Gemmell David - Opowieści Sipstrassi 03 - Kamień krwi.doc

(1390 KB) Pobierz

David Gemmell

 

Kamień Krwi

 

(Bloodstone)

 

Przełożył Maciej Pinatra

Podziękowania

 

Dziękuję moim redaktorom, Johnowi Jarroldowi z wydawnictwa Random i Stelli Graham z Hastings, oraz korektorce Jean Maund i pierwszemu recenzentowi, Valowi Gemmellowi. Jestem również wdzięczny kolegom pisarzom, Alanowi Fisherowi i Peterowi Lingowi, za tak chętnie ofiarowaną mi pomoc. I wielu moim wiernym czytelnikom za listy nadsyłane przez lata z prośbą o napisanie dalszych opowieści o Jonie Shannowie. Dziękuję!

Prolog

 

Widziałem upadek światów i śmierć narodów. Z miejsca w chmurach obserwowałem gigantyczną falę przypływu zalewającą wybrzeża, wchłaniającą miasta i zatapiającą tłumy.

Dzień początkowo zapowiadał się spokojnie, ale ja wiedziałem, co nastąpi. Nadmorskie miasto tętniło życiem, ulicami ciągnęły sznury pojazdów, na chodnikach panował tłok, w podziemnych arteriach roiło się od ludzi.

Ostatni dzień był bolesny. Mieliśmy dobrych, pobożnych parafian, hojnych i życzliwych. Kochałem ich. Trudno jest patrzeć w dół na takie twarze, wiedząc, że zanim minie dzień, ci ludzie staną przed swym Stwórcą.

Toteż czułem wielki smutek, podchodząc do błękitno srebrzystego samolotu, który miał nas unieść wysoko ku przyszłości. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy czekaliśmy na start. Zapiąłem pas i wyjąłem Biblię. Ale nie znalazłem pocieszenia.

Saul siedział obok mnie i wyglądał przez okno.

– Piękny wieczór, Diakonie – powiedział.

Miał rację. Lecz nadciągał już wiatr przemian.

Gładko unieśliśmy się w powietrze. Pilot poinformował nas, że pogoda się pogarsza, ale przed burzą zdążymy dolecieć na Bahamy. Wiedziałem, że tak nie będzie.

Wznosiliśmy się coraz wyżej i wyżej. Saul pierwszy zauważył zapowiedź czegoś złego.

– Jakie to dziwne – klepnął mnie w ramię. – Zdaje się, że słońce znowu wschodzi.

– To ostatni dzień, Saulu – odrzekłem. Zerknąłem w dół i zobaczyłem, że odpiął pas. Kazałem mu go zapiąć z powrotem. Ledwo zdążył to zrobić, pierwszy potworny podmuch wiatru targnął maszyną. Naczynia, książki, tace, bagaże spadały na podłogę. Pasażerowie zaczęli krzyczeć z przerażenia.

Saul zamknął oczy i pogrążył się w cichej modlitwie, ale ja byłem spokojny. Odwróciłem się w prawo i wyjrzałem przez okno. W dole rosła ogromna fala. Pędziła w kierunku wybrzeża.

Pomyślałem o ludziach w mieście. Z pewnością sądzili, że są świadkami cudu – oto zachodzące słońce znów wschodzi. Pewnie uśmiechali się, może klaskali w dłonie. Ale niedługo spojrzą na horyzont. Najpierw uznają, że to tylko niskie chmury burzowe przysłoniły niebo. Lecz wkrótce dotrze do nich straszna prawda, że to morze unosi się na spotkanie z niebem i zaraz zwali się na nich spienioną ścianą śmierci.

Odwróciłem wzrok. Samolot drżał, wznosił się i opadał, daremnie próbując oprzeć się miotającym nim wichrom. Wszyscy pasażerowie byli pewni, że lada chwila pożegnają się z życiem. Wszyscy oprócz mnie. Ja wiedziałem.

Po raz ostatni spojrzałem przez okno. Miasto wydawało się teraz maleńkie, strzeliste wieżowce przypominały palce dziecka. W budynkach wciąż paliły się światła, po obwodnicach mknęły rzędy samochodów.

A potem wszystko zniknęło.

Saul otworzył oczy i wpadł w panikę.

– Co się dzieje, Diakonie?!

– To koniec świata, Saulu.

– Zginiemy?

– Nie. Jeszcze nie. Wkrótce dowiesz się, jakie plany ma wobec nas Pan.

Samolot pędził po niebie niczym słomka niesiona wichrem.

A później pojawiły się barwy. Żywa czerwień i purpura otuliły kadłub i przesłoniły okna. Jakby wchłonęła nas tęcza. Potem zniknęły, może po czterech sekundach. Tylko ja wiedziałem, że w ciągu tych czterech krótkich sekund minęło kilka stuleci.

– Zaczęło się, Saulu – powiedziałem.

Rozdział pierwszy

 

Ból był zbyt silny, by go ignorować, a fala mdłości o mało nie zrzuciła go z konia. Ale Kaznodzieja mocno trzymał się w siodle. Skierował ogiera ku Przełęczy. Na pogodnym niebie świecił księżyc w pełni, a na horyzoncie wyraźnie rysowały się ostre, ośnieżone szczyty gór. Rękaw czarnego płaszcza jeźdźca wciąż się tlił, a podmuch wiatru podsycił płomień. Kaznodzieja poczuł nowy ból i zdusił ogień ręką czarną od sadzy.

Gdzie oni są? – zastanawiał się, patrząc na zbocza. Wyschło mu w ustach, więc ściągnął cugle i sięgnął po manierkę zwisającą z łęku siodła. Odkręcił mosiężny korek, ale gdy pociągnął łyk, nie poczuł smaku wody, lecz palący alkohol. Splunął i cisnął manierkę daleko od siebie.

Tchórze! Musieli się najpierw zamroczyć dla dodania sobie odwagi, żeby posunąć się do mordu. Ogarnął go taki gniew, że na chwilę zapomniał o bólu. W oddali, u podnóża gór, zobaczył grupę jeźdźców wyłaniających się z lasu. Zmrużył oczy. Pięciu. W czystym górskim powietrzu rozległy się dalekie śmiechy.

Jęknął i zachwiał się w siodle. Pulsowanie w skroni narastało. Dotknął rany z prawej strony głowy. Krew już zakrzepła, ale wyczuł bruzdę po pocisku. Skóra wokół szramy była gorąca i nabrzmiała.

Zaczął tracić przytomność i tylko wściekłość nie pozwoliła mu zemdleć.

Pokonał Przełęcz, potem skręcił w prawo i zjechał długim, zadrzewionym zboczem do drogi. Pochyłość była stroma, koń dwukrotnie pośliznął się na trawie, aż przysiadł na zadzie. Ale jeździec potrafił nad nim zapanować i ogier w końcu wydostał się na równy, ubity gościniec.

Kaznodzieja zatrzymał konia, owinął cugle wokół łęku i wyciągnął rewolwery. Miały długie lufy i bębny ozdobione srebrnymi zawijasami. Wzdrygnął się i zauważył, że drżą mu ręce. Ile czasu minęło od chwili, gdy po raz ostatni trzymał w dłoniach śmiercionośną broń? Piętnaście lat? Dwadzieścia? Przysięgałem, że już nigdy ich nie użyję, nie odbiorę nikomu życia, pomyślał.

„Bo byłeś głupi!”

Miłujcie nieprzyjaciół waszych, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą.

„I patrzcie, jak giną wasi bliscy”.

Temu, kto cię uderzy w policzek, nadstaw i drugi.

„I przyglądaj się, jak twoi bliscy płoną żywcem”.

Znów zobaczył szalejące płomienie, usłyszał przerażone krzyki konających... Nasha biegnie do palących się drzwi, ale wali się na nią dach. Dova klęczy przy zabitym mężu, Nolisie. Jej sierść płonie. Otwiera drzwi, lecz ginie od kul pijanych, rechoczących mężczyzn, którzy czekają na zewnątrz...

Jeźdźcy pojawili się w polu widzenia i zobaczyli samotną sylwetkę czekającego na nich mężczyzny. Chociaż z pewnością go rozpoznali, nie okazali strachu. Zdziwił się, lecz po chwili wszystko zrozumiał – nie zauważyli jego rewolwerów zasłoniętych wysokim łękiem siodła. Nie znali również jego sekretu. Przyspieszyli, a on czekał, aż się zbliżą. Drżenie rąk ustało i spłynął na niego wielki spokój.

– No, no... – odezwał się jeden z jeźdźców, potężny mężczyzna w obszernym brezentowym płaszczu. – Złego diabli nie biorą, co? Popełniłeś błąd, jadąc za nami, Kaznodziejo. Byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś od razu zginął tam, na miejscu. – Wyciągnął obosieczny nóż. – A teraz obedrę cię żywcem ze skóry!

Przez chwilę nic nie mówił, potem spojrzał mężczyźnie prosto w oczy. – Czy się wstydzą, że popełnili obrzydliwość? – zacytował. – Oni nie potrafią się wstydzić, nie umieją także się rumienić. – Uniósł prawy rewolwer płynnym, niespiesznym ruchem. Wielki jeździec zamarł na ułamek sekundy, potem szybko sięgnął do kabury. Za późno. Nie zdążył nawet usłyszeć huku wystrzału; pocisk dużego kalibru przebił czaszkę i zwalił go z siodła. Spłoszone konie stanęły dęba i zapanował chaos. Kaznodzieja okiełznał swojego ogiera i dwukrotnie nacisnął spust. Pierwsza kula utkwiła w gardle chudego brodacza, druga w plecach jeźdźca, który odwrócił konia i chciał umknąć z placu boju. Trzeci został trafiony w pierś. Krzyknął, spadł na ziemię i począł pełznąć ku zaroślom na poboczu drogi. Ostatni z jeźdźców zdołał zapanować nad koniem, wyciągnął długi rewolwer i strzelił. Pocisk bzyknął obok twarzy Kaznodziei i przebił kołnierz płaszcza. Kaznodzieja odwrócił się w siodle i wypalił dwa razy z lewego rewolweru. Twarz prześladowcy zamieniła się w bezkształtną miazgę. Bezpańskie konie pogalopowały w noc. Przyjrzał się trupom. Czterej ludzie nie żyli, piąty wciąż próbował doczołgać się do krzaków, zostawiając za sobą krwawą smugę. Mężczyzna na ogierze podjechał do pełznącego uciekiniera.

Dlatego padną wśród poległych, runą, gdy ich nawiedzę – mówi Pan – powiedział cicho.

Leżący przekręcił się na plecy.

– Jezu Chryste, nie zabijaj mnie! Nie chciałem tego robić. Nie zabiłem nikogo z tamtych, przysięgam!

I będą osądzeni, każdy według uczynków swoich – odrzekł jeździec.

Lufa powędrowała w dół. Mężczyzna na ziemi zasłonił twarz rękami. Pocisk strzaskał mu palce i dotarł do mózgu.

– Już po wszystkim – powiedział Kaznodzieja. Wsunął rewolwery do kabur na biodrach, zawrócił ogiera i odjechał do domu. Ale ból i zmęczenie dały znać o sobie – osunął się bezwładnie na koński kark.

Wierzchowiec stanął. Nie wiedział, dokąd iść. Człowiek skierował go na południe, ale koń nie znał tej drogi. Po chwili ruszył na wschód i opuścił dolinę.

Ogier szedł przeszło godzinę, potem zwietrzył zapach wilków. Z prawej pojawiły się cienie. Zarżał i stanął dęba. Ciężar zsunął się z jego grzbietu... i koń pogalopował przed siebie.

 

Jeremiasz przyklęknął przy śpiącym mężczyźnie i obejrzał ranę na skroni. Nie sądził, by kula strzaskała kość, ale nie miał też pewności. Krwawienie ustało, lecz przez policzek ciągnęła się szeroka pręga sięgająca od linii włosów niemal do szczęki. Przyjrzał się twarzy rannego. Była pociągła i kanciasta, z głęboko osadzonymi oczami. Cienkie, zaciśnięte wargi nie sprawiały jednak wrażenia okrutnych.

Wiedział, że z twarzy człowieka można wiele wyczytać. Są na niej zapisane jego przeżycia. Może każdy akt słabości lub nienawiści, odwagi czy dobroci pozostawia maleńki znak, cienką zmarszczkę to tu, to tam? Może w ten sposób Bóg pozwala rozpoznać świętemu nikczemnika kryjącego się za urodziwym obliczem? Ranny musiał być silnym człowiekiem. Jeremiasz nie znalazł w jego twarzy wielkiej dobroci, ale też niewiele zła. Delikatnie przemył ranę na głowie, potem odsunął koc. Oparzenia na ręku i ramieniu goiły się dobrze, choć pozostało kilka zropiałych miejsc.

Jeremiasz zwrócił uwagę na broń obcego. Powtarzalne rewolwery, wyrób Piekielników. Wyjął jeden z kabury, odwiódł kurek do połowy i wysunął bęben.

Wystrzelono dwa pociski. Usunął puste łuski i obejrzał dokładnie broń. Nie była nowa. W latach poprzedzających Drugą Wojnę z Szatanem, Piekielnicy produkowali samopowtarzalne rewolwery z trochę krótszymi lufami oraz pękate, kanciaste pistolety automatyczne i karabiny, o wiele bardziej precyzyjne od tego. Ale to nie uchroniło ich przed zagładą. Jeremiasz widział zniszczenie Babilonu. Diakon kazał zrównać go z ziemią, żeby nie pozostał kamień na kamieniu. Starzec wzdrygnął się na to wspomnienie.

Ranny jęknął i otworzył oczy. Jeremiasz poczuł zimny dreszcz strachu, kiedy w nie spojrzał. Miały mglistą, szarobłękitną barwę zimowego nieba i były tak przenikliwe, jakby potrafiły zajrzeć w głąb jego duszy.

– Jak się pan czuje? – spytał, czując jak wali mu serce. Mężczyzna zamrugał i spróbował usiąść. – Leż spokojnie, przyjacielu. Zostałeś ciężko ranny.

– Skąd się tu wziąłem? – padło ciche pytanie.

– Moi ludzie znaleźli pana na równinach. Spadł pan z konia. Ale przedtem palił się pan i został postrzelony.

Mężczyzna wziął głęboki oddech i zamknął oczy.

– Nic nie pamiętam.

– To się zdarza – odrzekł Jeremiasz. – Uraz spowodowany bolesnymi ranami. Kim pan jest?

– Nie pamię... – obcy zawahał się. – Shannow. Jestem Jon Shannow.

– Niesławne nazwisko, mój przyjacielu. Niech pan teraz odpocznie. Wieczorem przyniosę panu coś do jedzenia.

Ranny otworzył oczy i chwycił Jeremiasza za ramię.

– Kim jesteś, przyjacielu?

– Nazywam się Jeremiasz. Wędrowiec.

Mężczyzna opadł na posłanie.

Idź i wołaj do uszu Jeruzalemu, Jeremiaszu – wyszeptał i zapadł w głęboki sen.

Jeremiasz wyszedł z wozu i zamknął za sobą drewniane drzwi. Isis rozpaliła ognisko i teraz zbierała zioła nad rzeką. Jej krótkie, jasne włosy połyskiwały w słońcu jak pasma złota. Podrapał się w siwą brodę i pożałował, że nie jest dwadzieścia lat młodszy. Dziesięć innych wozów stało półkolem nad brzegiem rzeki. Płonęły tam trzy dalsze ogniska. Meredith klęczał przy pierwszym, kroił marchew i wrzucał do garnka zawieszonego nad ogniem.

Jeremiasz przeszedł łąkę i przykucnął naprzeciw młodego uczonego.

– Widzę, że odpowiada panu życie pod słońcem i gwiazdami, doktorze – zagadnął przyjaźnie. Meredith uśmiechnął się nieśmiało i odgarnął z czoła pukiel płowych włosów.

– W istocie, meneer Jeremiaszu. Z każdym dniem czuję się silniejszy. Jestem pewien, że gdyby więcej mieszczuchów zobaczyło tę krainę, byłoby na świecie mniej barbarzyństwa.

Jeremiasz nie odpowiedział. Przeniósł wzrok na ognisko. Z doświadczenia wiedział, że barbarzyństwo podąża za człowiekiem jak cień. Gdzie stąpnie człowiek, tam wkrótce pojawia się zło. Ale Meredith miał łagodne usposobienie. Nic nie szkodzi, że młody człowiek pielęgnuje w sobie marzenia.

– Jak się czuje ranny? – zapytał lekarz.

– Wydaje mi się, że wraca do zdrowia, choć twierdzi, że nie pamięta, jak odniósł obrażenia. Mówi, że nazywa się Jon Shannow.

W oczach Mereditha błysnął gniew.

– Przeklęte nazwisko! Jeremiasz wzruszył ramionami.

– To tylko nazwisko.

 

Isis uklękła na brzegu rzeki i przyjrzała się długiej, smukłej rybie tuż pod powierzchnią wody. Piękna, pomyślała. Dosięgła jej swym umysłem i natychmiast wcieliła się w rybę. Poczuła wokół siebie chłodną toń i ogarnęła ją nieprzeparta chęć ruchu, odpłynięcia stąd, walki z prądem, ucieczki...

Otrząsnęła się i położyła na plecach. Wtedy zobaczyła nad sobą Jeremiasza. Uśmiechnęła się i usiadła.

– Jak on się czuje? – zapytała, gdy starzec spoczął obok niej.

– Dochodzi do siebie. Chciałbym, żebyś posiedziała przy nim. – Zauważyła, że stary człowiek stara się ukryć niepokój. Oparła się chęci wniknięcia w jego umysł i zaczekała, aż znów się odezwie. – To wojownik, może nawet bandyta, sam nie wiem. Mieliśmy obowiązek mu pomóc, ale powstaje pytanie, czy nie zagrozi nam, kiedy odzyska siły. Czy to zabójca? Może poszukują go Krzyżowcy? Będziemy mieć kłopoty, udzielając mu schronienia? Pomożesz mi?

– Och, Jeremiaszu! – pozwiedzała cicho Isis. – Oczywiście, że ci pomogę! Czyżbyś w to wątpił?

Zaczerwienił się.

– Wiem, że nie lubisz sprawdzać swego talentu na ludziach. Przepraszam, że musiałem o to poprosić.

– Jesteś miły – odrzekła i wstała. Nagle zakręciło się jej w głowie i zachwiała się. Jeremiasz podtrzymał ją. Poczuła jego troskę. Zwolna wracały jej siły, ale w piersi i żołądku narastał ból. Starzec wziął ją na ręce i poszedł w stronę wozów.

Meredith wybiegł im naprzeciw. Jeremiasz posadził Isis w bujanym fotelu przy ognisku, a lekarz sprawdził puls.

– Już wszystko dobrze – zapewniła. – Naprawdę.

Szczupła dłoń Mereditha spoczęła na jej czole. Musiała się mocno skoncentrować, by nie myśleć, jak intensywnym uczuciem ją darzy.

– Już wszystko dobrze!

– A ból? – spytał.

– Przechodzi – skłamała. – Po prostu za szybko wstałam, nic takiego.

Meredith zwrócił się do Jeremiasza.

– Poproszę o sól. – Gdy starzec wrócił, lekarz wysypał trochę na dłoń. – Zjedz to – rozkazał.

– Zrobi mi się niedobrze – zaprotestowała, ale nie odezwał się, więc zlizała sól z jego dłoni. Jeremiasz podał jej kubek z wodą i przepłukała usta.

– Powinnaś teraz odpocząć – polecił Meredith.

– Niedługo – obiecała. Wstała niepewnie i podziękowała obu mężczyznom. Chcąc jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem ich troskliwych spojrzeń, wdrapała się do wozu Jeremiasza, gdzie spał ranny.

Isis przysunęła krzesło i usiadła obok. Jej choroba postępowała i czuła już bliskość śmierci.

Pozbyła się przykrych myśli, wyciągnęła rękę i położyła małą dłoń na palcach śpiącego. Zamknęła oczy i wniknęła umysłem w jego wspomnienia. Przebyła wstecz okres dojrzały, potem młodość i zatrzymała się w latach dziecięcych mężczyzny.

Dwaj chłopcy, bracia. Jeden nieśmiały i wrażliwy, drugi porywczy i szorstki. Kochający rodzice, farmerzy. Potem zjawiają się bandyci. Przelana krew, morderstwo. Chłopcy uciekają. Tragedia dotyka ich w różny sposób. Jeden zostaje bandytą, drugi...

Isis otrząsnęła się i wróciła do rzeczywistości. Patrząc na śpiącego, zapomniała o swojej chorobie. Przyglądam się legendzie, pomyślała. Jeszcze raz wejrzała w życie obcego.

Człowiek Jeruzalem, dręczony koszmarami przeszłości i myślami o przyszłości, przemierzający pustkowia w poszukiwaniu... miasta? Tak, ale nie tylko. Szuka odpowiedzi, sensu istnienia. Po drodze zatrzymuje się, by walczyć z bandytami, zaprowadza spokój w miastach, zabija grzesznych. Podąża samotnie, mile widziany tylko wtedy, gdy potrzebna jest jego broń, ponaglany do wyjazdu zaraz po wykonaniu zadania.

Isis wycofała się. Była przygnębiona nie tylko wspomnieniami pełnymi walki i śmierci, ale również cierpieniem tego człowieka. Nieśmiały, wrażliwy chłopiec wybrał drogę przemocy, stał się samotnikiem budzącym grozę. A każde zabójstwo pokrywało jego duszę nową warstwą lodu. Wniknęła w niego jeszcze raz. Isis i Shannow stali się jednością, stopili się ze sobą.

Atakujący mężczyźni wyłaniają się z mroku, biegną. Strzały. Jakiś odgłos za plecami. Isis/Shannow odwraca się i naciska spust rewolweru. Dziecko pada na ziemię z kulą w piersi. O Boże! o Boże! o Boże!

Isis przestała kurczowo trzymać się jego wspomnień, ale nie wycofała się całkiem. Pozwoliła, by czas płynął naprzód i unosił ją ze sobą. Zatrzymała się w chwili, gdy Człowiek Jeruzalem zajechał na farmę Donny Taybard. To zupełnie inna historia. Miłość.

Wozy jadą dalej. Isis/Shannow zawraca i zdąża w przeciwnym kierunku. Ma w sercu radość i nadzieję na lepsze jutro. Dość przemocy i śmierci. Marzenia o spokojnym życiu na farmie w towarzystwie ukochanej osoby. Potem nadciągają Piekielnicy.

Isis przerwała i wstała.

– Biedny, dobry człowieku... – szepnęła i pogłaskała śpiącego po czole. – Wrócę tu jutro.

Na zewnątrz wozu czekał Meredith.

– Czego się dowiedziałaś? – zapytał.

– Nic nam nie grozi z jego strony – odrzekła.

Chłopak był szczupły i wysoki. Przycięte nad uszami włosy opadały mu czarną grzywą na kark. Przejeżdżając Przełęcz na grzbiecie starej klaczy, z przyjemnością chłonął widok górskich szczytów pnących się na horyzoncie ku niebu.

Nestor Garrity miał siedemnaście lat i cieszył się z tej przygody. Bóg jeden wiedział, że w mieście zwanym Doliną Pielgrzyma nieczęsto coś się działo. Zacisnął dłoń na kolbie rewolweru i puścił wodze fantazji. Nie był już urzędnikiem w tartaku, o nie! Był Krzyżowcem tropiącym legendarnego Latona Duke’a i jego bandę. Nieważne, że po tej stronie Ziem Zarazy wszyscy drżeli przed tym rewolwerowcem. Bo teraz ścigał go Nestor Garrity, szybki i zabójczy strzelec, pogromca wszelkich złoczyńców, bożyszcze kobiet, wzór dla mężczyzn.

Bożyszcze kobiet...

Nestor przestał fantazjować i zamyślił się. Jakie to uczucie być uwielbianym przez kobiety? Poszedł kiedyś na Letnie Tańce z córką Ezry Fearda, Mary. Wyciągnęła go na zewnątrz i zaczęła się wdzięczyć w świetle księżyca.

Powinienem był ją pocałować? – zastanawiał się. Powinienem był robić z nią te cholerne rzeczy? Zarumienił się na samo wspomnienie. Wieczór zamienił się w koszmar, kiedy odeszła z Samuelem Klaresem. Całowali się. Nestor widział ich nad strumieniem. Potem się pobrali i Mary właśnie miała rodzić.

Stara szkapa potknęła się na stromym zboczu. Nestor otrząsnął się ze wspomnień, ale zaraz znów się rozmarzył.

Już nie był nieustraszonym Krzyżowcem, lecz Jonem Shannowem, słynnym Człowiekiem Jeruzalem szukającym starożytnego miasta. Ten nie miał czasu, by myśleć o kobietach. Nestor zmrużył oczy, ściągnął kapelusz na czoło, postawił kołnierz płaszcza i wyprostował się w siodle.

Jon Shannow nie może się garbić. Wyobraził sobie dwóch bandytów wyjeżdżających zza głazów. Oczami duszy zobaczył strach na ich twarzach. Sięgnęli po broń. Ręka Nestora opadła na biodro. Rewolwer zawadził muszką o brzeg kabury i wypadł mu z dłoni. Nestor ostrożnie zatrzymał konia na piargu, zlazł na ziemię i podniósł broń.

Kobyłę najwyraźniej ucieszył brak ciężaru na grzbiecie. Ochoczo ruszyła przed siebie.

– Hej, zaczekaj! – zawołał Nestor i rzucił się w pogoń. Ale bez skutku. Dopędził ją dopiero na dole, gdzie stanęła, by poskubać zeschłą trawę. Wdrapał się na siodło.

Pewnego dnia zostanę Krzyżowcem, pomyślał. Będę służył Diakonowi i Bogu.

Pojechał dalej.

Gdzie się podział Kaznodzieja? Już dawno powinien był go znaleźć. Ślady wyraźnie prowadziły do Przełęczy. Ale dokąd się udał? Przede wszystkim dlaczego w ogóle odjechał? Nestor lubił Kaznodzieję. Spokojny człowiek. Zawsze odnosił się do chłopca życzliwie i ze zrozumieniem. Zwłaszcza tego lata, gdy zginęli rodzice Nestora. Utonęli podczas nagłej powodzi dziesięć lat temu... Wzdrygnął się. W wieku siedmiu lat został sierotą. Przyszła do niego frey McAdam i przyprowadziła Kaznodzieję. Mężczyzna usiadł na brzegu łóżka i wziął chłopca za rękę.

– Dlaczego oni umarli? – spytało zalęknione dziecko. – Dlaczego mnie zostawili?

– Pewnie wybiła ich godzina, tylko o tym nie wiedzieli.

– Ja też chcę umrzeć – zaszlochał siedmiolatek.

Kaznodzieja siedział przy nim długo i opowiadał o rodzicach, o ich życiu i dobroci. Rozpacz i poczucie osamotnienia na chwilę opuściły Nestora i zaraz zasnął.

Ostatniej nocy Kaznodzieja przedarł się przez szalejące płomienie i pod gradem kul uciekł z kościoła. Potem zniknął. Nestor zamierzał go odnaleźć i przekonać, że już zapanował spokój i może bezpiecznie wrócić do domu.

Potem zobaczył ciała. Nad straszliwymi ranami krążyły muchy. Nestor zmusił się, by zsiąść z konia i podejść bliżej. Pot spływał mu po twarzy, a na plecach czuł zimny, pustynny wiatr. Nie śmiał spojrzeć wprost na zwłoki, więc zajął się badaniem śladów.

Jeden koń zawrócił do Doliny Pielgrzyma, ale potem skręcił na pustkowie. Nestora mdliło, lecz zaryzykował i szybko zerknął na trupy. Nie znał żadnego z zabitych. Co ważniejsze, żaden nie był Kaznodzieją.

Wsiadł na klacz i podążył za samotnym jeźdźcem.

 

Kiedy Nestor wjechał do miasta, prowadząc za sobą czarnego ogiera, na głównej ulicy Doliny Pielgrzyma panował duży ruch. Zbliżało się południe i akurat skończyły się lekcje w dwóch szkołach. Dzieci wychodziły na powietrze, by zjeść lunch przygotowany przez matki. Sklepy i trzy restauracje były otwarte, a z nieba prażyło słońce.

Ale pół mili dalej na północ wciąż unosiła się smuga dymu. Beth McAdam stała na pogorzelisku, a grabarze zabierali zwęglone ciała Wilczaków. Nestor nie miał ochoty przynosić Beth złych wiadomości. W czasach jego dzieciństwa była dyrektorką szkoły podstawowej i nikomu nie uśmiechała się dalsza nauka u niej. Przypomniał sobie bójkę z Charliem Willsem. Odciągnięto ich od siebie i zaprowadzono przed oblicze pani McAdam. Wyszła zza biurka z bambusowym kijkiem długości trzech stóp i znacząco postukała nim w dłoń.

– Na ile batów zasłużyłeś, Nestor? – zapytała.

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin