciak jako młody chłopak z zapałem uczęszczał na zajęcia sportowego klubu siatkarskiego. - Nauczyciel wychowania fizycznego był jednocześnie trenerem w tym klubie. Prowadził dodatkowe zajęcia w swojej dyscyplinie. Tak się to wszystko rozpoczęło. Poza tym mój starszy brat też grał w siatkówkę, przychodziłem na jego mecze do szkoły i później mnie to wciągnęło – wspomina po latach siatkarz.
Po pierwszych krokach na siatkarskim parkiecie przyszedł czas na poważną grę. Ta, rozpoczęła się w Szczecinie. W miejscowym klubie Morze, który był wtedy jedną z najmocniejszych ekip w lidze, młody siatkarz miał niepowtarzalną okazję uczyć się siatkarskiego rzemiosła od najlepszych. Trenerem szczecińskiej drużyny był wówczas legendarny szkoleniowiec Hubert Wagner, a w zespole nie brakowało przyszłych gwiazd reprezentacji. – Prosto po szkole podstawowej poszedłem do Szczecina i wspominam ten okres bardzo dobrze. Byłem wtedy młody, ale nie ukrywam, że wiele się tam nauczyłem, bo miałem doświadczonych kolegów. Grałem m.in. z Witoldem Romanem i z Pawłem Zagumnym. Nie wyglądało to tak, że stałem gdzieś z boku, tylko starałem się im pomagać, grałem w obronie. Bardzo dużo dała mi sama gra, ale też treningi –mówi z pełnym przekonaniem.
Wielu wspaniałych zawodników zdobywa siatkarskie szlify w Szkole Mistrzostwa Sportowego. Do SMS-u trafił też i Michał. - Po roku spędzonym w Szczecinie zostałem dostrzeżony przez trenerów kadry juniorskiej i dostałem propozycję z SMS-u. Tam znalazłem się pod opieką trenera Grzegorza Rysia. W trakcie nauki w SMS-ie mieliśmy możliwość uczestniczenia w Mistrzostwach Europy czy świata juniorów i innych turniejach międzynarodowych. Grałem z rówieśnikami z różnych krajów. To pomogło mi w dalszym rozwoju. Nauka w szkole i umiejętności, które tam zdobyłem, zaowocowały potem na arenie międzynarodowej - wspomina.
Michał Ruciak (Natalia Starosta - Reprezentacja.net)
Reprezentacje młodzieżowe motywacją do dalszej pracy
Gra w SMS-sie zaowocowała najpierw powołaniem do kadry kadetów. Wówczas przyszedł pierwszy sukces. Na Mistrzostwach Europy w Libercu w 2001 roku młodzi siatkarze wywalczyli srebrny medal. - Pojechaliśmy tam po raz pierwszy jako reprezentacja i było nam trochę ciężko grać. Nie brakowało nam jednak woli walki i chcieliśmy wypaść jak najlepiej. Pierwsza wielka impreza i od razu taki sukces. To dodało nam wiary, że to, co robimy z kolegami, idzie w dobrym kierunku. Na tym turnieju potrafiliśmy ograć wiele drużyn i bardzo się z tego cieszyliśmy. W finale ulegliśmy Rosjanom. Jednak srebrny medal był dla nas wielką radością i motywacją do dalszej pracy.
Jak się później okazało, na jej efekty trzeba było poczekać dwa lata. W 2003 roku na Mistrzostwach Świata w Teheranie reprezentacja juniorów zdobyła najcenniejszy, złoty medal. Wśród zawodników przeżywających niezwykłą euforię po ostatniej piłce był również Michał. - Był to jeden z pierwszych naszych sukcesów. Ciężko na ten medal pracowaliśmy. Ograliśmy Brazylię w finale i byliśmy najlepsi na świecie. Euforia była ogromna. Z tamtej juniorskiej ekipy brazylijskiej wielu zawodników gra teraz w reprezentacji seniorskiej – opowiada siatkarz.
Na ligowych parkietach … czyli droga do Kędzierzyna
Morze Szczecin, Skra Bełchatów, AZS Olsztyn a teraz ZAKSA Kędzierzyn Koźle. Tak wyglądała droga Michała Ruciaka w polskiej lidze. Poszczególne zespoły, to kolejne przystanki na tej drodze. - W każdym z tych klubów walczyliśmy o inne cele. Z ekipą ze Szczecina była to walka o utrzymanie w lidze. To zadanie zostało wykonane, nawet doszliśmy wtedy do finału Pucharu Polski, gdzie przegraliśmy z Sosnowcem. Takim sukcesem w tym turnieju było zwycięstwo w półfinale z Kędzierzynem, w której to drużynie grali wtedy prawie wszyscy z reprezentacji. Niestety po roku klub został rozwiązany i dalsza gra okazała się tam niemożliwa – wspomina pierwsze ligowe zmagania.
Michał Ruciak w otoczeniu kolegów z reprezentacji (Sylwia Dąbrowa - Reprezentacja.net)
- Potem była przeprowadzka do Bełchatowa, gdzie dostałem szansę grania w bardzo fajniej drużynie. Moja kariera szła w coraz lepszym kierunku, a poziom sportowy się podnosił – relacjonuje bełchatowski epizod. Tu po raz pierwszy siatkarz miał okazję pracować z trenerem Ireneuszem Mazurem. Jak się później okazało, nie było to ostatnie spotkanie tego duetu. - Z trenerem Mazurem współpraca układała mi się bardzo dobrze. Jest ostry, ale taki chyba powinien być szkoleniowiec. Na treningach pracowaliśmy ciężko. Nic w tym dziwnego, przecież naszym celem miało być wywalczenie Mistrzostwa Polski – relacjonuje. W sezonie 2003/2004 Skra Bełchatów z Michałem w składzie zakończyła zmagania ligowe na czwartej pozycji.
Potem Ruciak podpisał kontrakt z AZS-em Olsztyn i na dłużej zagościł w szeregach akademików - W AZS-ie Olsztyn spędziłem cztery lata, w czasie których w każdym sezonie zdobywałem medale. Tu znowu spotkałem się z trenerem Mazurem – dodaje. Faktycznie, każdy sezon spędzony w AZS-ie zaowocował zdobyciem medalu, w czym Michał miał nie mały udział. Najpierw było srebro, potem przez kolejne trzy lata medal brązowy. W zespole akademików siatkarz został przesunięty z pozycji przyjmującego na libero. - Gra na libero była epizodem, który miałem w swojej siatkarskiej karierze w ramach pewnych przygotowań, czy konieczności. Kiedy była taka potrzeba, to po prostu grałem. Na pewno było to dla mnie korzystne, bo i w przyjęciu i w obronie można było nabrać większej pewności siebie i potem przełożyć to na grę również na pozycji przyjmującego. Dało mi to pewność w przyjęciu dzięki czemu można się było skupić na grze na siatce – wspomina. W Olsztynie siatkarz spotkał się nie tylko z trenerem Mazurem, ale i z Pawłem Zagumnym. – Michał to bardzo pracowity zawodnik, na pewno utalentowany. Myślę, że gdyby wcześniej poszedł do klubu, w którym grałby częściej, to na pewno w krótszym czasie stałby się lepszym zawodnikiem, niż wtedy, gdy grał w Olsztynie, a teraz widać, że zmiana miejsca gry i zamieszkania bardzo dobrze na niego wpłynęła – mówił o reprezentacyjnym koledze podstawowy rozgrywający kadry.
Sezon 2008/2009 to zmiana barw klubowych. Z północy siatkarz przeniósł się na południe i zasilił szeregi zespołu z Kędzierzyna. Tu powrócił do gry na przyjęciu. Ta przeprowadzka okazała się bardzo korzystna. - Ostatni rok spędziłem w Kędzierzynie i chyba był to rok najbardziej dla mnie udany. Trener Krzysztof Stelmach postawił na mnie, a moja gra przynosiła takie efekty, że dostałem powołanie do reprezentacji. Co więcej poziom gry cały czas się podnosił, a wynikiem tego był na pewno medal ME. Teraz gram tu już drugi sezon i ta gra jest nadal całkiem dobra. Jesteśmy w czołówce tabeli, awansowaliśmy do Final Four Pucharu CEV. Mam nadzieję, że i tu zdobędziemy medale – nie kryje nadziei. Kto jak nie Kędzierzyn jest świetnym kandydatem do sukcesów na europejskich parkietach? Długa tradycja siatkarska, sukcesy sprzed paru lat, ale przede wszystkim obecny skład i forma zespołu przemawiają za tym, że faktycznie może on wiele zdziałać. - W Pucharze CEV na pewno chcielibyśmy zdobyć jakieś miejsce na podium. Mamy trudnego przeciwnika, ale nic jeszcze nie jest przesądzone. Mam nadzieję, że uda się pokonać tego rywala. To byłoby takim plusem, bo w tych rozgrywkach na początku miało nie być zespołów, które odpadły z Ligi Mistrzów. Potem dowiedzieliśmy się, że jednak tak się stanie. Zdobycie jak najwyższego miejsca byłoby dowodem na to, że jesteśmy mocną drużyną – mówi Michał.
Debiut w kadrze seniorów - lekki stres …
Praca i sukcesy w reprezentacjach młodzieżowych zaowocowały powołaniem do kadry seniorów. Stało się to w 2004 roku, kiedy szkoleniowcem Biało-czerwonych był Stanisław Gościniak. - Było to dla mnie wielkie wyróżnienie – podkreśla siatkarz. A jak wspomina pierwszy występ w seniorskiej kadrze? - Był lekki stres, ale i euforia, bo dostałem powołanie i była to wtedy dla mnie „wielka sprawa”. Debiut w kadrze seniorów miałem całkiem udany. W spotkaniach rozgrywanych w Polsce Michał miał ściśle określone przez trenera zadania. Miał dawać dobre zmiany na parkiecie. Większą szansę dostał na wyjeździe. W czasie Ligi Światowej zastąpił na libero Krzysztofa Ignaczaka. - W Japonii rozegrałem całe dwa spotkania. Mimo tego, że był stres i presja, bo nikt nie mógł mnie zastąpić na parkiecie, to byłem bardzo zadowolony, że mogłem wtedy zagrać. Co więcej cieszyłem się, że oba te spotkania wygraliśmy - tak relacjonuje pierwsze kroki w kadrze seniorów.
Michał Ruciak i Michał Bąkiewicz, Liga Światowa 2004 (Reprezentacja.net)
Rok później siatkarz trafił do kadry B. Ekipa, która wówczas pojechała na Uniwersjadę do tureckiego Izmiru, zajęła ostatecznie piąte miejsce. – Do wyjazdu byliśmy przygotowani bardzo dobrze. Ja założyłem sobie konkretny cel – zdobędziemy medal. Wszyscy w to wierzyliśmy, tym bardziej, że zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy naprawdę dobrze przygotowani – mówi zawodnik. To dobre przygotowanie kadry przez trenera Rysia było widoczne już w meczach grupowych. Przeszkodą nie do pokonania stała się jednak reprezentacja gospodarzy. – Walczyliśmy mocno pomimo tego, że było ciężko, ponieważ grali tam dużo starsi zawodnicy. Nie przestraszyliśmy się ich i wykazaliśmy wolę walki. Dodatkowo mieliśmy „drobne kłopoty z sędziami” i to wszystko wprowadziło nerwową atmosferę. Przegraliśmy 1:3 i straciliśmy szanse walki o medale – dodaje.
Powrót po latach … czyli lekkie zaskoczenie
Reprezentacyjne szlaki Ruciaka w kadrze seniorów od czasów Uniwersjady i Izmiru były potem związane z kadrą B. Wszystko zmieniło się, gdy na początku 2009 roku szkoleniowcem Biało – czerwonych został Daniel Castellani. Argentyńczyk znał świetnie realia polskiej PlusLigi i nieraz miał okazję obserwować znakomitą grę Michała na przyjęciu w kędzierzyńskiej ZAKSIE. Pierwszym testem dla nowego trenera była Liga Światowa. Kontuzje i urlopy wykluczyły z reprezentacji dotychczasowych, podstawowych zawodników, co spowodowało, że Castellani szukał nowej, świeżej krwi. I tu przyszedł czas na wykorzystanie wiedzy zdobytej w czasie pracy ze Skrą. Trener, doceniając dobrą postawę Michała w klubie, powołał go do kadry na Ligę Światową. Dla Michała powołanie było lekkim zaskoczeniem. - Na pewno się tego nie spodziewałem. Reprezentację objął nowy szkoleniowiec i nie bardzo było wiadomo jak to wszystko będzie wyglądało, jakie będą powołania i kto je otrzyma. Nie spodziewałem się tego, że zostanę powołany do kadry. Najbardziej cieszyłem się z tego, że potem doszli zawodnicy bardziej doświadczeni, a ja dostałem od trenera kredyt zaufania na Mistrzostwa Europy. Mogłem pojechać na ten turniej i pomóc drużynie – wspomina siatkarz.
Na swojej siatkarskiej drodze Ruciak spotkał wielu trenerów. Jednak duet Castellani – Stelmach będzie się kojarzył z ciężką pracą, która szybko przyniosła oczekiwany efekt. - Trener Castellani reprezentuje tzw. „włoską szkołę”, z którą wcześniej nie miałem za bardzo do czynienia. Poznałem ją co nieco jedynie pod okiem trenera Stelmacha. Nowy trener wprowadzał do kadry pewne „nowinki”, miał nieco inne spojrzenie na różne ćwiczenia, co przyniosło skutek. W reprezentacji trenuje 19 czy 18 osób i ta praca w pewnym stopniu różni się od tej wykonywanej w klubie, gdzie na co dzień trenuje 12 osób. Co więcej, w Spale na zgrupowaniu kadry do dyspozycji mieliśmy dwie a nawet trzy siatki – tak mówi Michał o przygotowaniach reprezentacji pod okiem nowego szkoleniowca.
Powołanie Michała i kredyt zaufania od trenera Castellaniego okazały się strzałem w dziesiątkę. Zanim jednak wszyscy odczuli skutki trafnych decyzji reprezentacja seniorów w sezonie letnim rozegrała dwa bardzo ważne turnieje, eliminacje do Mistrzostw Świata 2010 i Memoriał Huberta Wagnera. Oba pokazały, jak mocna jest ekipa pod wodzą nowego szkoleniowca, ale prawdziwą moc zespołu mieliśmy dopiero poznać…
Rzecz o tym, jak się tworzy historię …
Powrót Michała po kilku latach do pierwszej reprezentacji okazał się niezwykle udany. Pod okiem trenera Castellaniego nasi siatkarze zdobyli złoty medal Mistrzostw Europy. I znów Turcja i Izmir okazały się szczęśliwe dla polskiej siatkówki. - Tu odbywa się wiele ważnych turniejów. Nasze siatkarki też przecież wywalczyły tu złoty medal, potem przyszła nasza kolej. Zaczęło się od Uniwersjady, bo w 2005 roku zajęliśmy jedno z lepszych miejsc w ostatnich latach. Cieszyliśmy się z tego, ale pozostał lekki niedosyt – komentuje siatkarz.
Wrześniowy turniej był zupełnie inny i tym razem niedosytu już nie było. To, że zespół był mocny, było widać od początku turnieju. Znów sprawdziła się stara siatkarska prawda, że sukces przychodzi wtedy, kiedy jest siła, koncentracja i jedność w drużynie. Tych wszystkich elementów w Turcji nie zabrakło. - Każdy z nas po cichu liczył na medal i na początku było nam obojętne, jakiego będzie koloru. Z meczu na mecz grało nam się lepiej i czuliśmy, że jesteśmy coraz mocniejsi, że nasza gra się układa, że okres przygotowawczy był dobrze przeprowadzony i przepracowany. Nie baliśmy się kolejnych spotkań. Do każdego z nich podchodziliśmy jak do meczu równego z równym, a parkiet miał zweryfikować, kto jest lepszy – opowiada Michał.
Weryfikacja za każdym razem wypadała na korzyść Polaków. Mimo głosów, że grają w łatwej grupie, nasi siatkarze szli jak burza, wygrywając spotkanie za spotkaniem, a o ich znakomitej formie świadczył wygrany w wielkim stylu półfinał z Bułgarią. Na drodze do złota stanęła francuska drużyna, którą już raz Polacy pokonali w tym turnieju. Jako, że bilans meczów z Francuzami był dla naszej kadry dodatni, również i spotkanie finałowe nie stanowiło wyjątku - Walka była i potem przyszedł złoty medal. Każdy z nas czuł w głębi duszy i serca, że osiągnęliśmy coś wielkiego, ale wiedzieliśmy też, że ciężko na ten sukces zapracowaliśmy – mówi.
Michał Ruciak (Sylwia Dąbrowa - Reprezentacja.net)
Sukces był przeogromny, bo przecież jest to pierwsze Mistrzostwo Europy w historii polskiej siatkówki męskiej. Aleten medal miał też swoją cenę i był okupiony długą rozłąką z najbliższymi. - Praktycznie cztery miesiące spędziliśmy poza domem. Czasem nawet przez trzy tygodnie nie mieliśmy ani jednego dnia wolnego na spotkania z rodzinami. Ta rozłąka, tęsknota za rodziną i przyjaciółmi na pewno nam doskwierała. Jednak czuło się to, że nasza praca idzie w takim kierunku, że możemy osiągnąć sukces i potem się z tego cieszyć razem z rodzinami i kibicami – dodaje z radością.
A radość była ogromna. Sam finał oglądało na telebimach w wielu polskich miastach mnóstwo kibiców. Po przylocie „Złotopolskich” fani zgotowali im iście królewskie powitanie. - Nikt się nie spodziewał takiego przyjęcia i tego wszystkiego, co zostało zorganizowane. Ilość ludzi, która czekała na nas na lotnisku i na Placu Defilad, przerosła nasze oczekiwania. Cieszyliśmy się, widząc radość ludzi, bo przecież gra się dla kibiców. Ten nasz sukces uszczęśliwił wiele osób – mówi Michał.
Zatem Michał Ruciak ma w swoim dorobku już dwa medale w złotym kolorze. Który z nich jest dla niego cenniejszy? - Złoto Mistrzostw Europy z kadrą seniorów siłą rzeczy jest chyba większym sukcesem niż rozgrywki juniorskie. Dla mnie jednak oba medale są równoznaczne – twierdzi zawodnik.
Wrześniowe ME nie zakończyły jednak przygody siatkarza z reprezentacją w 2009 roku.Jesienią Michał dostał powołanie do kadry na Puchar Wielkich Mistrzów w Japonii. Siatkarze zajęli tam miejsce tuż za podium. - Chcieliśmy stanąć na podium, ale problemy zdrowotne, krótki czas na przygotowanie i oderwanie od rozgrywek ligowych złożyły się na to, że zajęliśmy czwarte miejsce. Chcieliśmy zagrać jak najlepiej i nie wypadło to wcale tak źle. Nie była to jakaś wielka porażka, ale taki wynik, na który w tym momencie było nas stać. W tym turnieju grali mistrzowie swoich kontynentów i cieszyliśmy się, że mogliśmy zagrać z najlepszymi. Szkoda trochę, że nie udało się wskoczyć na podium. Może gdyby było lepsze przygotowanie, byłby i lepszy wynik. Wiadomo jednak, że zarówno u nas, jak i w innych europejskich klubach trwała wtedy liga i trudno było pogodzić te dwie rzeczy – relacjonuje siatkarz.
R jak Rodzina …
Ostatnie lata w prywatnym życiu Michała przyniosły wiele zmian. 22 września 2007 roku poślubił Justynę Terlecką. Rok później, 2 czerwca 2008 roku przyszedł na świat Rafałek Ruciak. Żona jest wielką fanką siatkówki, a mały synek już stawia pierwsze kroki na siatkarskim parkiecie. - Oboje kibicują mi na meczach ligowych czy w reprezentacji. Moja żona to zapalona „kibicka”, a Rafał zaczął (opingować tatę na meczach kadry. Wtedy zaczął chodzić, był przebierany w biało – czerwony strój, miał z tego wielką frajdę. Cieszył się, że mógł przebywać w obszarze boiska, pobawić się piłką. Taka szczera radość i uśmiech dziecka. Teraz na meczach ligowych też tylko czeka aż mecz się skończy, żeby wbiec na parkiet i móc pobawić się piłką z innymi dziećmi. Fajnie to wygląda, jak razem biegają, kopią czy odbijają piłkę i próbują naśladować to, co robią rodzice, w tym np. rozciąganie po meczu – opowiada Michał. Czy syn pójdzie w ślady taty? - Jeśli będzie miał smykałkę, to czemu nie. Chyba każdy sportowiec myśli podobnie. Nie będę go do niczego zmuszał, to będzie jego wybór – mówi siatkarz.
Życie sportowca to ciągłe wyjazdy, zgrupowania, podróże. Takie są cienie tego zawodu. Każdy marzy więc o dłuższej chwili spędzonej w rodzinnym gronie, bo przecież rodzina jest w najważniejsza. - Chciałbym, żeby moja rodzina była zdrowa i żebym miał dla niej więcej czasu. Tydzień czy półtora spędzony na spokojnie z żoną i synkiem bez treningów, byłoby fajnie – dodaje Michał.
Michał Ruciak z synkiem (zbiory prywatne)
A kiedy gasną światła …
Od lat wiadomo, że każdy siatkarz poza uprawianiem siatkówki ma swoje hobby i zainteresowania. Kiedy gasną światła na parkiecie, wielu z nich oddaje się swoim pasjom. Takim wielkim hobby Michała Ruciaka od lat niezmiennie są rajdy samochodowe. - Miałem już okazję jeździć z różnymi kierowcami, choć wiadomo, że ich nie pilotowałem. Jest to dla mnie ogromna przyjemność i wielki dopływ adrenaliny – mówi. Jedyną przeszkodą w realizacji tej pasji jest niestety chroniczny brak wolnego czasu. - Czasu wolnego nie mam zbyt wiele. Ostatnio w czasie świąt w Olsztynie mogłem się spotkać z kolegami rajdowcami i gdzieś pojechać. Jednak, kiedy tylko mam jakiś dzień czy dwa, np. w wakacje to staram się je wykorzystać na jazdę. W Kędzierzynie nie ma takich możliwości, zapalonych rajdowców i być może dlatego tylko na wakacjach mogę coś zrobić w tym kierunku – opowiada siatkarz.
Plany na przyszłość i marzenia …
Rok 2010 jest niezwykle ważny dla polskiej reprezentacji siatkarzy. Już we wrześniu na mistrzostwach świata we Włoszech będą bronić srebrnego medalu z 2006 roku, a może nawet pokuszą się o walkę o ten najcenniejszy krążek. Czy wrzesień będzie znów szczęśliwy dla naszej kadry i jaką rolę odegra w niej Michał Ruciak? - Wielu zawodników liczy na powołanie i ja również. Do tego turnieju mamy jeszcze trochę czasu i trener podejmie decyzję, kto to powołanie dostanie. Każdy będzie o nie walczył, ja również, przez swoją postawę w lidze, na treningach, meczach sparingowych, czy jeżeli dostanę szansę, to w Lidze Światowej. Każdy z zawodników będzie robił wszystko, żeby znaleźć się w kadrze na mistrzostwach świata, a tam grać z najlepszymi i mam nadzieję osiągnąć jakiś sukces – mówi z nadzieją siatkarz.
Każdy sportowiec ma swoje marzenia, plany. Niestety do tej pory Michał nie miał okazji zagrać na Igrzyskach Olimpijskich, ale wierzy, że będzie miał jeszcze na to szansę. - Dostać się do kadry na mistrzostwa świata, zagrać tam i wygrać. Potem pojechać na Igrzyska Olimpijskie, bo medal zdobyty na tym turnieju jest najcenniejszym trofeum dla sportowca. Do tego jednak długa droga – dodaje. Miejmy nadzieję, że te marzenia naszego przyjmującego się spełnią, co dostarczy i nam wiele radości. Przecież reprezentowanie swojego kraju na arenie międzynarodowej jest jednym z największych honorów, jakie mogą być udziałem sportowców. Michał Ruciak nie kryje, że gra z orzełkiem na piersi jest dla niego największym zaszczytem. - Dla każdego jedną z największych ambicji jest gra w kadrze, a jak się już tam dostanie, to jest to największy sukces – dodaje z dumą w głosie.
Autor
Anna Bajorek (luty 2010 r.)
Reprezentacja.net
Źródła zdjęć:
- Reprezentacja.net, CEV
- zbiory prywatne Michała Ruciaka
-------------------------------
*Niniejszy tekst w wersji rozszerzonej, uzupełniony o materiały fotograficzne, dostępny jest w formacie *.pdf (Acrobat Reader) w prawym menu naszej strony, w dziale Sylwetki. Znaleźć tam można również sylwetki innych zawodników, zawodniczek i trenerów.
źródło: Reprezentacja.net
opracowanie: Anna Bajorek
Do wiadomości napisano 8 komentarzy
· Michał Ruciak: Zabrakło szczęścia (28.02.2010)
· Czy syn pójdzie w ślady taty? (25.02.2010)
· Grzegorz Szymański: Chcieliśmy „odczarować” salę (10.01.2010)
· Marcin Wika: Sporo elementów było do poprawy (17.04.2009)
· Puchar Polski, czyli krótka droga do Europy (25.02.2009)
Początek formularza
Pola oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe do wypełnienia.
Komentarze niezalogowanych użytkowników przekazywane są do moderacji. Jeśli chcesz dodawać komentarze bez moderacji musisz się zalogować.
Imię/Nick*:
Komentarz*:
Redakcja serwisu Reprezentacja.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy umieszczanych przez internautów.
Dół formularza
1. ~jaaa 26. Lut 2010 2010 10:21:38 Bardzo ciekawy materiał. Michał jest świetnym siatkarzem! :)
[Zgłoś komentarz do moderacji]
2. &#x...
KapitanMordock